18.07.2016

Dwieście pięćdziesiąt jeden

Elena
Niecierpliwym ruchem wyciągnęła komórkę, przez dłuższą chwilę mając ochotę warknąć na potencjalnego rozmówcę – tak po prostu, niezmiennie poirytowana tym, że ktokolwiek mógłby dobijać się do niej w tak nieodpowiednim momencie. Spojrzała na Aldero, ale ten jedynie wzruszył ramionami, pozornie rozluźniony, choć w jego przypadku to wcale nie musiało mieć związku z rzeczywistością. Elena nie miała pojęcia, co powinna sądzić o całej sytuacji, a tym bardziej dokąd zmierzała rozmowa jej i kuzyna, niemniej jedno wydawało się aż nazbyt oczywiste: ktoś nie miał wyczucia i zdecydowanie nie zamierzał jej ułatwić rozwiązania pewnych spraw.
Na litość bogini, Rafa, jeśli to ty…, pomyślała, ale prawda była taka, że po cichu liczyła, że właśnie o niego chodzi. Serce zabiło jej szybciej ze zdenerwowania, co najpewniej nie uszło uwadze Aldero, ale nie miała zamiaru się nad tym rozwodzić. Wiedziała, co do niej czuł i jak łatwo mogła go w związku z tym zranić – nie po raz pierwszy zresztą – ale nie potrafiła się tym należycie przejąć. Jak miałaby czuć się winna czemuś, co było poza jej kontrolą, nie wspominając o tym, że przecież miała prawo o sobie decydować?
Zerknęła na wyświetlacz, po czym wymownie uniosła brwi, zauważając obcy numer. Al musiał dostrzec jej konsternację, bo machnięciem ręki dał jej do zrozumienia, żeby pokazała mu telefon. Nie była przekonana, ale odwróciła komórkę w taki sposób, by mógł zobaczyć ciąg cyfr; wyraz jego twarzy zmienił się i już nie miała wątpliwości co do tego, że go rozpoznał.
– Claire – wyjaśnił usłużnie. – Dałem jej twój numer, w razie gdyby czegoś potrzebowała i zgubiła mnie albo Cammy’ego w szkole…
– To znaczy jakbyście się zerwali, tak? – mruknęła z przekąsem, po czym wcisnęła zieloną słuchawkę i nie czekając na dalsze komentarze, przycisnęła telefon do ucha. – Tak?
Wciąż była poirytowana, ale denerwowanie się na tę z kuzynek nie wchodziło w grę. Nigdy nie były ze sobą blisko, zresztą Claire nie należała do osób, które bez wyraźnego powodu lubiły zawracać głowę innym. Jeśli dzwoniła, to nie wróżyło dobrze, a przynajmniej Elena miała wrażenie, że za chwilę usłyszy coś, co zdecydowanie jej się nie spodoba.
– Liz jest z Damienem – oznajmiła dziewczyna wprost, rezygnując z jakiejkolwiek formy powitania. Wydawała się mocno wzburzona, wręcz roztrzęsiona, a to zdecydowanie nie było u niej normą. – Chciał, żebym do ciebie zadzwoniła.
– Liz? – powtórzyła zaskoczona.
Aldero podniósł się, prostując na łóżku. Dzięki wampirzym zmysłom nie miał najmniejszego problemu z tym, żeby usłyszeć i zrozumieć poszczególne słowa, dzięki czemu miała z głowy streszczanie kuzynowi tematu rozmowy.
– Przyjechała do nas roztrzęsiona i… Chodzi o jej rodzinę i brata, Eleno. – Claire zawahała się na moment. – Stało się coś bardzo złego, ale to raczej nie jest rozmowa na telefon.
– Nie strasz mnie – jęknęła. – Co się właściwie…? – zaczęła i prawie natychmiast urwała, dochodząc do wniosku, że niekoniecznie chce poznać odpowiedź od razu. – Okej, dobra. Zaraz będę… I nie obchodzi mnie, czy Damien sobie tego życzy.
– Och, życzy – zapewniła Claire. – Jak Liz zaczęła wymachiwać bronią, natychmiast pomyślał o tobie.
– Jak to miło z jego strony, że… Co takiego?!
Powiedzieć, że była po prostu zszokowana, stanowiłoby niedopowiedzenie stulecia. Prawda była taka, że przez dłuższą chwilę czuła się tak, jakby kuzynka mówiła do niej w jakimś obym języku, na dodatek rzeczy, które nie miały sensu. Już niczego nie rozumiała, zresztą tak jak i sama Claire, która wydawała się zniecierpliwiona i skoncentrowana na tym, żeby szybko zakończyć rozmowę.
– Po prostu przyjedź, w porządku? Mam jeszcze jeden telefon do załatwienia – wyjaśniła, po czym jak gdyby nigdy nic się rozłączyła.
Elena przez kilka następnych sekund trwała w bezruchu, ściskając komórkę i w żaden sensowny sposób nie potrafiąc wytłumaczyć samej sobie tego, co chwilę wcześniej miało miejsce. Spojrzała na Aldero, ale ten wydawał się niemniej zaskoczony, co i ona. Kiedy na dodatek spoważniał, poczuła się jeszcze bardziej nieswojo, po cichu licząc na to, że za moment usłyszy coś wybitnie głupiego, co ostatecznie rozluźniłoby atmosferę.
– Co do…?
Al pokręcił głową.
– Chodź, podrzucę cię – zaproponował, podrywając się na równe nogi. – Nie chcę nic mówić, ale Liz chyba nie na co dzień bawi się bronią, prawda?
– Nie żartuj sobie teraz! – warknęła, potrząsając z niedowierzaniem głową.
Aldero wywrócił oczami, ale przynajmniej postanowił darować sobie dalsze uwagi. W pośpiechu podszedł bliżej, robiąc taki ruch, jakby chciał chwycić ją za ramię, ale zdecydowanym ruchem odepchnęła jego rękę. Cholera, była zaniepokojona, ale to jeszcze nie znaczyło, że potrzebowała kogoś, kto poprowadziłby ją za rączkę, zwłaszcza w sytuacji, kiedy czuła się na tyle zdeterminowana i roztrzęsiona, by w razie potrzeby być w stanie porządnie komuś przyłożyć.
Już kiedy była z Elizabeth w kawiarni, miała wrażenie, że nie wszystko jest w porządku, a jej przyjaciółka nie mówi jej wszystkiego. Teraz była tego pewna, choć to nadal niczego nie wyjaśniało, a tym bardziej sprawiało, że martwiła się mniej – wręcz przeciwnie. Jeśli miała być ze sobą szczera, czuła się coraz bardziej zdezorientowana, a niedopowiedzenia Claire wcale jej nie pomagały. Próbowała zrozumieć, jednak i to okazało się niemożliwe, tym bardziej, że wciąż brakowało jej chociażby podstawowych informacji – czegokolwiek, co byłoby w stanie naprowadzić ją na odpowiedni trop. Wiedziała jedynie, że popełniła olbrzymi błąd, kiedy zdecydowała się zostawić Elizabeth samą, rezygnując z podprowadzenia jej pod same drzwi; może gdyby to zrobiła, sprawy miałyby się zupełnie inaczej.
– Elena? – Wzdrygnęła się, słysząc kobiecy głos gdzieś za plecami. – Elena, co się stało?
Nie miała pojęcia, jak wyglądała, ale najwyraźniej wystarczająco źle, by zauważyła to nawet Rosalie. Kiedy obejrzała się przez ramię, przekonała się, że blondynka stała w progu sypialni, którą zajmowała razem z Emmettem, uważnie ją obserwując. Natychmiast przystanęła, nie kryjąc zniecierpliwienia i niechęci, gdy siostra ruszyła w jej stronę – ostrożna, pełna rezerwy i na swój sposób zmartwiona.
– Interesuje cię to? – zapytała zbyt ostrym tonem, by zabrzmiało to w choć odrobinę uprzejmy sposób.
– Oczywiście, że tak – obruszyła się Rose. Jej złociste tęczówki pociemniały, ale Elena nie zamierzała zastanawiać się nad tym, co to oznacza. – Kochanie… Musimy w końcu porozmawiać – powiedziała, a dziewczyna prychnęła.
Świetnie! Dzisiaj wszyscy chcą ze mną rozmawiać!, sarknęła w myślach, ledwo powstrzymując się przed wywróceniem oczami. Urządźmy sobie wieczór poważnych rozmów!
– Śpieszymy się – wtrącił Aldero. – Nie żebym miał coś przeciwko i tak dalej, ale wydawało mi się, że…
– Jadę do Liz – przerwała kuzynowi Elena. – Jest tak, jak powiedział: śpieszy nam się. Zresztą to też nie powinno cię interesować, skoro chciałaś ją zabić – dodała, zanim zdołałaby ugryźć się w język.
Chciała zacząć żałować swoich słów, ale nie potrafiła. Już od dłuższego czasu ignorowała Rosalie, nie tylko z powodu tego, że całą uwagę poświęcała Rafaelowi, ale przede wszystkim przez tę jedną, jedyną rozmowę na krótko po tym, jak pojawiła się szansa na to, żeby jej przyjaciółka poznała prawdę. Chyba nic nigdy nie zraniło jej bardziej jak reakcja Rose, która wprost zasugerowała śmierć – tak po prostu, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak ważna była Liz. Elena mogła zrozumieć to, że wampirzyca miała obawy – wszyscy je mieli, tym bardziej, że wtajemniczenie człowieka zawsze niosło ze sobą poważne konsekwencje i zagrożenie nie tylko dla samego siebie, ale również wampirów, o których wiedział. Nie zmieniało to jednak faktu, że powiedzenie czegoś takiego – bezlitosne przekreślenie kogoś, o kim Rosalie doskonale wiedziała, że nie był dla jednego z członków jej rodziny obojętny – stanowiło cios poniżej pasa.
– Na litość boską, Elena… – Wampirzyca urwała, być może w ostatniej chwili powstrzymując się przed powiedzeniem czegoś, czego mogłaby pożałować. – W porządku, wybacz mi. Ja nie miałam… Po prostu już przez to przechodziłam.
– Z Bellą? – zapytała z powątpiewaniem. – Zresztą to teraz nieistotne. Nie obchodzi mnie to, jaki miałaś humor i… Och, chodźmy, Al – zwróciła się do kuzyna, chcąc jak najszybciej przerwać niewygodną rozmowę.
Rose przez moment wydawała się chętna do tego, żeby zacząć protestować, ale Elena nie zamierzała czekać, aż jej siostra dojdzie do głosu. Bez słowa ruszyła w stronę schodów, zimna i niemniej przystępna, co i sama zainteresowana, kiedy zdarzało jej się na coś zdenerwować. Nauczyłaś mnie tego… Jaki i wielu innych zachowań, pomyślała mimochodem i przez moment coś ścisnęło ją w gardle. W głowie miała liczne przytyki Rafaela na temat tego, jak się zachowywała i jak wiele uwagi poświęcała na swój wygląd; wcześniej o tym nie myślała, ale prawda była taka, że większość zachowań zawdzięczała jednej, jedynej osobie – komuś, kto przez długi okres czasu był dla niej wzorem, a ostatecznie okazał się…
Och, sama nie potrafiła tego opisać albo zrozumieć, ale prawda była taka, że wciąż nie pojmowała tego, jak bardzo zmieniła się w ostatnim czasie. Ba! Nie miała pojęcia, jak tak naprawdę powinna rozumieć relacje swoje i wampirzycy, skoro tak niewiele trzeba było, żeby ostatecznie odwróciła się od kogoś, kto na swój sposób był dla niej wzorem. Trudno było jej stwierdzić, kiedy i co tak naprawdę uległo zmianie – to, że dzięki Rafie zmieniła pogląd na wiele spraw, czy może to wyrok wydany na Liz otworzył jej oczy. Możliwe, że obie te kwestie, choć równie prawdopodobne mogło okazać się to, że od samego początku zdawała sobie sprawę z tego, że w wychowaniu Rosalie coś jest nie tak. Dostosowywała się do tego, bo w wielu wypadkach to wydawało się wygodne, zresztą lubiła korzystać ze swojej urody – była egoistką i nigdy tego nie ukrywała – niemniej teraz, kiedy od dobrze podjętych decyzji mogło zależeć tak wiele… No cóż, nie tylko ona poruszyła w Rafaelu coś, czego nie rozumiał – to działało również w drugą stronę.
Jakkolwiek by jednak nie było, prawda była taka, że zawsze potrafiła zachować się w odpowiedni sposób względem przyjaciół. Liz była dla niej ważna, a teraz mogła jej potrzebować.
W tamtej chwili nie musiała rozumieć niczego więcej.
Renesmee
Wciąż nie wierzyłam w to, co tak naprawdę miało miejsce. Słuchałam relacji Damiena i po prostu nie pojmowałam tego, że pewne rzeczy mogłyby się wydarzyć, choć przez ostatnie lata widziałam dość, by nauczyć się, że życie wcale nie jest takie proste i kolorowe – i to zwłaszcza takie, które wiązało się z egzystencją nieśmiertelnych. Nie byłam ani naiwna, ani głupia, a słowo rzeź wcale nie kojarzyło mi się z czymś nierealnym czy całkowicie nie mającym racji bytu.
A jednak pierwszą moją myślą na wieść o tym, co spotkało Elizabeth, było właśnie stwierdzenie, że to niemożliwe.
Sama nie miałam pewności, co wprawiło mnie w większy szok: informacja o tym, że brat dziewczyny mojego syna wymordował własną rodzinę, że roztrzęsiona Liz trafiła do naszego domu, czy może sam widok Damiena, który wyglądał tak, jakby przechodził małe załamanie nerwowe. Z równym powodzeniem mogło chodzić o wszystkie te kwestie na raz, przyczyna zresztą miała dla mnie najmniejsze znaczenie, zwłaszcza teraz. Próbowała wszystko logicznie poukładać, ale to było równie trudne, co i niemyślenie o Jocelyne – po prostu niemożliwe.
Sądziłam, że odetchnę, kiedy w domu w końcu zapanowała względna cisza, a ja dla lepszego efektu przeniosłam się na ganek, ale nic podobnego nie miało miejsca. Wręcz przeciwnie – w ciszy, obserwując pogrążony w ciemności ogród, czułam się jeszcze bardziej rozbita i bezradna, tym bardziej, że nic nie mogłam zrobić. Po raz kolejny zdawałam sobie sprawę z tego, że działo się coś niedobrego, a jednak… Jakby tego było mało, wcale nie pomagało mi tłumaczenie sobie, że w gruncie rzeczy żadne z nas nie było w stanie w porę zareagować, a Liz do tej pory radziła sobie w pojedynkę. To nigdy nie był nasz obowiązek – ani mój, ani Damiena, choć w przypadku tego drugiego sprawy najpewniej miały się zgoła inaczej; jakby nie patrzeć, prawdziwą rodzinę wybierało się sobie samemu, a on obdarzył Elizabeth uczuciem wystarczającym, bym sama zaczęła traktować ją jak kogoś bliskiego. Chciałam ją chronić i to w niemniejszym stopniu, co i wcześniej, kiedy była dla mnie po prostu przyjaciółką Eleny – a może aż.
Cóż, gdyby nie ochrona i zaangażowanie moich najbliższych, na świecie nie byłoby również mnie – nie mogłoby, skoro bez nich Bella by nie przeżyła. Istniało wiele zasad, które wyniosłam z domu i o które tym bardziej troszczyłam się teraz, mając jeszcze więcej osób na których mi zależało. Liz miała stać się jedną z nich, tym bardziej, że obserwując odchodzącego od zmysłów Damiena, wyraźniej niż kiedykolwiek widziałam jego ojca – zdeterminowanego, zakochanego i pełnego nienawiści do kogoś, kto ważył się skrzywdzić jego wybrankę. Zawsze zdawałam sobie sprawę z tego, że nawet mój opanowany, spokojny syn miał w sobie dumę i pewność siebie Licavolich, ale dopiero w sytuacji takiej jak ta okazywał to w pełnej krasie, wręcz mając problem z tym, żeby nad sobą zapanować.
Nie usłyszałam ani kroków, ani tym bardziej nie wyczułam żadnego ruchu, który świadczyłby o pojawieniu się Gabriela. Jego ramiona najzwyczajniej w świecie owinęły się wokół mnie i choć w pierwszym odruchu zapragnęła się wyrwać, zaskoczona, prawie natychmiast poddałam się znajomym objęciom.
– Zamartwiasz się, mi amore? – wymruczał mi do ucha, nawet nie próbując kryć tego, że doskonale rozumiał mój nastrój.
– Dziwi cię to? – westchnęła, po czym z niedowierzaniem pokręciłam głową. – Tak, o Joce też myślę – dodałam, by uprzedzić kolejne, standardowe już chyba pytanie.
Gabriel westchnął cicho; chociaż nie widziałam jego twarz, mogłam się założyć, że wywrócił oczami.
– To wiem – stwierdził wprost.
Uniosłam brwi i chciałam rzucić coś co najmniej złośliwego, sama niepewna tego, jak powinnam rozumieć jego uwagę, nim jednak zdecydowałam się na cokolwiek, mąż zdecydowała się wcisnąć mi w dłonie kruchy, smukły przedmiot. Dopiero po chwili zorientowałam się, że to ni mniej, ni więcej, ale kieliszek – na dodatek wypełniony czarnym w tym oświetleniu, znajomym mi winem. Zaintrygowana, lekko przechyliłam naczynie, w milczeniu obserwując jak płyn przybiera odpowiedni kształt.
– Świetnie – rzuciłam w odrobinę kąśliwy sposób. – Chcesz mnie do tego wszystkiego upić? – zarzuciłam mu.
– Jednym kieliszkiem? – W odpowiedzi na moje słowa jedynie parsknął nieco wymuszonym, ale za to szczerym śmiechem. Byłam w stanie wyczuć różnicę, choć jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego, że Gabriel potrafił panować nad emocjami lepiej niż niejeden nieśmiertelny, którego spotkałam na swojej drodze. – Czemu nie? Po alkoholu zachowujesz się bardzo zabawnie.
Tym razem to mnie udało się uśmiechnąć, pomimo narastającej ochoty na to, żeby zdzielić go w ramię – i to najlepiej porządnie.
– Dobrze się bawisz?
Wymownie uniósł brwi ku górze.
– Nienajgorszej – rzucił pogodnym tonem. Wywróciłam oczami, po czym zdecydowałam się wziąć ostrożny łyk; musiałam się pilnować, tym bardziej, że połączenie mnie i wina mało kiedy kończyło się w szczególnie szczęśliwy sposób.
– Hm… – Wydęłam usta; spojrzenie wbiłam w kieliszek, nie kryjąc rozczarowania. – Bez niespodzianki?
Gabriel prychnął, bez trudu pojmując aluzję. Tak, zdecydowanie nie zamierzałam tak łatwo zapomnieć mu tego, że kiedy po raz pierwszy częstował mnie winem, zdecydował się doprowadzić je odrobiną swojej krwi – czymś, co wówczas wytrąciło mnie z równowagi, a teraz uważałam za najlepsze połączenie na świecie.
– A chcesz? – podchwycił, przysuwając się bliżej mnie.
Nie zaprotestowałam, kiedy zdecydowanym ruchem przyciągnął mnie do siebie, sadzając sobie  taki sposób, że niejako wylądowałam na jego biodrach. W pośpiechu dopisałam wino, nie chcąc przypadkiem go wylać, tym bardziej, że po chwili wahania doszłam do wniosku, że mnie samej alkohol może okazać się całkiem przydatny. Próbowałam chłonąć chociaż chwilę wzajemnej bliskości, instynktownie nachylając się do przodu, by móc musnąć wargami usta Gabriela. Nie potrzebowałam ani szczególnie wyszukanych argumentów, ani próśb, by zaczął mnie całować. Jego dłonie jak na zawołanie wylądowały na moich plecach, a po chwili przygarnął mnie do siebie w jeszcze bardziej stanowczy sposób, wyraźnie nie mając nic przeciwko temu, byśmy posunęli się odrobinę dalej.
Po jego uśmiechu i zachowaniu poznałam, że wyraźnie ulżyło mu, kiedy znalazł sposób na to, by chociaż po części rozproszyć moją uwagę. To był dość mało subtelny pomysł, ale na dłuższą metę wolałam poddać się jego działaniom, byleby chociaż na moment zapomnieć o wszystkim tym, co działo się wokół mnie. Już od dłuższego czasu mieliśmy dość ograniczone pole do manewru, poniekąd przez moje zmienne nastroje, związane z nieobecnością Joce, ale przede wszystkim przez gości. Cóż, trudno było cieszyć się z własnego mieszkania, kiedy dom naprzemiennie wydawał mi się naprzemiennie albo nieznośnie pusty, albo przepełniony…
– Ehm…
Tak. Zwłaszcza to drugie.
Gabriel drgnął, a we mnie nie po raz pierwszy odezwały się dawno zapomniane mordercze instynkty. Miałam ochotę warknąć, co najmniej poirytowana tym, że to właśnie Rufus mógłby jak zwykle pojawić się w najmniej odpowiednim momencie (i najpewniej nie widzieć w tym niczego złego), ale powstrzymałam się, po cichu licząc na to, że opatrzność mnie wyręczy i ktoś inny zrobi mu krzywdę.
– Tak? – wycedziłam przez zaciśnięte zęby, nawet nie próbując się odwracać. Wciąż siedziałam we wcześniej przyjętej pozycji, korzystając z tego, że Gabrielowi nie przeszkadzało to, że przeze mnie niejako na wpół leżał na schodach.
– Nic, nic… – Wampir mógłby brzmieć w całkiem przyjazny sposób, gdybym go nie znała. Sama nie byłam pewna, czego tak naprawdę się spodziewałam, ale na pewno nie tego, że zawracał nam głowę tak dla zasady. – Mam proste pytanie: co teraz?
Westchnęłam, zresztą tak jak i Gabriel, który chcąc nie chcąc zsunął mnie z siebie.
– Z Liz? – zapytałam, chociaż ta jedna kwestia wydawała mi się aż nazbyt oczywista. – Zostaje w pokoju Damiena. Zresztą pewnie jak i Elena.
– Biedny chłopak… – mruknął Rufus, wymownie wywracając oczami. – Ale to akurat najmniej obchodzi. Bardziej przejmuje się tym, że ściągacie sobie na głowę polującego na dziewczynę wampira – zauważył i tej kwestii chcąc nie chcąc musiałam przyznać mu rację.
– Och, tak… Nie po raz pierwszy – rzuciłam, ale moje słowa raczej go nie uspokoiło. – Coś się wymyśli… Tak sądzę. Tej nocy i tak nikt nie przyjdzie – dodałam, po cichu licząc na to, że mam rację.
Rufus rzucił mi pewne powątpiewania spojrzenie, ale ostatecznie skinął głową. Trudno było mi określić w jakim był nastroju, ale skoro nie próbował mnie drażnić i jakkolwiek kwestionować tego, co mówiłam, chyba nie było źle. Cóż, jasne, że się przejmował – i o Claire, i o Laylę, bo przecież właśnie przed problemy zabrał je z Miasta Nocy. Teraz Seattle mogło okazać się niewiele bezpieczniejsze, choć w porównaniu z tym, co działo się we Francji, jeden wampir wydawał się dość prostą do rozwiązania kwestią… A przynajmniej miałam taką nadzieję, bo sam Damien o Jasonie wiedział niewiele. Teraz wszystko wydawało się zależeć przede wszystkim od Liz, ale ta przynajmniej tymczasowo nie nadawała się do tego, żeby o czymkolwiek sensownie rozmawiać.
Wciąż o tym myślałam, kiedy usłyszałam ciche, aczkolwiek wyraźnie zmierzające w naszą stronę kroki. Chwilę później Layla dosłownie zmaterializowała się u boku męża, ale nawet nie spojrzała na naukowca. Początkowo nawet nie zorientowałam się, że cokolwiek mogłoby być nie tak, póki niebieskie oczy dziewczyny nie skupiły się na obejmującym mnie pół-wampirze, a ja nie pojęłam, że moja szwagierka była czymś zaniepokojona – i to o wiele bardziej niż przepytujący nas do tej pory Rufus.
– Gabrielu…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa