27.04.2016

Sto osiemdziesiąt

Jocelyne
Uwolnienie się od Collina zajęło jej dłuższą chwilę. Poczuła nieopisaną wręcz ulgę, kiedy w końcu znalazła się na prowadzących na piętro schodach, jednak prawie natychmiast wyczuła, że samotność tak szybko nie będzie jej dana. Wyraźnie wychwyciła zapach słodkiej krwi i kroki, kiedy zaś w pośpiechu obejrzała się przed ramię, dostrzegła podążającego za nią Jeremiego.
Chłopak przystanął w miejscu, ledwo tylko skoncentrowała na nim wzrok. Wydał jej się speszony, wręcz zażenowany, jakby nie podejrzewał, że mogłaby go zauważyć aż tak szybko.
– Masz oczy wokół głowy czy jak? – obruszył się, po czym najwyraźniej doszedł do wniosku, że jest mu wszystko jedno i bez pośpiechu podszedł bliżej. – Możemy pogadać?
– Cały czas mogliśmy, kiedy chodziłam z wami po ośrodku – zauważyła przytomnie, wymownie unosząc brwi ku górze. – Chciałabym wrócić do pokoju. Jestem już zmęczona, więc gdybyś był taki dobry… – zaczęła, jednak coś w wyrazie twarzy chłopaka jasno dało jej do zrozumienia, że nie zamierzał tak po prostu odpuścić.
– Miałem na myśli to, żeby porozmawiać z tobą – oznajmił z naciskiem.
Innymi słowy, bez Collina i jakiegokolwiek towarzystwa. Z jakiegoś powodu momentalnie poczuła się osaczona, w głowie zaczynając szukać jakiejś bardziej konkretnej wymówki. Nie była pewna, co takiego było w Jeremim, że instynktownie wolała się trzymać od niego z daleka, ale to w tamtej chwili wydało jej się najmniej istotne. Kto wie, może zaczynała być paranoiczką. To byłoby bardzo sensowne, gdyby wziąć pod uwagę to, że nadal mogła być po prostu szalona.
– Hm, Julie mówiła, że mam mieć jeszcze spotkanie z… Ronem – zaczęła, po czym zawahała się na moment, zastanawiając się, czy przypadkiem nie pomyliła imienia – więcej…
– Tym bardziej – powiedział, a ona ledwo powstrzymała jęk. Istniało cokolwiek, co mogłaby powiedzieć, a czego on nie uznałby za okoliczność sprzyjającą? – Okej, przepraszam za tę „nową” w stołówce. Nie miałem na myśli niczego złego – zreflektował się, a Jocelyne westchnęła, potrząsając z niedowierzaniem głową.
– Nieważne – zapewniła pospiesznie. – Taa, dobra. Możemy pogadać.
Jego twarz rozjaśnił uśmiech i to sprawiło, że z miejsca wydał jej się o wiele bardziej sympatyczny, choć to wciąż nie musiało o niczym świadczyć. Nie zaprotestowała, kiedy skinieniem głowy dał jej do zrozumienia, by ruszył za nią, chcąc nie chcąc decydując się podporządkować. Choć wciąż słabo znała budynek, zorientowała się, że skręcił w korytarz przeciwny do tego, którym prowadziła ją Julie, planując pokazać jej pokój. To uprzytomniło jej, że musieli przejść do tej części, która należała do chłopców, kiedy zaś chwilę później Jeremi otworzył przed nią jedne z ciągnących się wzdłuż ściany drzwi, zorientowała się, że najwyraźniej prowadził ją do siebie.
Tata byłby zachwycony…, pomyślała z przekąsem. Jakoś nie miała wątpliwości co do tego, jakby zareagował Gabriel, gdyby usłyszał, że jego mała córeczka naiwnie pozwalała prowadzić się do sypialni jakiegokolwiek obcego faceta – i to nawet jeśli ten okazałby się człowiekiem.
– Nie przeszkadza ci…? – Jeremi rzucił jej wymowne spojrzenie. – Na korytarzu są kamery.
Na moment zamarła, co najmniej zaskoczona tą informacją. Przynajmniej teoretycznie mogła się tego spodziewać, ale i tak poczuła się dziwnie, coraz bardziej zaniepokojona drobiazgami, które sprawiały, że wcale już nie czuła się w ośrodku aż tak swobodnie. Jasne, kamery – w szkole też były, tak jak i w każdym z większych miejsc publicznych, które miała okazję widzieć, ale… coś niezmiennie sprawiało, że czuła się coraz pewniejsza tego, że powinna się martwić.
Przestała o tym myśleć, dla zabicia czasu i choć chwilowego zajęcia czymś uwagi rozglądając się dookoła. Pokój okazał się… pusty, wręcz surowy, co już od pierwszej chwili dało jej się we znaki, sprawiając, że poczuła się wyjątkowo nieswojo. Nie miała pojęcia, jak długo Jeremi był w tym miejscu, ale sypialnia wyglądała tak, jakby dopiero co ją zajął – czysta, porządna i bez jakichkolwiek rzeczy osobistych w zasięgu wzroku.
Och, albo i niekoniecznie.
Jej spojrzenie przykuła niewielka, pozłacana ramka ze zdjęciem, którą starannie ustawiono na stoliku nocnym. Dzięki wyostrzonym zmysłom bez trudu mogła przyjrzeć się szczupłej postaci, która z olśniewającym uśmiechem spoglądała w obiektyw innego, kto robił jej zdjęcie. Miała całą burzę rudych, kręconych włosów i okrągłą, piegowatą twarzyczkę. W pierwszym odruchu kolor loków sprawił, że pomyślała o Rosie, jednak na pierwszy rzut oka widać było, że dziewczyna w niczym nie przypominała zjawy, którą w domu Castiela widziała Jocelyne. Nie miała pojęcia, dlaczego na widok zdjęcia coś ścisnęło ją w gardle, sprawiając, że poczuła się w co najmniej nieswojo, ale ostatecznie zmusiła się do zignorowania dziwnego przeczucia i skoncentrowania się na Jeremim.
– To moja siostra, Carol – rzucił wymijającym tonem chłopak, tym samym uświadamiając jej, że przez cały ten czas ją obserwował. – Nieważne. Co sądzisz o tym miejscu?
Rzuciła mu skonsternowane spojrzenie, próbując stwierdzić, czego tak naprawdę powinna była rozumieć jego słowa. Zaproponował jej rozmowę tylko po to, żeby zadawać pytania podobne do tych, które przez ostatnią godzinę słyszała od Collina, skoro przez cały ten czas im towarzyszył? To nie miało dla niej sensu, jednak nie skomentowała tego nawet słowem, w zamian obojętnie wzruszając ramionami.
– Wciąż nie jestem pewna – przyznała w końcu. – Jestem tutaj raptem kilka godzin, ale… Na tę chwilę nie jest źle – dodała po chwili zastanowienia, dochodząc do wniosku, że to w gruncie rzeczy jest prawdą.
– Ale masz wątpliwości. – To nawet nie było pytanie, a przynajmniej ton chłopaka wydawał się sugerować, że ten doskonale wiedział, jak prezentowała się sytuacja. – To miejsce jest dziwne i taka jest prawda.
– Trochę na pewno – zgodziła się niechętnie.
Zaplotła ramiona na piersiach, chcąc sprawiać wrażenie przynajmniej odrobinę zniecierpliwionej, by zrozumiał, że nie miała ochoty spędzić całego dnia w jego pokoju. Chciała żeby przeszedł do rzeczy albo – co bardziej jej odpowiadało – pozwolił odejść, o ile nie miał czegoś sensownego do powiedzenia. Obserwowała go i chociaż czasami spoglądał na nią w sposób, który od biedy można byłoby uznać za fascynację, nie sądziła, żeby szukał okazji do zostania sam na sam dlatego, że mogłaby jakkolwiek mu się podobać. Nie wiedziała nawet jak naprawdę działali faceci, którzy byli zainteresowani dziewczyną, ale podejrzewała, że w razie czego byłaby w stanie cokolwiek wyczuć, od Jeremiego jednak biła całkowita obojętność.
– Jesteś tutaj nowa i dlatego chciałem, żebyśmy pogadali. Chodzi o to, że… To nie jest dobre miejsce, Jocelyne – oznajmił i coś w tym wyznaniu sprawiło, że momentalnie zrobiło jej się zimno.
– Skąd taki pomysł?
Chciała zabrzmieć beztrosko, ewentualnie w odrobinę zaskoczony sposób, ale nie była w stanie zapanować nad sobą aż do tego stopnia. W zamian do jej głosu wkradła się nutka niepokoju, który towarzyszył jej od samego początku, odkąd tylko pierwszy raz usłyszała o Projekcie Beta. Wciąż nie miała pojęcia, czego tak naprawdę powinna się spodziewać i dlaczego Rosa nalegała, żeby zainteresowała się tym miejscem, ale w tamtej chwili starała się o tym nie myśleć. W zamian w pełni koncentrowała się na swoim rozmówcy, niecierpliwie czekając i zarazem obawiając się tego, co mogłaby usłyszeć.
– Jestem tutaj dwa tygodnie – powiedział z naciskiem Jeremi. – A wcześniej była tutaj Carol, więc wiem dość.
– Jesteś tutaj przez wzgląd na siostrę? – zaryzykowała.
Z wolna skinął głową.
– Poniekąd, chociaż to teraz najmniej istotne. Miałem powód, żeby tutaj przyjechać, ale ty… Nie byłaś chętna do rozmowy z Collinem, ale wspomniałaś, że to nie przez rodziców – zaczął, ostrożnie dobierając słowa. – Przyjechałaś na własne życzenie.
– Najwyraźniej tak. Sam zrobiłeś to samo, więc chyba powinieneś rozumieć.
Zamilkła, po czym rzuciła mu niemalże wyzywające spojrzenie. Jeśli on nie zamierzał udzielić jej żadnych, sensownych odpowiedzi, ona tym bardziej nie miała tego w planach. Nie chodziło już tylko i wyłącznie o to, że tak czy inaczej musiałaby w wielu kwestiach kłamać; z jej perspektywy sprawa była o wiele bardziej skomplikowana, aniżeli w przypadku śmiertelnego chłopaka, który może i mówił niepokojące rzeczy, ale nic ponad to.
– Owszem. Ale ja wiem, dlaczego tutaj jestem – oznajmił, a w Jocelyne dosłownie się zagotowało.
– Masz mi do powiedzenia coś jeszcze, prócz tego, że tutaj jest dziwnie? – warknęła, nie kryjąc narastającej z każdą kolejną sekundą frustracji.
– Próbuję być tylko pomocny. Wybacz, jeśli cię denerwuję – powiedział i zabrzmiało to w co najmniej oschły sposób.
Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści.
– To szczere przeprosiny, czy jednak masz mnie za idiotkę, która nie ma pojęcia, co takiego dzieje się wokół niej? – zarzuciła mu, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Tym razem wyrwał mu się przeciągły jęk, który jednoznacznie uprzytomnił jej, że go poirytowała. Nerwowo przeczesał rude włosy palcami, robiąc sobie na głowie jeszcze większy bałagan. Nagle zaczął krążyć, przez moment przypominając jej raczej podenerwowane zwierzę, które ktoś zamknął w klatce, aniżeli nieco nieporadnego chłopaka, jak pomyślała, kiedy po raz pierwszy zauważyła go w stołówce.
– Myśl sobie, co tylko zechcesz. Jak nie chcesz mnie słuchać, twój problem – powiedział w końcu, koncentrując na niej spojrzenie. – Mogę przynajmniej zapytać, jaka jest oficjalna wersja? No wiesz, co wpisali ci w kartę – dodał, a Joce nieznacznie pokręciła głową.
– Jeszcze z nikim nie rozmawiałam. No, pomijając Julie – poprawiła się – ale ona nie wspominała mi o projekcie. Nie wiedziałam nawet, że mam jakąkolwiek kartę.
– Ach, tak… – Rzucił jej bliżej nieokreślone spojrzenie, jakby rozczarowany. Nie miała nawet pewności, czy w ogóle jej uwierzył, ale i to nie miało dla niej większego znaczenia. – Okej, rozumiem.
– Coś jeszcze? – rzuciła z irytacją.
Pokręcił głową, więc odwróciła się na pięcie, w duchu modląc się o to, żeby przypadkiem nie potknąć się o własne nogi. Co prawda prócz Jeremiego nie było w pobliżu nikogo, kto mógłby być świadkiem jej nieporadności, ale zrobienie z siebie przed nim idiotki również nie napawało dziewczyny entuzjazmem.
Była już prawie na korytarzu, kiedy chłopak jednak zdecydował się odezwać:
– Lepiej nie bierz niczego, co ci dadzą… I uważaj, co im mówisz, tak dla własne dobra. – Zawahał się na moment. – Zrób z tym, co tylko zechcesz.
Taki mam zamiar, pomyślała z przekąsem, ale nie odezwała się nawet słowem, nie wspominając o zaszczyceniu go chociażby spojrzeniem. W zamian nacisnęła klamkę i wypadła na korytarz, nieco zbyt gwałtownie zatrzaskując za sobą drzwi.
Dopiero po wyjściu z pokoju uprzytomniła sobie, że w zdjęciu Carol było coś, co wcześniej nie zwróciło jej uwagi, chociaż powinno było przykuć jej uwagę już na samym początku.
Niewielka, zdobiąca róg fotografii wstążeczka – symbol żałoby.

Gabinet nie był duży, poza tym sprawiał wrażenie przytulnego, ale i tak poczuła się spięta. W milczeniu wodziła wzrokiem na prawo i lewo, przypatrując się starannie dobranym meblom z ciemnego drewna. Widziała oprawione w antyramy kolorowe zdjęcia, przedstawiające (jak sądziła) zielone tereny wokół ośrodka, a także kilka wyglądających na wyjątkowo prestiżowe i godne uznania dyplomy. Na wszystkich widniało to samo nazwisko, wszystkie zresztą musiały tyczyć się podobnej treści, o czym mogła przekonać się, gdyby spróbowała koncentrować wzrok na poszczególnych linijkach, ale czuła się zbyt spięta, by skupiać się na czytaniu.
Wzięła kilka głębszych wdechów, usiłując się rozluźnić. W teorii wszystko było w porządku, a ona czuła się względnie bezpiecznie. Co prawda pokój nie wydawał jej się tak miły, jak wypełniony książkami i starymi zdjęciami gabinet dziadka, ale też nie wyglądał jak sala zabiegowa albo cokolwiek innego, co mogłoby kojarzyć jej się ze szpitalem. Cały ośrodek był utrzymany w takim stylu, co przyjęła z ulgą, chociaż taki stan rzeczy o jeszcze o niczym nie musiał świadczyć. W głowie wciąż miała słowa Jeremiego, a te naprzemienne wzbudzały w niej irytację i niepokój, doprowadzając do stanu, w którym sama już nie była pewna czy się boi, czy może wręcz przeciwnie.
Cholera, miała coraz większe wątpliwości, a poddawanie w wątpliwość tego, czy mogła komukolwiek tutaj zaufać, jedynie pogarszało sytuację. Rosa, gdzie ty jesteś?, myślała raz po raz, choć zdawała sobie sprawę z tego, że w ten sposób zdecydowanie nie miała być w stanie rozwiązać problemu i tak po prostu przyciągnąć dziewczynę do siebie. To wydawało się co najmniej ironiczne, że po tym, jak reagowała histerią na wszystkie te… nietypowe spotkania, mogła sama upominać się o pojawienie się kolejnej nie do końca realnej osoby, ale w obecnej sytuacji chyba nic już nie było tak proste i oczywiste, jak mogłoby się początkowo wydawać.
– Jesteś zdenerwowana? – usłyszała i mimowolnie wzdrygnęła się, choć ton zwracającej się do niej osoby bez wątpienia był życzliwy.
Z pewnym opóźnieniem uniosła głowę, by móc w końcu spojrzeć na mężczyznę z którym zostawiła ją Julie. Wiedziała, że miał na imię Ron i że tego powinna się trzymać w rozmowie, nie musząc zachowywać się jak na jakimś oficjalnym spotkaniu, ale wcale nie czuła się dzięki temu pewniej. Wręcz przeciwnie, skoro nadal zdawała sobie sprawę z tego, że przyszła do tego mężczyzny w dość istotnym celu, a ten przez cały czas lustrował ją wzrokiem, oceniał i wyciągał sobie tylko znane wnioski. Mniej skrępowana czuła się nawet przy Castielu, być może dlatego, że ten od początku stawiał sprawę jasno – był psychiatrą i chciał jej pomóc, wcześniej musząc zamienić z nią przynajmniej kilka słów, żeby upewnić się, czy w ogóle miała szansę zakwalifikować się do Projektu Beta.
W tamtej chwili pomyślała, że powoli zaczyna rozumieć, na czym tak naprawdę polegał problem z tym miejscem. Myślała o tym, co dotychczas zdążyła zaobserwować i usłyszeć – i to w zaledwie kilka godzin! – a jednak już czuła się tak, jakby oglądała być może dobrze zgrane, ale jednak nieprawdziwe przedstawienie. Pozory wydawały się otaczać ją ze wszystkich stron, mieszając w głowie i sprawiając, że czuła się trochę tak, jakby stąpała po kruchym lodzie, który w każdej chwili mógł załamać się pod jej ciężarem. Wiedziała, że coś jest nie tak, ale nie potrafiła jednoznacznie tego sprecyzować, co jedynie doprowadzało ją do szaleństwa. Potrzebowała jakiejkolwiek wskazówki albo punktu zaczepienia, ale nagle zwątpiła w to, żeby Ron albo ktokolwiek inny w tym miejscu mógł udzielić jej jakichkolwiek odpowiedzi – przynajmniej nie tak od razu.
Milczała, choć w głowie wiąż tłukło jej się to, że powinna odpowiedzieć. Nie rozumiała, co sprawiało, że znacznie łatwiej przychodziło jej bezmyślne wpatrywanie się w przestrzeń albo dębowe biurko przed którym siedziała, ale rozwodzenie się nad tym wydawało się całkowicie pozbawione sensu. Czekała, pomimo świadomości tego, że w ten sposób niczego nie ułatwia, wręcz utrudniając sobie samej poznanie właściwych odpowiedzi. To był chyba dobry moment do tego, żeby pokusić się o zadawanie pytań, jednak kiedy przyszło co do czego, przekonała się, że w głowie ma kompletną pustkę. W co ja się wpakowałam?, pomyślała i kolejny raz zapragnęła wrócić do pokoju, wyjąć komórkę i poprosić rodziców o to, żeby zabrali ją do domu, nawet gdyby ostatecznie miało się okazać, że jest histeryczką.
– W porządku, na spokojnie. – Mężczyzna nie wydawał się być szczególnie poirytowany tym, że nie była szczególnie skora do rozmowy. Coś w jego tonie sprawiło, że jednak pokusiła się o to, żeby unieść głowę i jednak spojrzeć przed siebie. – Julie mi powiedziała, że wołają na ciebie Joce.
– Jocelyne – poprawiła machinalnie.
Ulżyło jej, kiedy przekonała się, że jej głos zabrzmiał w całkiem znośny sposób, sprawiając wrażenie, że była o wiele pewniejsza niż w rzeczywistości się czuła. Mimo wszystko panowanie nad emocjami przychodziło jej łatwiej niż człowiekowi, zresztą tak jak i ukrywanie tego, kim naprawdę była. Musiała być ostrożna i zdawała sobie z tego sprawę jeszcze przed ostrzeżeniami Jeremiego, choć i jego słowa powracały do niej równie często, co i jej własne obawy.
Ron zmarszczył brwi, początkowo sprawiając wrażenie skonsternowanego jej odpowiedzią, ostatecznie jednak z wolna skinął głową. Był starszy od Julie, przynajmniej na pierwszy rzut oka sprawiając wrażenie kogoś, kto musiał podbiegać już pod pięćdziesiątkę, chociaż nie miała pewności. Mimo wszystko prezentował się dobrze, ciemnowłosy i wysoki, o bystrym spojrzeniu stalowoszarych oczu, które już od pierwszej chwili zaczęły dosłownie przenikać ją na wskroś. Korciło ją, by posunąć się do skorzystania z telepatii i przeniknięcia jego umysłu, chcąc dla pewności sprawić, co takiego chodziło mu po głowie, ale nie ufała sobie na tyle, żeby pokusić się o używanie mocy. Już i tak wystarczyło, że omal nie pozabijała wszystkich wokół, kiedy wpadła w szał, a energia wymknęła jej się spod kontroli, jedynie cudem nie wywracając do góry nogami pokoju i całkiem skutecznie niepokojąc jej rodziców.
– Jak sobie życzysz – zapewnił w pośpiechu jej rozmówca. Zaraz po tym posłał jej uspokajający, ciepły uśmiech, który wydał jej się szczery, chociaż… O tak, zdecydowanie zaczynała popadać w paranoję. – Więc, Jocelyne, jak się czujesz? Wiem, że już poznałaś innych, chociaż… Cóż, Dallas raczej nie spodziewał się takiego przywitania – rzucił mimochodem, a ona jęknęła.
– To był przypadek – wymamrotała, nie kryjąc zażenowania.
Zaśmiał się cicho, chociaż zdecydowanie nie podzielała jego entuzjazmu. Nie spodobało jej się również to, że najwyraźniej w tym miejscu wszyscy wiedzieli o wszystkich, choć być może nie powinna była się temu dziwić, zwłaszcza biorąc pod uwagę kamer. Nie czuła się dobrze z tym, że ktokolwiek mógłby obserwować każdy jej ruch, zupełnie jakby była więźniem albo wariatką, która w każdej chwili mogła pokusić się o zrobienie czegoś wyjątkowo nieprzewidywalnego.
– Nic się nie stało. Dallas też na pewno nie będzie miał do ciebie pretensji, chociaż gdyby zachowywał się w jakikolwiek niemiły sposób… – zaczął Ron, ale jedynie pokręciła głową.
– Dlaczego miałby? – obruszyła się.
Tym razem mężczyzna spoważniał, po czym wydał z siebie przeciągłe westchnienie.
– To teraz najmniej istotne. Cóż, wiesz dobrze, że jesteście tutaj z różnych… mniej lub bardziej osobliwych powodów – oznajmił wymijająco, a ona ledwo powstrzymała prychnięcie. A myślała, że to wujek Rufus miał skłonność do porażających wręcz eufemizmów. – Lepiej pomówmy o tobie – dodał po chwili jej rozmówca i to wystarczyło, żeby spięła się jeszcze bardziej.
Wyprostowała się niczym struna, nie kryjąc niepokoju. Przez dłuższą chwilę milczała, skupiona przede wszystkim na tym, żeby poprawić się w fotelu, udając, że szuka jak najdogodniejszej pozycji. Okej, tak – jasne, że prędzej czy później musiało dojść do takiej rozmowy. Teraz już tylko powinna była zachować spokój i starannie ważyć każde kolejne słowo, by przypadkiem nie pokusić się o zdradzenie czegoś, co mogłoby okazać się problematyczne nie tylko dla niej, ale przede wszystkim dla jej najbliższych. Nie miała pojęcia, co takiego byłoby gorsze – to, gdyby jednak uznali ją za wariatkę, czy może gdyby ktoś zorientował się, że była bardziej niezwykła niż raczyła przyznać – jednak starała się o tym nie myśleć. Z dwojga złego bezpieczeństwo rodziny było najważniejsze, skoro z tego miejsca mogła w każdej chwili wyjechać…
Przynajmniej w teorii.
– Nie ma o czym – mruknęła z pewnym opóźnieniem, które bez wątpienia nie uszło uwadze Rona. – Przyjechałam tutaj, bo chciałam i martwi mnie kilka spraw. Znajomy mojej siostry powiedział, że być może znajdę tutaj pomoc – wyjaśniła pokrótce, dla pewności woląc trzymać się oficjalnej wersji – ot tak, na wypadek, gdyby ktokolwiek próbował sprawdzać Castiela.
– Ma rację, mam nadzieję – usłyszała w odpowiedzi. – Zrobimy, co będzie trzeba, ale najpierw musisz powiedzieć mi kilka rzeczy, a ty musisz być ze mną szczera. – Rzucił jej znaczące, przenikliwe spojrzenie, które sprawiło, że mimowolnie się wzdrygnęła. – Tak więc, Jocelyne, dlaczego tutaj jesteś?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa