26.04.2016

Sto siedemdziesiąt dziewięć

Jocelyne
Stołówka była duża, co wprawiło ją w konsternację. Zastygła w bezruchu, niespokojnie wodząc wzrokiem po okazałym pomieszczeniu, prezentującym się o niebo lepiej od tego, które miała okazję oglądać w szkole. Na pewno wydawało się cichsze i bardziej porządne, choć to akurat musiało mieć związek z tym, że w ośrodku znajdowało się tak mało osób. Wciąż nie pojmowała tego, że tak wielki dom mógł zostać przeznaczony na niewielki, kilkuosobowy projekt, który… Cóż, wciąż nie miała pewności, czego tak naprawdę powinna się spodziewać, ale to zdecydowała się przeanalizować później, o ile do tego czasu nikt nie zamierzał zaspokoić jej ciekawości.
Już od progu poczuła słodki zapach krwi, jednoznacznie świadczący o tym, że w stołówce znajdowało się więcej osób. Wykluczywszy Dallasa i Vicki, była przygotowana na widok dwóch innych osób – chłopaków, o czym przekonała się już w chwili, w której zdecydowała się spojrzeć na jedyny zastawiony stół. Dziwnie wyglądała duża, zastawiona stolikami sala, skoro ze spokojem wystarczyłoby coś o wiele mniejszego, jednak starała się o tym nie myśleć. To miejsce od samego początku wydawało jej się dziwne, choć to najpewniej świadczyło o tym, że była przewrażliwiona. Co więcej myślami wciąż była przy wypadku na schodach oraz tym, że na dobry początek najpewniej zrobiła z siebie idiotkę, przez co momentalnie zapragnęła zaszyć się w najbardziej odległym kącie sali albo – co nagle wydało jej się jeszcze lepszą perspektywą – wrócić do pokoju.
– Jesteś pewna, że wszystko w porządku? – zapytała Julie, tym samym uprzytomniając jej, że już od dłuższego czasu wgapiała się w jeden punkt. – Tak uderzyliście, że wciąż się zastanawiam, czy…
– Nic mi nie jest – oznajmiła z uporem. – To nic takiego. Ja tak mam… Ech, w zasadzie cały czas – dodała, a brwi kobiety momentalnie powędrowały ku górze.
– Ciekawie nam tutaj z tobą będzie – rzuciła zaczepnym tonem, ale Jocelyne i tak wyrwał się zdławiony, zniechęcony jęk. – Chodź, nic się nie stało. Poznasz resztę – zaproponowała i nie czekając na reakcję, pewnym krokiem ruszyła ku zastawionemu, zajętemu przez dwójkę chłopaków stolika.
W pierwszym odruchu zapragnęła jednak się wycofać, zdecydowanie nie mając ochoty na to, żeby ingerować się z kimkolwiek więcej. Jak na razie wystarczyło jej bliskie spotkanie z Dallasem, nie wspominając o tym, że ten najpewniej miał od tej pory trzymać się od niej z daleka. Nie czuła się z tym dobrze, a wciąż pulsujące bólem ciało skutecznie przypominało jej o upadku. Jedynym pocieszeniem wydawało się to, że przynajmniej niczego nie złamała – i to ani sobie, ani biednemu człowiekowi, choć nie mogła mieć pewności. W efekcie z przesadną wręcz uwagą stawiała kolejne kroki, stopniowo posuwając się naprzód, ale pomimo tego i tak omal nie wywróciła się, kiedy przypadkiem uderzyła biodrem o jedno ze źle wsuniętych krzeseł. Skrzywiła się, nie tyle z bólu, co w odpowiedzi na przejmujący zgrzyt, który wydały metalowe nogi z posadzką, który skutecznie zwrócił na nią uwagę zarówno Julie, jak i dwóch nieznajomych.
