25 lipca 2014

Sto sześćdziesiąt siedem

Grace
Grace ze świstem wypuściła powietrze. Hayley nadal wpatrywała się w nią i to tak intensywnie, jakby zamierzała przeszyć ją wzrokiem na wylot. Już samo to było wystarczająco niepokojące, poza tym sprawiło, że dziewczyna poczuła się jeszcze bardziej nieswojo, a to był dopiero początek – bo prócz spojrzenia, Hayley wyglądała niewiele rozsądniej od wilkołaków, zupełnie jakby w każdej chwili gotowa była rzucić się potencjalnemu przeciwnikowi do gardła.
Cholera, cholera i jeszcze raz cholera. Marzyła o tym, by po wydostaniu się z jednych kłopotów, wpakować się w następne, tym razem stojąc naprzeciwko całkowicie rozbitej siostrze Quinna. Nie miała pojęcia, co takiego powinna zrobić, nie wspominając już o tym, że sama nie potrafiła stwierdzić, dlaczego w ogóle zdecydowała się przyjść do szpitala. A, tak – szukała Carlisle’a Cullena. Przynajmniej częściowo było to prawdą, bo teraz nagle poczuła, że znalazła się w odpowiednim miejscu i to wcale nie doktora powinna teraz znaleźć.
Chyba zaczynam wariować, skoro tak sądzę, przeszło jej przez myśl, a jednak nie cofnęła się nawet o krok, w zamian odważnie spoglądając Hayley w oczy i unosząc dumnie głowę, by spojrzeć na nią dokładnie tak jak wielokrotnie wcześniej, kiedy traktowała ją z chłodną pogardą, może nawet swego rodzaju wyższością. Z doświadczenia wiedziała, że kiedy zaczyna czuć się niepewnie, najrozsądniej jest przejść do ataku, a przynajmniej nie okazywać strachu, zwłaszcza kiedy miało się do czynienia z kimś, kto właściwie nie różnił się od niej pod względem zdolności i siły. Co prawda Hayley była telepatką i pewnie zdolna była cisnąć nią przez cały szpital siłą samego umysłu, ale teraz sprawiała wrażenie niezdolną zabić muchy, nie wspominając o skoncentrowaniu się na tyle, by komukolwiek zagrozić.
Grace przyjrzała się stojącej przed nią dziewczynie uważniej i doznała niemałego szoku, uprzytomniając sobie jak bardzo pół-wampirzyca zmieniła się od chwili, kiedy widziały się po raz pierwszy. Hayley zawsze wydawała się jej silna, zdecydowana, a już na pewno uparta. W pewnym stopniu ceniła ją za tę siłę, nawet jeśli nigdy otwarcie tego nie przyznała. Teraz z kolei miała przed sobą cień tamtej dziewczyny. Nienaturalnie bladą istotę o podkrążonych oczach, zmierzwionych włosach i ciele tak wątłym, jakby nawet najlżejszy podmuch wiatru mógłby ją złamać na pół. Choć usiłowała twardo ustać na nogach, widać było, że drży na całym ciele, jakby utrzymanie pionu kosztowało ją mnóstwo wysiłku. Zielone oczy miała nienaturalnie rozszerzone i puste, chociaż Grace spodziewała się dostrzec w nich cokolwiek, chociażby nieopanowany gniew.
Pośpiesznie odwróciła wzrok, nagle zażenowana i czując się jak intruz, którym pewnie w oczach dziewczyny była. Dobrze, bywała suką, ale nawet ją podobny widok wytrącił z równowagi.
– A więc to prawda – wymamrotała praktycznie bezwiednie, ledwo powstrzymując się od obejrzenia za siebie.
Sama nie była pewna, czego dotyczyły jej słowa. Chodziło o to, że miała jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy Quinna w istocie spotkało coś złego? Nie, to wiedziała już wcześniej od Damiena. Jeśli już, bardziej szokowało ją to, że przykład Hayley stanowił żywy dowód na to, że pomiędzy bliźniętami telepatów faktycznie istniał więź tak silna, że krzywda jednego kładła się cieniem na drugim. Nigdy nie widziała czegoś podobnego, bo nawet obserwując relacje Alessi i Damiena sądziła, że to jedynie jakieś patologiczne uczucie, które bynajmniej nie ma związku z tym kim są i jaką dysponując mocą.
O bogini, dlaczego doprowadziłaś do czegoś takiego?, pomyślała, ale bynajmniej nie spodziewała się odpowiedzi. Oczywiście nie otrzymała jej, choć przez ułamek sekundy miała wrażenie, że znów jej ciało ogarnia przyjemnie ciepło, jakby chcąc pocieszyć ją i dodać siły w sytuacji, w której się znalazła.
– Zadałam ci pytanie – odparowała drżącym głosem Hayley. Sprawiała wrażenie, jakby mówienie i normalne funkcjonowanie, stanowiły dla niej prawdziwe wyzwanie. – Co tutaj robisz? – powtórzyła, siląc się na gniew, którego w istocie nie czuła. Gdyby Grace miała zgadywać, stawiałaby bardziej na rozżalenie.
– Wierz mi, sama zadaję sobie to pytanie – rzuciła, wzruszając ramionami. – Hayley, wyluzuj. Nie zachowuj się tak, jakby to się stało z moje winy. Nie moja wina, że zbłądziłam – żachnęła się.
Cóż, może powinna być miła, ale nie miała wpływu na to, że machinalnie przeszła do obrony. Przecież już lata temu doszła do wniosku, że najlepszą taktykami są właśnie obrona i atak, a Hayley sprawiała wrażenie kogoś, wobec kogo należy się przygotować i na jedno, i na drugie. Nigdy za sobą nie przepadały, zwłaszcza po tym, jak w przeszłości udało jej się na krótki okres czasu zainteresować swoją osobą Quinna. Nie żeby im wyszło, ale Grace musiała przyznać, że był jednym z bardziej rozsądnych jej partnerów, nie tak głupi i podatny na sugestie jak Ethan. Niestety, znaczyło to również tyle, że miał jej dość o wiele szybciej niż mogłaby sobie tego życzyć.
Potrząsnęła nieznacznie głową, żeby odpędzić od siebie niechciane myśli. Hayley zamilkła, znów po prostu gapiąc się w przestrzeń, zupełnie jak jakaś obłąkana uciekinierka z domu wariatów. Grace wzdrygnęła się pod jej spojrzeniem, po czym bezceremonialnie obróciła do dziewczyny plecami, nie dbając o to, że takie posunięcie bynajmniej nie jest rozsądne. Stając twarzą do drzwi sali, która wcześniej przykuła jej uwagę, zrobiła stanowczy krok do przodu, chcąc lepiej widzieć to, co dzieje się w środku.
– Zostaw mojego brata w spokoju! – Hayley w końcu zareagowała, wykazując się zaskakującym jak na jej stan refleksem i błyskawicznie chwytając Grace za ramię.
– Do diabła, puść mnie, kretynko! – żachnęła się dziewczyna, pośpiesznie wyrywając z jej uścisku. Nerwowo potarła obolałe ramię, jak nic pewna tego, że Hayley zostawiła jej pamiątkę w postaci siniaków. – Co ci znów odwala?
– Mnie odwala! – Dziewczyna jęknęła, po czym wydała z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk, będący czymś na pograniczu histerycznego śmiechu a szlochu. Porównanie jej do wariatki wydało się Grace aż nadto trafione, choć bynajmniej nie poczuła z tego powodu satysfakcji. – Mój brat umiera, ale to mnie odwala! Wszyscy jesteście jacyś nienormalni! – wydarła się Hayley, potrząsając głową tak gwałtownie, że jej niemal czerwone włosy zamieniły się w jakąś dziwną smugę wokół jego głowy.
Grace instynktownie cofnęła się o krok. Nieszkodliwa czy nie, Hayley nie sprawiała wrażenia kogoś do kogo bezpiecznie jej podejść.
– Słuchaj… – zaczęła gniewnym tonem, na końcu języka mając jakąś ciętą ripostę, ale zanim zdążyła się odezwać, ktoś gwałtownie wypadł z sali Quinna, przepychając się tuż obok niej i stając pomiędzy zagniewaną Hayley a nią.
– Przestańcie obie! – zawołała gniewnie Zoe. Grace momentalnie rozpoznała złociste loki dziewczyny, bo to one przyciągnęły jej uwagę na samym początku. – Hayley, do diabła, twoja histeria nikomu nie pomaga! – zwróciła się stanowczo do przyjaciółki. Siostra Quinna jedynie otworzyła usta i rzuciła Zoe zranione spojrzenie, ta jednak jak gdyby nigdy nic ją zignorowała i obróciła się w stronę Grace. – Ty też przestań – ciągnęła, tym razem zdecydowanie łagodniej. Palcem wskazującym dźgnęła powietrze przed sobą, celując w pierś stojącej przed nią pół-wampirzycy. – Nie mam pojęcia, co tutaj robisz i mam to gdzieś, Grace. To nie jest pora i miejsce na twoje idiotyczne gierki.
– Ja w nic nie gram – zirytowała się. Zapanowanie nad tonem głosu przyszło jej z trudem, ale udało jej się mówić stosunkowo głośnym szeptem, choć miała ochotę drzeć się w niebogłosy, tak, by usłyszano ją na drugim końcu Miasta Nocy. – Myśl o mnie jak o suce, ale to wcale nie to samo, co bycie bez serca. – Usłyszała pełne niedowierzania prychnięcie Hayley, ale zignorowała ją. – Tam – machnęła ręką w stronę sali – może i leży facet, którego uważam za palanta…
– Taa… Bo okazał się na tyle inteligentny, by puścić cię kantem, kiedy tylko się zorientował jaka z ciebie dziwka – przypomniała chłodno Hayley.
– … ale to jeszcze nie znaczy, że życzę mu jakkolwiek źle – dokończyła, puszczając słowa dziewczyny mimo uszu. – Jestem już tutaj, więc do niego zajrzę i żadna z was mnie nie powstrzyma!
Wypuściła powietrze ze świstem, świadoma tego, że być niepotrzebnie się uniosła. Teraj już nie tylko Hayley, ale również Zoe patrzyła się na nią tak, jakby właśnie im oznajmiła, że przybyła z obcej planety. Grace zignorowała je obie, próbując zaprowadzić porządek w swojej głowie i jakkolwiek zrozumieć targające nią emocje, to jednak okazało się niemożliwe. Sama już nie była pewna, czego chce, a jednak kiedy wspomniała o tym, że chce odwiedzić Quinna, zorientowała się, że tak właśnie powinna postąpić.
Z drugiej strony, już dawno chciała to zrobić. Kiedy tylko Damien wspomniał jej o tym, jak bardzo jest bezradny, nawet z tą swoją cudowną mocą uzdrawiania. Wtedy również poczuła silną pokusę, by pójść do szpitala, zignorowała ją jednak, słusznie podejrzewając, że przyjęcie ze strony Hayley i Zoe będzie stosunkowo chłodne. Co prawda nie sądziła, że aż tak, ale mimo wszystko…
Posiadanie niezwykłych zdolności jest naprawdę do dupy, pomyślała mimochodem, czując jak wypełniająca jej ciało energia pulsuje delikatnie, jakby chcąc przypomnieć jej, że w istocie jest w stanie coś zrobić.
Posłuszna temu dziwnemu instynktowi obróciła się na pięcie i nie czekając aż ktoś spróbuje ją powstrzymać, pośpiesznie wślizgnęła się do sali.
– Hej! – zawołała za nią natychmiast Zoe, ruszając tuż za nią. Kiedy Grace się na nią obejrzała, akurat zatrzaskiwała całkowicie oniemiałej Hayley drzwi przed nosem.
– Takie z was wielkie przyjaciółki? – mruknęła mimochodem i chciała dodać coś więcej, ale kiedy jej wzrok spoczął na Quinnie, zabrakło jej słów.
W zasadzie wyglądał tak, jak zwykle, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Grace nieco zaskoczyło to, że w końcu pokusił się o ścięcie włosów, szybko jednak odrzuciła te rozważania na później, zbyt porażona bladością jego skóry. Gdyby nie to oraz nienaturalnie płytki oddech, doszłaby do wniosku, że chłopak po prostu śpi, co wcale nie byłoby takim znów odstępstwem od normy – wiedziała przecież, że Quinn potrafi zapaść w sen ot tak, a później nawet przejście całej armii wojska nie byłoby w stanie go zbudzić.
Z tym, że tym razem chodziło o coś więcej niż tylko sen. Mimowolnie wzdrygnęła się, mając niejasne wrażenie, że nad chłopakiem unosi się coś innego, co była w stanie opisać w jeden sposób: śmierć.
– Hayley nie myśli ostatnio rozsądnie – odparła Zoe lakonicznie, skutecznie sprowadzając ją na ziemię. – Nie żebym nie chciała zobaczyć jak wydrapuje ci oczy, ale na pewno nie będzie urządzać scen tutaj.
Nie powiedziała, że Grace powinna wyjść, ale to wydawało się oczywiste. Cała jej postać wręcz emitowała wyraźną niechęcią, a jednak Grace zignorowała ją z łatwością; była przyzwyczajona do tego, że zwykle nie jest w pewnych miejscach mile widziana, więc i zachowanie Zoe – drobnej, słodkiej dziewczyny, która przypomniała raczej zwykłego, słabego człowieka niż wampira – tym bardziej nie zrobiło na niej wrażenia.
Zoe wydała z siebie ciche, zmęczone westchnienie, po czym pośpiesznie podeszła do stojącego przy łóżku krzesełka. Wystarczył jeden rzut oka, by stwierdzić, że musi być cholernie niewygodne, co jednak wydawało się nie przeszkadzać dziewczynie. Jasne włosy opadły jej na twarz, kiedy nachyliła się, by móc obiema dłońmi chwycić bezwładną dłoń chłopaka.
Obojętna na obecność Grace, ułożyła twarz na torsie Quinna, po czym zaczęła radośnie traktować, zupełnie jakby sytuacja była najnormalniejsza na świecie, a chłopak mógł ją wysłuchać:
– Hej, Quinn. Już wróciłam. Musiałam po prostu doprowadzić Hayley do porządku. Wiesz jaka ona jest, kiedy się zdenerwuje… – Zaśmiała się cicho, po czym wywróciła oczami. – Na pewno mi nie uwierzyć, kto się tutaj zjawił: królowa loda we własnej osobie!
Loda? Ty naprawdę powiedziałaś „loda”? – prychnęła z niedowierzaniem Grace, wbijając w nią wzrok.
Zoe spojrzała na nią z ukosa.
– Cóż, mówił kiedyś o tobie jako królowej lodu, ale Hayley doszła do wniosku, że to lepiej wyraża twoją osobowość – odparła tak spokojnie, jakby właśnie odpowiadała na jakieś oczywiste pytanie, które w ogóle nie powinno paść.
– Jakże miło z waszej strony, że dbacie o jego wspomnienia o mnie – prychnęła z niedowierzaniem. – Tym bardziej aż rwę się do tego, żeby zacząć wam pomagać. Alessia znalazła sobie cudownych
przyjaciół. Nie ma co!
Tym razem Zoe całkiem zwróciła się twarzą w jej stronę.
– Grace… O czym ty teraz mówisz? – zapytała ze zmarszczonymi brwiami; jej spojrzenie stało się bardziej zdecydowane.
– Nie udawaj idiotki. Mówiłam o Alessi. – Grace prychnęła ze zniecierpliwieniem. – Ma kłopoty, ale jak na ironię jej przyjaciółki wydaje się to obchodzić nawet mniej niż mnie!
– Co ty znowu gadasz? – zdenerwowała się Zoe, prostując się niczym strona. – Co jest nie tak z Alessią? Jakbym wiedziała, że mnie potrzebuje, już dawno bym przy niej była – oznajmiła z przekonaniem, ale – jak zauważyła Grace – nie wspomniała nawet słowem o Hayley.
Westchnęła, po czym rzuciła Zoe pełne politowania spojrzenie.
– Dla twojej wiadomości, panno przyjaciółko, Alessia wpakowała się w niezłe szambo. Tak na dobry początek… Pewne plotki głoszą, że za… hm, kilka godzin – powiedziała, zerkając dla pewności w stronę okna, to jednak zostało starannie zasłonięte – albo przemieni się w wilkołaka, albo najpewniej się przekręci…
– Co?! – Zoe poderwała się tak gwałtownie, że przewróciła krzesło; mebel upadł z hukiem na posadzkę.
– Wyluzuj, słoneczko. A najlepiej usiądź, bo ja jeszcze nie skończyłam – westchnęła, ponuro spoglądając dziewczynie w oczy. – Te same plotki głoszą – ciągnęła niecierpliwie – że wilkołaki zaczęły się buntować. Nasz bohater, Ariel, wybył bogini raczy wiedzieć gdzie, by szukać pomocy, ale jak na razie ślad po nim zaginął. Co więcej, dopiero co cudem wymknęłam się z jakiejś ohydnej hali, gdzie te poczwary przetrzymywały mnie, Alessię i jej babcię, i to na chwilę po tym, jak jedna z nich omal mnie nie zgwałciła.
– Pewnie byłaś w niebo wzięta – wymamrotała machinalnie Zoe, a potem w końcu dotarł do niej pełny sens wypowiedzi Grace i oczy rozszerzyły jej się jeszcze bardziej. – Zaraz… Alessia może umrzeć?! I czy ja dobrze rozumiem, że ją tam zostawiłaś?! – zapytała na wydechu, trzęsąc się tak bardzo, że gdyby nie wsparła się o skraj łóżka Quinna, pewnie wylądowałaby na nim.
– A co twoim zdaniem miałam zrobić? – zapytała poirytowana Grace. – Ja im nie byłam potrzebna. A Alessi nie zabiją, przynajmniej na razie. Miałam dać się zabić? – prychnęła, odrzucając jasne włosy na plecy. – Wysil swój mały móżdżek i pojmij wreszcie, że swoją obecnością tutaj przydam jej się bardziej niż martwa w tamtej hali. A tak swoją drogą, to jak na razie i tak jestem bardziej przydatna niż ty i twoja koleżaneczka razem wzięte!
Zoe wyglądała co najmniej tak, jakby ktoś ją spoliczkował. Oczy zaszły jej mgłą, a Grace przez ułamek sekundy była przekonana, że dziewczyna się popłacze, czego bynajmniej nie miała zamiaru oglądać. Cholera, chciała nimi potrząsnąć, a nie obserwować jak załamują ręce i wypłakują sobie oczy!
– A co my mamy twoim zdaniem zrobić? – jęknęła Zoe, mrugając pośpiesznie. Nagle wydała jej się starsza niż w rzeczywistości, przytłoczona sytuacją i całkowicie bezradna. – Hayley do niczego się nie nadaje, a ja nie mogę zostawić Quinna! Grace, do cholery, co ty tutaj w ogóle robisz? Powinnaś była pójść do Dimitra albo skontaktować się z rodziną Ali, a nie przychodzić tutaj i biadolić nad tym, jakie to jesteśmy nieporadne!
– Wiem, kurwa!
Doprawdy? Mogła powiedzieć, że skontaktowała się z Damienem, ale czy to oby na pewno była prawda? Nie miała nawet pewności, czy chłopak otrzymał jej wezwanie oraz czy w ogóle zamierzał potraktować je poważnie i odpowiedzieć. Zdawała sobie sprawę z tego, że Zoe miała rację i że teraz w istocie powinna znajdować się gdzieś indzie, a jednak… Dlaczego wciąż miała przeczucie, że zdecydowanie bardziej przyda się tutaj?
Wciąż wzburzona, przeniosła wzrok na spokojną twarz Quinna i poczuła, że cały gniew z niej ulatuje. Wypuściwszy ze świstem powietrze, w końcu przyznała przed samą sobą, że jak najbardziej jest w stanie coś zrobić.
– Damien powiedział, że mimo uleczenia fizycznych obrażeń on się nie obudził – powiedziała cicho, ostrożnie dobierając słowa.
– Podejrzewa, że to coś z mózgiem albo coś takiego. – Zoe była na tyle zaskoczona jej pytaniem, by odpowiedzieć szczerze i bez złośliwości. – Coś, czego on nie jest w stanie sięgnąć swoim darem.
Grace w milczeniu skinęła głową. Tyle wiedziała.
– W takim razie to śpiączka – stwierdziła. – Jakby sama skorupa. Jego ciało, choć jego nie ma w środku – ciągnęła i ledwo wypowiedziała te słowa, uprzytomniła sobie, że rozumuje słusznie.
– Nie mów tak! – zaoponowała natychmiast Zoe. – On tam jest i się obudzi. Wie, że ja i Hayley go potrzebujemy… I Alessia z Damienem też – dodała stanowczo.
– Daj spokój, Zoe. Ja jedynie stwierdzam fakty, żeby jakoś to zrozumieć – westchnęła, ale tym razem wysiliła się na przynajmniej odrobinę współczucia.
Zoe rzuciła jej chłodne, niechętne spojrzenie.
– Więc tego nie rób. – Dziewczyna znów skoncentrowała twarz na Quinnie. Lekko nachyliła się, by móc musnąć wargami usta chłopaka. W tamtym momencie Grace poczuła się trochę tak, jakby była podglądaczką. – Idź stąd, Grace. I przestań mi wmawiać, że on jest martwy.
Sorry, ale ja nigdzie się nie wybieram – powiedziała stanowczo. – Poza tym nie stwierdziłam, że jest martwy. Po prostu czasowo nieosiągalny.
– Czy ty naprawdę czerpiesz przyjemność z dręczenia innych?
Wzdrygnęła się, słysząc jej pytanie, ale nie odpowiedziała. W zamian stanowczo zbliżyła się do łóżka Quinna stając po przeciwnej niż Zoe stronie. Dziewczyna rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie, ale Grace również je zignorowała.
– Nazywaj to, jak chcesz, ale wypieraniem faktów mu nie pomagasz – oznajmiła chłodno. – Jak zwykle wychodzi na to, że muszę wziąć sprawy w swoje wypielęgnowane, zadbane dłonie.
– Znów pleciesz od rzeczy – stwierdziła Zoe. – I znów zachowujesz się jak jakaś pieprzona księżniczka, której zależy tylko na własnym wyglądzie.
– Może, choć ja bynajmniej nie nazwałabym siebie „pieprzoną księżniczką”. – Grace wzruszyła ramionami. – Hm, niech no zerknę…
Świadoma tego, że Zoe wciąż nie odrywa od niej wzroku, nachyliła się i stanowczo ujęła wolną rękę Quinna. Poraziło ją to, jak bardzo była zimna i bezwładna, zwłaszcza, że każdy pół-wampir miał temperaturę ciała o kilka stopni wyższą od człowieka.
– Co ty robisz? – nie wytrzymała Zoe. Dlaczego tej dziewczynie nigdy nie zamykała się buzia? – Nie dotykaj go! – dodała i zrobiła taki ruch, jakby chciała się nachylić ponad śpiącym i odepchnąć Grace.
– Och, daj spokój! – Grace zmroziła ją spojrzeniem. – Nie jestem nim zainteresowana, więc nie bądź zazdrosna. Próbuję mu pomóc, jasne?
– Niby jak?
Zamknęła oczy, w duchu modląc się o cierpliwość. Kiedy znowu spojrzała na Zoe, czułą się zaskakująco spokojna i pewna siebie.
– Nie mam pojęcia, co o tym myśleć i czy mi wierzysz. To drugie zresztą jest mi obojętne – zastrzegła z nieco gorzkim uśmiechem. – Tak czy inaczej, z jakiegoś sobie tylko znanego powodu, Selene czy jakaś inna siła uczyniła ze mnie jakiegoś anioła śmierci… No nie patrz tak na mnie! – Pokręciła głową, wzdychając ciężko. – Damien uzdrawia dotykiem, ale tylko ciało. Ja z kolei zostałam związana z cudzymi duszami. Zabawne, ale chyba się wzajemnie uzupełniamy, choć zrozumiałam to całkiem niedawno.
Znów cicho westchnęła. Doskonale pamiętała szok swój i Damiena, kiedy w końcu pojęli, że dysponują podobnym rodzajem energii, że dzięki temu wyczuwają się wzajemnie i wytworzyli więź, którą można by porównać do tej, która łączyła kochanków. Nie musieli pić swojej krwi ani obdarzać wzajemnie jakimś szczególnym uczuciem, a jednak zdawali się związani bardziej niż niejedna para. Na początku nie było jej to na rękę, ale z czasem oswoiła się z tą dziwną energią, a dzięki chłopakowi zaczęła rozumieć swój dar lepiej, poznawać go…
Zoe długo się w nią wpatrywała, aż Grace nabrała przekonania, że dziewczyna jej nie wierzy. Już nawet spodziewała się tego, że tym razem zostanie wyśmiana, a potem blondynka w końcu wyrzuci ją z sali.
Nie doszło do tego.
– C-co… Co zamierzasz zrobić? – wyszeptała drżącym głosem Zoe; nadzieja, która pojawiła się w jej głosie i oczach sprawiała niemal fizyczny ból.
Ona naprawdę wpadła po uszy, przeszło Grace przez myśl. Dziwne, ale myśl o tym wystarczyła, by jeszcze bardziej ją zdeterminować.
– Och, to proste – powiedziała, właściwie się nad tym nie zastanawiając. – Spróbuje go znaleźć. A potem skopię mu tyłek i przyciągnę go do nas z powrotem.

2 komentarze:

  1. Grace ma jakiś dar? W sumie mogłabym się tego spodziewać, no ale i tak mnie zaskoczyłaś. No i jeszcze podobny do Damiena... No wiem, że nie ma dwóch identycznych, ale ten jej dar mnie intryguje. No i co miała na myśli mówiąc, że te podobne dary w jakiś wyjątkowy sposób związały ją i brata Ali?
    Oby Grace miała rację, że problem z Quinnem i udało się jej sprowadzić do "świata żywych".
    A tak swoją drogą, to nie spodziewałam się, że Grace zrezygnuje z poszukiwań Carlisle`a... Choć to może nawet i dobrze, bo może uda się jej pomóc Quinnowi.
    Nie rozumiem, skąd u Grace taki stosunek do więzi między bliźniętami telepatami... Przecież miała przed sobą doskonały przykład Alessi i Damiena i wiedziała, że ta dwójka jest bardzo do siebie przywiązana, wiec nie rozumiem, skąd jest to jej zdziwienie, kiedy zobaczyła, w jakim stanie jest Hayley...
    Czekam na nn :)
    Pozdrawiam i do napisania,
    lilka24

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej,
    wybacz, że dopiero piszę komentarz, ale miałam małe problemy z internetem, a jak już ten internet się znalazł to nadeszło wakacyjne lenistwo.

    Powiem szczerze, że nie ogarniam tego rozdziału. x_x może i to moja wina, bo w ostatnim czasie mało co ogarniam, ale... No Grace ma dar podobny do daru Damiena i jeszcze idzie do Quinna. Dobra tego za cholerę już nie rozumiem. O_O
    Konfrontacja Hayley z Grace była boska - "szalona" telepatka, kontra Barbie. Gdyby nie nasza słodka Zoe to spotkanie nie skończyłoby się happy endem.
    Nie wiedziałam, że Quinn nadal leży nieprzytomny. Że tak powiem zrobiło się z niego niezłe warzywo ._. Mam nadzieję, że Grace zrobi coś... Dobrego dla niego i wyzdrowieje. Chociaż mam pewne wątpliwości do tego tego czy ona mu pomoże.
    Przepraszam raz jeszcze za brak nieobecności :*
    Pozdrawiam,

    Gabi. ♥

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa