
Alessia
Yves
rozejrzał się wokół z furią w oczach. Alessia zauważyła, że
w odpowiedzi na jego przybycie wszyscy – nie tylko ona i Esme –
zamierają, machinalnie przybierając pozycję obronną. Wampirzyca nawet
przesunęła się nieznacznie, zupełnie jakby miała mieć jakiekolwiek szanse
w walce, gdyby miało do takowej dojść. Ali doceniała to, nawet jeśli
zdawała sobie sprawę z tego, że nawet wycieńczona i osłabiona jest
w stanie zrobić więcej niż pozbawiona jakichkolwiek nadnaturalnych zdolności
Esme.
Czuła energię, którą przejęła od Grace, nawet jeśli moc
wydawała się być na wyczerpaniu i tak bardzo odległa, jak tylko było to
możliwe. Wiedziała, że gdyby zaistniała taka potrzeba, byłaby w stanie
wykorzystać telepatyczne zdolności i wypchnąć je poza ciało, tworząc coś
na kształt mentalnej bariery, która pozwoliłaby jej odeprzeć ewentualne
zagrożenie, ale nic poza tym. Nawet w normalnej sytuacji miała pewne
trudności z opanowaniem tych najbardziej wymagających telepatycznych
sztuczek – jej światem były sny i bardziej subtelne działania, podczas gdy
Damien pozostawał niedoścignionym ideałem, jeśli chodziło o wymaganą
w sterowaniu telepatycznymi zdolnościami samodyscypliną – dlatego
podejrzewała, że tym bardziej teraz nie dokonałaby niczego więcej. Co więcej,
czuła, że kiedy tylko wykorzysta resztki energii, które zapewniła jej siła
życiowa przejęta od Grace, dłużej nie będzie w stanie utrzymać się na
nogach.
Riddley wyprostował się i napiął mięśnie. Może to
zbliżająca się przemiana, a może czas spędzony z Arielem, ale Ali bez
trudu dostrzegła szczegóły na które zwykle nie zwracała uwagi, a które
wydawały się mówić więcej niż wyraz twarzy czy nawet zabarwienie aury.
Zaciśnięte w pięści dłonie, lekko ugięte w kolanach nogi, unikanie
wzrokowego kontaktu z Yvesem… Wilkołaki nawet swoim ludzkim ciałem
komunikowały więcej, dokładnie tak jak wilki, a postawa przybrana przez
Riddleya zdawała się symbolizować coś z pogranicza spokoju, ale również
uległości. To Yves stał wyżej w hierarchii, teraz zaś na dodatek był mocno
zdenerwowany, więc wszyscy inni automatycznie dostosowali się do tego, czego
wymagała od nich sytuacja, byleby nie sprowokować mężczyzny do ataku.
Cóż, bo Yves wyglądał tak, jakby zamierzał rzucić się komuś
do gardła. To wydawało się oczywiste już w momencie, w którym
bezceremonialnie wparował do hali, a jednak Alessia aż się wzdrygnęła,
kiedy błyskawicznie doskoczył do Riddleya, robiąc taki ruch, jakby zamierzał
uderzyć go w twarz. Dopiero po chwili, kiedy Esme musnęła jej ramię
i spojrzała na nią troskliwie, Ali uprzytomniła sobie, że cofnęła się
i skuliła, co najmniej tak, jakby ktoś się na nią zamachnął, choć obie
wydawały się być jak na razie bezpieczne. Speszyła się i natychmiast
spróbowała wziąć w garść, kątem oka nadal obserwując Riddleya, który –
w przeciwieństwie do niej – nie ruszył się nawet o milimetr, dalej
dyskretnie spoglądając na swojego alfę i czekając na dalsze ruchy ojca
Ariela.
Yves wziął jeszcze kilka drżących oddechów, wyraźnie
starając się zahamować gniew, po czym wbił ciemne oczy w neutralną twarz
wilkołaka przed sobą.
– Riddley… – Tym razem jego głos zabrzmiał zdecydowanie
spokojniej, niemal łagodnie. Gdyby nie lśniące oczy, Ali może uwierzyłaby, że
konflikt został zażegnany, a rozmowa będzie stosunkowo przyjacielska. –
Riddley – powtórzył raz jeszcze, zwieszając ramiona wzdłuż ciała – czy masz mi
może coś do powiedzenia?
To było niebezpieczne pytanie i Alessia pojęła to już
w momencie, w którym zostało wypowiedziane. Nawet zwinięta
w swoim kącie i mając u swojego boku Esme, czuła jak włoski na
jej ramionach i karku stają dęba, tak bardzo poruszył ją emitujący od
Yvesa gniew. Czuła go, choć nie był wymierzony w nią,
i w efekcie nie potrafiła wyobrazić sobie, jak musiał odbierać to
wszystko stojący bezpośrednio przed wilkołakiem Riddley.
Szybko przekonała się, że nie jest w swoich reakcjach
odosobniona. Cała hala wydawała się zamrzeć w oczekiwaniu – nie tylko ona,
ale również zgromadzone w pobliżu drzwi wilkołaki, a także nadal
kryjący się w cieniu Amun. Ten ostatni nagle wydał jej się niezwykle
ludzki i bledszy, jakby to w ogóle mogło być możliwe w przypadku
wampira. Dosłownie wciskał się w ścianę, spojrzeniem krwistych tęczówek
zaszczycając wszystko, co tylko nie mogło poszczycić się bijącym pulsem.
Sprawiał wrażenie zagubionego, jakby sam nie potrafił odpowiedzieć sobie na
pytanie, co właściwie robił w tym miejscu i w tym towarzystwie.
W zasadzie gdyby nie wiedziała jaką odgrywa w całej sprawie rolę,
może nawet zrobiłoby jej się go żal.
Riddley tym czasem wydawał się równie spokojny, co
i ostrożny. Wciąż nie patrzył Yvesowi w oczy, dyskretnie spoglądając
w dół. Alessię naszła niepokojąca myśl, że podobne zachowanie ze strony
ojca Ariela to dla niego coś równie normalnego, co dla niej regularne dziwne
zachowania ze strony wujka Rufusa.
Och, wszyscy mieli rację w jednym: ona i Ariel
żyli w dwóch różnych światach.
– Być może – odezwał się w końcu Riddley, najwyraźniej
dochodząc do wniosku, że może sobie na to pozwolić. Uniósł głowę
i pierwszy raz spojrzał w ciemne oczy Riddleya, równie czarne, co
i jego własne. – Jeśli oczywiście pijesz do tego, że Bart ma czasową… hm,
niedyspozycję – powiedział, przy końcu prawie się nie wahając.
Yves zacisnął usta i ściągnął brwi. Wyglądał tak,
jakby właśnie rozważał gdzie uderzyć, by najbardziej zabolało.
– To wiem! – warknął w końcu, a do jego głosu na
ułamek sekundy znów wdarł się w gniew. – Już widziałem tego durnia i,
wierz mi, teraz jak najbardziej możemy mówić o jego niedyspozycji. –
Zacisnął pięści, a Alessia była gotowa przysiąc, że pod jego ostrymi, nierównymi
paznokciami dostrzegła coś, co mogłoby być niczym więcej, a wyłącznie
krwią. Na dodatek bardzo świeżą krwią. – Nie próbuj mnie zwodzić, Riddley –
dodał, uważnie mierząc wilkołaka wzrokiem.
– Nie do końca rozumiem, co… – zaczął tamten, ale nie miał
okazji skończyć.
Yves warknął i z całej siły uderzył go
w tors, aż chłopak zatoczył się do tyłu, potknął i poleciał na tyle
daleko, by z hukiem paść plecami na posadzkę. Stęknął cicho, kiedy
powietrze uciekło z jego płuc, nie miał jednak okazji nawet zaczerpnąć
tchu, bo ojciec Ariela doskoczył do niego i chwyciwszy go za przód
koszulki, gwałtownie podciągnął do pozycji stojącej. Wraz z kolejnym
niepokojąco potężnym uderzeniem, Riddley został przyparty do ściany,
a Yves naparł na niego, trzymając się tak blisko, że niewiele brakowało,
by obaj zetknęli się czołami.
– Nie igraj ze mną!!! – „huknął” z mocą, która mogłaby
spokojnie zmrozić Ocean Atlantycki.
– Nie… śmiałbym… – Riddley stęknął ponownie, po czym
potrząsnął głową. – Dziew… cz-czyna – dodał niewyraźnie. – Mówisz o tej
dziewczynie, Grace…
– Tak! – Yves wciąż był zły, ale przynajmniej częściowo
ustąpił, pozwalając Riddleyowi zapanować nad oddechem i głosem. – Gdzie
jest?! – dodał, a jego wzrok machinalnie powędrował w stronę miejsca,
gdzie stały Alessia i Esme, jakby jednak spodziewał się tam zobaczyć
również trzecią nieśmiertelną.
Riddley nie odpowiedział od razu. Jego palce chyba zupełnie
machinalnie zacisnęły się na nadgarstku Yvesa, sprawiając, że ten na powrót
skoncentrował wzrok na swoim podwładnym. W jego spojrzeniu było coś, co
sprawiło, że Alessia zaczęła się psychicznie przygotowywać na kolejny wybuch
gniewu, a może nawet uderzenie, ale tym razem czekało ją pozytywne
rozczarowanie, bo ojciec Ariela jedynie potrząsnął głową i rozluźnił
uścisk, dając Riddleyowi odrobinę przestrzeni.
– Uciekła… – przyznał w końcu, tak cicho, że nawet
mimo wyostrzonych zmysłów ledwo go słyszała.
– Co powiedziałeś? – Yves znów stał się łagodny
i spokojny w ten niepokojący sposób, kojarzący jej się z ciszą
przed burzą.
– Powiedziałem, że uciekła – powtórzył niechętnie Riddley,
tym razem głośniej. Choć wyraźnie wymagało do od niego sporo samozaparcia,
podniósł głowę i odważył się spojrzeć Yvesowi w oczy. Dziwnie
podobne do siebie, niemal bliźniacze pary tęczówek spotkały się ze sobą,
zwiastując coś o czym Alessia wiedziała, że nadejdzie, ale nie potrafiła
przewidzieć co i kiedy. – Bart zaatakował Alessię i Grace. Kiedy się
zjawiłem, ta druga wykorzystała zamieszanie, by się oddalić – wyjaśnił Riddley,
pośpiesznie wyrzucając z siebie słowa, jakby w obawie przed tym, co
mógł zrobić Yves, gdyby tym razem mu przerwał. – Skoncentrowałem się na
zatrzymaniu jednej z nich, tej na której bardziej ci zależy – dodał, ani
słowem nie wspominając o swoich kłopotach oraz o tym, jaką role
w całym przedsięwzięciu odegrała Alessia; mimo wszystko była mu za to
wdzięczna, bo coś podpowiadało jej, że Yves raczej nie uściskałby jej za to, że
rzuciła się ratować któregokolwiek z jego wilkołaków.
Niezależnie od powodów – świadomie czy też nie – Riddley ją
chronił i była tego świadoma. Jak długo Yves nie miał powodów, by wciągać
ją w to całe przesłuchanie, mogła czuć się bezpieczna.
Przez kilka sekund twarz wilkołaka nie wyrażała żadnych
emocji. Zmarszczył jedynie brwi, uważnie analizując wypowiedziane przez
Riddleya słowa – zwłaszcza te ostatnie, dotyczące powodów zaniechania pogoni
za Grace. Alessi mimo wszystko ulżyło, kiedy uprzytomniła sobie, że jak na
razie nikomu nie udało się dziewczyny powstrzyma. Co prawda nie pozwoliła sobie
na niosącą ze sobą nadzieję myśl o tym, że może – ale tylko może –
pół-wampirzycy udało się uciec, a więc i – znów tylko może – miała
być w stanie sprowadzić pomoc, która…
Właśnie wtedy Yves przeniósł wzrok na nią i cała
zesztywniała. Nie jako jedyna, bo Esme również wzdrygnęła się i zrobiła
taki ruch, jakby zamierzała rzucić się do ataku, byleby móc ją ochronić. To
wydawało się czymś nie do pojęcia, podobnie jak i ostrzegawcze, zwierzęce
warknięcie, które wyrwało się z gardła wampirzycy.
Yves zignorował ją, na powrót skoncentrowany na Riddleyu.
– Uciekła ci – powtórzył, znów tym samym spokojnym,
łagodnym tonem. Riddley sztywno skinął głową. – Głupia, niedoświadczona
dziewczyna uciekła tobie – dodał, a do jego głosu wkradło się tak wielkie
rozczarowanie, niemal ojcowskie uczucie.
– Nie da się ukryć. – Riddley odpowiedział machinalnie,
wyłącznie dlatego, że Yves wydawał się tego od niego oczekiwać. – Bart mnie
rozproszył. Poza tym Grace i tak nie była dla ciebie ważna.
Yves znów obrzucił go uważnym spojrzeniem.
– Dlaczego cały czas używasz imienia tej dziewczyny, co
Riddley? – zapytał nieoczekiwanie, niemal z kpiną. – To brzmi prawie jak
te brednie mojego syna, który…
– Nie bądź śmieszny! – przerwał mu natychmiast Riddley,
chyba bardziej wstrząśnięty niż wzburzony. – To nawet nie jest wampirzyca,
brudna krew, która nie ma żadnego znaczenia. Nie miała go nawet w twoim
planie, więc dlaczego mamy się tym przejmować? Sam stwierdziłeś, że byłoby
dobrze, gdyby Dwór się dowiedzieć, więc jakie znaczenie ma to czy uciekła, czy
nie. Chcieliśmy ją – dodał, palcem mierząc w stronę skrytej za plecami
Esme Alessi.
– W istocie. – Ojciec Ariela nadal wydawał się
rozeźlony, ale nie aż tak bardzo, co początkowo. Postukał się palcem po
nieogolonym podbródku, jakby się nad czym intensywnie zastanawiając. –
Dziewczyna nie miała żadnego znaczenia. O ile się nie myślę, Dimitr już od
ładnych paru godzin jest rozeznany w sytuacji, więc obecność dziewczyny
faktycznie nie ma tutaj żadnego znaczenia. Pierwotnie w ogóle nie miała
swojego udziału w planach, a gdyby pokusić się o literackie
porównanie, była jak to przysłowiowe koło u wozu…
Riddley sztywno skinął głową, najwyraźniej nie ufając
swojemu głosowi i temu, co mogłoby spowodować wypowiedzenie chociaż
jednego nieprzemyślanego słowa. Nawet ze znacznej odległości Alessia była
świadoma tego, jak bardzo był napięty oraz że część tego zdenerwowania zaczęła
zanikać w miarę jak sytuacja zdawała się być opanowana. Yves teraz
wyglądał na zupełnie spokojnego i tylko fakt tego, że Riddley nadal przywierał
plecami do ściany sugerował, że cokolwiek w ogóle się wydarzyło.
– Nie popełniasz tych samych błędów, prawda Riddley? –
zapytał cicho Yves, spoglądając na wilkołaka znacząco. – Pokładam w tobie
wielkie nadzieje, wiesz o tym. A w tym przypadku błędy nie są czymś,
co mogę tolerować.
– Znasz mnie. Nie nawalam – przypomniał, znów poprzestając
na krótkich, konkretnych zdaniach. Jego ciemne oczy wydawały się lekko
połyskiwać, zupełnie jak onyks albo jakiś inny drogi kamień. – Ten błąd zresztą
nie ma dla nas żadnego znaczenia.
– O, tak. Niemniej błąd pozostaje błędem – oznajmił Yves
tym samym tonem ojca besztającego dziecko, który Alessia słyszała u niego
wcześniej.
– Tak jest. – Riddley wyglądał na pokonanego, ale
spokojniejszego.
Alessia niemal uwierzyła, że na tym się skończy. Gniew
minął, więc Yves zdzieli swoją prawą rękę po łapkach, pogrozi mu
i odejdzie. Skoro to nie miało znaczenia, takie postępowanie wydawało się
logiczne, a przynajmniej wszystko wydawało się wskazywać na to, że tak
będzie. Nie potrafiła tego opisać, ale Riddley wydawał się faktycznie mieć dla
Yvesa jakieś znaczenie, może nawet zajmując pozycję, która pierwotnie miała
przynależeć Arielowi – potężny materiał na zastępcę, coś na kształt bety stada.
Jego syn nie był dość dobry, poza tym tego nie chciał, dlatego Yves znalazł
zastępcę i teraz przelewał na Riddleya swoje ambicje, bez wątpienia
traktując go lepiej niż własnego syna.
To było obrzydliwe, nawet okropne, ale Alessia nie
potrafiła żałować, że to Riddleyowi ostatecznie przypadła taka rola. Jakby nie
patrzeć, on tego chciał i wyraźnie przywykł do ujarzmiania wybuchowego
temperamentu Yvesa, kiedy ten wpadał w gniew – a najwyraźniej
zdarzało mu się to stosunkowo często. Tak czy inaczej, Riddley wydawał się
świadom tego, czego powinien się po ojcu Yvesa spodziewać o czym
świadczyło to, że pozwolił sobie na rozluźnienie mięśni i nieco większy
spokój.
Ali również pozwoliła sobie na chwilę wytchnienia,
obojętnie obserwując jak Yves szykuje się do odejścia. Jak wielki błąd popełnił
w tamtej chwili Riddley – a więc i on sama, polegając na jego
ocenie sytuacji – uprzytomniła sobie dopiero dłuższą chwilę po tym, co
rozegrało się na jej oczach tak szybko, że z trudem zdołała otworzyć to
w pamięci.
W jednej chwili Yves stał plecami do Riddleya, wydając się
być spokojnym i gotowym do odejścia, a już w następnej odwrócił
się i doskoczył do niczego niespodziewającego się mężczyzny. Coś zalśniło
w jego pięści, kiedy z szybkością i refleksem atakującej kobry
zamachnął się, celując wprost w twarz Riddleya. Alessia nie od razu
zorientowała się, że wcale nie zamierzał go uderzyć. Najpierw doszedł ją
charakterystyczny, choć nie nęcący zapach krwi – wilkołaki miały w sobie
coś odpychającego, poza tym stanowiły naturalnych wrogów wampirów i nigdy
nie zdarzyło się, by którykolwiek pił ich krew. Zaraz po tym dostrzegła
rubinowe krople, które rozprysły się na wszystkie strony, osiadając na ścianie,
posadzce oraz torsie Yvesa.
Riddley zawył i chwycił się za twarz. Alessia
potrzebowała dłuższej chwili, by uporządkować fakty i zorientować się, co
takiego widzi. Nawet przez przyciśnięte do twarzy dłonie przedzierała się krew,
sącząc się pomiędzy palcami. Yves przypatrywał się temu spokojnie,
w dłoniach trzymając nieduże srebrne ostrze. Ali zauważyła, że owinął
rękojeść noża kawałkiem materiału, by chronić skórę przed szkodliwym działaniem
srebra. Jeszcze przez kilka sekund przypatrywał się, jak Riddley zwija się
z bólu, próbując powstrzymać krwawienie z długiej szramy, którą za
sprawą jednego precyzyjnego cięcia pojawiła się na jego policzku, biegnąc
niemal w tym samym miejscu, gdzie Alessia już przy pierwszym spotkaniu
zauważyła bliznę. To zmusiło ją do zastanowienia się, jak wiele razy wcześniej
Riddleyowi zdarzyło się wytrącić Yvesa z równowagi.
– Jak mówiłem, błąd pozostaje błędem – powtórzył spokojnie
wilkołak, przekrzywiając głowę i z ponurą satysfakcja przypatrując
się swojemu dziełu. Jego wzrok uciekł w stronę zbroczonego krwią ostrza,
a po chwili otarł broń o nogawkę postrzępionych jeansów, które miał
na sobie. – I każdy ma swoje konsekwencje – ciągnął spokojnie, ponownie
koncentrując wzrok na Riddleyu.
– Będę pamiętał – wymamrotał tamten, ocierając twarz. Krew
nadal płynęła i nic nie wskazywało na to, by miała przestać, zwłaszcza, że
spowodowało ja srebro. – Wiesz, że będę…
– Naturalnie – powiedział Yves i naprawdę niewiele
brakowało, by uśmiechnął się bez wesołości. – Zawsze dobrze zapamiętujesz moje
lekcje, Riddley – dodał, a jego głos znów zabrzmiał łagodnie i… groźnie.
Tęczówki Riddleya rozszerzyły się nieznacznie,
a Alessia ze swego rodzaju niedowierzaniem uprzytomniła sobie, że prócz
bólu pojawiło się w nich coś więcej: strach. Właśnie wtedy, jakby na
potwierdzenie jej przypuszczeń, Yves stanowczo przesunął się w stronę
kulącego się pod ścianą wilkołaka i zamachnął się ponownie – tym razem
celując w brzuch.
Riddley jęknął, ale tym razem nie krzyknął. Yves spokojnie
patrzył, trzymając rękojeść noża, póki chłopak nie osunął się na kolana.
Dopiero wtedy puścił tkwiące aż po sam trzonek w ciele Riddleya narzędzie
i cofnął się o krok, mnąc w palcach skrawek materiału, którym
chronił rękę już wcześniej. W milczeniu przesunął go między palcami, po
czym wzruszył ramionami i jakby od niechcenia zaczął ocierać swoje
pokrwawione dłonie, nadzwyczaj uważnie i metodycznie skupiając się na
każdej krwawej plamie z osobna.
– Hm… Tak, błędy i konsekwencje – oznajmił
w końcu, zerkając na zwiniętego na podłodze Riddleya. Mimo wszystko nie
wyglądał na jakoś szczególnie usatysfakcjonowanego. – Czy ktoś jeszcze ma
ochotę o czymś ze mną podyskutować? – zapytał na tyle głośno, by mieć
pewność, że wszyscy w hali dobrze go usłyszeli.
Wciąż bawiąc się materiałem, uważnie rozejrzał się dookoła.
Alessia uprzytomniła sobie, że się trzęsie, kiedy ramię Esme dosłownie zaczęło
wżynać jej się w klatkę piersiową, bo wampirzyca próbowała przymusić ją do
cofnięcia się jeszcze odrobinę. Ciemne oczy Yvesa zatrzymały się na nich
zaledwie na chwilę, zanim powędrowały dalej, ostatecznie na powrót zatrzymując
się na Riddleyu.
Yves milczał dłuższą chwilę, spoglądając przed siebie
i kiwając głową. Ciężko było stwierdzić, co takiego sobie myślał, Alessia
nie sądziła zresztą, by miało to jakiekolwiek znaczenie. Oczywiście jego
ostatnie pytanie pozostawało bez odpowiedzi, co było do przewidzenia – nawet cześć
przebywających w hali wilkołaków nie była na tyle szalona, by nawet
przypadkiem rozdrażnić Yvesa, kiedy był w takim nastroju. Alessię nie
dziwiło już, że ojciec Ariela w ogóle dorobił się takiej pozycji
w mieście – nawet jeśli wydawał jej się szalony, jednocześnie wydawał się
doskonale wiedzieć, co takiego robi i jak osiągnąć to, co było
najistotniejsze w trzymaniu takiej grupy w ryzach: posłuszeństwo.
A więc i strach, bo w jego przypadku te dwie rzeczy wydawały się
iść ze sobą w parze.
– Patrick – odezwał się naglącym tonem, uważnie rozglądając
się po pomieszczeniu.
Jeden z wilkołaków drgnął i przez moment sprawiał
wrażenie kogoś, kto za moment zwali się na posadzkę, niezdolny utrzymać się
w pionie. Natychmiast wziął się w garść, kiedy czarne oczy Yves
dosłownie się w niego wwierciły, po czym nieznacznie skinął głową, co
chyba miało być oznaką szacunku.
– Tak? – wymamrotał, siląc się na neutralny ton głosu, ale
i tak słychać było w nim napięcie.
Yves uśmiechnął się jakby od niechcenia.
– Spróbuj chociaż raz się na coś przydać – powiedział
niemal pogodnie. – Powiedzmy, że rządzisz tutaj do momentu, kiedy Riddley się
nie ogarnie. Na razie go nie ruszajcie – dodał, oglądając się przez ramię – ale
też nie pozwólcie umrzeć. Pomóżcie mu, kiedy uznacie, że najwyższa pora się
wtrącić, ale jak na razie… – Wzruszył ramionami. – Byłbym bardzo niepocieszony,
gdyby znów coś poszło nie zgodnie z planem, jasne?
Odpowiedziało mu milczenie, ale wydawał się być nim
usatysfakcjonowany. Raz jeszcze zerknął na Patricka, po czym jak gdyby nigdy
nic, szybkim krokiem ruszył w stronę drzwi hali, wcześniej nawet nie
oglądając się na Riddleya albo kogokolwiek innego.
W momencie, w którym drzwi się za nim zatrzasnęły,
zabrzmiała przeszywająca wręcz cisza.
Dziękuję za wszystkie dotychczasowe komentarze =) Tak rozwiewając wątpliwości Lilki... Ten szept z ostatniego rozdziału... Och, a do kogo cały czas zwracała się Grace? Selene odegra istotną rolę, prędzej czy później. I zaręczam, że jej słowa nabiorą sensu już wkrótce - zwłaszcza w następnej księdze, kiedy faktycznie pozostanie wyłącznie miłość - zawsze miłość... :D
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,
Nessa.
No, tak, Selene... Przyznaję, nie wzięłam tej opcji pod uwagę... Zaczynam już wszystko rozumieć i przypuszczaj, że ta jej wypowiedź pod koniec rozdziału z Grace i Quinnem to tylko malutka zapowiedź tego, co wydarzy się w następnej księdze. I na pewno będzie ciekawie...
OdpowiedzUsuńNo dobrze, teraz coś o noci. Kurczę, jak wyobrażam sobie tą scenę, kiedy Yves wparowuje do hangaru, rani mieczem Riddley`a i wydaje te wszystkie rozkazy, które wydał, to aż ciarki mnie po plecach przechodzą... Jejku, jak ja nie lubię takich bezwzględnych gości bez skrupułów... Ale są ci dobrzy i ci źli.
Nie rozumiem, po co Yves tak się wścieka za ucieczkę Grace i obawia się, że dwór dowie się, iż to on za tym wszystkim stoi, skoro sam powiedział, że Dymitr już od kilku godzin orientuje się w sytuacji -.-
Już czekam na nn.
Pozdrawiam i do napisania,
lilka24