Zauważyła, że jej opiekunka wymownie wznosi oczy ku górze, wzdychając cicho. Wyprostowała się, starając zachowywać się w taki sposób, jakby nie wydarzyło się nic godnego uwagi, to jednak okazało się trudniejsze niż mogłaby przypuszczać – tym bardziej, że siedząca przy stole dwójka ludzi spojrzała na nią z taką uwagą, że aż poczuła się nieswojo.
– O, nowa.
Wydęła usta, rozdrażniona sposobem w jaki określił ją jeden z nich – na pierwszy rzut oka wyglądający na niskiego jak na swój wiek, piegowaty nastolatek. Uniosła brwi na widok zwracających uwagę okularów, które sprawiały, że jego spojrzenie wydawało się bardziej przejmujące, co miało związek z wyglądającymi na nienaturalnie powiększone źrenicami. Coś w jego wyglądzie skojarzyło jej się z Elliottem, który z takim uporem próbował zwrócić na siebie uwagę Eleny i chociaż takie rozwiązanie zdecydowanie nie było dobre, Joce z miejsca poczuła względem niego niechęć. To, że określał ją w taki niezbyt przyjemny sposób – „nowa”, jakby w takim stanie rzeczy było coś wyjątkowo niewłaściwego.
Zaplotła ramiona na piersiach, po czym – usiłując sprawiać wrażenie o wiele dumniejszej i pewniejszej siebie, aniżeli w rzeczywistości się czuła – rzuciła chłopakowi poirytowane, chłodne spojrzenie, godne wściekłej Isabeau. Poczuła niemałą satysfakcję, kiedy oczy chłopaka zrobiły się jeszcze większe, zdradzając zaskoczenie, ale i niepokój. To sprawiło, że poczuła się zaskakująco dobrze, tym bardziej, że choć przez moment nabrała przekonania co do tego, że jednak była wampirzycą – i że w efekcie była w stanie wzbudzić szacunek w kimś, kto z naturalnego punktu widzenia był od niej o wiele słabszy.
Rudzielec w pośpiechu odwrócił wzrok, wzbijając spojrzenie w swój talerz. W tamtej chwili prawie zdołała się uśmiechnąć, jednak w ostatniej chwili powstrzymało ją przeczucie tego, że wciąż ktoś jej się przypatrywał. Dopiero wtedy zwróciła uwagę na drugiego chłopaka, po czym na moment zamarła, dostrzegając najbardziej olśniewający, anielski uśmiech, jaki kiedykolwiek miała okazję widzieć. Chłopak był całkowitym przeciwieństwem swojego towarzysza, wysoki, jasnowłosy i całkiem przystojny, co z miejsca sprawiło, że poczuła się onieśmielona. Coś w aurze, którą wydawał się roztaczać wokół siebie nieznajomy, momentalnie skojarzyło jej się z Cameronem, przy którym zawsze czuła się po prostu dobrze. To na moment wytrąciło ją z równowagi, jednak zmusiła się do zachowania neutralnego wyrazu twarzy i ostatecznego przystanięcia u boku milczącej tymczasowo Julie.
– To Jocelyne Licavoli – odezwała się ze spokojem kobieta, po czym krótko skinęła głową kolejno rudzielca i blondyna. – Jeremi i Collin.
– Cześć – rzuciła i zabrzmiało do dość lekko, chociaż nadal miała mieszane uczucia.
Pierwszy mruknął coś w odpowiedzi, Collin jednak momentalnie poderwał się na równe nogi, zachęcająco wyciągając rękę w jej stronę. W normalnym wypadku poczułaby się skrępowana, jednak coś w tym chłopaku sprawiło, że momentalnie rozluźniła się, pozwalając żeby chwycił ją za dłoń.
– Dosiądziesz się do nas? Nie przejmuj się, on taki jest – oznajmił, znacząco spoglądając na Jeremiego. – Nie powiem, dobrze jest widzieć jakąkolwiek inną dziewczynę prócz Vicki.
– Tak… Już ją poznałam – przyznała, po czym zawahała się na moment. – Więc jesteśmy tylko we dwie?
Collin wywrócił oczami.
– Niestety – przyznał, a Joce prawie udało się uśmiechnąć. Och, tak, faceci! – Możesz ją z nami zostawić, Julie. Pogadamy sobie – dodał, a sądząc po wyrazie twarzy kobiety, ta musiała liczyć na taką właśnie reakcję.
– Świetnie, bo mam do zrobienia kilka rzeczy… Pokażecie Joce ośrodek, czy mam późnej się tym zająć? – zapytała, ale Collin zbył ją niedbałym machnięciem ręki.
– Idź pracować, jak zawsze zresztą.
Zaskoczyła ją bezpośredniość z jaką chłopak zwracać się do pracownicy, zwłaszcza to głosu, który może miałby rację bytu, gdyby byli w podobnym wieku, ale w obecnej sytuacji wprawił ją w konsternację. Julie nie skomentowała tego nawet słowem, w zamian wzruszając ramionami i – nie doczekawszy się żadnych protestów ze strony któregokolwiek z nich – po prostu odeszła, bez chwili wahania zmierzając w stronę wyjścia. Obserwując jej ruchy, Joce doszła do dość ironicznego wniosku, że nawet zwykła śmiertelniczka trzymała się na nogach pewniej od niej, co może i nie było dla niej niczym nowym, ale w niektórych sytuacjach zaczynało być naprawdę uciążliwe.
Zajęła miejsce u boku Collina, poniekąd dlatego, że ten wyraźnie dał jej to do zrozumienia, w pośpiechu odsuwając odpowiednie krzesło. Jeremi wciąż milczał, chociaż raz po raz przyłapywała go na tym, że spoglądał na nią z zaciekawieniem i obawą, jakby sam nie miał pewności, czego tak naprawdę powinien się po niej spodziewać. Coś w jego zachowaniu sprawiało, że zaczynała czuć nieswojo, nie wspominając o tym, że obaj jej towarzysze wpatrywali się w nią z niemniejszym zainteresowaniem, co większość chłopców w szkole w Elenę, a do tego zdecydowanie nie była przyzwyczajona. Nie była nawet pewna, czy taki stan rzeczy mógł zacząć jej się podobać, choć wiedziała, że w przypadku jej kuzynki reakcja zawsze była jedna i dość entuzjastyczna, ta bowiem uwielbiała być adorowana. Sama Jocelyne zdążyła przywyknąć do czegoś… zupełnie innego, zwykle doczekując się zainteresowania jedynie wtedy, gdy ze swoimi wyjątkowymi zdolnościami albo brakiem koordynacji zrobiła coś szczególnie nieprzewidywalnego.
I co się dziwisz? Jesteście tutaj we dwie, a Vicki… Cóż, jest dziwna!, warknęła na siebie w duchu, to jednak nie wydało jej się szczególnym pocieszeniem. Nie przyjechała tutaj z myślą o tym, że mogłaby podreperować swoje życie uczuciowe, nie wspominając o tym, że dotychczas chyba nawet nie miała czegoś takiego. Co więcej, chyba nawet nie wiedziałaby, co takiego zrobić z ewentualnym adoratorem, a nie miała przy sobie nikogo, kogo mogłaby o to zapytać, o ile w ogóle znalazłaby w sobie dość odwagi, żeby zacząć taki temat. Zdecydowanie nie widziała siebie, pytającej mamy albo którejś z ciotek, jak powinna zachować się względem zaciekawionego nią i jej wyglądem człowieka, na dodatek takiego, który… najpewniej miał dość osobliwe problemy, skoro tak jak i ona wylądował w tym miejscu.
Cholera, o tym zapomniała. Skoro sama zachowywała się dziwnie, czego tak naprawdę powinna spodziewać się po swoich współtowarzyszach…?
– Julie to moja ciotka – oznajmił Collin, nie do końca właściwie interpretując jej minę i przeciągające się milczenie. – Sympatyczna, prawda?
– Na taką wygląda – przyznała, dochodząc do wniosku, że wypadałoby poprowadzić względnie normalną rozmowę.
Chłopak uśmiechnął się w nieco roztargniony sposób.
– I taka jest, o ile akurat się nie zdenerwuje. Nie słyszałaś jej, kiedy zaczyna krzyczeć – stwierdził i mrugnął do niej do porozumiewawczo. – Julie na wiele rzeczy patrzy przez palce, jeśli wiesz, co mam na myśli. Ten cały regulamin i tak dalej… O ile nie wyprowadzisz jej z równowagi, to możesz cieszyć się pełną swobodą.
– To znaczy pod warunkiem, że nie będę próbowała stąd wychodzić bez pozwolenia? – zaryzykowała, próbując nadążyć za tokiem jego rozumowania.
– W sumie to tak – zgodził się Collin. – W zasadzie to chyba nie ma po co próbować uciekać, nie? Z dwojga złego wolę być tutaj niż w domu. Julie przynajmniej nie patrzy nas jak na… No, sama wiesz – rzucił i wymownie pomachał ręką przy skroni.
Początkowo jego słowa wprawiły ją w konsternację, uprzytomniając, że właśnie zeszli na ten nie do końca bezpieczny temat. Zawahała się, próbując ukryć zdenerwowanie, zwłaszcza kiedy zauważyła, że również Jeremi się ożywił, nieznacznie nachylając w ich stronę.
– No… tak.
Brawo, Joce! To jest dopiero inteligentna odpowiedź!, prychnęła w myślach, ledwo powstrzymując się przed wywróceniem oczami albo wybuchem nieco histerycznego śmiechu. Co prawda w tym miejscu pewnie i tak nie musiała się starać, żeby przypadkiem ktoś nie pomyślał o niej źle, ale nie podobało jej się to, co sugerował Collin. W efekcie nie dodała niczego więcej, chociaż aż rwała się do tego, by spróbować podpytać go o to, dlaczego jego właśni rodzice mieliby myśleć o nim w nie do końca… właściwy sposób.
– Jakaś ty spięta – skomentował, po czym westchnął cicho. – Dopiero tutaj przyszłaś, ale… Chcesz tutaj w ogóle tutaj być? Wiesz, jakby co, to możemy pogadać. Dobrze wiem, jak to jest, kiedy starzy zaczynają być uciążliwi – stwierdził z wyraźną irytacją, która sprawiała, że momentalnie zaczęło jej być go szkoda.
– Jesteś tutaj, bo rodzice ci kazali?
Collin uniósł brwi.
– A ty nie? – zapytał z powątpiewaniem. – Moim nie do końca podobało się to, co potrafię. Bo widzisz… – Chłopak zawahał się, po czym lekko nachylił w jej stronę. – Jak sądzisz, Jeremi, powiedzieć jej?
– Twoja sprawa – stwierdził sam zainteresowany. – Ale pewnie i tak się zorientuje, więc… – Do jego tonu wkradła się nutka fascynacji, która skutecznie wzbudziła jeszcze silniejszy niepokój Joce.
– Okej. – Collin uśmiechnął się w nieco roztargniony sposób. – Dzięki, stary. Jak zwykle jesteście bardzo pomocni.
Jego uwaga na powrót skoncentrowała się na Jocelyne, jakby spodziewał się, że mogłaby w każdej chwili postukać się w czoło i spróbować uciec. Cóż, przynajmniej na to drugie miała ochotę, tym bardziej, że nie potrafiła stwierdzić, czego tak naprawdę powinna się po tych dwóch spodziewać. Collin był miły, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ale im dłużej mu się przyglądała, tym bardziej wątpliwie się czuła. Miał w sobie coś nietypowego, czego nie potrafiła jednoznacznie określić słowami, a co mogło oznaczać… dosłownie wszystko i nic zarazem.
