31.05.2016

Dwieście czternaście

Layla
Miała pełno wątpliwości, co do tego, czy mówienie o przeszłości jest najlepszym pomysłem. Nie lubiła wracać do okresu na krótko po tym, jak wraz z bratem uciekła od ojca, jednak tym razem nie miała większego wyboru. Lubiła Sage’a i choć jego obecność w Seattle wciąż pozostawała dla niej zagadką, mimo wszystko cieszyła się jak dziecko na jego widok. Problem polegał na tym, że takie zachowanie bez wątpienia wzbudzało irytację Rufusa, nie musiała zresztą pytać, by wiedzieć, że wampir oczekiwał wyjaśnień. Co prawda mogła spróbować choć trochę się z nim podroczyć i przynajmniej tymczasowo darować sobie jakiekolwiek uwagi, ale nie widziała powodów, by próbować to robić. Co więcej, jeśli Gabriel faktycznie nie był zachwycony perspektywą jakiegokolwiek gościa, mogło się okazać, że wcale nie mieli tak dużo czasu do powrotu jego i Renesmee.
Zauważyła Claire, kiedy tylko znaleźli się wewnątrz domu. Dziewczyna stała w połowie prowadzących na piętro schodów, wyraźnie zaniepokojona, choć wyraźnie rozluźniła się na widok jej i Rufusa. Layla nawet nie była zaskoczona tym, że w pierwszym odruchu jej córka mogła zdecydować się przed Sage’m uciec, tym bardziej, że sama nie miała wątpliwości co do tego, że nieśmiertelny potrafił być niebezpieczny. Czerwone oczy mówiły same za siebie, pamiętała zresztą, że kiedy pierwszy raz trafiła na wampira, była przerażona… Co prawda z innego powodu, ale jednak. Jakkolwiek by nie było, strach wydawał się czymś w pełni naturalnym, zwłaszcza kiedy pozostawało się podatnym na zranienia pół-wampirem, a przecież właśnie tak był w przypadku Claire.
Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, by dla pewności raz jeszcze spróbować uspokoić córkę, jednak nie miała po temu okazji. To dziewczyna jako pierwsza zdecydowała się podejść bliżej, co prawda wciąż trzymając się na dystans, ale nie w tak obcesowy sposób, by wydało się to niepokojące. Z uwagą obserwowała Sage’a, najwyraźniej próbując ocenić sytuację i sprawiając wrażenie co najmniej… zażenowanej.
– Słyszałam wszystko – powiedziała w końcu, ostrożnie dobierając słowa. – Przepraszam…? – dodała po chwili, chociaż zdecydowanie nie miała powodów po temu, by mieć do siebie pretensje o bycie ostrożną.
– Za co? – obruszył się wampir, wymownie wywracając oczami. – To mnie udało się ciebie nastraszyć – dodał, po czym przeniósł wzrok na Laylę. – Podtrzymuję: jest śliczna – oznajmił, a Claire z miejsca zaczerwieniła się, dość osobliwie reagując na jakikolwiek komplement.
Lay zdołała się uśmiechnąć, sama niepewna tego, czy powinna być bardziej rozbawiona, czy może po raz kolejny zacząć martwić się tym, ze jej córka mogłaby tak mało wierzyć w sobie. Czasami tego nie rozumiała, sama niepewna już tego, co powinna zrobić, żeby utwierdzić dziewczynę w przekonaniu, że wszystko jest w najzupełniejszym porządku, a ona powinna otworzyć się na wszystkich tych, którzy ją otaczali. Po cichu liczyła na to, że dziewczyna przynajmniej była na dobrej drodze, by zaprzyjaźnić się z tą małą Issie, ale to też wcale nie wydawało się aż takie oczywiste, nie wspominając już o jakimkolwiek pozytywnym wpływie wpojenia tamtego znajomego Renesmee… A przynajmniej nic na to nie wskazywało, przynajmniej nie oficjalnie, bo sama Claire wydawała się gubić w tym, czego doświadczała od czasu przyjazdu do Seattle.
– Nie zapędzasz się troszeczkę? – mruknął jakby od niechcenia Rufus, rzucając Sage’owi wymowne spojrzenie. To nie była otwarta wrogość, ale coś w rodzaju przesadnej ostrożności, więc… Cóż, w jego przypadku to zdecydowanie było normalne. To, że dyskretnie spróbował przesunąć się w stronę Claire, również. – Wspominałaś już może, skąd się znacie? – zapytał wprost, a Layla westchnęła.
– Mam to w planach – zapewniła, decydując się zachowywać tak, jakby nic szczególnego nie miało miejsca.
Trudno było jej stwierdzić, czy naukowca satysfakcjonowała taka odpowiedź, ale odniosła wrażenie, że nieznacznie się uspokoił, być może dlatego, że teraz oboje mieli pewność, że Claire jest sama. Przynajmniej przestał przypatrywać się Sage’owi w aż tak przesadnie uważny sposób, choć Layla szczerze wątpiła w to, żeby miał tak odpuścić sobie przesłuchanie, skoro już obiecała mu wszystko wytłumaczyć. Zapanował nad sobą, przez co trudniej było jej zinterpretować jego emocje, a tym bardziej stwierdzić, czy w ogóle możliwym był to, żeby był zazdrosny. W przypadku tego wampira nic nie było tak naprawdę oczywiste, a ona zdążyła przywyknąć do tego, że Rufus po prostu działał po swojemu – ot tak, zależnie od aktualnego nastroju i tego, na co akurat miał kaprys.
Ruszyła w stronę salonu, w naturalny sposób dochodząc do wniosku, że to będzie najwygodniejsze miejsce, żeby rozmawiać. Przez myśl przeszło jej, że być może powinna zadzwonić do Gabriela i jednak dla pewności go uprzedzić, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Jak znała swojego brata, najpewniej zamierzał unieść się dumą i przy pierwszej okazji spróbować Sage’a wyprosić, nawet pomimo tego, że zawdzięczali wampirowi naprawdę wiele. Problem jak zwykle polegał na tym, że jej bliźniak nie lubił okazywać słabości, a powrót do przeszłości niejako się z tym wiązał, chociaż Layla nie widziała w tym niczego złego.
Cóż, w takim wypadku lepiej było, że chłopak nie zdawał sobie sprawy z tego, że Sage mógłby przyjść do jego domu. Zwykle potrzebował czasu, zwłaszcza teraz, kiedy dodatkowo martwił się o Jocelyne i Isabeau. Co prawda chyba nigdy nie miała zrozumieć tego, dlaczego faceci musieli być aż do tego stopnia uparci i wrogo nastawieni do siebie nawzajem, ale z drugiej strony… drugiej płci chyba po prostu nie dało się w pełni pojąć.
– Damiena wciąż nie ma? – zapytała dla pewności, zwracając się do Claire. Co prawda była w stanie to wyczuć, jednak w miejscu, gdzie mieszkało tyle osób razem, łatwo było pogubić się w podsuwanych przez zmysły bodźcach.
– Nie. – Claire wzruszyła ramionami. – Pewnie jest z Liz – dodała, a Layla mimowolnie się uśmiechnęła.
Cóż, człowiek czy też nie, tak było o wiele lepiej, niż gdyby znowu miał się pogubić w uczuciach do własnej siostry. Co prawda przez ostatnie lata relacje jego i Alessi doszły do nomy, ale…
– Jest was jeszcze więcej? – podchwycił mimochodem Sage, wyrywając ją z zamyślenia. – Wybacz, że tak cię wypytuje, ale Gabriel nie był zbyt chętny do rozmowy – wyjaśnił ze spokojem.
– Nie wątpię – mruknęła, ledwo powstrzymując się przed wywróceniem oczami. Najwyżej brat miał ją zabić. – Na razie jest nas tutaj szóstka, chociaż to dom Gabriela i Nessie. Skoro już była mowa o ich dzieciach, to Damien ma dwie tymczasowo nieosiągalne siostry – wyjaśniła, a Sage uniósł brwi.
– Chwała bogini za to, że jednak wam się udało. – Potrząsnął z niedowierzaniem głową. – Do tej pory szlag mnie trafia, jak sobie przypominam, w jakich okolicznościach na was trafiłem. Nie wiem, co za drań traktuje tak swoje dzieci, ale wciąż nie wahałbym się z zabiciem go – oznajmił wprost, a Layla drgnęła, nagle zaniepokojona.
Jeśli wciąż pod uwagę to, że ten drań ma się dobrze…
– To było dawno – powiedziała w zamian, decydując się na zmianę tematu. – W zasadzie to już nie ma znaczenia, nie? Ja i Gabriel sobie poradziliśmy.
Sage skinął głową, ale coś w spojrzeniu, którym ją obdarował, dało jej do zrozumienia, że podejrzewał, że nie była z nim do końca szczera. Oczywiście nie skomentował tego nawet słowem, w zamian udając zainteresowanego tym, jak wystrojony został salon, ale Layla i tak wiedziała swoje. Co prawda nie musiała mu się zwierzać, zwłaszcza po blisko pięciu wiekach, które minęły od ich ostatniego spotkania, ale…
Wyczuła, że się przesunął, ostatecznie koncentrując nad odrobiną wolnej przestrzeni przy oknie. Miejsce było dobrze oświetlone, a przynajmniej tak prezentowałoby się, gdyby akurat trafił się wyjątkowo słoneczny dzień, więc Laylę w najmniejszym nawet stopniu nie zdziwiło to, że Renesmee zdecydowała się przynajmniej tymczasowo porozstawiać tam to, co zwykle trzymała w pracowni – począwszy od sztalug, poprzez płótna i pojemniki z farbami. Co prawda od chwili przeprowadzki ani razu nie widziała dziewczyny podczas malowania, oczywiście pomijając dekorację pokoju, ale podejrzewała, że w chwili powrotu Joce wszystko wróci do normy.
– Twoje? – rzucił zaczepnym tonem Sage, a ona parsknęła śmiechem.
– Tak, na pewno – żachnęła się. – Umiem dobrze trzymać ołówek i to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o rysowanie… Są mojej szwagierki – dodała, poważniejąc.
– Ach, tak… Cóż, Gabriel najwyraźniej miał szczęście – ocenił i zawahał się na moment. – Co nie zmienia faktu, że waham się nad tym, czy powinienem tutaj być.
– Gabrielowi zwykle szybko przechodzi, zwłaszcza kiedy ja o coś proszę – zapewniła pośpiesznie. – Poza tym ja i tak nie odpuściłabym sobie takiego przypadku – dodała z naciskiem. Jej spojrzenie z miejsca powędrowało najpierw w stronę Claire, a ostatecznie zatrzymało się na Rufusie. – Z gwoli ścisłości, nie widziałam Sage’a chyba z pięć wieków, ale to najmniej istotne. Ważne, że kiedy uciekliśmy z moim bratem Chianni, był pierwsza osobą, która nam pomogła.
Zawahała się na moment, sama niepewna tego, co i jak może powiedzieć. Zerknęła na wampira, ale ten tylko wzruszył ramionami, najwyraźniej dając jej wolną rękę.
– Nie krępuj się, złotko.
Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, najpewniej zirytowałaby się za ten komentarz, ale w przypadku Sage’a była w stanie to zignorować. Westchnęła, po czym przysiadła na brzegu kanapy, odrzucając jasne włosy na plecy i z braku lepszych pomysłów decydując się spojrzeć w sufit.
– Nie ukrywałam tego, że uciekliśmy z Gabrielem z domu na krótko po tym, jak udało się nam zapanować nad mocą… No, jemu się udało, zresztą tylko to pozwoliło nam podjąć decyzję. To był o jeden raz za dużo, kiedy… – Urwała, przede wszystkim przez wzgląd na Claire i to, że sama po raz kolejny nie chciała wracać do etapu, kiedy Marco wzbudzał w niej czyste przerażenie. Rufus wiedział, bo sama już nie pamiętała, jak wiele razy zdarzało jej się zrywać z płaczem przez niechciane sny – sporadycznie, ale jednak, zresztą na krótko po tym, jak na początku ich związku oddała mu się po raz pierwszy, sama chciała rozmawiać o tym, co napawało ją tak wieloma skrajnymi emocjami. – Nieważne. Chodzi o to, że Gabriel odkrył swoje zdolności przede mną – to znaczy, że może przenikać cudze sny. Ze mną i ogniem… było trochę inaczej, chociaż też zaczęło się jakieś dwa tygodnie po tym, jak udało nam się uciec. Byłam zmęczona, poza tym telepatia trochę wymykała mi się spod kontroli, więc też traciłam więcej energii niż powinnam… No i nie miałam gorączki, więc jak nagle zaczęłam być rozpalona, Gabriel prawie dostał zawału, bo żadne z nas nie wiedziało, co się dzieje. Cóż, ja też mu nie pomagałam, ale to inna sprawa – dodała z wahaniem, niechętnie wracając pamięcią do tego, jak bardzo roztrzęsiona była w tamtym okresie.
Cóż, trudno było oczekiwać czegoś inaczej – nie od dwójki dzieciaków, które pałętały się same po lesie, po tym, jak cudem udało im się wyrwać z rodzinnego domu. Pamiętała siebie, choć kiedy czasami o tym myślała, miała wrażenie, że próbuje obserwować życie kogoś zupełnie obcego, kto nie miał z nią żadnego związku. Od tamtego czasu zmieniło się wszystko, zwłaszcza oni sami, choć to akurat stanowiło mnie istotną kwestie.
Westchnęła, chcąc odzyskać kontrolę nad sobą i własnym ciałem, po czym ciągnęła dalej:
– Sage nas wtedy znalazł. Gabriel właściwie nie miał wyboru, bo martwił się o mnie, a ja… No, na początku nie byłam zbyt sympatyczna – rzuciła z wahaniem, aż nazbyt świadoma tego, że właśnie posługuje się niedopowiedzeniem stulecia. Jak inaczej miała określić to, że wpadała w panikę za każdym razem, kiedy próbował się do niej zbliżyć jakikolwiek inny mężczyzna, prócz jej własnego bliźniaka, a i to niekoniecznie? Oczywiście w przypadku Gabriela było inaczej, bo zdarzało jej się go atakować tylko wtedy, kiedy zaskoczył ją po przebudzeniu, nie zmieniało to jednak faktu, że niejednokrotnie była bliska zrobienia mu krzywdy. – Tak czy inaczej, zabrał nas do siebie i… niejako zapewnił opiekę na dobry miesiąc. Gabriel nie był zachwycony – ta jego cholerna duma – ale ja potrzebowałam czegoś więcej od ciągłej ucieczki. Zwłaszcza kiedy odkryłam, co potrafię… Musiałam mieć trochę czasu i przestrzeni, by nad tym zapanować, chociaż szło mi to dość… opornie.
– Nie przesadzaj – wtrącił Sage. – Te twoje płomienie równie nagle się pojawiały, co i wygasały. Początkowo mieliśmy więcej niespodzianek niż realnego zagrożenia – sprostował, ale Layla jedynie pokręciła głową.
– Gdyby nie to, że obaj nauczyliście się kiedy i dlaczego najlepiej trzymać się ode mnie z daleka, pewnie byśmy teraz nie rozmawiali – zaoponowała. – Tak czy inaczej, pewnie gdyby nie Sage, mielibyśmy spore problemy z tym, żeby sobie poradzić – mnie przytłaczał ogień, a Gabriel dopiero uczył się wykorzystywać moc i rozumieć, jakie to ma w jego przypadku konsekwencje. Jak tak teraz sobie myślę, to gdybym miała mówić o ojcu, prędzej wskazałabym jego – zerknęła na wampira – niż Marco, bo przez tamtych kilkanaście dni zrobił dla mnie więcej dobrego, niż ktokolwiek inny mógłby…
Urwała, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok, przez dłuższą chwilę nie ufając ani sobie, ani swojemu głosowi. Zamrugała pośpiesznie, po czym z nabytą przez lata wprawą odsunęła od siebie niechciane wspomnienia. Kiedyś przychodziło jej to o wiele łatwiej, tym bardziej, że przed poznaniem Rufusa nawet nie wyobrażała sobie tego, że mogłaby dopuścić do siebie jakiegokolwiek mężczyznę. Już nie wzdrygała się, kiedy ktokolwiek próbował jej dotykać, ale pewne emocje i przebłyski przeszłych wydarzeń wciąż pozostawały gdzieś w jej pamięci, niepokojąco żywe i gotowe w każdej chwili wypłynąć na zewnątrz.
Nie miała pewności, jaki ma wyraz twarzy i co musiała prezentować postawą, ale najwyraźniej nie wyglądała dobrze, skoro nagle tuż u jej boku dosłownie zmaterializowała się Claire. Dziewczyna nie odezwała się nawet słowem, w zamian jak gdyby nigdy nic wtulając się w Laylę. Wampirzyca na moment zamarła, po czym zdecydowanym ruchem przyciągnęła córkę do siebie, wplatając palce w jej ciemne włosy. Momentalnie poczuła się lepiej, w niemalże naturalny sposób przyjmując do wiadomości to, że może trzymać w ramionach swoje dziecko – coś, co jeszcze kilka lat temu nie byłoby możliwe. Wciąż do siebie lgnęły, właściwie przy każdej okazji, choć już przynajmniej nie bała się tego, że nagle wydarzy się coś, co mogłoby po raz kolejny pozbawić ją kontaktu z dziewczyną – tym razem na dobre.
Bez słowa wtuliła twarz w czarne loki, przez dłuższą chwilę koncentrując się przede wszystkim na znajomym, słodkim zapachu i wzajemnej bliskości. Claire była znacznie chłodniejsza od niej, ale to nie stanowiło przeszkody, tym bardziej, że Layla była do tego przyzwyczajona. Poczuła na sobie wymowne spojrzenie Rufusa, a przynajmniej była pewna tego, że wampir je obserwował, zresztą jak zawsze, kiedy siedziały gdzieś razem. Co prawda nigdy nawet słowem nie skomentował tego, że taki widok mógłby być dla niego ważny, ale Lay i tak wiedziała swoje, aż nazbyt świadoma tego, że wszyscy zdecydowanie zbyt długo czekali na to, żeby pewne sprawy w końcu wróciły do normy.
– Jest w porządku – mruknęła bardziej do siebie niż kogokolwiek innego. – Dzięki, kochanie…
Claire jedynie mocniej do niej przywarła.
W tamtej chwili jak najbardziej wszystko było takie, jak być powinno.
Isobel
Niecierpliwiła się.
Frustracja narastała z każdym kolejnym dniem niepewności, wzbudzając w niej stopniowo przybierający na sile gniew. Była cierpliwa, a jakże, zwłaszcza kiedy została do tego zmuszona, jednak tolerowanie takiego stanu rzeczy zdecydowanie nie napawało jej entuzjazmem. Kiedy wydawała rozkaz, miał zostać zrealizowany i to bez chwili wahania czy zbędnej zwłoki; to od niej zależało to, co i kiedy zostanie zrobione, a przynajmniej tak było do niedawna. Lubiła mieć pewność, że to, co sobie postanowiła, zostanie zrealizowane, jednak wszystko wskazywało na to, że w ostatnim czasie otaczali ją idioci – bezmyślne istoty, które nie potrafiły albo nie chciały wykonać zadań, które im powierzały.
Wyprostowała się, beznamiętnym wzrokiem wpatrując się w ciemność za oknem. Na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie spokojnej, tak zresztą chciała być postrzegana. Emocje stanowiły słabość, której należało się wystrzegać, co zrozumiała już dawno temu, dążąc do potęgi. Gdyby było inaczej, zdecydowanie nie zdołałaby osiągnąć nawet ułamka tego, czym mogła cieszyć się nie tak dawno temu, a nawet teraz, stopniowo zbierając siły i w wyważony, rozważny sposób posuwając się coraz dalej. Pewne rzeczy wymagały czasu, a Isobel wiedziała o tym doskonale, ucząc się na błędach i bez pośpiechu starając się odzyskać to, co zostało jej odebrane.
Och, kto wie, może tym razem mogła osiągnąć nawet więcej. Czasami zbytnia zwłoka również bywała zgubna, o czym miała okazję przekonać się ostatnim razem, przez długie lata dzierżąc władzę w Mieście Nocy i dopiero przyszykowując się do tego, żeby sięgnąć dalej. Być może za długo wahała się przed upomnieniem o to, co od zawsze jej się należało – pozycji, która w tak brutalny sposób została jej odebrana z chwilą Upadku całe tysiąclecia wcześniej.
Teraz mogła przynajmniej spróbować to odzyskać.
Tak więc była cierpliwa – wręcz wyjątkowo ostrożna, małymi kroczkami posuwając się coraz dalej i dalej.
Miejsce, w którym się znajdowała, nie należało do jej ulubionych, choć nie mogła zaprzeczyć, że warunki były godne królowej – straż, piękne komnaty i respekt, który sama nazwa klanu Volturi wzbudzała w większości wampirów. Isobel nigdy nie miała zrozumieć, jakim cudem Włochom udało się osiągnąć aż tak wiele, tym bardziej, że podejście ich okazało się dla niej dziecinnie proste, jednak nie dbała o to. Liczył się efekt, zresztą jeśli chciało się wejść między wrony…
Na początek musiało wystarczyć, choć zaczynała mieć serdecznie dość udawania. Nigdy nie była stworzona do tego, żeby grać drugie skrzypce, stojąc u boku kogoś, kto nie wydawał jej się godny nawet tego, żeby zostać jej prawą ręką, ale i w tej kwestii nie miała wiele do powiedzenia. Potęga wymagała poświęceń, a ona musiała wysilić się, by w pełni zrealizować to, co sobie zaplanowała. Co prawda wszystko wskazywało na to, że w jednej z najistotniejszych kwestii pojawiły się komplikacje, zaś dotychczas dość zaufany z jej podwładnych zaczynał zawodzić, ale…
Nie, to nie było takie ważne. Chciała śmierci dziewczyny i wierzyła, że doprowadzi sprawy do końca, jednak teraz priorytetem było to, co sama miała do zrobienia – tym bardziej, że zdecydowała się wziąć sprawy w swoje ręce, zamierzając dokładniej przyjrzeć się temu, co też przez tyle czasu opóźniało Rafaela. Nie miała pojęcia, czy to możliwe, by jedna z najsilniejszych istot, jaką znała, mogła dać się zabić, jednak jak długo nie miała pewności, wolała zakładać nawet najbardziej irracjonalny scenariusz. Cokolwiek się działo, było do rozwiązania, choć na razie nie miała pewności w jaki sposób i komu tym razem powinna powierzyć najważniejsze dla niej sprawy. W teorii, kiedy chciało się zrobić coś porządnie, należało zadbać o sprawy osobiście, jednak to jeszcze nie znaczyło, że równie Amelie miała ją zawieść.
Chyba.
Jakkolwiek by nie było, czuła się coraz pewniejsza tego, co mogła otrzymać w zamian. Gdyby wszystko poszło zgodnie z tym, co tak skrupulatnie planowała, wtedy już nie musiałaby przejmować się niczym. Zaczynała mieć dość udawana, jednak sytuacja tego wymagała, Isobel zresztą czuła, że wszystko jest tylko i wyłącznie kwestią czasu. Nie miała pewności, jak długo jeszcze miało przyjść jej czekać, ale jedno było oczywiste: to już był pawie koniec.
Teraz już wszystko zależało tylko i wyłącznie od tego, czy odpowiednio wszystko rozegra.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa