
Alessia
Bart
zawył, co najmniej tak, jakby ktoś próbował obedrzeć go ze skóry. Potężne
cielsko błyskawicznie obróciło się w stronę Alessi, nie dając jej nawet
chwili na namysł. Zanim się zorientowała, jej ciało przeszył ból, kiedy bestia
zamachnęła się i jednym szybkim ruchem nieludzkiego ramienia posłała ją
w głąb korytarza. Dziewczyna zaległa na ziemi oszołomiona, świadoma
wyłącznie palącego bólu w żebrach oraz płucach, kiedy bezskutecznie
zaczęła walczyć o złapanie oddechu.
Siła uderzenia omal nie pozbawiła jej przytomności, ale
jakoś udało jej się zapanować nad zawrotami głowy i zachować świadomość.
Wciąż oddychając z trudem, zdołała unieść głowę na kilka centymetrów, by
być w stanie dostrzec to, co nadal działo się w korytarzu. Wiedziała
już, że atak na Barta nie był raczej najrozsądniejszym posunięciem, ale
przynajmniej udało jej się osiągnąć cel, którego oczekiwała. Riddley
wykorzystał czas, który mu dała i oswobodziwszy szyję z żelaznego
uścisku, wydał z siebie jakiś dziki wrzask, po czym zaatakował przeciwnika
od tyłu. Obaj – człowiek i potwór – przetoczyli się po posadzce,
niebezpiecznie zbliżając się do niej, choć nie na tyle, by mogła z tego
powodu jakkolwiek ucierpieć.
Walcząc z bólem i mdłościami, pośpiesznie
odczołgała się w stronę ściany. Kiedy poczuła pod plecami jej chłód,
oparła się o nią, próbując utrzymać równowagę i ponownie stanąć na
nogi. Nie udało jej się to, nie tyle z powodu oszołomienia uderzeniem, co
wciąż toczącej się na jej oczach walki. Bart znów spróbował unieruchomić
Riddleya, zawzięcie drapiąc ostrymi, żółtymi pazurami na wszystkie strony.
Momentalnie pomyślała o Quinnie i o tym, jak podobna walka
skończyła się w jego przypadku – rozszarpany, nieprzytomny ranny… Sama
myśl o tym sprawiła, że zapragnęła zamknąć oczy, zasłonić uszy dłońmi
i zacząć krzyczeć, i jedynie oszałamiający zapach krwi powstrzymał ją
przed podobną reakcją. Nie chodziło nawet o samo pragnienie, ale
świadomość, że gdyby otworzyła usta, najpewniej jednak by zwymiotowała,
a na to zdecydowanie nie miała ani czasu, ani tym bardziej ochoty.
W ludzkiej postaci czy też nie, Riddley okazał się niemal
równie szybki i sprawny, co jego przeciwnik. Jakimś cudem zdołał odepchnąć
od siebie Barta, przynajmniej na tyle, by być w stanie zwiększyć dzielącą
ich odległość i zerwać się na równe nogi. Kiedy Alessia dokładniej mu się
przyjrzała, zauważyła, że krwawił z wargi, a ubranie miał
w strzępach, poza tym jednak prezentował się zaskakująco dobrze. Dopiero
z opóźnieniem przypomniała sobie, że w przypadku wilkołaków rany goją
się zaskakująco szybko, więc jego stan wcale nie musiał być odbiciem obrażeń,
których w rzeczywistości doznał. Zaraz też uprzytomniła sobie, że sama
również czuje się lepiej i dreszcz wstrząsnął jej ciałem w odpowiedzi
na tę typowo wilczą cechę, którą już teraz zaczynał przyswajać sobie jej
organizm.
Coś zabłysło w dłoni Riddleya, przyciągając jej
uwagę. Na początku sądziła, że to nóż albo jakaś inna broń, po chwili jednak
rozpoznała grzebyk, który podarował jej Ariel, a który Riddley musiał
wyszarpnąć z krwawiącej rany na udzie Barta. Bestia nadal miotała się na
wszystkie strony, wyglądając jakby wpadła w jakiś amok i sama nie
była pewna, gdzie teraz uderzyć. Riddley obserwował ją z odległości,
przyczajony i na lekko ugiętych nogach. Broń trzymał ze zdecydowanie
większą wprawą niż ona, zaś sposób w jaki patrzył na swojego przeciwnika
sugerował, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co powinien zrobić,
kiedy przyjdzie mu zaatakować.
W jednej chwili po prostu na siebie patrzyli, a już
w następnej Bart w końcu skoczył przed siebie, ogarnięty gniewem
i emocjami, które musiała wyzwalać w nim na wpół wilcza forma.
Riddley nawet się nie zawahał, a w odpowiedzi na atak przesunął ciężar
ciała na wysuniętą do przodu lewą nogę, nachylił się i zamachnąwszy,
wystrzelił dłoń z ostrzem do przodu, celując wprost w brzuch swojego
przeciwnika. Alessia niemal usłyszała dźwięk rozrywanej skóry, a zaraz po
tym uderzył ją oszałamiający, choć niewłaściwy zapach krwi. Bart zawył i cofnął
się do przodu, znów zaczynając się miotać na wszystkie strony. Jego ruchy były
chwiejne i nieskoordynowane, kiedy bezskutecznie usiłował wyszarpnąć
z rany na brzuchu głęboko wbity tam srebrzysty grzebyk.
Alessia omal nie krzyknęła, kiedy tuż przed nią
zmaterializowała się jakaś postać. Twarz Riddleya była nieprzenikniona, jednak
w jego ciemnych oczach dostrzegła konsternację oraz wesołe iskierki, które
dały jej do zrozumienia, że mężczyzna najwyraźniej świetnie się bawił.
Wzdrygnęła się mimowolnie, kiedy nachylił się niespokojnie i tym bardziej
zdziwiła, gdy posłusznie cofnął ręce i uniósł je ku górze w obronnym
geście.
– Jak sobie chcesz, ale na długo go to nie powstrzyma –
zapowiedział obojętnym tonem, wzruszając ramionami. – Jeśli chcesz tutaj zostać…
– Nie chcę! – wyrwało jej się zanim zdążyła ugryźć się
w język.
Riddley rzucił jej wymowne spojrzenie spod lekko
uniesionych brwi.
– Jasne. W takim razie nie drzyj się, dobra? Jestem
w kurewsko kiepskim humorze – zastrzegł, po czym bezceremonialnie porwał
ją na ręce. W zaskoczeniu wyrwał jej się jakiś idiotyczny pisk, poza tym
zupełnie machinalnie objęła go ramionami za szyję. Jego brwi powędrowały wyżej,
a wciąż zakrwawione wargi wygięły się w cyniczny uśmieszek, który
momentalnie zapragnęła zetrzeć mu z twarzy. – No proszę. Czego trzeba
więcej, by doprowadzić Ariela do szału?
– Miałeś mnie stąd zabrać – syknęła, próbując zapanować nad
głosem i mętlikiem w głowie. Bynajmniej nie była zachwycona tym, że
ostatecznie wylądowała na rękach u kogoś takiego jak Riddley, zwłaszcza,
że przy ich pierwszym spotkaniu sam zamierzał potraktować ją niewiele
uprzejmiej od Barta. – To go nie zabije, prawda? – dodała, próbując poza jego
szerokim ramieniem dostrzec cokolwiek albo raczej kogokolwiek.
– Kpisz czy o drogę pytasz? – Riddley nawet się nie
obejrzał. – A tak z innej beczki, bardzo fajna zabawka. Doceniłbym ją
bardziej, gdyby nie była srebrna – dodał i wyczuła, że poruszył nerwowo
palcami; srebro musiało go poparzyć, a przynajmniej tak jej się wydawało,
bo nie była w stanie dostrzec jego dłoni w takiej pozycji. – Ariel
będzie musiał cię jeszcze nauczyć jak z niej korzystać. W ogóle to,
że nie nauczył swojej kobiety wymachiwać nożem, jest jakąś porażką – dodał,
a ją uderzył czas przyszły w jego wypowiedzi. Nie zdążyła się nad tym
głębiej zastanowić, bo wilkołak prawie natychmiast potrząsnął głową
i spoważniał. – Trzymaj się i nie krzycz, a może zacznę cię
lubić.
– Dlaczego miałabym…? – zaczęła, a potem głos
dosłownie zamarł jej w gardle.
Riddley rzucił się do biegu z tak oszałamiającą
prędkością, że aż zabrakło jej tchu. Wampiry biegały szybko, a i ona
sama nie raz rozpędzała się do tego stopnia, że dla postronnego obywatela,
pozbawionego wyostrzonych zmysłów, musiała wyglądać jak zamazana smuga. Tak czy
inaczej, nadmierna prędkość nigdy nie była dla niej czymś nowym albo jakkolwiek
nieatrakcyjnym, jednak w życiu nie doświadczyła czegoś takiego.
Poruszał się tak szybko, że wydawał się płynąć
w powietrzu. W jednej chwili wszystko zniknęło, a ona poczuła
się tak, jakby znaleźli się w jakimś niezwykłym tunelu, poruszając się
prędkością, która zakrzywiła cały świat wokół. Nie potrafiła opisać, jak długo
to trwało, podejrzewała jednak, że zaledwie kilka sekund wystarczyło, by
opuścili korytarz i znaleźli się w zupełnie innej części budynku.
Pragnienie, by zacząć krzyczeć, narastało w niej przez cały ten czas,
jednak oszołomienie i prędkość przemieszczania się skutecznie pozbawiło ją
głosu, ku jej wyraźnej uldze. Nie żeby jakkolwiek brała sobie do serca słowa
Riddleya i dbała o to, czy darzył ją jakimkolwiek pozytywnym
uczuciem, ale nie zamierzała zrobić z siebie idiotki, zachowując się jak
przerażona pięciolatka – nawet jeśli w istocie była przerażona.
Mężczyzna zatrzymał się tak gwałtownie, że gdyby jej nie
trzymał, pewnie pęd wyrzuciłby ją do przodu. Uświadomiła sobie, że dyszy jak to
ona przez całą drogę biegła, poza tym obejmowała Riddleya za szyję tak mocno,
że chyba jedynie cudem go nie udusiła. Natychmiast rozluźniła uścisk
i w miarę możliwości spróbowała się od niego odsunąć, nawet jeśli
wydawało się to dość problematyczne w sytuacji, kiedy wciąż trzymał ją
w ramionach. Wciąż kręciło jej się w głowie, a przed oczami
tańczyły czarne plamy, mdłości zaś spotęgowały się do tego stopnia, że była
przekonana, iż tym razem nie uda jej się ich powstrzymać.
– Robi wrażenie, co? – mruknął jak gdyby nigdy nic Riddley,
takim tonem, jakby prowadzili uprzejmą konwersację na temat tak neutralny jak
chociażby pogoda.
Nie czekając na jej reakcję, bezceremonialnie postawił ją
na ziemię, a ona zatoczyła się do tyłu i drżąc przywarła do ściany,
czując się tak, jakby kolana miała z waty. Wciąż ją mdliło, ale zdołała
unieść głowę i rozejrzeć się dookoła, by przekonać się, że nadal znajdują
się w korytarzu. Riddley zatrzymał się przed metalowymi, wypaczonymi
drzwiami, które bez trudu rozpoznała jako prowadzące do hali, a więc
i do miejsca z którego wyruszyły raz z Grace. Nie zaskoczyło ją
to, choć jakaś część niej mimo wszystko miała nadzieję na jakiś cud i to,
że Riddley zabierze ją stąd na dobre.
– C-co to… było? – wykrztusiła, by odpędzić od siebie
nieprzyjemne myśli i skupić się na czymś bardziej praktycznym.
– Taka tam sztuczka – mruknął, machając ręką w taki
sposób, jakby nie zrobił niczego szczególnego. Sprawiał wrażenie rozluźnionego,
ale Alessia dostrzegła w jego twarzy coś, co zmusiło ją do zastanowienia
się, jak wiele energii kosztowały go podobne ekscesy. – Jestem szybki.
– Szybki? Ariel nie wspominał mi o tym, że jesteście
aż tak szybcy – powiedziała bez zastanowienia, nadal się w niego
wpatrując.
– Powiedziałem, że to ja jestem szybki – sprostował oschle, rzucając jej
rozdrażnione spojrzenie. – A nasza panienka to nadal dzieciak, który mało
co wie o pełni i wilczych zdolnościach – odparł z wyższością,
która sprawiła, że krew zawrzała jej w żyłach.
– Nie nazywaj go tak.
Spodziewała się, że wybuchnie śmiechem albo jakkolwiek
inaczej zignoruje jej prośbę, ale postanowił ją zaskoczyć:
– Okej. – Zamilkł i przez dłuższą chwilę wpatrywał się
w nią w milczeniu, zupełnie jakby zobaczył ją po raz pierwszy. –
Rzuciłaś się na Barta. Dlaczego? – zapytał nieoczekiwanie.
– Dlaczego co? – westchnęła zmęczonym tonem, pocierając
skronie. Czuła nadchodzący ból głowy, co bynajmniej nie miało ułatwić jej
koncentracji na wszystkim tym, co działo się wokół niej.
– Słyszałaś. Pytałem o to, dlaczego rzuciłaś się na
Barta – powtórzył niecierpliwie, tonem, który nie pozostawił jej najmniejszych
złudzeń co do tego, czy Riddley uważa ją za głupią.
– Posłuchaj – zaczęła z westchnieniem. – Nie mam siły
odpowiadać na jakieś idiotyczne pytania. Bart zaatakował mnie i Grace. Co
innego mogłam zrobić, skoro próbował porozrywać nam gardła? – zniecierpliwiła
się.
Czuła się coraz bardziej zmęczona i rozdrażniona
zaistniałą sytuacją. Co więcej, sama już nie rozumiała tego, czego chciał od
niej Riddley. Pojawił się zniknąć, ratując ją i Grace przed czymś, co
zdecydowanie nie byłoby dla nich przyjemne, ale jak nic miał w tym jakiś
cel. Podejrzewała, że już i tak nie na rękę było mu to, że Grace udało się
uciec, nawet jeśli szanse na jej wydostanie się z tego miejsca
prezentowały się nikle. Jeśli wszyscy poruszali się tak jak Riddley (nie
zauważyła tego, poza tym on takiej możliwości zaprzeczał, ale nie zamierzała
wierzyć w żadne jego słowo), dziewczyna mogła by w gorszej sytuacji
niż myślała.
A jednak stała tutaj, nie dbając o to, co może ją
spotkać z powodu wypowiedzianych słów, naprzeciwko mężczyzny, który już
przy pierwszym spotkaniu zapadł jej w pamięć i to nie tylko
z powodu blizny szpecącej jego twarz, nie mając pojęcia, co powinna
o nim myśleć. Sytuacja byłą co najmniej niezręczna, a ona czuła, że
to dopiero początek, zupełnie jakby jego przenikliwe spojrzenie nie stanowiło
wystarczającego wyzwania.
– Dalej nie rozumiesz. Ja chcę wiedzieć, dlaczego rzuciłaś
się pomagać mnie – zirytował się, wyrzucając z siebie słowa w taki
sposób, jakby przyznanie się do tego, że cokolwiek zawdzięcza przychodziło mu
z trudem. Przypomniała sobie jak zdenerwował się, kiedy Grace próbowała
wstawić się za nim w obecności Yvesa, co przynajmniej częściowo pomogło
jej zrozumieć jego rozdrażnienie. – Mogłaś uciec, dokładnie jak twoja
przyjaciółeczka. Nie zrobiłaś tego – dodał już spokojniej, chociaż nadal
z wyraźną niechęcią i niedowierzaniem.
– A nie mógłbyś po prostu powiedzieć „dziękuję”
i sobie darować? – odparowała, choć drażnienia go nie można było uznać za
sensowne posunięcie.
– Nie zamierzam za nic dziękować jakiejś wampirzej dziwce!
– syknął, momentalnie przechodząc do ataku.
Jego słowa nie zrobiły na niej wrażenia. Wręcz przeciwnie –
nagle poczuła się jeszcze pewniej, choć nie sądziła, że w obecności
Riddleya to w ogóle możliwe. Czuła jego gniew, podobnie jak i była
świadoma tego, że próbował bronić się przed czymś dla siebie niezrozumiałym.
Nie powiedział tego na głos, ale jej zachowanie wystarczyło, by wytrącić go
z równowagi, może nawet wywołać jakieś ludzkie uczucia. Nie była na tyle
naiwna, żeby uwierzyć w cudowną przemianę, ale z jakiegoś powodu
sprawiło, że poczuła coś na kształt ponurej satysfakcji.
– W takim razie nie dziękuj. Mam to gdzieś –
oznajmiła, rzucając mu chłodne spojrzenie. Nie miała siły do ciągnięcia tej
rozmowy, a jednak nie potrafiła pozostać obojętną na sposób w jaki ją
traktował. – Ale prawda jest taka, że gdyby nie „wampirska dziwka”, jak uroczo mnie nazwałeś – rzuciła z niesmakiem
– twój kumpel pewnie rozsmarowałby cię po całym korytarzu.
Poczuła gorycz, ledwo tylko wypowiedziała te słowa. Kolejny
raz pomyślała o Quinnie i coś przewróciło jej się w żołądku,
kiedy uprzytomniła sobie, że być może ma przed sobą niedoszłego mordercę
swojego najlepszego przyjaciela. Nawet jeśli to nie był Riddley…
W zasadzie nie wiedziała kto, ale łatwo było wyobrazić jej sobie jego
w roli kata – i to niekoniecznie pod postacią wilka, ale nawet
człowieka, wydającego rozkaz, który najpewniej sam otrzymał od Yvesa. Kto wie,
może nawet już widziała tego, którzy doprowadził jej przyjaciela do takiego
stanu?
Wciąż biła się z myślami, kiedy Riddley wydał
z siebie gniewny pomruk, momentalnie ściągając jej uwagę na siebie.
Zmrużył gniewnie oczy, a ona przez ułamek sekundy była przekonana, że
właśnie przesadziła i jednak ją uderzy. Nie zrobił tego, choć jego dłonie
dyskretnie zacisnęły się w pięści, sprawiając, że nieświadomie cofnęła się
o krok, przysuwając bliżej prowadzących do hali drzwi.
– To żadne wytłumaczenie – zauważył w końcu Riddley,
siląc się na wściekłość, ale słowa te zabrzmiały łagodniej niż pierwotnie
zamierzał.
– Trudno. – Alessia wzruszyła ramionami, siląc się na
obojętność. Potrzebowała dłuższej chwili, by zastanowić się nad jego pytaniami
i wysilić się na jakąś sensowną odpowiedź, która również jej wydawałaby
się sensowna, zwłaszcza, że sama nie potrafiła sobie wyjaśnić swoje reakcji
w tamtym korytarzu. Czuła się zmęczona, chora i rozżalona,
a zachowanie wilkołaka wcale jej nie pomagało. – W takim razie powiem
inaczej: pomogłam, bo tego potrzebowałeś. A wcześniej uratowałeś Grace
i mnie. Tata powiedział mi kiedyś, że niespłacone długi są niebezpieczne –
ciągnęła, przypominając sobie jak rozmawiała z Gabrielem jeszcze jako mała
dziewczynka.
– Więc teraz jesteśmy kwita – dokończył Riddley, nadal
mierząc ją wzrokiem. – Nas też obowiązują pewne zasady, więc możesz być
spokojna – powiedział po chwili, ale chociaż zabrzmiało to szczerze, nie
uwierzyła mu.
– Jesteśmy kwita – powtórzyła jedynie, unikając spoglądania
w jego stronę.
Żadne z nich nie powiedziało niczego więcej.

Riddley
Riddley
był zły… Och, w zasadzie to w pełni nie opisywało tego, co
w istocie czuł. Gniew był zaledwie ułamkiem złożonej mieszanki emocji,
która go wypełniała, a która na wszystkie sposoby starał się stłumić.
Do diabła, to nie powinno być tak! Wciąż o tym myślał,
kiedy już zaprowadził tę cholerną pół-wampirzycę, która z jakiegoś powodu
tak bardzo zauroczyła Ariela. Co ci strzeliło do głowy, szczeniaku?, pomyślał po raz wtóry, żałując, że nie może chłopakiem
potrząsnąć. Z drugiej strony, już próbował, kiedy starał się przemówić
chłopakowi do rozsądku, ostrzegając go przed konsekwencjami decyzji, która
miała wpłynąć nie tylko na niego, ale również na wszystkich tych, których oboje
znali. Jak było do przewinienia, Ariel zrobił swoje, a Yves dostał białej
gorączki, jeśli oczywiście termin ten obejmował całkowite szaleństwo
i niemal maniakalne dążenie do czegoś, co przecież sami próbowali
zatrzymać kilka lat wcześniej.
Tak czy inaczej, Riddley miał wrażenie, że świat stanął na
głowie, a on znalazł się w samym środku tego szaleństwa. Pomijając
Barta (och, co za kretyn!), który chyba naprawdę próbował go zabić
i którym jak najprędzej należało się zająć, teraz głowę zaprzątała mu
właśnie Alessia Licavoli. A jeśli miał być ze sobą szczery, ta jej ładna
koleżaneczka również i to nie dlatego, że dziewczyna uciekła przy
pierwszej możliwej okazji, a Riddley był więcej niż pewny, że nikomu nie
uda jej się powstrzymać przed powrotem do miasta. Jeśli chodziło o nią –
o Grace, jak doskonale zapamiętał – to sam nie potrafił sobie wyjaśnić,
dlaczego w ogóle dał jej szansę na to, by uciekła. Wcześniej próbował
wmówić sobie, że to dlatego, iż Yvesowi zależało wyłącznie na dziewczynie
Ariela, jednak całym sobą czuł, że kłamie.
Nie. Tak naprawdę musiało chodzić o dług. Alessia
uważała, że to jego spłatą kierowała się, kiedy rzuciła mu się na pomoc. On tak
samo postąpił względem Grace.
Tylko czy wypowiadając kilka miłych słów ta dziewczyna
zaciągnęła u niego jakikolwiek dług?
Potrząsnął głową, by odpędzić od siebie podobne myśli. Była
mu obojętna, tyle. Naprawdę nie rozumiał, co też się z nim działo
i dlaczego te dziewczyny tak uparcie mieszały mu w głowie. Najpierw
Grace, która się za nim wstawiła, a później rzucająca się jak jakaś super
bohaterka Alessia, wymachująca na prawo i lewo srebrną błyskotką. To
jedynie potwierdzało, że zewsząd otaczało go wariactwo, a on pozostawał
jedyną normalna osobą w całym tym bałaganie. O ironio!
Poza tym tutaj jak zwykle chodziło o zakuty łeb Barta.
Gdyby trzymał swoje przyrodzenie tam, gdzie powinien, dokładnie tak jak już sam
mu radził, nic by się nie wydarzyło, a on nie czułby się taki rozbity,
a już na pewno nie rzuciłby się na ratunek, kiedy tylko usłyszał krzyki
Grace i zorientował się, co takiego może się dziać. Tak, Bart zdecydowanie
nie powinien zbliżać się do tych dwóch, a zwłaszcza do Grace, która była…
– Była jaka? – mruknął pod nosem. Skoro zaczynał mówić do
siebie, chyba było z nim naprawdę źle. – Wampirka to wampirka. Koniec.
Kropka – powiedział stanowczo. A to, że rzuciłem się ratować ją co najmniej
z poczuciem, że należy do mnie, to jedynie odruch i dowód na to, że
mnie również zaczyna odwalać, dodał
stanowczo w myślach.
Do niego? Och, skąd w ogóle myśl, że Grace mogłaby
należeć do niego? Po prostu była ładna, a on również zapragnął ją posiąść,
dlatego tak bardzo zdenerwowało go to, że Bart tak otwarcie próbował sięgać po
to, czego chciał. To była po części wampirzyca, a po tym wszystkim, co
nawywijał Ariel, pewne rzeczy należało zachować na później, zwłaszcza, że Yves
wciąż wpadał w szał na wspomnienie związku swojego syna.
Jakby na zawołanie, drzwi do hali otworzyły się
z hukiem, omal nie wypadając z zawiasów, a do pomieszczenia
wpadł Yves. Wyglądał, jakby właśnie przeistoczył się w huragan, wręcz
emitując gniewem i pragnieniem, by skręcić kark pierwszej osobie, która
stanie mu na drodze i…
I jego zagniewane oczy skierowały się na niego.
– Riddley! – „huknął” z takim szałem, że niemal
wszyscy w pomieszczeniu skulili się, po czym instynktownie czmychnęli na
bezpieczną odległość.
Powstrzymując się od postąpienia w podobny sposób,
wytrzymał spojrzenie ojca Ariela. O ile się nie mylił, właśnie doszły do
niego najnowsze wieści, zwłaszcza ta o Grace – i to jemu przyjdzie
się z tego spowiadać.
Cudownie.
Jak Riddley i Bart walczyli ze sobą, ciarki przechodziły mi po plecach... Jejku, ty to umiesz opisywać takie sceny. A te jego komentarze wobec Ariela później... Troszkę niegrzeczne, ale zupełnie w jego stylu. Wiesz, o co mi chodzi =)
OdpowiedzUsuńZdziwiłam się trochę, jak Riddley wziął Ali na ręce i tak zaczął z nią biec.. Choć to pytanie, czy się boi, wydawało mi się trochę absurdalne, ponieważ ona była przyzwyczajona do takich prędkości... W końcu jest nieśmiertelna, tak?
No i to zachowanie Riddley`a wobec Grace. Raczej wątpię, aby to było jakieś uczucie, tylko jak to określiła Alessia... Spłata długu, tak. A Grace podoba mu się, jak każdemu mężczyźnie.
Coś czuję, że teraz rozpęta się "piekło" (tak w przenośni mówiąc), skoro Yves nie jest w najlepszym humorze...
Czekam już na nn :)
Pozdrawiam, lilka24