Chyba faktycznie zaczynam wariować…
Chłopak dyskretnie rozejrzał się dookoła, ostatecznie zatrzymując spojrzenie na opartym o talerz widelcu. Ujął go jakby od niechcenia, zamykając w silnym, zdecydowanym uścisku. Wyciągnął zaciśniętą pięść jej stronę, tak, by mogła dobrze ją widzieć, po czym wzmocnił uścisk. Wyraźnie widziała, że pomiędzy jego brwiami pojawiła się pionowa kreska, oznaczająca wysiłek albo skupienie, a może jedno i drugie – nie mogła mieć całkowitej pewności. Jego zachowanie wzbudziło w niej wątpliwości, przez co sama nie miała pojęcia, co takiego powinna mu powiedzieć, by zabrzmiało to sensownie. Chciała zapytać, co robił i co zamierzał jej pokazać, ale…
A potem Collin ze spokojem rozprostował palce, a ona na moment zamarła, w milczeniu wpatrując się w widelec – a raczej to, co z niego zostało.
W pierwszym odruchu pomyślała, że po prostu wygiął metal, co może i byłoby wyczynem dla człowieka, ale nic ponad to – w końcu niektórzy ludzcy chłopcy mieli krzepę, tak jak chociażby Brian (chociaż w jego przypadku nie szło to w parze ze szczególną inteligencją). Dopiero po chwili jej wyostrzone zmysły zarejestrowały to, że trzonek widelca w miejscu, w którym ściskał go Collin, został nie tyle zdeformowany, ale wręcz stopiony. Materiał pociemniał i zmienił się w sposób, który mógł zawdzięczać tylko i wyłącznie wysokiej temperaturze, a przynajmniej tak jej się wydawało, by nigdy nie była dobra, kiedy w grę wchodziła chemia. Czasami miała okazję podpatrzeć to, co robił w laboratorium Rufus albo podziwiać działanie daru Layli, jednak po raz pierwszy widziała coś takiego.
Okej, pewnie jej ciotka mogłaby dokonać tego bez najmniejszego nawet problemu, ale… to był człowiek.
A takie umiejętności zdecydowanie nie były normalne.
Otworzyła i zamknęła usta, nie mając pojęcia jak powinna się zachować albo co powiedzieć. Ostatecznie zdecydowała się na milczenie, wymownie wodząc wzrokiem i przenosząc go to na widelec, to na wciąż poważną twarz Collina. Chłopak zawahał się, po czym gestem ręki dał jej do zrozumienia, by zabrała od niego zdeformowany przedmiot, co chcąc nie chcąc uczyniła, jeszcze przed muśnięciem metalu palcami wyczuwając, że wciąż był nagrzany.
– O rany… – wyrwało jej się.
Nie miała pojęcia, co jeszcze mogłaby dodać. Gdyby miała przed sobą wampira, hybrydę albo inną nieśmiertelną istotę, wtedy pewnie nawet by nie mrugnęła, przyzwyczajona do nadnaturalnych zdolności, ale w przypadku Collina podobne ekscesy skutecznie wprawiły ją w konsternację. W tamtej chwili zorientowała się, że Projekt Beta zdecydowanie nie był normalnym ośrodkiem, który skupiał się na badaniu zaburzeń ze snem – a przynajmniej niewyłącznie. Nie chciała wprost zaprzeczać temu, co powiedział jej Castiel, ale wątpliwości i szok wydały jej się czymś najzupełniej naturalnym w obecnej sytuacji.
– Wiesz, moi rodzice i tak powiedzą, że jestem nienormalny. – Chłopak uśmiechnął się jakby od niechcenia, w całkowicie pozbawiony wesołości, wymuszony sposób. Zaraz po tym obojętnie wzruszył ramionami i odrzuciwszy widelec na bok, jak gdyby nigdy nic zmienił temat: – Głodna?
W roztargnieniu była w stanie tylko i wyłącznie pokręcić głową.
– Chyba właśnie straciłam apetyt – przyznała, a Collin parsknął śmiechem, wyraźnie z siebie zadowolony.
– W takim razem przejdźmy się – zaproponował, po czym poderwał się na równe nogi. Na jego ustach znowu pojawił się promienny, entuzjastyczny uśmiech, który zdecydowanie nie kojarzył jej się z kimś, kto samym tylko uściskiem potrafił topić metal… I bogini raczy wiedzieć, co takiego jeszcze. – Tutaj wcale nie jest tak źle, wierz mi – dodał entuzjastycznym tonem, którego bynajmniej nie była w stanie ot tak podzielić.
Jedynym plusem wydawało się to, że przynajmniej jej nie próbował zadawać jej żadnych pytań związanych z tym, dlaczego sama tutaj była. W gruncie rzeczy tak było nawet lepiej, bo niezależnie od wszystkiego nie zamierzała rozpowiadać na prawo i lewo, że… widziała różne rzeczy, nie wspominając o zdolnościach telepatycznych. To, że on był wyjątkowy, nie świadczyło jeszcze, że i w jej przypadku chodziło dokładnie o to samo, chociaż z drugiej strony…
Nie zaprotestowała, kiedy razem wyszli ze stołówki. Collin zaczął niemalże normalną, pełną entuzjazmu rozmowę na temat uroków zieleni, pogody i wszystkiego, co przyszło mu do głowy, co przyjęła niemalże z ulgą. W efekcie dość szybko dowiedziała się, że dotychczas mieszkał na Florydzie, razem z rodzicami i dwójką starszego rodzeństwa. Wyczuła, że niechętnie wspominał o bliskich, więc nie wnikała w temat, chyba już podświadomie nie chcąc prowokować kogoś, kto… przejawiał tak specyficzne zdolności. Ktoś, kogo ukochana ciotka władała ogniem, musiał znać środki ostrożności, Collin zresztą zaczął jawić jej się jako osoba co najmniej nieprzewidywalna.
Nie była zdziwiona tym, że ostatecznie zainteresował się nią, jednak nie zamierzała być aż tak wylewna i bezpośrednia. W zasadzie nie docierało do niej to, że mógł znaleźć się ktokolwiek, kto z rozbrajającą wręcz szczerością mógł oznajmić całkowicie obcej osobie, że potrafi coś, co z pewnością przekraczało ludzkie pojęcie. Przez myśl przeszło jej, że być może chciał w ten sposób zrobić na złość Julie, rodzicom i wszystkim wokół, ale brała też pod uwagę to, że tak mogła wyglądać normalna procedura tego miejsca – to, że każdy wiedział, czego należy spodziewać się po swoich współtowarzyszach. W takim wypadku tym bardziej musiała zacząć na siebie uważać, aż nazbyt świadoma tego, w jak poważne kłopoty wpakowałaby siebie i najbliższych, gdyby ktokolwiek zorientował się, że prócz widzenia niewłaściwych rzeczy, potrafiła coś niemniej wyjątkowego, co nagrzewanie przedmiotów samym tylko dotykiem.
Wciąż o tym myślała, jednocześnie szukając w głowie odpowiednich słów, które mogłaby zaserwować Collinowi, żeby dał jej spokój, kiedy wtrącił się Jeremi, jakby od niechcenia proponując znalezienie sali rekreacyjnej i włączenie jakiegoś filmu. Wydawał się znudzony, ale coś w jego tonie i spojrzeniu, które jej posłał, jasno dało Jocelyne do zrozumienia, że zrobił to specjalnie, być może wyczuwając jej niechęć do zwierzania się. Chociaż nie miała pewności, jak powinna to rozumieć, jego zachowanie wystarczyło, żeby poczuła względem niego wdzięczność, choć nie przypuszczała nawet, że będzie do tego zdolna. W tamtej chwili nie po raz pierwszy pomyślała, że coś jest z tym miejscem nie tak, zresztą jak i uczestnikami projektu – a ona musiała jak najszybciej zorientować się, w czym tak naprawdę leżał problem, by zadecydować, co powinna z tym zrobić. Być może przyjazd był błędem, a może po prostu panikowała bez przyczyny, podświadomie pragnąc wrócić do domu, to jednak wydawało się najmniej istotne. Przynajmniej tymczasowo podjęła decyzję, a teraz tylko od niej zależało, kiedy i w jakich warunkach zdecyduje się ją zmienić.
Niezależnie od wszystkiego, jedno wydawało jej się aż nazbyt oczywiste i zamierzała się tego trzymać, niezależnie od możliwych komplikacji i tego, jak jeszcze miała zmienić się sytuacja. W zasadzie mogła przekonać się o tym nie raz, dorastając w mieście wampirów, gdzie pozory tym bardziej lubiły mylić, a przeżycie często zależało od zdrowego rozsądku i tego, kogo akurat miało się po swoje stronie.
Nic nigdy nie było takim, jak mogłoby wydawać się na pierwszy rzut oka. To miejsce bez wątpienia się w to wpasowywało, a skoro tak, mogła bezpiecznie założyć, że zasada ograniczonego zaufania sprawdzi się wręcz doskonale.

2 komentarze:

  1. Hej
    Claire postępuje bardzo odważnie próbując skonfrontować się ze swoim lękiem. Widać, że coraz lepiej jej idzie, ale...
    Szczerze mówiąc zwierzenie się obcemu mężczyźnie, który budzi we mnie instynktowny lęk na drugim spotkaniu, na temat najgorszych wydarzeń w życiu nie wchodziłoby w rachubę. Jakoś nie przemawia to do mnie- to, że tak szybko mu się zwierzyła. Wiem, że chce aby zrozumiał jej strach, ale opowieść w najdrobniejszych szczegółach i do tego tak szybko..
    Dobrze, że się otworzyła na niego, bo to wyrwie ją z tego impasu, w którym trwa od tego wydarzenia, ale to nastąpiło wg mnie za szybko.
    Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że wizja Beau dotyczy Eleny- może przez te wysokie obcasy?:D To by się zgadzało.
    No i na koniec Jocelynn. Mam wrażenie, że Vicky jest śmiertelną wersją Claryssy, do której też nie dociera, że ktoś może mieć jej dość:D Biedny Dallas. Chociaż Collin wydaje się lepszym kandydatem na adoratora.. chociaż to, że jego ciotką jest Julie jest niepokojące. No i to zwierzanie się obcej osobie.. może na celu miało wyciągnięcie od niej tego dlaczego się znalazła w tym ośrodku i przekazanie dalej? Wydaje mi się trochę dziwny.. no i te jego umiejętności..

    Czekam na ciąg dalszy:)
    Weny kochana
    Guśka

    OdpowiedzUsuń
  2. O kurde, no chłopak ma niezłe zdolności. Kurde w pierwszej chwili sama myślałam, że ma zamiar ten widelec wygiąć, a tu się okazuje, że jednak go stopi... Kurcze, nieźle. Nie wiem czemu się tak chwali swoimi zdolnościami przed zupełnie obca sobie osobą, ale chyba z czasem to tez się wyjaśni. ^^
    Joyce wciąż ma wątpliwości co do tego wszystkiego, a ja się wcale nie dziwie. Biedna mała. Tez czuje, ze przyjazd tutaj był błędem, ale jeśli będzie coś nie tak (o ile będzie mogła porozmawiać z rodzicami) to chyba im wspomni i poprosi, żeby zabrali ja do domu. ;)
    Niecierpliwie czekam na następny rozdział.
    Ściskam mocno,
    Gabi.^^

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa