21.07.2016

Dwieście pięćdziesiąt cztery

 David Usher – „Black black heart” (v. 2.0)
Isabeau
Czuła gniew – stopniowo narastający i na swój sposób zaskakujący, bo sama nie miała pewności, co tak naprawdę wytrąciło ją z równowagi. Wiedziała jedynie, że w pewnym momencie doszła do wniosku, że ma wszystkiego dość, a jeśli całe to natrętne towarzystwo natychmiast nie zniknie jej z oczu, wtedy zrobić coś naprawdę nieprzyjemnego. Tak też zresztą się stało, a Isabeau po prostu skoczyła do przodu, drżąc w niekontrolowany, zdradzający irytację sposób. To, co robiła, samo w sobie wydało jej się równie oczywiste i prawidłowe, co i oddychanie, nie wspominając już o tym, że nie czuła najmniejszego oporu przed walką ze swoim wyraźnie zaskoczonym bratem.
Gabriel zaklął, po czym w pośpiechu odskoczył, bez większego wysiłku schodząc jej z drogi. Wiedziała, że jest szybki i czujny, zresztą doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co potrafił, skoro to właśnie on uczył ją i Laylę obrony. Był w tym dobry, co chyba powinno było ją zaniepokoić, a jednak nie czuła nawet cienia strachu – wyłącznie narastający z każdą kolejną sekundą gniew, dodatkowo spotęgowany świadomością tego, że ktokolwiek mógłby być w stanie dorównać jej umiejętnościami. Ba! Gabriel stanowił jedną z osób, które spokojnie mogłyby ją pokonać, a tego zdecydowanie nie chciała brać pod uwagę.
– Isabeau, do cholery! – warknął na nią chłopak, materializując się we względnie bezpiecznej odległości. Spojrzała na niego w ostrzegawczy sposób, aż nazbyt świadoma tego, że jej oczy lśnią niebezpiecznie tym przejmującym, intensywnym blaskiem. – Sis, na litość bogini…
– Nie pieprz mi tutaj o bogini! – syknęła, potrząsając z niedowierzaniem głową.
Sama myśl o Selene sprawiła, że poczuła nieprzyjemne ukłucie w okolicach martwego już serca. Co prawda ta kwestia była bardziej skomplikowana, bo niepokorny narząd wciąż działał i z medycznego punktu widzenia miał się dobrze, ale to niczego nie zmieniało. Coś zmieniło się, kiedy tamtego dnia w rezydencji zobaczyła Claudię i Dimitra; już wtedy jakaś jej cząstka zaczęła protestować, by kilka dni później ona cała rozpadła się na kawałeczki. Wiedziała, że to nie powinno mieć miejsca i że na pewno istniało cokolwiek, co powinno dać jej siłę do tego, żeby wciąż walczyć, ale teraz w żaden sposób nie potrafiła sobie przypomnieć, czym miałoby to być. Albo kim. Czuła się pusta, ale to było dobre, bo już nie miała obawiać się niczego – ani bólu, ani tego, że znowu zostanie zdradzona przez kogoś, kto byłby dla niej ważny. Gabriel mógł to nazywać egoizmem albo stwierdzić, że jednak była suką, ale Beau już o to nie dbała; on nie rozumiał, a ona nie widziała żadnego sensownego powodu, dla którego miałaby się przed nim tłumaczyć.
Nie tym razem.
Jeśli chodziło o boginię, bycie kapłanką i wszystko to, czemu poświęcała się przez tyle czasu, to również powodowało nieopisaną wręcz gorycz. W pamięci wciąż miała odległe, ale okrutne słowa matki na temat bycia pożądaną, ale nic ponad to. Wiedziała, że los kapłanki bywał ciężki, ale do tej pory znosiła to bez słowa sprzeciwu, przyjmując zarówno ten cholerny dar, jak i znosząc kolejne próby – począwszy od śmierci brata, choć i o Aldero teraz łatwiej było jej zapomnieć, skoro w końcu po pięciu wiekach nie czuła bólu. Problem polegał na tym, że choć oddawała Selene wszystko to, co miała w sobie najlepsze, wciąż spotykało ją coś, czego nie chciała – kolejne przeciwności losu, cierpienie i strata, których miała już serdecznie dość. Już nie chciała niczego, zniechęcona jak nigdy; podążanie ścieżką, którą podobno wyznaczyła jej bogini, nie miało sensu, a Beau nie wyobrażała sobie tego, że dalej miałaby pozwalać się ranić tylko po to, by nie zostać za to nagrodzoną w żaden sposób. Co było jej po kilku chwilach szczęścia i spokoju, skoro za każdym razem przychodziło jej za to zapłacić cenę wielokrotnie wyższą od tej, którą była w stanie zaakceptować? Czy w ten sposób postępowała matka, która kochała swoje dzieci – bogini, którą wszyscy uważali za uosobienie dobroci, chociaż wszystko wskazywało na to, że już dawno porzuciła swoich podopiecznych, zsyłając tylko to, co najgorsze?
Nigdy dotąd nie wątpiła, ale w ostatnim czasie wszystko uległo zmianie. Przejrzała na oczy i była z tego zadowolona, w końcu zamierzając otworzyć się na to, co było zarazem łatwiejsze, jak i bardziej satysfakcjonujące. Chciała odciąć się od przeszłości i od tych, którzy wiązali się z jakimikolwiek emocjami, uczucia bowiem jawiły jej się jako równoznaczne z cierpieniem, którego tak bardzo starała się unikać. Już nie czuła, po latach dopuszczając do siebie to, co już lata wcześniej zapoczątkował w niej Drake; ciemność była bezpieczna i łaskawa, nie wymagając od niej niczego, ponad to, co wampirzyca sama zdecydowała się sobie wyznaczyć.
Isabeau…, usłyszała mentalny głos Gabriela i przez moment poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją w brzuchu.
Zesztywniała, natychmiast napinając mięśnie i przez ułamek sekundy czując się gotową do tego, żeby w kilka chwil roznieść całą ulicę albo nawet miasto, gdyby zaszła taka potrzeba. Wyraźnie czuła obecność brata w głowie, być może już od dłuższego czasu przysłuchującego się jej rozmyślaniom, chociaż sama nie miała pewności, jakim cudem przez tyle czasu mogłaby tego nie zauważyć. Gniew momentalnie przybrał na sile, a Isabeau zacisnęła dłonie w pięści, wbijając sobie ostre, pomalowane czarnym lakierem paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. Poczuła ukłucia bólu, te jednak wydawały się przytłumione i pozbawione większego znaczenia, tym bardziej, że fizyczne cierpienie już dawno przestało się dla niej liczyć. Doświadczyła wystarczająco dużo, by stać się bardziej wrażliwą na ataki, które wymierzano w jej rozpadającą się duszę, aniżeli poznaczone licznymi, wyraźnymi bliznami ciało.
Szept Gabriela nie powinien wydawać się jej niczym szczególnym, tym bardziej, że w przeszłości tysiące razy wykorzystywali telepatię do porozumiewania się, ale tym razem to było coś więcej niż próba, niż próba porozumienia się. Być może zaczynała być przewrażliwiona, ale całą sobą czuła obecność brata – tego, że przenikał jej umysł, próbując nim manipulować i zrobić wszystko, byleby rozproszyć jej uwagę. Była gotowa przysiąc, że właśnie planował coś przeciwko niej, obojętny na to, czego chciała i co wyraźnie dała mu do zrozumienia. Nie zamierzał pozwolić jej odejść, choć to czyniło go hipokrytą, skoro ważył wytknąć jej egoizm; to on go przejawiał, dodatkowo dręcząc ją, chociaż podobno aż do tego stopnia mu na niej zależało.
Kolejne kłamstwo.
A Isabeau miała ich serdecznie dość.
Właśnie wtedy coś ostatecznie w niej pękło, a chwilę później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Moc już od dłuższego czasu kumulowała się w jej organizmie, chociaż sama Beau nie była tego świadoma, bardziej przejęta sytuacją i poczuciem zagrożenia niż tym, co działo się w jej ciele. Kiedy w ułamek sekundy dała upust narastającej w niej frustracji, uwalniając całą zgromadzoną energię w formie potężnej, niekontrolowanej fali uderzeniowej, która w zaledwie kilka chwil rozeszła się dookoła. Isabeau zachwiała się niebezpiecznie, mając wrażenie, że ziemia drży pod jej stopami. Wyprostowała się, bardziej stanowczo zapierając nogami o podłożę, chociaż stojąc w samym środku zamieszania, nie była aż do tego stopnia narażona na konsekwencje własnych decyzję.
Co innego było z jej uciążliwym, niechcianym towarzystwem, a zwłaszcza stojącym najbliżej Gabrielem. Nie wyczuła nawet cienia protestu – czegokolwiek, co świadczyłoby o tym, że którekolwiek z jej rodzeństwa mogłoby próbować osłonić się przed atakiem z jej strony. W efekcie nie była zdziwiona z tym, że odrzucony uderzeniem brat wylądował na równie zszokowanej Layli, a chwilę później obije ciężko legli na ziemi. Był jeszcze Rufus, ale tego z przyjemnością ignorowała, mimochodem myśląc o tym, że to dość ironiczne, że ze wszystkich możliwych osób to właśnie brat, a nie szwagier, wytrącił ją z równowagi. Z drugiej strony, czując na sobie przenikliwe, ostrzegawcze spojrzenie naukowca, najpewniej średnio zachwyconego tym, jak mogłaby zostać potraktowana jego żona, jego interwencja mogła okazać się kwestią czasu.
– Mówiłam – mruknęła chłodno, skupiając spojrzenie na rodzeństwie. To Gabriel jako pierwszy poderwał się na równe nogi, tym razem przybierając pozycję obronną; był zbyt dumny, by ponownie dać się zaskoczyć, choć zarazem przesadnie honorowy, żeby tak po prostu zaatakować własną siostrę. No cóż, tym gorzej dla niego. – Dajcie mi spokój!
– Żartujesz sobie? Isabeau, do diabła, opanuj się! – warknął, a ona prychnęła. – Nie chcę cię skrzywdzić – dodał; to mogłoby być całkiem rozczulające, gdyby w tamtej chwili nie wydało jej się żałosne.
– Dlaczego nie? – zapytała i uśmiechnęła się chłodno. Dobrze znała Gabriela, a już na pewno wiedziała, gdzie uderzyć, by mieć szansę doprowadzić go do ostateczności. – Daj spokój, Gabrielu. Nie udawaj, że jesteś aż taki opanowany, jeśli chodzi o kobiety… O ile mnie pamięć nie myli, jesteś całkiem dobry w ciskaniu tymi, które podobno kochasz, przez barierki.
To nie było ani uczciwe, ani właściwe, ale choć zdawała sobie z tego sprawę, nie zamierzała tak po prostu rezygnować ze swoich słów. Widziała, jak już i tak czarne oczy brata ciemniejszą jeszcze bardziej, a jego samego ogarnia gniew porównywalny do tego, który sama czuła. W normalnym wypadku natychmiast pożałowałaby tego, że w tak okrutny sposób nawiązała do tego, że pod wpływem Isobel – bezwolny i wciąż pozbawiony wspomnień – prawie zabił własną, ciężarną żonę, ale ta nowa Isabeau nie dbała o nic. Chciała go zranić – doprowadzić do ostateczności – aż rwąc się do tego, żeby go do siebie zrazić, a może nawet… dużo więcej. Czuła, że wciąż łudzili się, po cichu wierząc w to, że są w stanie cokolwiek zmienić, choć nadzieja na to z jej perspektywy zniknęła już dawno temu. Teraz zamierzała im to udowodnić, niezależnie od tego, jak daleko musiałaby się przy tym posunąć.
– Gabriel, nie!
Layla spróbowała się ruszyć i chwycić bliźniaka za rękę, ale nie miała po temu okazji. Isabeau również nie zareagowała wystarczająco szybko, a już na pewno nie spodziewała się tego, że jednak uda jej się wytrącić brata z równowagi w stopniu wystarczającym, by w niemalże brutalny sposób chwycił ją za ramiona. Zanim się obejrzała, chłopak bezceremonialnie przycisnął ją do ściany najbliższego z budynków. Uderzyła w nią plecami wystarczająco mocno, by z wrażenia aż zabrakło jej tchu, choć problem ze złapaniem zbędnego jej powietrza należał do najmniej znaczących, zwłaszcza w porównaniu z tymi, które miała w ostatnim czasie.
– Nigdy… – Gabriel urwał, po czym spojrzał jej prosto w oczy. Jego własne przypominały dwie kosmiczne, niebezpieczne czarne dziury, teraz wyrażające tak silny gniew, że mimo wszystko poczuła się zagrożona. – Jak ty możesz…?
– Jak ja mogę? – powtórzyła i zaśmiała się w pozbawiony wesołości sposób. – Och, braciszku…
Szarpnęła się, po czym spróbowała zdzielić go kolanem w miejsce, które mogło zadecydować o tym, że jednak będzie musiał zadowolić się trójką dzieci, ale jakimś cudem udało mu się przewidzieć jej atak. Zaklęła, kiedy zdecydowanym ruchem powalił ją na ziemię, ale nie zamierzała tak po prostu poddać się i czekać na to, aż spróbuje ją dobić. Natychmiast przetoczyła się i poderwawszy na równe nogi, ponowiła atak, tym razem zmuszając brata do wycofania się. Uskoczył, więc spróbowała raz jeszcze, tym samym rozpoczynając niebezpieczny taniec, opierający się na kolejny atakach, unikach i wzajemnej próbie zrobienia sobie krzywdy.
– Przestańcie! – wtrąciła Layla, brzmiąc tak, jakby sama nie była pewna czy powinna płakać, czy może wpaść w szał i osobiście ustawić ich do pionu.
Żadne z nich nie zareagowało, w zamian zapędzając się jeszcze bardziej. Gabriel był dobrym przeciwnikiem, co zresztą w nawet najmniejszym stopniu jej nie dziwiło, bo dobrze wiedziała na co go stać – w końcu sam ją uczył, więc znała jego styl walki niemalże na wylot…
Ale on jej już niekoniecznie.
Przez dłuższą chwilę wszystko wydawało się niemalże monotonne – doskakiwali do siebie, odskakiwali i w żaden sposób nie potrafili zmusić się do zrobienia czegokolwiek sensownego. Jej brat mimo wszystko się kontrolował, chociaż Isabeau zdawała sobie sprawę z tego, że był na nią zdenerwowany bardziej niż na co dzień, tym bardziej, że go zraniła. Widziała to w jego ruchach oraz spojrzeniach, które raz por raz jej rzucał, równie rozczarowany, co i wściekły – mieszanka, która w jego przypadku mogła okazać się naprawdę niebezpieczna, choć Beau nie potrafiła się tym należycie przejąć. Zaczynała mieć dość tego, że mogliby trwać w impasie, tym bardziej, że sama możliwość prowadzenia walki sprawiała, że miała ochotę posunąć się o krok dalej – bo nie zamierzała przegrać.
Właśnie wtedy po raz kolejny zdecydowała się skorzystać z telepatii, aż nazbyt świadoma tego, jak bardzo wrażliwy potrafił być Gabriel na te ataki. Udało jej się go rozproszyć, kiedy machinalnie skupił się na próbie osłony umysłu, być może podejrzewając, że po raz kolejny użyje fali uderzeniowej. Nie zrobiła tego, w zamian błyskawicznie materializując się tuż za jego plecami i zarzuciwszy mu ramiona na szyję – trochę jak kochanka, zachwycona perspektywą spędzenia czasu z ukochaną osobą – nachyliła się w stronę jego odsłoniętego gardła.
– Kiedy w końcu zrozumiecie, że ja nie potrzebuję waszej pomocy, co braciszku?
Nawet nie czekała na odpowiedź, a tym bardziej a moment, w którym spróbowałby oswobodzić się z jej uścisku. Natychmiast wysunęła kły bez chwili wahania wgryzła mu się w szyję, zachwycona perspektywą picia wypełnionej mocą krwi. W ostatnim czasie polowała często i obficie, nie będąc w stanie w pełni zapanować nad głodem i chyba nawet nie chcąc tego robić. Pragnienie było niczym usprawiedliwienie tego, jak postępowała dla czystej przyjemności – możliwością, by jednak się posilić, pozostając przy tym obojętną na wszystko i wszystkich, łącznie z emocjami ofiar, chociaż nie mogła zaprzeczyć, że podobały jej się odczuwane ból i strach. W przypadku Gabriela były jeszcze niedowierzanie i gniew, tym bardziej, że chyba do samego końca nie spodziewał się tego, że mogłaby posunąć się aż tak daleko, przez co przez kilka pierwszych sekund nawet nie próbował się przed nią bronić.
Było inaczej niż ostatnim razem, kiedy sam pozwolił na to, żeby się z niego napiła – lata temu, jeszcze przed powrotem Isobel, kiedy omal nie spaliła się na słońcu. Wtedy targały nią wyłącznie głód oraz pragnienie tego, żeby przeżyć, Gabriel z kolei bez protestów pozwolił na to, żeby dosłownie rozerwała mu gardło, chcąc pozyskać niezbędną jej organizmowi krew. Tym razem wszystko było inne, łącznie z nią i samym zainteresowanym, który zdecydowanie nie miał w planach tego, by czymkolwiek się z nią dzielić – zwłaszcza w tak gwałtowny, niekontrolowany i bez wątpienia upokarzający sposób. Isabeau wiedziała, że zaspokajanie głodu bez zgody drugiej strony, dalekie było do dzikiej przyjemności, którą dawca mógłby odczuwać, gdyby samoistnie zdecydował się na wymianę. W tamtej chwili zadawała bratu ból i tylko ta jedna kwestia miała dla niej znaczenie.
Przestań!
Głos Layli ją zaskoczył, zresztą jak i pobrzmiewający w jej tonie gniew. Siostra dosłownie wdarła się do jej umysłu, w bardziej stanowczy i uciążliwy sposób niż wcześniej Gabriel, nawet pomimo szoku, który wzbudził w niej widok młodszej siostry w morderczym szale. Kiedy chwilę później Isabeau wyraźnie wyczuła falę gorąca, która przemknęła zaledwie kilka centymetrów od niej i brata, jedynie dzięki Lay omijając jej plecy, do Beau dotarło, że może mieć kłopoty. Posłuszna instynktowi, natychmiast odepchnęła od siebie Gabriela i poderwawszy się na równe nogi, roziskrzonymi, błyszczącymi dziko oczami spojrzała wprost na stojącą kilka metrów dalej, rozeźloną wampirzycę.
Layla wyglądała jak jakiś złotowłosy anioł zniszczenia i zemsty. Moc sprawiła, że jej jasne loki dosłownie wiły się wokół głowy, naelektryzowane i jakby żyjące własnym życiem. Niemniejsze wrażenie robiła rozświetlająca dziewczynę aura, którą jak nic zawdzięczała wszechobecnemu, tańczącemu na jej skórze ogniowi. Błękitne oczy błyszczały w podejrzany sposób, a do Isabeau z opóźnieniem dotarło to, że jej siostra płakała – być może ze strachu i żalu, a może przede wszystkim przez narastający z każdą kolejną sekundą gniew. To, że odważyła się wezwać ogień, żeby chronić brata, ryzykując tym samym skrzywdzenie kogokolwiek ze swojej rodziny, jedynie dowodził temu, że była naprawdę zdesperowana.
– Zostaw naszego brata w spokoju – wykrztusiła z trudem, wyraźnie mając problem z wyraźnym wyartykułowaniem poszczególnych słów.
Jeszcze kiedy mówiła, Layla drgnęła niespokojnie, po czym rzuciła ostrzegawcze spojrzenie Rufusowi, kiedy ten spróbował do niej podejść. Wampir trzymał się w cieniu, a Beau przez myśl przeszło, że robił to specjalnie, chcąc mieć większe pole do popisu, gdyby jednak musiał bronić żony albo siebie. Och, tak. Ty na pewno chętnie być mi nakopał!, prychnęła w duchu, ledwo powstrzymując się przed wywróceniem oczami. Chyba nawet tego chciała – upokorzyć równie jego, zwłaszcza po tym, jak jej własny brat okazał się tak mało wymagającym przeciwnikiem.
Isabeau zawahała się, po czym z wolna wyprostowała, wciąż uważnie spoglądając to na Laylę, to znowu na Rufusa. Gdzieś za plecami wyczuła ruch, kiedy Gabriel się poruszył, ale kiedy krótko obejrzała się przez ramię, zorientowała się, że jej brat był bardziej przejęty próbą zatamowania krwawienia i chwytaniem oddechu, aniżeli próbą zaatakowania jej, gdy nie będzie patrzyła. Mimo wszystko dla pewności zdecydowała się odsunąć, po cichu licząc na to, że gdyby spróbowała rzucić się do ucieczki, żadne z nich by jej nie powstrzymywało, jednak zmieniła zdanie, kiedy zauważyła zacięty wyraz twarzy siostry.
Zacisnęła dłonie w pięści, po czym wsunęła je za plecy, muskając palcami ukryty pod sukienką, przytwierdzony do jej biodra długi, drewniany kołek. Zaraz po tym – starając się przybrać wyraz twarzy kogoś zagubionego i przerażonego zarazem – spojrzała wprost w błękitne oczy Layli, próbując doszukać się w nich chociaż cienia współczucia. To nie było trudne, tym bardziej, że doskonale znała siostrę, dobrze wiedząc jak otwarta i dobra dla wszystkich wokół była. Co więcej odczuwała ból jej i Gabriela – odległy i przytłumiony, ale jednak obecny, co jednoznacznie świadczył o tym, że łącząca ich więź wciąż gdzieś tam była. Isabeau nie miała pojęcia czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie, ale…
– Przepraszam – wyszeptała, a oczy Layli rozszerzyły się nieznacznie.
Wyraz twarzy wampirzycy zmienił się diametralnie, a ona sama z miejsca zaczęła się rozluźniać. Płomienie wciąż rozświetlały jej skórę, ale już nie tak intensywnie, jak jeszcze chwilę wcześniej. Łzy w końcu spłynęły po policzkach, a dziewczyna – roztrzęsiona i pełna naiwnej nadziei, która kiedyś naprawdę miała ją zgubić – w pośpiechu ruszyła w stronę siostry, gotowa w każdej chwili wziąć Isabeau w ramiona. Nawet nie spojrzała na męża czy brata, w ułamku sekundy materializując się tuż obok kapłanki, by chwilę później najzwyczajniej w świecie rzucić jej się na szyję. Wampirzyca zesztywniała, próbując powstrzymać naturalny odruch, który nakazywał jej stanowczo odepchnąć od siebie Laylę; uścisku nie odwzajemniła, stojąc jak ten słup soli i pozwalając na to, by dziewczyna ufnie się do niej tuliła.
– Och, Beau… Beau, tak mi przykro – wyrzuciła z siebie na wydechu. – Ale będzie w porządku. Wrócisz z nami do domu i…
– Mnie też jest przykro, Lay – wyszeptała i chyba naprawdę w to wierzyła.
Zaraz po tym bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wyszarpnęła spod ubrania kołek i nie czekając na jakąkolwiek reakcję, zdecydowanym ruchem wbiła go niczego niespodziewającej się siostrze w plecy. Wampirzyca aż zakrztusiła się powietrzem, po czym ciężko osunęła na kolana, w końcu puszczając Isabeau i pozwalając cofnąć się o krok.
– Mamo…!
Zamarła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa