2 sierpnia 2014

Sto siedemdziesiąt

Grace
Céline Dion – „A new day has come”

Czy ten dowcip ma jakąś puentę?
Grace ledwo powstrzymała poirytowane westchnienie. Zacisnęła dłonie w pięści tak mocno, że powinna była poczuć ból, ale najwyraźniej w tym nierzeczywistym świecie nie obejmowały ją zwykłe słabości, którym zwykle podlegało jej po części ludzkie ciało. Sama również nie była zachwycona, poza tym bardzo chciała cofnąć wypowiedziane dopiero co słowa, wiedziała jednak, że nie może sobie na to pozwolić.
Cholera, postępowanie słusznie nigdy nie wydawało jej się szczególnie atrakcyjną perspektywą. Szkoda, że po tym, jak po raz pierwszy zdecydowała się zachować absolutnie nieegoistycznie, wszystkie jej podejrzenia względem tego, że wkrótce wszystkiego pożałuje, okazały się uzasadnione. Grace jedynie pokręciła głową, sama niepewna, co teraz powinna zrobić albo powiedzieć, by nie uznał jej za jeszcze większą wariatkę – zwłaszcza, że niewiele brakowało, by sama uwierzyła, że nią jest.
Posłuchaj, zaczęła niecierpliwie, czy mógłbyś chociaż przez moment spojrzeć na to, co mówię praktycznie?
A co praktycznego jest w tym, że próbujesz zmusić mnie do zrobienia… tego?, odparował i wzdrygnął się w nieco teatralny sposób, co tak bardzo przypomniało jej te wszystkie sprzeczki w normalnym świecie, że z jakiegoś powodu omal się nie roześmiała. Jak po tym wszystkim mógł zachowywać się aż do tego stopnia… normalnie?
Pokręciła głową, by o tym nie myśleć.
Powiedziałeś mi, że zatracasz siebie – że nie pamiętasz uczuć, zaczęła raz jeszcze, w duchu modląc się o zachowanie cierpliwości. Nie mogła po prostu przyłożyć mu w twarz? W końcu ból to też jakieś uczucie! Z drugiej strony, ona go nie czuła, więc może z nim miało być tak samo. Ale jeśli tak, skąd pewność, że pocałunek w tym wypadku cokolwiek zdziała? Skąd pewność, że…? Och, nie chciała o tym myśleć, a przynajmniej nie teraz. Quinn, ja też nie jestem tym zachwycona. Ale zrozum, chłopie, że właśnie umierasz. Jedną nogą jesteś już w zaświatach, czy jak nazwać to, co czeka nas po śmierci, jeśli oczywiście czeka. Jeszcze trochę, a zapomnisz więcej, nie tylko takie drobiazgi… Och, znów gadam od rzeczy, zirytowała się, potrząsając głową. To nie są drobiazgi. Nie wiem, skąd ta pewność, ale czuję, że tutaj uczucia są rozwianiem. Quinn, co innego łączy nas z życiem i własnym ciałem, jeśli nie fizyczne i duchowe doznania? Co innego?
Mówiła coraz bardziej gorączkowo, cały czas wpatrzona w niego. Pragnęła, by jej uwierzył; by chociaż przez moment się zastanowił. A przy tym miała wrażenie, że kolejne wypowiedziane słowa nie należą do niej, a przynajmniej nie wyłącznie. Odpowiednie myśli same z siebie do niej przychodziły, a ona poddawała im się, nadając nań odpowiedni kształt i pozwalając na to, by pomiędzy nimi zawisły,stając się częścią telepatycznej wymiany zdań pomiędzy nimi. Myśli miały moc – podobnie jak i słowa – a ona coraz lepiej się o tym przekonywała.
Quinn wciąż nerwowo podrygiwał, zmuszając się do pozostania w bezruchu. Wyglądał na bardzo niespokojnego, chętnego, by znów zacząć krążyć, jednak coś w jej wyrazie twarzy albo tonie musiało przekonać go do pozostania w miejscu, nawet jeśli wymagało to od niego wysiłku. Dyszał ciężko, a jego blada skóra wydawała się łagodnie połyskiwać, zupełnie jakby pokrywała ją cienka warstewka potu – rzecz absolutnie niepojęta, skoro żadne z nich nie było niczym więcej od myśli… A może byli aż myślami? Czy sama dopiero co nie stwierdziła, że te mają znaczenie, że są potężne?
Och, to było takie skomplikowane… A może nie?
Dlaczego?, usłyszała jego głos i aż zamrugała zaskoczona, po części wyrwana z plątaniny własnych myśli i wątpliwości.
Słucham?
Dlaczego, Grace?, zapytał raz jeszcze, tym bardziej stanowczo, ale też z uczuciami, których nie potrafiła określić. Jego myśli wydawały się równie wyblakłe, co i cała jego postać. Dlaczego w ogóle tutaj jesteś?
Najpierw jego pytanie ją zaskoczyło, po chwili jednak uprzytomniła sobie, że podświadomie od samego początku spodziewała się je usłyszeć. Już raz słyszała – od Zoe, kiedy jeszcze razem stały przy łóżku chłopaka, tocząc coś na kształt niewerbalnej walki, która przecież nie była jej celem. To samo pytanie, które przecież mogła zadać samej sobie.
A potem znalazła odpowiedź.
Bo tak trzeba, rzuciła jak gdyby nigdy nic. Jest różnica, Quinn. Pomiędzy tym co dobre, a co złego. Czy trudny charakter od razu oznacza, że nie dostrzega się rozróżnienia i nie potrafi się wybrać odpowiedniej drogi?, zapytała, choć w zasadzie nie oczekiwała od niego odpowiedzi.
Patrzył na nią dłuższą chwilę, tym razem zdecydowanie bardziej stabilny. Na jego ustach pojawiło się coś na kształt tego cynicznego uśmieszku, który już kilka razy widziała, a który kiedyś chyba nawet jej się podobał.
Uważasz swój charakter za „trudny”?, prychnął, ale nie zabrzmiało to jakoś szczególnie złośliwie. Niech żyją eufemizmy!
To może tak: pocałuj mnie albo przywalę ci w ten durnowaty łeb i zostawię, byś zgnił w ciemnościach?, zaproponowała, ledwo powstrzymując uśmiech.
O, to zabrzmiało lepiej, stwierdził, ale nie ruszył się z miejsca. Przynajmniej nie tak od razu, a kiedy w końcu do niej podpłynęła, wyglądał jakby jakaś jego cześć pragnęła odwrócić się i uciec z wrzaskiem w przeciwnym kierunku. Ech… A nie możemy po prostu się uściskać?, wymamrotał, wyraźnie speszony. Nie zrozum mnie źle, ale dalej uważam, że to idiotyzm. Poza tym Zoe…
Quinn, do diabła, ta twoja słodka Zoe wygląda na gotową poruszyć niebo i ziemię, byleby móc jeszcze trochę się z tobą popieścić, rzuciła gniewnie, ale nie tyle z powodu jego niezdecydowania, co swego rodzaju rozgoryczenia. Wierność. On był jej tak bardzo wierny, podczas gdy Ethan… Czy już znalazł sobie kolejną chętną, tym razem normalną dziewczynę? Och, jakby to ją w ogóle obchodziło! Poza tym, czego oczy nie widzą…
Och, a ty w to wierzysz?, zapytał i drgnął nerwowo, nieznacznie zwiększając odstęp pomiędzy nimi.
Tutaj nie chodzi o to, w co ja wierzę!, zirytowała się, jednocześnie potrząsając głową. Nie chodzi… Dobra, niech ci będzie. Ale to nie jest aż tak szczególnie prawdziwy pocałunek. To jedynie taka… terapia? Dla żadnej ze stron nieprzyjemna, ale konieczna. Poza tym całowanie ducha swojej znienawidzonej ex to jeszcze nie zdrada, dodała, próbując wziąć się w garść i wzruszając ramionami.
Quinn zachichotał.
Ex się zgadza, ale to jeszcze nieznaczny, że cię nienawidzę, Grace, sprostował spokojnie.
Jasne, po prostu uważasz mnie za dziwkę. Cóż to za wielka różnica!
Nie dramatyzuj, westchnął, ale coś w jego tonie się zmieniło, zwłaszcza kiedy w końcu zdecydował się wyciągnąć rękę w jej stronę. Zadrżała, czując dziwny zimny prąd, który przeszył jej ciało, kiedy nie do końca materialna dłoń chłopaka musnęła jej rękę. Nie uważam cię za dziwkę, a przynajmniej zazwyczaj. Raczej sądzę, że brakuje ci piątej klepki. Albo wręcz przeciwnie: masz, ale klapki i to na oczach, skoro nie widzisz niczego ponad czubek swojego nosa.
Cóż za interesujący dobór metafor…
Znów parsknął śmiechem, ale mniej intensywnym niż za pierwszym razem. Chichot zamarł mu na ustach, a Quinn zmarszczył brwi i rozejrzał się niespokojnie, dziwnie zagubiony i zaniepokojony.
Grace poczuła, że nie mogą już dłużej czekać.
Spojrzała na niego znacząco, chłopak jednak uparcie unikał spoglądania w jej stronę. Westchnęła w duchu, po czym przełamała się i mimo obaw, stanowczo podpłynęła w jego stronę. Oboje się wzdrygnęli, kiedy ich ciała otarły się o siebie, aż zaczęła się zastanawiać, czy on jej bliskość odbiera równie nietypowo, co i ona jego. Szybko przestała o tym myśleć, koncentrując się na tym, co trzeba było zrobić i czując się dziwnie zdenerwowaną, może nawet skrępowaną. Coś takiego zdarzyło się jej po raz pierwszy od dawna, zwłaszcza, że pocałunki i obcowanie z chłopakami stanowiły dla niej coś najzupełniej naturalnego. Jak mogłaby stresować się czymś takim…?
Quinn zamrugał nieco nieprzytomnie, po czym – wyglądając na pokonanego i nadal chętnego do tego, by się wycofać – ułożył obie dłonie na jej biodrach. Objął ją, ale w jego ruchach było coś wymuszonego, ciało zaś miał mimo wszystko sztywne i jakby obce. Na ułamek sekundy przymknęła oczy, powtarzając sobie, że nie powinna brać tego do siebie, zwłaszcza, że sama czuła się niewiele lepiej. Ona też tego nie chciała – a już na pewno nie chciała być potraktowana jak rzecz, jak środek, który miał posłużyć im oboje jako droga powrotna.
No doba, obyś tylko miała rację…, usłyszała w głowie jego nerwowy głos. Zadarła głowę, po czym mocno zacisnęła powiekami, sztywniejąc i czekając na moment, kiedy w końcu podejmie decyzje. Starała się zachowywać tak, jakby wcale jej tutaj nie było albo jakby odgrywała jakąś rolę albo coś podobnego. Oczyszczając umysł, pragnęła żeby wszystko poszło szybko, a kiedy otworzy oczy…
Pocałował ją szybko i bez jakichkolwiek emocji. Sama nie była pewna, jakim cudem w ogóle udało jej się nie przegapić momentu, kiedy nachylił się i od niechcenia musnął wargami jej usta. Całowała się wielokrotnie, ale nigdy w taki sposób – tak bardzo odległy, pozbawiony znaczenia i emocji… Quinn po prostu otarł się wargami o jej usta, by już w następnej sekundzie wyprostował się niczym struna i odsunąć od niej na odległość, którą można byłoby uznać za bezpieczną.
Nic się nie wydarzyło. Nadal tkwili pośrodku ciemności, wpatrując się w siebie nawzajem – pozbawieni ciał, eteryczni, a w przypadku Quinna również zanikający.
Ty i te twoje pomysły, usłyszała i aż wzdrygnęła się, porażona chłodem i niechęcią jego mentalnego głosu.
Z zaskoczeniem odniosła wrażenie, że sprawia wrażenie kogoś, komu naprawdę niewiele brakuje, by się popłakać. Te emocje – mieszanka gniewu, zażenowania oraz goryczy – były niemal materialne, stanowiąc coś na kształt krwistoczerwonej mgiełki, która zawisła pomiędzy nimi, rozpraszając nieznacznie mrok. Quinn odsunął się od niej jeszcze bardziej, a mgiełka jego negatywnych emocji stworzyła pomiędzy nimi barierę, która również Grace zmusiła do cofnięcia się o kilka centymetrów w tył.
Quinn…
Co?!, „huknął” na nią w myślach, znów zaczynając nerwowo krążyć. Co znowu, Grace? Zrobiliśmy to, jak chciałaś i co? Jesteś zadowolona? Zabawiłaś się, a ja jak ten kretyn ci na to pozwoliłem! W takim razie możesz stąd spadać, bo i tak…
To nie jest moja wina!, krzyknęła, stanowczo przerywając mu w połowie zdania. Zamilkł i zmrużył gniewnie oczy, spoglądając na nią nieufnie, tak bardzo… obco. Z jakiegoś powodu raniło ją to w równe wielkim stopniu, co irytowało. Quinn, do cholery! Ja naprawdę wierzyłam w to, że w ten sposób pomogę nam oboje.
Ale nie pomogłaś!, odparował i ten argument wydawał się ukracać wszelakie dalsze dyskusje.
Grace zacisnęła obie dłonie w pięści, równie rozeźlona i zażenowana, co znajdujący się za krwistą zasłoną chłopak. Nic nie mogę zrobić, Selene. Śmierć już go naznaczyła, pomyślała, ledwo panując nad tym, by nie popłakać się z powodu tych wszystkich emocji, które nagle zaczęły sprawiać wrażenie chętnych rozerwać ją od środka. Gdyby tylko się im poddała, może nawet zrobiłyby to, nawet jeśli nie potrafiła sobie tego wyobrazić. On całkiem się tym zatracił, a ja nie mogę… Jak mogę mu przypomnieć coś, co wydaje się odejść na zawsze? Ja mogę mu…
Och.
Przypomnieć.
O bogini, jacy my jesteśmy durni!, wykrzyknęła nie tyle do Quinna, co do siebie. Ten zresztą i tak nie zwrócił na nią większej uwagi, pochłonięty gniewem oraz nadal nerwowo krążący we wszystkie strony, tym razem tak szybko, że zamienił się w jaśniejącą smugę na tle tej wszechogarniającej ciemności – tej samej, która sprawiała wrażenie chętnej tego, by ostatecznie go pochłonąć.
Nie dała sobie czasu na zastanowienie albo Quinnowi na przyjęcie do wiadomości tego, co pomyślała i zapytanie o jakiekolwiek szczegóły – o ile oczywiście miał zaprzątać sobie głową tym, co ona sądziła, skoro był na nią aż do tego stopnia zdenerwowany. Nie zważając na instynkt, który nakazywał jej się trzymać z daleka od czerwonej mgiełki, dosłownie rzuciła się w nią, po czym jęknęła cicho, kiedy ta otarła się o jej skórę. Chyba podświadomie oczekiwała, że bariera sprawi jej ból albo nawet odrzuci ją do tyłu, ale nic posobnego się nie stało. Grace przeniknęła przez nią bez trudu, a czerwień rozproszyła się i teraz wiła się dookoła jej i Quinna, trzymają się blisko chłopaka i sprawiając wrażenie tego, jakby oczekiwała – i czekała na właściwy momenty, by móc sięgnąć po niego, a może nawet wniknąć do jego wnętrza.
Grace nie była pewna, co by się wtedy stało, ale sama myśl o takiej możliwości przyprawiała ją o mdłości. Nie, na to zdecydowanie nie mogła pozwolić.
Quinn krążył i najwyraźniej postanowił ją ignorować, bo nie zwolnił, kiedy spróbowała się z nim zrównać. Grace warknęła w duchu, po czym – tym razem w istocie szykując się nie tyle na ból, co raczej wstrząs – bez chwili wahania wyskoczyła przed niego, stając mu na drodze. Wpadł na nią z impetem, wytracając prędkość i nie wywracając się wywracając się wyłącznie dzięki temu, że w istocie żadne z nich nie było materialne, a w zawieszeni we wszechogarniającej pustce nie mogli tak po prostu na coś upaść.
Co ty, na litość bogini…?, zaczął z irytacją, ale Grace nie czekała aż zacznie na nią wyzywać albo pokusi się o cokolwiek więcej.
Mam ci przypomnieć uczucia!, krzyknęła z determinacją, atakując jego umysł pewnością siebie i własnym oszołomieniem.
Działając jak automat wyrzuciła obie ręce przed siebie i zarzuciła mu je na szyję, przywierając całym ciałem do jego torsu. Chłopak drgnął niespokojnie, ale zanim zdecydował się, czy powinien ją po prostu odsunąć, czy może lepiej byłoby ją uderzyć, zadarła głowę i stanowczym ruchem przysunęła się na tyle, by przywrzeć wargami do jego ust. Zesztywniał cały, a ona objęła go mocniej, całą sobą koncentrując się na intensywności pocałunku, niezrażona tym, że oszołomiony Quinn nie zrobił niczego, by jakkolwiek odwzajemnić pieszczotę.
Zmarszczyła nieznacznie brwi, porażona jego bezczynnością. Nie odrywając warg od jego ust, zatrzepotała powiekami i spojrzała w jego ciemne oczy, nienaturalnie rozszerzone i pełne zaskoczenia albo czegoś podobnego. Prawie niezauważalnie potrząsnęła głową, po czym zsunęła ręce, mocno zaciskając je na jego ramionach.
Quinn, rusz się! Musisz mnie pocałować, przypomniała mu nieznoszącym sprzeciwu głosem.
O czym ty znowu…, zaczął i w końcu jakoś zareagował, jednak sprowadzało się to do napięcia mięśni i uniesienia rąk, by móc ją odepchnąć.
Och, naprawdę miała ochotę go uderzyć!
To, co zrobiliśmy wcześniej, to jakaś komedia, a nie pocałunek!, zirytowała się, prychając w duchu. Hm, swoją drogą, telepatia bywała praktyczna: jak inaczej mogłaby jednocześnie całować i mówić? Quinn, zrozum. Nie patrz na mnie jak na tę Grace, którą… niezbyt lubisz. Zaśmiała się bez wesołości. Tak, tak, eufemizmy… Nieważne. Zapomnij o tym, tak jak i o wszystkim innym. Wyobraź sobie za to, że jestem twoim wspomnieniem. Tak naprawdę mnie tutaj nie ma, Quinn. Niech to się dzieje w twojej głowie. Pamiętasz tamtą Grace, co Quinn? Jestem twoim wspomnieniem, dobrym wspomnieniem dziewczyny, którą byłam w twoich oczach, zanim…
Poczuła, że do oczu napływają jej łzy, dlatego zamrugała gniewnie, byleby nie dopuścić ich do siebie. Och, ona też pamiętała… Do tej pory gotowało się w niej, kiedy przypominała sobie, że to on zerwał i dlaczego, ale teraz nie zamierzała pozwolić sobie na rozpamiętywanie tych konkretnych wspomnień. Przecież nie zawsze była jędzą, a kiedyś coś go do niej przyciągnęło. Kiedy zdarzało się im bywać sam na sam, ona bywała inna – nawet jeśli później w istocie przemieniała się w kogoś, kto go irytował, kto…
Quinn zesztywniał, a potem w jego postawie coś się zmieniło. Przez ułamek sekundy jeszcze trwał w bezruchu, a potem – najpierw niepewnie, a potem coraz bardziej zdecydowanie – odwzajemnił pocałunek. Tym razem to Grace zesztywniało, przynajmniej w pierwszym odruchu, póki jego ramiona nie owinęły się wokół niej, stanowczo przygarniając ją do siebie. Padła mu w ramiona, a ich usta zaczęły poruszać się w jednostajnym rytmie, zupełni jakby od ostatniego pocałunku minęło kilka godzin, a nie całe dni, tygodnie, miesiące... Czas przestał mieć znaczenie, a Grace poczuła przyjemne ciepło, które rozeszło się po całym jej ciele, łagodząc dziwne wrażenie spowodowane dotykiem Quinna, a ostatecznie całkiem je neutralizując. Teraz liczył się tylko ten pocałunek i uczucia, które wywoływał – wspomnienia, które nagle wróciły.
Grace!, usłyszała i zaskoczona aż otworzyła oczy, wciąż jednak nie przerywała pocałunku. Omal nie krzyknęła z wrażenia, dostrzegając rażący jasny blask, który owinął się wokół nich. Światło w niczym nie przypominało tej przerażającej, czerwonej bariery, którą wcześniej widziała wokół nich. Ta zniknęła, wyparta przez to światło – jasne, ciepłe, łagodne niczym blask poranka.
To tak, jakby zaczynał się nowy dzień…
Grace zadrżała, ale nie z zimna czy strachu, ale z radości. Nigdy nie czuła czegoś podobnego, a przynajmniej nie tak intensywni. Miała wrażenie, że światło wypełnia ją całą, unosząc jej duszę i sprawiając, że poczuła się taka lekka, taka… taka szczęśliwa.
Zapragnęła się roześmiać, nie jako jedyna zresztą. To Quinn pierwszy zaczął się śmiać, a jego melodyjny głos owinął się wokół nich oboje, aż Grace odniosła wrażenie, że otaczający ich blask przybiera na siebie. Wszelakie bariery zniknęły, a wtedy i ona się roześmiała, dając upust swojej radości i tym ciepłym uczuciom – tym samym, które zwykle starała się zepchnąć w najgłębsze zakamarki swojego umysłu, skryte za maską sarkazmu i chłodu. Tak było bezpieczniej, a przynajmniej zawsze wydawało jej się, że w ten sposób będzie łatwiej.
Nie, Grace, usłyszała w głowie zdecydowany głos Quinna. Ja cię poznałem. I wierz mi, wcale nie jesteś lepsza, kiedy udajesz.
Nie zareagowała na jego słowa, próbując udawać, że nie wywarły na niej wrażenia, ale nie mogła powstrzymać się od przyznania przed samą sobą, że może coś w tym jest. Czyż Damien nie sugerował tego samego, kiedy zdarzało im się rozmawiać? Czy w ogóle spojrzałby na nią, gdyby nie dostrzegał w niej czegoś więcej – nie dostrzegał tego, co do tej pory pozostawała w ukryciu?
Przestała o tym myśleć, czując jak coś się zmienia. Znów zacisnęła powieki, bardziej niż pewna, że kiedy znów je otworzy, znów będzie sobą – i Quinn również. Jakby na potwierdzenie tych przypuszczeń, poczuła znajome już szarpnięcie, stanowcze, ale przy tym delikatne, dzięki czemu uznała je za coś łagodnego i przyjemnego, a nie gwałtownego. Nadal nie potrafiła tego opisać, ale właściwie jakie to miało znaczenie? Czuła, że znalazła drogę i że jest w stanie zabrać Quinna ze sobą, a przecież właśnie o to od samego początku chodziło; po to się tutaj znalazła: bo była w stanie przywołać go, nim śmierć ostatecznie zdołałaby się o niego upomnieć. Naznaczyła go jako swego, ale to jeszcze nie była ostateczna decyzja – nie, skoro ona jako Anioł Śmierci miała tutaj jeszcze cokolwiek do powiedzenia.
Odchyliła głowę, gotowa poddać się znajomej ciemności. Zanim wszystko zniknęło, a ona zatraciła się w przyjemnej nocy, usłyszała jeszcze eteryczny, melodyjny śmiech – tak piękny i delikatny, że wydawał się nierzeczywisty…
A potem – mogłaby przysiąc – gdzieś w oddali posłyszała cichy, przypominający rzucony na wiatr kobiecy szept.
Pielęgnujcie w sobie te wspomnienia – bo przecież rozwiązaniem jest miłość. Nawet w wiecznej nocy, nawet jeśli utracicie wszystko inne, najważniejsza jest miłość, moje dzieci…

1 komentarz:

  1. No dobra, nie zdziwiłam się, że
    pierwszy ich pocałunek nie zadziałał... Quinn nie zaangażował się i po
    prostu nie wyszło...
    Jednocześnie chłopak bywał momentami okropnie denerwujący. Nie dziwię
    się trochę, że Grace chciała dać mu w twarz. Zawsze coś by poczuł,
    prawda?
    Jednak drugi pocałunek coś już tam zdziałał, bo Quinn wykazał trochę
    zaangażowania i w końcu pojawiło się dookoła nich to światło. Ale czy
    uda im się wrócić do... rzeczywistości?
    No i co znaczył ten szept tej kobiety, w osratnim akapicie? Wiemy już,
    że kiedyż Quinn był na swój sposób zauroczony Grace, ale jak słowa
    kobiety (ciekawe w ogóle kogo) odnoszą się do sytuacji?
    Czekam na nn :)
    Pozdrawiam i do napisania ;*
    lilka24

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa