3 sierpnia 2014

Sto siedemdziesiąt jeden

Alessia
Yves rozejrzał się wokół z furią w oczach. Alessia zauważyła, że w odpowiedzi na jego przybycie wszyscy – nie tylko ona i Esme – zamierają, machinalnie przybierając pozycję obronną. Wampirzyca nawet przesunęła się nieznacznie, zupełnie jakby miała mieć jakiekolwiek szanse w walce, gdyby miało do takowej dojść. Ali doceniała to, nawet jeśli zdawała sobie sprawę z tego, że nawet wycieńczona i osłabiona jest w stanie zrobić więcej niż pozbawiona jakichkolwiek nadnaturalnych zdolności Esme.
Czuła energię, którą przejęła od Grace, nawet jeśli moc wydawała się być na wyczerpaniu i tak bardzo odległa, jak tylko było to możliwe. Wiedziała, że gdyby zaistniała taka potrzeba, byłaby w stanie wykorzystać telepatyczne zdolności i wypchnąć je poza ciało, tworząc coś na kształt mentalnej bariery, która pozwoliłaby jej odeprzeć ewentualne zagrożenie, ale nic poza tym. Nawet w normalnej sytuacji miała pewne trudności z opanowaniem tych najbardziej wymagających telepatycznych sztuczek – jej światem były sny i bardziej subtelne działania, podczas gdy Damien pozostawał niedoścignionym ideałem, jeśli chodziło o wymaganą w sterowaniu telepatycznymi zdolnościami samodyscypliną – dlatego podejrzewała, że tym bardziej teraz nie dokonałaby niczego więcej. Co więcej, czuła, że kiedy tylko wykorzysta resztki energii, które zapewniła jej siła życiowa przejęta od Grace, dłużej nie będzie w stanie utrzymać się na nogach.
Riddley wyprostował się i napiął mięśnie. Może to zbliżająca się przemiana, a może czas spędzony z Arielem, ale Ali bez trudu dostrzegła szczegóły na które zwykle nie zwracała uwagi, a które wydawały się mówić więcej niż wyraz twarzy czy nawet zabarwienie aury. Zaciśnięte w pięści dłonie, lekko ugięte w kolanach nogi, unikanie wzrokowego kontaktu z Yvesem… Wilkołaki nawet swoim ludzkim ciałem komunikowały więcej, dokładnie tak jak wilki, a postawa przybrana przez Riddleya zdawała się symbolizować coś z pogranicza spokoju, ale również uległości. To Yves stał wyżej w hierarchii, teraz zaś na dodatek był mocno zdenerwowany, więc wszyscy inni automatycznie dostosowali się do tego, czego wymagała od nich sytuacja, byleby nie sprowokować mężczyzny do ataku.
Cóż, bo Yves wyglądał tak, jakby zamierzał rzucić się komuś do gardła. To wydawało się oczywiste już w momencie, w którym bezceremonialnie wparował do hali, a jednak Alessia aż się wzdrygnęła, kiedy błyskawicznie doskoczył do Riddleya, robiąc taki ruch, jakby zamierzał uderzyć go w twarz. Dopiero po chwili, kiedy Esme musnęła jej ramię i spojrzała na nią troskliwie, Ali uprzytomniła sobie, że cofnęła się i skuliła, co najmniej tak, jakby ktoś się na nią zamachnął, choć obie wydawały się być jak na razie bezpieczne. Speszyła się i natychmiast spróbowała wziąć w garść, kątem oka nadal obserwując Riddleya, który – w przeciwieństwie do niej – nie ruszył się nawet o milimetr, dalej dyskretnie spoglądając na swojego alfę i czekając na dalsze ruchy ojca Ariela.
Yves wziął jeszcze kilka drżących oddechów, wyraźnie starając się zahamować gniew, po czym wbił ciemne oczy w neutralną twarz wilkołaka przed sobą.
– Riddley… – Tym razem jego głos zabrzmiał zdecydowanie spokojniej, niemal łagodnie. Gdyby nie lśniące oczy, Ali może uwierzyłaby, że konflikt został zażegnany, a rozmowa będzie stosunkowo przyjacielska. – Riddley – powtórzył raz jeszcze, zwieszając ramiona wzdłuż ciała – czy masz mi może coś do powiedzenia?
To było niebezpieczne pytanie i Alessia pojęła to już w momencie, w którym zostało wypowiedziane. Nawet zwinięta w swoim kącie i mając u swojego boku Esme, czuła jak włoski na jej ramionach i karku stają dęba, tak bardzo poruszył ją emitujący od Yvesa gniew. Czuła go, choć nie był wymierzony w nią, i w efekcie nie potrafiła wyobrazić sobie, jak musiał odbierać to wszystko stojący bezpośrednio przed wilkołakiem Riddley.
Szybko przekonała się, że nie jest w swoich reakcjach odosobniona. Cała hala wydawała się zamrzeć w oczekiwaniu – nie tylko ona, ale również zgromadzone w pobliżu drzwi wilkołaki, a także nadal kryjący się w cieniu Amun. Ten ostatni nagle wydał jej się niezwykle ludzki i bledszy, jakby to w ogóle mogło być możliwe w przypadku wampira. Dosłownie wciskał się w ścianę, spojrzeniem krwistych tęczówek zaszczycając wszystko, co tylko nie mogło poszczycić się bijącym pulsem. Sprawiał wrażenie zagubionego, jakby sam nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie, co właściwie robił w tym miejscu i w tym towarzystwie. W zasadzie gdyby nie wiedziała jaką odgrywa w całej sprawie rolę, może nawet zrobiłoby jej się go żal.
Riddley tym czasem wydawał się równie spokojny, co i ostrożny. Wciąż nie patrzył Yvesowi w oczy, dyskretnie spoglądając w dół. Alessię naszła niepokojąca myśl, że podobne zachowanie ze strony ojca Ariela to dla niego coś równie normalnego, co dla niej regularne dziwne zachowania ze strony wujka Rufusa.
Och, wszyscy mieli rację w jednym: ona i Ariel żyli w dwóch różnych światach.
– Być może – odezwał się w końcu Riddley, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że może sobie na to pozwolić. Uniósł głowę i pierwszy raz spojrzał w ciemne oczy Riddleya, równie czarne, co i jego własne. – Jeśli oczywiście pijesz do tego, że Bart ma czasową… hm, niedyspozycję – powiedział, przy końcu prawie się nie wahając.
Yves zacisnął usta i ściągnął brwi. Wyglądał tak, jakby właśnie rozważał gdzie uderzyć, by najbardziej zabolało.
– To wiem! – warknął w końcu, a do jego głosu na ułamek sekundy znów wdarł się w gniew. – Już widziałem tego durnia i, wierz mi, teraz jak najbardziej możemy mówić o jego niedyspozycji. – Zacisnął pięści, a Alessia była gotowa przysiąc, że pod jego ostrymi, nierównymi paznokciami dostrzegła coś, co mogłoby być niczym więcej, a wyłącznie krwią. Na dodatek bardzo świeżą krwią. – Nie próbuj mnie zwodzić, Riddley – dodał, uważnie mierząc wilkołaka wzrokiem.
– Nie do końca rozumiem, co… – zaczął tamten, ale nie miał okazji skończyć.
Yves warknął i z całej siły uderzył go w tors, aż chłopak zatoczył się do tyłu, potknął i poleciał na tyle daleko, by z hukiem paść plecami na posadzkę. Stęknął cicho, kiedy powietrze uciekło z jego płuc, nie miał jednak okazji nawet zaczerpnąć tchu, bo ojciec Ariela doskoczył do niego i chwyciwszy go za przód koszulki, gwałtownie podciągnął do pozycji stojącej. Wraz z kolejnym niepokojąco potężnym uderzeniem, Riddley został przyparty do ściany, a Yves naparł na niego, trzymając się tak blisko, że niewiele brakowało, by obaj zetknęli się czołami.
– Nie igraj ze mną!!! – „huknął” z mocą, która mogłaby spokojnie zmrozić Ocean Atlantycki.
– Nie… śmiałbym… – Riddley stęknął ponownie, po czym potrząsnął głową. – Dziew… cz-czyna – dodał niewyraźnie. – Mówisz o tej dziewczynie, Grace…
– Tak! – Yves wciąż był zły, ale przynajmniej częściowo ustąpił, pozwalając Riddleyowi zapanować nad oddechem i głosem. – Gdzie jest?! – dodał, a jego wzrok machinalnie powędrował w stronę miejsca, gdzie stały Alessia i Esme, jakby jednak spodziewał się tam zobaczyć również trzecią nieśmiertelną.
Riddley nie odpowiedział od razu. Jego palce chyba zupełnie machinalnie zacisnęły się na nadgarstku Yvesa, sprawiając, że ten na powrót skoncentrował wzrok na swoim podwładnym. W jego spojrzeniu było coś, co sprawiło, że Alessia zaczęła się psychicznie przygotowywać na kolejny wybuch gniewu, a może nawet uderzenie, ale tym razem czekało ją pozytywne rozczarowanie, bo ojciec Ariela jedynie potrząsnął głową i rozluźnił uścisk, dając Riddleyowi odrobinę przestrzeni.
– Uciekła… – przyznał w końcu, tak cicho, że nawet mimo wyostrzonych zmysłów ledwo go słyszała.
– Co powiedziałeś? – Yves znów stał się łagodny i spokojny w ten niepokojący sposób, kojarzący jej się z ciszą przed burzą.
– Powiedziałem, że uciekła – powtórzył niechętnie Riddley, tym razem głośniej. Choć wyraźnie wymagało do od niego sporo samozaparcia, podniósł głowę i odważył się spojrzeć Yvesowi w oczy. Dziwnie podobne do siebie, niemal bliźniacze pary tęczówek spotkały się ze sobą, zwiastując coś o czym Alessia wiedziała, że nadejdzie, ale nie potrafiła przewidzieć co i kiedy. – Bart zaatakował Alessię i Grace. Kiedy się zjawiłem, ta druga wykorzystała zamieszanie, by się oddalić – wyjaśnił Riddley, pośpiesznie wyrzucając z siebie słowa, jakby w obawie przed tym, co mógł zrobić Yves, gdyby tym razem mu przerwał. – Skoncentrowałem się na zatrzymaniu jednej z nich, tej na której bardziej ci zależy – dodał, ani słowem nie wspominając o swoich kłopotach oraz o tym, jaką role w całym przedsięwzięciu odegrała Alessia; mimo wszystko była mu za to wdzięczna, bo coś podpowiadało jej, że Yves raczej nie uściskałby jej za to, że rzuciła się ratować któregokolwiek z jego wilkołaków.
Niezależnie od powodów – świadomie czy też nie – Riddley ją chronił i była tego świadoma. Jak długo Yves nie miał powodów, by wciągać ją w to całe przesłuchanie, mogła czuć się bezpieczna.
Przez kilka sekund twarz wilkołaka nie wyrażała żadnych emocji. Zmarszczył jedynie brwi, uważnie analizując wypowiedziane przez Riddleya słowa – zwłaszcza te ostatnie, dotyczące powodów zaniechania pogoni za Grace. Alessi mimo wszystko ulżyło, kiedy uprzytomniła sobie, że jak na razie nikomu nie udało się dziewczyny powstrzyma. Co prawda nie pozwoliła sobie na niosącą ze sobą nadzieję myśl o tym, że może – ale tylko może – pół-wampirzycy udało się uciec, a więc i – znów tylko może – miała być w stanie sprowadzić pomoc, która…
Właśnie wtedy Yves przeniósł wzrok na nią i cała zesztywniała. Nie jako jedyna, bo Esme również wzdrygnęła się i zrobiła taki ruch, jakby zamierzała rzucić się do ataku, byleby móc ją ochronić. To wydawało się czymś nie do pojęcia, podobnie jak i ostrzegawcze, zwierzęce warknięcie, które wyrwało się z gardła wampirzycy.
Yves zignorował ją, na powrót skoncentrowany na Riddleyu.
– Uciekła ci – powtórzył, znów tym samym spokojnym, łagodnym tonem. Riddley sztywno skinął głową. – Głupia, niedoświadczona dziewczyna uciekła tobie – dodał, a do jego głosu wkradło się tak wielkie rozczarowanie, niemal ojcowskie uczucie.
– Nie da się ukryć. – Riddley odpowiedział machinalnie, wyłącznie dlatego, że Yves wydawał się tego od niego oczekiwać. – Bart mnie rozproszył. Poza tym Grace i tak nie była dla ciebie ważna.
Yves znów obrzucił go uważnym spojrzeniem.
– Dlaczego cały czas używasz imienia tej dziewczyny, co Riddley? – zapytał nieoczekiwanie, niemal z kpiną. – To brzmi prawie jak te brednie mojego syna, który…
– Nie bądź śmieszny! – przerwał mu natychmiast Riddley, chyba bardziej wstrząśnięty niż wzburzony. – To nawet nie jest wampirzyca, brudna krew, która nie ma żadnego znaczenia. Nie miała go nawet w twoim planie, więc dlaczego mamy się tym przejmować? Sam stwierdziłeś, że byłoby dobrze, gdyby Dwór się dowiedzieć, więc jakie znaczenie ma to czy uciekła, czy nie. Chcieliśmy ją – dodał, palcem mierząc w stronę skrytej za plecami Esme Alessi.
– W istocie. – Ojciec Ariela nadal wydawał się rozeźlony, ale nie aż tak bardzo, co początkowo. Postukał się palcem po nieogolonym podbródku, jakby się nad czym intensywnie zastanawiając. – Dziewczyna nie miała żadnego znaczenia. O ile się nie myślę, Dimitr już od ładnych paru godzin jest rozeznany w sytuacji, więc obecność dziewczyny faktycznie nie ma tutaj żadnego znaczenia. Pierwotnie w ogóle nie miała swojego udziału w planach, a gdyby pokusić się o literackie porównanie, była jak to przysłowiowe koło u wozu…
Riddley sztywno skinął głową, najwyraźniej nie ufając swojemu głosowi i temu, co mogłoby spowodować wypowiedzenie chociaż jednego nieprzemyślanego słowa. Nawet ze znacznej odległości Alessia była świadoma tego, jak bardzo był napięty oraz że część tego zdenerwowania zaczęła zanikać w miarę jak sytuacja zdawała się być opanowana. Yves teraz wyglądał na zupełnie spokojnego i tylko fakt tego, że Riddley nadal przywierał plecami do ściany sugerował, że cokolwiek w ogóle się wydarzyło.
– Nie popełniasz tych samych błędów, prawda Riddley? – zapytał cicho Yves, spoglądając na wilkołaka znacząco. – Pokładam w tobie wielkie nadzieje, wiesz o tym. A w tym przypadku błędy nie są czymś, co mogę tolerować.
– Znasz mnie. Nie nawalam – przypomniał, znów poprzestając na krótkich, konkretnych zdaniach. Jego ciemne oczy wydawały się lekko połyskiwać, zupełnie jak onyks albo jakiś inny drogi kamień. – Ten błąd zresztą nie ma dla nas żadnego znaczenia.
– O, tak. Niemniej błąd pozostaje błędem – oznajmił Yves tym samym tonem ojca besztającego dziecko, który Alessia słyszała u niego wcześniej.
– Tak jest. – Riddley wyglądał na pokonanego, ale spokojniejszego.
Alessia niemal uwierzyła, że na tym się skończy. Gniew minął, więc Yves zdzieli swoją prawą rękę po łapkach, pogrozi mu i odejdzie. Skoro to nie miało znaczenia, takie postępowanie wydawało się logiczne, a przynajmniej wszystko wydawało się wskazywać na to, że tak będzie. Nie potrafiła tego opisać, ale Riddley wydawał się faktycznie mieć dla Yvesa jakieś znaczenie, może nawet zajmując pozycję, która pierwotnie miała przynależeć Arielowi – potężny materiał na zastępcę, coś na kształt bety stada. Jego syn nie był dość dobry, poza tym tego nie chciał, dlatego Yves znalazł zastępcę i teraz przelewał na Riddleya swoje ambicje, bez wątpienia traktując go lepiej niż własnego syna.
To było obrzydliwe, nawet okropne, ale Alessia nie potrafiła żałować, że to Riddleyowi ostatecznie przypadła taka rola. Jakby nie patrzeć, on tego chciał i wyraźnie przywykł do ujarzmiania wybuchowego temperamentu Yvesa, kiedy ten wpadał w gniew – a najwyraźniej zdarzało mu się to stosunkowo często. Tak czy inaczej, Riddley wydawał się świadom tego, czego powinien się po ojcu Yvesa spodziewać o czym świadczyło to, że pozwolił sobie na rozluźnienie mięśni i nieco większy spokój.
Ali również pozwoliła sobie na chwilę wytchnienia, obojętnie obserwując jak Yves szykuje się do odejścia. Jak wielki błąd popełnił w tamtej chwili Riddley – a więc i on sama, polegając na jego ocenie sytuacji – uprzytomniła sobie dopiero dłuższą chwilę po tym, co rozegrało się na jej oczach tak szybko, że z trudem zdołała otworzyć to w pamięci.
W jednej chwili Yves stał plecami do Riddleya, wydając się być spokojnym i gotowym do odejścia, a już w następnej odwrócił się i doskoczył do niczego niespodziewającego się mężczyzny. Coś zalśniło w jego pięści, kiedy z szybkością i refleksem atakującej kobry zamachnął się, celując wprost w twarz Riddleya. Alessia nie od razu zorientowała się, że wcale nie zamierzał go uderzyć. Najpierw doszedł ją charakterystyczny, choć nie nęcący zapach krwi – wilkołaki miały w sobie coś odpychającego, poza tym stanowiły naturalnych wrogów wampirów i nigdy nie zdarzyło się, by którykolwiek pił ich krew. Zaraz po tym dostrzegła rubinowe krople, które rozprysły się na wszystkie strony, osiadając na ścianie, posadzce oraz torsie Yvesa.
Riddley zawył i chwycił się za twarz. Alessia potrzebowała dłuższej chwili, by uporządkować fakty i zorientować się, co takiego widzi. Nawet przez przyciśnięte do twarzy dłonie przedzierała się krew, sącząc się pomiędzy palcami. Yves przypatrywał się temu spokojnie, w dłoniach trzymając nieduże srebrne ostrze. Ali zauważyła, że owinął rękojeść noża kawałkiem materiału, by chronić skórę przed szkodliwym działaniem srebra. Jeszcze przez kilka sekund przypatrywał się, jak Riddley zwija się z bólu, próbując powstrzymać krwawienie z długiej szramy, którą za sprawą jednego precyzyjnego cięcia pojawiła się na jego policzku, biegnąc niemal w tym samym miejscu, gdzie Alessia już przy pierwszym spotkaniu zauważyła bliznę. To zmusiło ją do zastanowienia się, jak wiele razy wcześniej Riddleyowi zdarzyło się wytrącić Yvesa z równowagi.
– Jak mówiłem, błąd pozostaje błędem – powtórzył spokojnie wilkołak, przekrzywiając głowę i z ponurą satysfakcja przypatrując się swojemu dziełu. Jego wzrok uciekł w stronę zbroczonego krwią ostrza, a po chwili otarł broń o nogawkę postrzępionych jeansów, które miał na sobie. – I każdy ma swoje konsekwencje – ciągnął spokojnie, ponownie koncentrując wzrok na Riddleyu.
– Będę pamiętał – wymamrotał tamten, ocierając twarz. Krew nadal płynęła i nic nie wskazywało na to, by miała przestać, zwłaszcza, że spowodowało ja srebro. – Wiesz, że będę…
– Naturalnie – powiedział Yves i naprawdę niewiele brakowało, by uśmiechnął się bez wesołości. – Zawsze dobrze zapamiętujesz moje lekcje, Riddley – dodał, a jego głos znów zabrzmiał łagodnie i… groźnie.
Tęczówki Riddleya rozszerzyły się nieznacznie, a Alessia ze swego rodzaju niedowierzaniem uprzytomniła sobie, że prócz bólu pojawiło się w nich coś więcej: strach. Właśnie wtedy, jakby na potwierdzenie jej przypuszczeń, Yves stanowczo przesunął się w stronę kulącego się pod ścianą wilkołaka i zamachnął się ponownie – tym razem celując w brzuch.
Riddley jęknął, ale tym razem nie krzyknął. Yves spokojnie patrzył, trzymając rękojeść noża, póki chłopak nie osunął się na kolana. Dopiero wtedy puścił tkwiące aż po sam trzonek w ciele Riddleya narzędzie i cofnął się o krok, mnąc w palcach skrawek materiału, którym chronił rękę już wcześniej. W milczeniu przesunął go między palcami, po czym wzruszył ramionami i jakby od niechcenia zaczął ocierać swoje pokrwawione dłonie, nadzwyczaj uważnie i metodycznie skupiając się na każdej krwawej plamie z osobna.
– Hm… Tak, błędy i konsekwencje – oznajmił w końcu, zerkając na zwiniętego na podłodze Riddleya. Mimo wszystko nie wyglądał na jakoś szczególnie usatysfakcjonowanego. – Czy ktoś jeszcze ma ochotę o czymś ze mną podyskutować? – zapytał na tyle głośno, by mieć pewność, że wszyscy w hali dobrze go usłyszeli.
Wciąż bawiąc się materiałem, uważnie rozejrzał się dookoła. Alessia uprzytomniła sobie, że się trzęsie, kiedy ramię Esme dosłownie zaczęło wżynać jej się w klatkę piersiową, bo wampirzyca próbowała przymusić ją do cofnięcia się jeszcze odrobinę. Ciemne oczy Yvesa zatrzymały się na nich zaledwie na chwilę, zanim powędrowały dalej, ostatecznie na powrót zatrzymując się na Riddleyu.
Yves milczał dłuższą chwilę, spoglądając przed siebie i kiwając głową. Ciężko było stwierdzić, co takiego sobie myślał, Alessia nie sądziła zresztą, by miało to jakiekolwiek znaczenie. Oczywiście jego ostatnie pytanie pozostawało bez odpowiedzi, co było do przewidzenia – nawet cześć przebywających w hali wilkołaków nie była na tyle szalona, by nawet przypadkiem rozdrażnić Yvesa, kiedy był w takim nastroju. Alessię nie dziwiło już, że ojciec Ariela w ogóle dorobił się takiej pozycji w mieście – nawet jeśli wydawał jej się szalony, jednocześnie wydawał się doskonale wiedzieć, co takiego robi i jak osiągnąć to, co było najistotniejsze w trzymaniu takiej grupy w ryzach: posłuszeństwo. A więc i strach, bo w jego przypadku te dwie rzeczy wydawały się iść ze sobą w parze.
– Patrick – odezwał się naglącym tonem, uważnie rozglądając się po pomieszczeniu.
Jeden z wilkołaków drgnął i przez moment sprawiał wrażenie kogoś, kto za moment zwali się na posadzkę, niezdolny utrzymać się w pionie. Natychmiast wziął się w garść, kiedy czarne oczy Yves dosłownie się w niego wwierciły, po czym nieznacznie skinął głową, co chyba miało być oznaką szacunku.
– Tak? – wymamrotał, siląc się na neutralny ton głosu, ale i tak słychać było w nim napięcie.
Yves uśmiechnął się jakby od niechcenia.
– Spróbuj chociaż raz się na coś przydać – powiedział niemal pogodnie. – Powiedzmy, że rządzisz tutaj do momentu, kiedy Riddley się nie ogarnie. Na razie go nie ruszajcie – dodał, oglądając się przez ramię – ale też nie pozwólcie umrzeć. Pomóżcie mu, kiedy uznacie, że najwyższa pora się wtrącić, ale jak na razie… – Wzruszył ramionami. – Byłbym bardzo niepocieszony, gdyby znów coś poszło nie zgodnie z planem, jasne?
Odpowiedziało mu milczenie, ale wydawał się być nim usatysfakcjonowany. Raz jeszcze zerknął na Patricka, po czym jak gdyby nigdy nic, szybkim krokiem ruszył w stronę drzwi hali, wcześniej nawet nie oglądając się na Riddleya albo kogokolwiek innego.
W momencie, w którym drzwi się za nim zatrzasnęły, zabrzmiała przeszywająca wręcz cisza.

2 komentarze:

  1. Dziękuję za wszystkie dotychczasowe komentarze =) Tak rozwiewając wątpliwości Lilki... Ten szept z ostatniego rozdziału... Och, a do kogo cały czas zwracała się Grace? Selene odegra istotną rolę, prędzej czy później. I zaręczam, że jej słowa nabiorą sensu już wkrótce - zwłaszcza w następnej księdze, kiedy faktycznie pozostanie wyłącznie miłość - zawsze miłość... :D

    Pozdrawiam,
    Nessa.

    OdpowiedzUsuń
  2. No, tak, Selene... Przyznaję, nie wzięłam tej opcji pod uwagę... Zaczynam już wszystko rozumieć i przypuszczaj, że ta jej wypowiedź pod koniec rozdziału z Grace i Quinnem to tylko malutka zapowiedź tego, co wydarzy się w następnej księdze. I na pewno będzie ciekawie...
    No dobrze, teraz coś o noci. Kurczę, jak wyobrażam sobie tą scenę, kiedy Yves wparowuje do hangaru, rani mieczem Riddley`a i wydaje te wszystkie rozkazy, które wydał, to aż ciarki mnie po plecach przechodzą... Jejku, jak ja nie lubię takich bezwzględnych gości bez skrupułów... Ale są ci dobrzy i ci źli.
    Nie rozumiem, po co Yves tak się wścieka za ucieczkę Grace i obawia się, że dwór dowie się, iż to on za tym wszystkim stoi, skoro sam powiedział, że Dymitr już od kilku godzin orientuje się w sytuacji -.-
    Już czekam na nn.
    Pozdrawiam i do napisania,
    lilka24

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa