24 lipca 2014

Sto sześćdziesiąt sześć

Alessia
Bart zawył, co najmniej tak, jakby ktoś próbował obedrzeć go ze skóry. Potężne cielsko błyskawicznie obróciło się w stronę Alessi, nie dając jej nawet chwili na namysł. Zanim się zorientowała, jej ciało przeszył ból, kiedy bestia zamachnęła się i jednym szybkim ruchem nieludzkiego ramienia posłała ją w głąb korytarza. Dziewczyna zaległa na ziemi oszołomiona, świadoma wyłącznie palącego bólu w żebrach oraz płucach, kiedy bezskutecznie zaczęła walczyć o złapanie oddechu.
Siła uderzenia omal nie pozbawiła jej przytomności, ale jakoś udało jej się zapanować nad zawrotami głowy i zachować świadomość. Wciąż oddychając z trudem, zdołała unieść głowę na kilka centymetrów, by być w stanie dostrzec to, co nadal działo się w korytarzu. Wiedziała już, że atak na Barta nie był raczej najrozsądniejszym posunięciem, ale przynajmniej udało jej się osiągnąć cel, którego oczekiwała. Riddley wykorzystał czas, który mu dała i oswobodziwszy szyję z żelaznego uścisku, wydał z siebie jakiś dziki wrzask, po czym zaatakował przeciwnika od tyłu. Obaj – człowiek i potwór – przetoczyli się po posadzce, niebezpiecznie zbliżając się do niej, choć nie na tyle, by mogła z tego powodu jakkolwiek ucierpieć.
Walcząc z bólem i mdłościami, pośpiesznie odczołgała się w stronę ściany. Kiedy poczuła pod plecami jej chłód, oparła się o nią, próbując utrzymać równowagę i ponownie stanąć na nogi. Nie udało jej się to, nie tyle z powodu oszołomienia uderzeniem, co wciąż toczącej się na jej oczach walki. Bart znów spróbował unieruchomić Riddleya, zawzięcie drapiąc ostrymi, żółtymi pazurami na wszystkie strony. Momentalnie pomyślała o Quinnie i o tym, jak podobna walka skończyła się w jego przypadku – rozszarpany, nieprzytomny ranny… Sama myśl o tym sprawiła, że zapragnęła zamknąć oczy, zasłonić uszy dłońmi i zacząć krzyczeć, i jedynie oszałamiający zapach krwi powstrzymał ją przed podobną reakcją. Nie chodziło nawet o samo pragnienie, ale świadomość, że gdyby otworzyła usta, najpewniej jednak by zwymiotowała, a na to zdecydowanie nie miała ani czasu, ani tym bardziej ochoty.
W ludzkiej postaci czy też nie, Riddley okazał się niemal równie szybki i sprawny, co jego przeciwnik. Jakimś cudem zdołał odepchnąć od siebie Barta, przynajmniej na tyle, by być w stanie zwiększyć dzielącą ich odległość i zerwać się na równe nogi. Kiedy Alessia dokładniej mu się przyjrzała, zauważyła, że krwawił z wargi, a ubranie miał w strzępach, poza tym jednak prezentował się zaskakująco dobrze. Dopiero z opóźnieniem przypomniała sobie, że w przypadku wilkołaków rany goją się zaskakująco szybko, więc jego stan wcale nie musiał być odbiciem obrażeń, których w rzeczywistości doznał. Zaraz też uprzytomniła sobie, że sama również czuje się lepiej i dreszcz wstrząsnął jej ciałem w odpowiedzi na tę typowo wilczą cechę, którą już teraz zaczynał przyswajać sobie jej organizm.
Coś zabłysło w dłoni Riddleya, przyciągając jej uwagę. Na początku sądziła, że to nóż albo jakaś inna broń, po chwili jednak rozpoznała grzebyk, który podarował jej Ariel, a który Riddley musiał wyszarpnąć z krwawiącej rany na udzie Barta. Bestia nadal miotała się na wszystkie strony, wyglądając jakby wpadła w jakiś amok i sama nie była pewna, gdzie teraz uderzyć. Riddley obserwował ją z odległości, przyczajony i na lekko ugiętych nogach. Broń trzymał ze zdecydowanie większą wprawą niż ona, zaś sposób w jaki patrzył na swojego przeciwnika sugerował, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co powinien zrobić, kiedy przyjdzie mu zaatakować.
W jednej chwili po prostu na siebie patrzyli, a już w następnej Bart w końcu skoczył przed siebie, ogarnięty gniewem i emocjami, które musiała wyzwalać w nim na wpół wilcza forma. Riddley nawet się nie zawahał, a w odpowiedzi na atak przesunął ciężar ciała na wysuniętą do przodu lewą nogę, nachylił się i zamachnąwszy, wystrzelił dłoń z ostrzem do przodu, celując wprost w brzuch swojego przeciwnika. Alessia niemal usłyszała dźwięk rozrywanej skóry, a zaraz po tym uderzył ją oszałamiający, choć niewłaściwy zapach krwi. Bart zawył i cofnął się do przodu, znów zaczynając się miotać na wszystkie strony. Jego ruchy były chwiejne i nieskoordynowane, kiedy bezskutecznie usiłował wyszarpnąć z rany na brzuchu głęboko wbity tam srebrzysty grzebyk.
Alessia omal nie krzyknęła, kiedy tuż przed nią zmaterializowała się jakaś postać. Twarz Riddleya była nieprzenikniona, jednak w jego ciemnych oczach dostrzegła konsternację oraz wesołe iskierki, które dały jej do zrozumienia, że mężczyzna najwyraźniej świetnie się bawił. Wzdrygnęła się mimowolnie, kiedy nachylił się niespokojnie i tym bardziej zdziwiła, gdy posłusznie cofnął ręce i uniósł je ku górze w obronnym geście.
– Jak sobie chcesz, ale na długo go to nie powstrzyma – zapowiedział obojętnym tonem, wzruszając ramionami. – Jeśli chcesz tutaj zostać…
– Nie chcę! – wyrwało jej się zanim zdążyła ugryźć się w język.
Riddley rzucił jej wymowne spojrzenie spod lekko uniesionych brwi.
– Jasne. W takim razie nie drzyj się, dobra? Jestem w kurewsko kiepskim humorze – zastrzegł, po czym bezceremonialnie porwał ją na ręce. W zaskoczeniu wyrwał jej się jakiś idiotyczny pisk, poza tym zupełnie machinalnie objęła go ramionami za szyję. Jego brwi powędrowały wyżej, a wciąż zakrwawione wargi wygięły się w cyniczny uśmieszek, który momentalnie zapragnęła zetrzeć mu z twarzy. – No proszę. Czego trzeba więcej, by doprowadzić Ariela do szału?
– Miałeś mnie stąd zabrać – syknęła, próbując zapanować nad głosem i mętlikiem w głowie. Bynajmniej nie była zachwycona tym, że ostatecznie wylądowała na rękach u kogoś takiego jak Riddley, zwłaszcza, że przy ich pierwszym spotkaniu sam zamierzał potraktować ją niewiele uprzejmiej od Barta. – To go nie zabije, prawda? – dodała, próbując poza jego szerokim ramieniem dostrzec cokolwiek albo raczej kogokolwiek.
– Kpisz czy o drogę pytasz? – Riddley nawet się nie obejrzał. – A tak z innej beczki, bardzo fajna zabawka. Doceniłbym ją bardziej, gdyby nie była srebrna – dodał i wyczuła, że poruszył nerwowo palcami; srebro musiało go poparzyć, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo nie była w stanie dostrzec jego dłoni w takiej pozycji. – Ariel będzie musiał cię jeszcze nauczyć jak z niej korzystać. W ogóle to, że nie nauczył swojej kobiety wymachiwać nożem, jest jakąś porażką – dodał, a ją uderzył czas przyszły w jego wypowiedzi. Nie zdążyła się nad tym głębiej zastanowić, bo wilkołak prawie natychmiast potrząsnął głową i spoważniał. – Trzymaj się i nie krzycz, a może zacznę cię lubić.
– Dlaczego miałabym…? – zaczęła, a potem głos dosłownie zamarł jej w gardle.
Riddley rzucił się do biegu z tak oszałamiającą prędkością, że aż zabrakło jej tchu. Wampiry biegały szybko, a i ona sama nie raz rozpędzała się do tego stopnia, że dla postronnego obywatela, pozbawionego wyostrzonych zmysłów, musiała wyglądać jak zamazana smuga. Tak czy inaczej, nadmierna prędkość nigdy nie była dla niej czymś nowym albo jakkolwiek nieatrakcyjnym, jednak w życiu nie doświadczyła czegoś takiego.
Poruszał się tak szybko, że wydawał się płynąć w powietrzu. W jednej chwili wszystko zniknęło, a ona poczuła się tak, jakby znaleźli się w jakimś niezwykłym tunelu, poruszając się prędkością, która zakrzywiła cały świat wokół. Nie potrafiła opisać, jak długo to trwało, podejrzewała jednak, że zaledwie kilka sekund wystarczyło, by opuścili korytarz i znaleźli się w zupełnie innej części budynku. Pragnienie, by zacząć krzyczeć, narastało w niej przez cały ten czas, jednak oszołomienie i prędkość przemieszczania się skutecznie pozbawiło ją głosu, ku jej wyraźnej uldze. Nie żeby jakkolwiek brała sobie do serca słowa Riddleya i dbała o to, czy darzył ją jakimkolwiek pozytywnym uczuciem, ale nie zamierzała zrobić z siebie idiotki, zachowując się jak przerażona pięciolatka – nawet jeśli w istocie była przerażona.
Mężczyzna zatrzymał się tak gwałtownie, że gdyby jej nie trzymał, pewnie pęd wyrzuciłby ją do przodu. Uświadomiła sobie, że dyszy jak to ona przez całą drogę biegła, poza tym obejmowała Riddleya za szyję tak mocno, że chyba jedynie cudem go nie udusiła. Natychmiast rozluźniła uścisk i w miarę możliwości spróbowała się od niego odsunąć, nawet jeśli wydawało się to dość problematyczne w sytuacji, kiedy wciąż trzymał ją w ramionach. Wciąż kręciło jej się w głowie, a przed oczami tańczyły czarne plamy, mdłości zaś spotęgowały się do tego stopnia, że była przekonana, iż tym razem nie uda jej się ich powstrzymać.
– Robi wrażenie, co? – mruknął jak gdyby nigdy nic Riddley, takim tonem, jakby prowadzili uprzejmą konwersację na temat tak neutralny jak chociażby pogoda.
Nie czekając na jej reakcję, bezceremonialnie postawił ją na ziemię, a ona zatoczyła się do tyłu i drżąc przywarła do ściany, czując się tak, jakby kolana miała z waty. Wciąż ją mdliło, ale zdołała unieść głowę i rozejrzeć się dookoła, by przekonać się, że nadal znajdują się w korytarzu. Riddley zatrzymał się przed metalowymi, wypaczonymi drzwiami, które bez trudu rozpoznała jako prowadzące do hali, a więc i do miejsca z którego wyruszyły raz z Grace. Nie zaskoczyło ją to, choć jakaś część niej mimo wszystko miała nadzieję na jakiś cud i to, że Riddley zabierze ją stąd na dobre.
– C-co to… było? – wykrztusiła, by odpędzić od siebie nieprzyjemne myśli i skupić się na czymś bardziej praktycznym.
– Taka tam sztuczka – mruknął, machając ręką w taki sposób, jakby nie zrobił niczego szczególnego. Sprawiał wrażenie rozluźnionego, ale Alessia dostrzegła w jego twarzy coś, co zmusiło ją do zastanowienia się, jak wiele energii kosztowały go podobne ekscesy. – Jestem szybki.
– Szybki? Ariel nie wspominał mi o tym, że jesteście aż tak szybcy – powiedziała bez zastanowienia, nadal się w niego wpatrując.
– Powiedziałem, że to ja jestem szybki – sprostował oschle, rzucając jej rozdrażnione spojrzenie. – A nasza panienka to nadal dzieciak, który mało co wie o pełni i wilczych zdolnościach – odparł z wyższością, która sprawiła, że krew zawrzała jej w żyłach.
– Nie nazywaj go tak.
Spodziewała się, że wybuchnie śmiechem albo jakkolwiek inaczej zignoruje jej prośbę, ale postanowił ją zaskoczyć:
– Okej. – Zamilkł i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią w milczeniu, zupełnie jakby zobaczył ją po raz pierwszy. – Rzuciłaś się na Barta. Dlaczego? – zapytał nieoczekiwanie.
– Dlaczego co? – westchnęła zmęczonym tonem, pocierając skronie. Czuła nadchodzący ból głowy, co bynajmniej nie miało ułatwić jej koncentracji na wszystkim tym, co działo się wokół niej.
– Słyszałaś. Pytałem o to, dlaczego rzuciłaś się na Barta – powtórzył niecierpliwie, tonem, który nie pozostawił jej najmniejszych złudzeń co do tego, czy Riddley uważa ją za głupią.
– Posłuchaj – zaczęła z westchnieniem. – Nie mam siły odpowiadać na jakieś idiotyczne pytania. Bart zaatakował mnie i Grace. Co innego mogłam zrobić, skoro próbował porozrywać nam gardła? – zniecierpliwiła się.
Czuła się coraz bardziej zmęczona i rozdrażniona zaistniałą sytuacją. Co więcej, sama już nie rozumiała tego, czego chciał od niej Riddley. Pojawił się zniknąć, ratując ją i Grace przed czymś, co zdecydowanie nie byłoby dla nich przyjemne, ale jak nic miał w tym jakiś cel. Podejrzewała, że już i tak nie na rękę było mu to, że Grace udało się uciec, nawet jeśli szanse na jej wydostanie się z tego miejsca prezentowały się nikle. Jeśli wszyscy poruszali się tak jak Riddley (nie zauważyła tego, poza tym on takiej możliwości zaprzeczał, ale nie zamierzała wierzyć w żadne jego słowo), dziewczyna mogła by w gorszej sytuacji niż myślała.
A jednak stała tutaj, nie dbając o to, co może ją spotkać z powodu wypowiedzianych słów, naprzeciwko mężczyzny, który już przy pierwszym spotkaniu zapadł jej w pamięć i to nie tylko z powodu blizny szpecącej jego twarz, nie mając pojęcia, co powinna o nim myśleć. Sytuacja byłą co najmniej niezręczna, a ona czuła, że to dopiero początek, zupełnie jakby jego przenikliwe spojrzenie nie stanowiło wystarczającego wyzwania.
– Dalej nie rozumiesz. Ja chcę wiedzieć, dlaczego rzuciłaś się pomagać mnie – zirytował się, wyrzucając z siebie słowa w taki sposób, jakby przyznanie się do tego, że cokolwiek zawdzięcza przychodziło mu z trudem. Przypomniała sobie jak zdenerwował się, kiedy Grace próbowała wstawić się za nim w obecności Yvesa, co przynajmniej częściowo pomogło jej zrozumieć jego rozdrażnienie. – Mogłaś uciec, dokładnie jak twoja przyjaciółeczka. Nie zrobiłaś tego – dodał już spokojniej, chociaż nadal z wyraźną niechęcią i niedowierzaniem.
– A nie mógłbyś po prostu powiedzieć „dziękuję” i sobie darować? – odparowała, choć drażnienia go nie można było uznać za sensowne posunięcie.
– Nie zamierzam za nic dziękować jakiejś wampirzej dziwce! – syknął, momentalnie przechodząc do ataku.
Jego słowa nie zrobiły na niej wrażenia. Wręcz przeciwnie – nagle poczuła się jeszcze pewniej, choć nie sądziła, że w obecności Riddleya to w ogóle możliwe. Czuła jego gniew, podobnie jak i była świadoma tego, że próbował bronić się przed czymś dla siebie niezrozumiałym. Nie powiedział tego na głos, ale jej zachowanie wystarczyło, by wytrącić go z równowagi, może nawet wywołać jakieś ludzkie uczucia. Nie była na tyle naiwna, żeby uwierzyć w cudowną przemianę, ale z jakiegoś powodu sprawiło, że poczuła coś na kształt ponurej satysfakcji.
– W takim razie nie dziękuj. Mam to gdzieś – oznajmiła, rzucając mu chłodne spojrzenie. Nie miała siły do ciągnięcia tej rozmowy, a jednak nie potrafiła pozostać obojętną na sposób w jaki ją traktował. – Ale prawda jest taka, że gdyby nie „wampirska dziwka”, jak uroczo mnie nazwałeś – rzuciła z niesmakiem – twój kumpel pewnie rozsmarowałby cię po całym korytarzu.
Poczuła gorycz, ledwo tylko wypowiedziała te słowa. Kolejny raz pomyślała o Quinnie i coś przewróciło jej się w żołądku, kiedy uprzytomniła sobie, że być może ma przed sobą niedoszłego mordercę swojego najlepszego przyjaciela. Nawet jeśli to nie był Riddley… W zasadzie nie wiedziała kto, ale łatwo było wyobrazić jej sobie jego w roli kata – i to niekoniecznie pod postacią wilka, ale nawet człowieka, wydającego rozkaz, który najpewniej sam otrzymał od Yvesa. Kto wie, może nawet już widziała tego, którzy doprowadził jej przyjaciela do takiego stanu?
Wciąż biła się z myślami, kiedy Riddley wydał z siebie gniewny pomruk, momentalnie ściągając jej uwagę na siebie. Zmrużył gniewnie oczy, a ona przez ułamek sekundy była przekonana, że właśnie przesadziła i jednak ją uderzy. Nie zrobił tego, choć jego dłonie dyskretnie zacisnęły się w pięści, sprawiając, że nieświadomie cofnęła się o krok, przysuwając bliżej prowadzących do hali drzwi.
– To żadne wytłumaczenie – zauważył w końcu Riddley, siląc się na wściekłość, ale słowa te zabrzmiały łagodniej niż pierwotnie zamierzał.
– Trudno. – Alessia wzruszyła ramionami, siląc się na obojętność. Potrzebowała dłuższej chwili, by zastanowić się nad jego pytaniami i wysilić się na jakąś sensowną odpowiedź, która również jej wydawałaby się sensowna, zwłaszcza, że sama nie potrafiła sobie wyjaśnić swoje reakcji w tamtym korytarzu. Czuła się zmęczona, chora i rozżalona, a zachowanie wilkołaka wcale jej nie pomagało. – W takim razie powiem inaczej: pomogłam, bo tego potrzebowałeś. A wcześniej uratowałeś Grace i mnie. Tata powiedział mi kiedyś, że niespłacone długi są niebezpieczne – ciągnęła, przypominając sobie jak rozmawiała z Gabrielem jeszcze jako mała dziewczynka.
– Więc teraz jesteśmy kwita – dokończył Riddley, nadal mierząc ją wzrokiem. – Nas też obowiązują pewne zasady, więc możesz być spokojna – powiedział po chwili, ale chociaż zabrzmiało to szczerze, nie uwierzyła mu.
– Jesteśmy kwita – powtórzyła jedynie, unikając spoglądania w jego stronę.
Żadne z nich nie powiedziało niczego więcej.
Riddley
Riddley był zły… Och, w zasadzie to w pełni nie opisywało tego, co w istocie czuł. Gniew był zaledwie ułamkiem złożonej mieszanki emocji, która go wypełniała, a która na wszystkie sposoby starał się stłumić.
Do diabła, to nie powinno być tak! Wciąż o tym myślał, kiedy już zaprowadził tę cholerną pół-wampirzycę, która z jakiegoś powodu tak bardzo zauroczyła Ariela. Co ci strzeliło do głowy, szczeniaku?, pomyślał po raz wtóry, żałując, że nie może chłopakiem potrząsnąć. Z drugiej strony, już próbował, kiedy starał się przemówić chłopakowi do rozsądku, ostrzegając go przed konsekwencjami decyzji, która miała wpłynąć nie tylko na niego, ale również na wszystkich tych, których oboje znali. Jak było do przewinienia, Ariel zrobił swoje, a Yves dostał białej gorączki, jeśli oczywiście termin ten obejmował całkowite szaleństwo i niemal maniakalne dążenie do czegoś, co przecież sami próbowali zatrzymać kilka lat wcześniej.
Tak czy inaczej, Riddley miał wrażenie, że świat stanął na głowie, a on znalazł się w samym środku tego szaleństwa. Pomijając Barta (och, co za kretyn!), który chyba naprawdę próbował go zabić i którym jak najprędzej należało się zająć, teraz głowę zaprzątała mu właśnie Alessia Licavoli. A jeśli miał być ze sobą szczery, ta jej ładna koleżaneczka również i to nie dlatego, że dziewczyna uciekła przy pierwszej możliwej okazji, a Riddley był więcej niż pewny, że nikomu nie uda jej się powstrzymać przed powrotem do miasta. Jeśli chodziło o nią – o Grace, jak doskonale zapamiętał – to sam nie potrafił sobie wyjaśnić, dlaczego w ogóle dał jej szansę na to, by uciekła. Wcześniej próbował wmówić sobie, że to dlatego, iż Yvesowi zależało wyłącznie na dziewczynie Ariela, jednak całym sobą czuł, że kłamie.
Nie. Tak naprawdę musiało chodzić o dług. Alessia uważała, że to jego spłatą kierowała się, kiedy rzuciła mu się na pomoc. On tak samo postąpił względem Grace.
Tylko czy wypowiadając kilka miłych słów ta dziewczyna zaciągnęła u niego jakikolwiek dług?
Potrząsnął głową, by odpędzić od siebie podobne myśli. Była mu obojętna, tyle. Naprawdę nie rozumiał, co też się z nim działo i dlaczego te dziewczyny tak uparcie mieszały mu w głowie. Najpierw Grace, która się za nim wstawiła, a później rzucająca się jak jakaś super bohaterka Alessia, wymachująca na prawo i lewo srebrną błyskotką. To jedynie potwierdzało, że zewsząd otaczało go wariactwo, a on pozostawał jedyną normalna osobą w całym tym bałaganie. O ironio!
Poza tym tutaj jak zwykle chodziło o zakuty łeb Barta. Gdyby trzymał swoje przyrodzenie tam, gdzie powinien, dokładnie tak jak już sam mu radził, nic by się nie wydarzyło, a on nie czułby się taki rozbity, a już na pewno nie rzuciłby się na ratunek, kiedy tylko usłyszał krzyki Grace i zorientował się, co takiego może się dziać. Tak, Bart zdecydowanie nie powinien zbliżać się do tych dwóch, a zwłaszcza do Grace, która była…
– Była jaka? – mruknął pod nosem. Skoro zaczynał mówić do siebie, chyba było z nim naprawdę źle. – Wampirka to wampirka. Koniec. Kropka – powiedział stanowczo. A to, że rzuciłem się ratować ją co najmniej z poczuciem, że należy do mnie, to jedynie odruch i dowód na to, że mnie również zaczyna odwalać, dodał stanowczo w myślach.
Do niego? Och, skąd w ogóle myśl, że Grace mogłaby należeć do niego? Po prostu była ładna, a on również zapragnął ją posiąść, dlatego tak bardzo zdenerwowało go to, że Bart tak otwarcie próbował sięgać po to, czego chciał. To była po części wampirzyca, a po tym wszystkim, co nawywijał Ariel, pewne rzeczy należało zachować na później, zwłaszcza, że Yves wciąż wpadał w szał na wspomnienie związku swojego syna.
Jakby na zawołanie, drzwi do hali otworzyły się z hukiem, omal nie wypadając z zawiasów, a do pomieszczenia wpadł Yves. Wyglądał, jakby właśnie przeistoczył się w huragan, wręcz emitując gniewem i pragnieniem, by skręcić kark pierwszej osobie, która stanie mu na drodze i…
I jego zagniewane oczy skierowały się na niego.
– Riddley! – „huknął” z takim szałem, że niemal wszyscy w pomieszczeniu skulili się, po czym instynktownie czmychnęli na bezpieczną odległość.
Powstrzymując się od postąpienia w podobny sposób, wytrzymał spojrzenie ojca Ariela. O ile się nie mylił, właśnie doszły do niego najnowsze wieści, zwłaszcza ta o Grace – i to jemu przyjdzie się z tego spowiadać.
Cudownie.

1 komentarz:

  1. Jak Riddley i Bart walczyli ze sobą, ciarki przechodziły mi po plecach... Jejku, ty to umiesz opisywać takie sceny. A te jego komentarze wobec Ariela później... Troszkę niegrzeczne, ale zupełnie w jego stylu. Wiesz, o co mi chodzi =)
    Zdziwiłam się trochę, jak Riddley wziął Ali na ręce i tak zaczął z nią biec.. Choć to pytanie, czy się boi, wydawało mi się trochę absurdalne, ponieważ ona była przyzwyczajona do takich prędkości... W końcu jest nieśmiertelna, tak?
    No i to zachowanie Riddley`a wobec Grace. Raczej wątpię, aby to było jakieś uczucie, tylko jak to określiła Alessia... Spłata długu, tak. A Grace podoba mu się, jak każdemu mężczyźnie.
    Coś czuję, że teraz rozpęta się "piekło" (tak w przenośni mówiąc), skoro Yves nie jest w najlepszym humorze...
    Czekam już na nn :)
    Pozdrawiam, lilka24

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa