
Grace
Grace
pędziła przed siebie, raz po raz oglądając się za siebie. Trzęsła się cała,
niepewna już czy to z napięcia, czy zdenerwowania, nie interesowało ją
zresztą to, co działo się z jej ciałem, jeśli tylko mogła się swobodnie
poruszać. Biegła przed siebie, przez cały czas mając wrażenie, że porusza się
wolniej niż zwykle, jak w niektórych z tych idiotycznych koszmarów,
które czasami zdarzało się jej mieć. Wtedy zwykle czuła się fatalnie, poza tym
wyglądała co najmniej nieatrakcyjnie (nie żeby ją to dziwiło – mama zawsze
powtarzała, że doskonały wygląd to znakomite samopoczucie), więc taki stan nie
był jej obcy, najgorsze jednak było to, że tym razem przechodziła przez to
w rzeczywistości.
Zacisnęła usta w wąską linijkę, by przypadkiem nie
krzyknąć, kiedy tuż przed nią przemknął jakiś cień. W ostatniej chwili
wcisnęła się we wnękę pomiędzy dwoma chylącym się ku ziemi, wyglądających na
bliskie ruiny budynkach. Serce omal nie wyskoczyło jej w piersi, kiedy
zamarła w oczekiwaniu na cokolwiek, co mogłoby świadczyć o tym, że
została zauważona i rozpoznana albo że jednak ktoś ją goni, nic takiego
jednak nie nastąpiło. Miała szczęście, jeśli oczywiście można było tym mieniem
określić konieczność krycia się po kątach i cichego zmawiania modlitw do
Selene o to, by być w stanie wydostać się z tej części Miasta
Nocy, którą równie dobrze można by ochrzcić mianem „Dzielnicy Śmierci”.
Cień oddalił się, ale Grace wcale się nie rozluźniła. Selene, wiem, że nie zawsze zachowuję się tak, jak mogłabyś
tego oczekiwać, a już na pewno nie nadaję się do odprawiania modłów, ale
błagam, nie odwracaj się ode mnie teraz, kiedy tak bardzo cię potrzebuję, pomyślała gorączkowo, mocno zaciskając powieki. Chciała
wierzyć, że tam na górze czy gdzie to tam było w istocie znajduje się
jakieś bóstwo dla którego ktoś taki jak ona miał jakiekolwiek znaczenie. Robiła
błędy, popełniała je nawet częściej niż postępowała dobrze, nie potrafiła
jednak znieść myśli o tym, że z tego powodu również Selene mogłaby
się od niej odwrócić. Do diabła, zdecydowanie nie. A teraz potrzebowała
jej nade wszystko, przerażona i świadoma wiszącej w powietrzu
śmierci, którą te stare budynki musiały obserwować nie raz.
Od zapachu stęchlizny, potu i krwi, które wydawały się
przesycać powietrze już i tak zanieczyszczone zapachem wilkołaków, coraz
bardziej kręciło jej się w głowie. Adrenalina buzowała jej w żyłach
i Grace w pewnym momencie zwątpiła w to, czy będzie zdolna
dotrwać do końca. Miała wrażenie, że za moment wydarzy się coś, czego raz na
zawsze pożałuje, a jeśli w istocie nikt za nią nie podążał, to że ona
sama popełni kolejny błąd, który będzie kosztował ją życie. Bała się… Och,
brednia! Była przerażona i pobudzona, co jedynie potęgowało poczucie
beznadziejności, a także sprawiało, że przez cały czas była przekonana, że
przy następnym kroku potknie się o własne nogi i upadłszy zwróci na
siebie uwagę wszystkich wokół.
Och, gdzie była Alessia?! Co tej dziewczynie strzeliło do
głowy, kiedy zdecydowała się zostać w tamtym korytarzu? Grace wyzywała na
nią w duchu, próbując przekonać samą siebie, że Alessia Licavoli sama
sobie będzie winna jeśli spotka ją cokolwiek złego, ale to wcale tak nie
działało. Co więcej – chociaż sama nie chciała się przed samą sobą przyznać – ona
również przez ułamek sekundy pragnęła rzucić się na pomoc Riddley’owi, nawet
jeśli wydawało się to zupełnie pozbawione sensu. Teraz zresztą nie miało to
żadnego znaczenia, bo ostatecznie i tak panika przejęła nad nią kontrolę,
a Grace rzuciła się do ucieczki, nie dbając o nikogo
i o nic aż do momentu, w którym znalazła wyjście z tego
dziwnego budynku i zagłębiła się w labirynt uliczek, których nigdy
wcześniej nie widziała. Choć minęło tyle lat od dnia w którym przybyła do
Miasta Nocy, tej części nigdy nie zwiedziła, co wydawało się logicznym, skoro
zamieszkiwały ją wilkołaki.
Próbując zapanować nad sobą, powoli uniosła głowę
i spojrzała w niebo. Zdążyło już pojaśnieć, jednak nielogiczny sposób
rozmieszczenia budynków oraz to, jak blisko siebie stały, sprawiało, że
większość uliczek pogrążonych było w nieprzyjemnej ciemności. To odkrycie
oraz świadomość tego, że już tej nocy wypadała pełnia jedynie potęgowało
uczucie paniki, która wydawała się osiąść na całym ciele Grace, niczym jakiś
całun albo lodowata mgiełka, której w żaden sposób nie była w stanie
zignorować. Dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie, próbując opędzić od siebie
nieprzyjemne myśli i emocje, to jednak okazało się równie niemożliwe, co
i uspokojenie galopująco szaleńczo serca, które sprawiało wrażenie
chętnego wyrwać się z jej piersi.
Coś musnęło wrażliwą skórę na jej karku, omal nie
doprowadzając do tego, by wydarła się na całe gardło. Grace odskoczyła,
energicznie potrząsając głową i próbując ręką strzepać to, co – była tego
pewna – rozsiadło się na jej karku. Cokolwiek to było, musiało spaść, jednak
i tak dłuższa chwila minęła zanim doprowadziła się do porządku, zaczynając
przynajmniej względnie panować nad drżeniem rąk. Ryzykując, nerwowo rozejrzała
się dookoła i upewniwszy, że nikt jej nie zobaczy, znów ruszyła przed
siebie, kierując się instynktem i przeczuciem, które podpowiadało jej
w którą stronę należy biec, by dotrzeć do tej części Miasta Nocy, która
zapewni jej bezpieczeństwo. Wszyscy wiedzieli, że tereny dzieci księżyca rozciągają
się na wschodzie, więc wystarczyło kierować się w stronę przeciwną do
majaczącego na różnobarwnym, porannym niebie słońca.
Cóż, gdyby spojrzeć na to z tej perspektywy, zadanie
wydawało się wręcz dziecinnie proste. Szkoda tylko, że nie była na tyle naiwna,
by w to uwierzyć.
Prowadź mnie. Nie pozwól, by spotkało mnie cokolwiek złego…, posłała kolejną niemą prośbę, próbując uwierzyć
w to, że takie postępowanie jest nie tylko słuszne, ale również ma
jakikolwiek sensu. Damien powiedział jej, że z pewnością nie jest bogini
obojętna, że została wyróżniona i to dało jej do myślenia, teraz zaś
próbowała czerpać z tej myśli siłę. Co ciekawe, chyba faktycznie pomogło,
bo nagle poczuła spokój i pewność siebie, które jeszcze kwadrans wcześniej
wydawały się jej czymś nie do pomyślenia. Machinalnie przyśpieszyła
i wciąż kierowała się przed siebie, koncentrując się na przeczuciu, że
biegnie w odpowiednim kierunku i mając wrażenie, że to sama Selene
prowadzi ją przez część miasta należącą do tych, których paradoksalnie wydawała
się równie sobie upodobać, co i potępić.
Jej myśli zdawały się pędzić w zawrotnym tempie, kiedy
gorączkowo próbowała ułożyć jakiś sensowny plan. Hm, tak swoją drogą, Alessia
mimo wszystko miała u niej jakiś cholerny dług, choć Grace bynajmniej nie
była z takiego stanu rzeczy zadowolona. Dobrze, zostawiła ją i jej
babcię, ale to chyba wydawało się najrozsądniejszym wyjściem, poza tym Ali sama
wydawała się ją do tego zachęcać. Musiała się stąd wydostać, dotrzeć do
Niebiańskiej Rezydencji albo gdziekolwiek, a potem sprowadzić posiłki
i niech Dwór martwi się z tym, co później z tą poronioną
sytuacją zrobić. Ona nie była od tego, a jedynym o czym marzyła, był
powrót do domu, płynące z tego poczucie bezpieczeństwa oraz świadomość tego,
że w końcu pozbyła się tego całego ciężaru odpowiedzialności, który
towarzyszył jej od momentu, kiedy ona i Alessia chcąc nie chcąc znalazły
się w absolutnie beznadziejnej sytuacji, uwięzione pod okiem zbuntowanych
wilków. To, że dziewczyna wkrótce miała stać się jedną z nich albo umrzeć,
również nie było czymś, co uznawała za przyjemne zrządzenie losu. Dobrze, była
wredna, ale tego nie życzyła nikomu!
Myślenie o Alessi w naturalny sposób doprowadziło
ją do Damiena. Wspomnienie chłopaka również sprawiło, że poczuła się pewniej,
choć równie dobrze mogło mieć to związek z tym, że – posłuszna radom,
które podsunął jej podczas jednego ze spotkań – sięgnęła do pokładów energii,
które sama miała w sobie. Aż żal się robiło, że taki porządny facet mógł
wpaść po uszy, nieszczęśliwie zakochując się we własnej siostrze. Grace od
początku wiedziała, że cała ta tradycja i więzi, które są pomiędzy
obdarzonymi telepatycznymi zdolnościami dzieciakami, to prosta droga do
jakiegoś wariactwa, ale to, co działo się między Damienem a Alessią całkiem
wytrąciło ją z równowagi, zwłaszcza, że – ku własnemu zdumieniu – naprawdę
się do chłopaka zbliżyła… I to bynajmniej nie po to, by go zdobyć. Nie
żeby ze swoją urodzą oraz tym, że przez cały czas trwania szkoły pozostawał dla
niej niedostępny, nie czyniło go tym bardziej atrakcyjnym. Po prostu w jej
życiu wydarzyło się dość, by spojrzała na pewne kwestie z perspektywy –
a Damien jej w tym pomógł.
Teraz pomyślała o tym, że naprawdę go potrzebuje. Aż
poraziła ją potrzeba tego, by znalazł się tuż obok niej i niewiele
brakowało, a zaryzykowałaby zatrzymanie się, byleby tylko spróbować jakoś
przywołać go do siebie. Nie do końca pojmowała sposób w jaki zostali do
siebie przyłączeni, choć im bardziej o tym myślała, tym pewniejsza była,
że to nie był przypadek. Czy tego chcieli, czy też nie, byli do siebie podobni
i to w tak wielkim stopniu, że wytworzyło się między nimi coś, czego
żadne z nich nie potrafiło opisać. Gdyby chciała, pewnie zdołałaby go do
siebie przywołać, szybko jednak odrzuciła od siebie tę myśl. Już pewnie
i tak stawał na głowie z powodu Alessi, poza tym przynajmniej
wyczuwał, że coś złego spotkało ją; dodawanie mu problemów, a tym bardziej
ściąganie do tego miejsca, byłoby równie samolubne, co i idiotyczne,
a Grace nie zamierzała udowadniać stereotypowego sposobu myślenia,
sugerującego, że jasne włosy automatycznie wiązały się z całkowitym
brakiem inteligencji.
Nie, najpierw musiała się stąd wydostać. Nad tym, co
powinna zrobić w następnej kolejności, zastanowi się później.
Miała wrażenie, że minęły cale wieki, nim znalazła wyjście.
Przez cały czas była przekonana, że ktoś za nią idzie albo że coś obserwuje ją
w ciemności. Kilka razy zmuszona była do tego, by ponownie chować się po
kątach, byleby uniknąć przypadkowego spotkania z kimś, kogo zdecydowanie
nie chciała spotkać. Raz nawet się zgubiła, dopiero przy którymś z kolei
okrążeniu uświadamiając sobie, że krąży w kółko. To odkrycie doprowadziło
ją do granic wytrzymałości, przez co omal się nie popłakała, jedynie siłą woli
powstrzymując przed daniem upustu emocjom. Poza tym czuła się zbyt dumna, by
płakać, a jeśli już miała dać się pożreć albo zabić, chciała przynajmniej
zaoszczędzić sobie poczucia zażenowania, które bez wątpienia by ją ogarnęło,
gdyby stanęła przed którymkolwiek z wilkołaków z napuchniętym nosem
i czerwonymi oczami.
Udręka wydawała się trwać całe wieki, choć musiała minąć co
najwyżej godzina. Myślała nad tym, kiedy gdzieś z oddali dobiegł ją
znajomy dźwięk wybijającego kolejne godziny zegara, znajdującego się na wieży
zegarowej w samym centrum miasta. Kiedy tylko go usłyszała, to było niczym
nagłe olśnienie i doprowadziło do tego, że Grace pognała przed siebie,
czując się jakby leciała w powietrzu. Odrzuciwszy od siebie wszelakie
środki ostrożności, błyskawicznie pokonała kolejnych kilka przecznic, po czym
niewiele brakowało, by osunęła się na kolana na widok przelewającej wodę
fontanny, wieży zegarowej i placu, który byłaby w stanie rozpoznać
wszędzie.
Słońce świeciło mocno, drażniąc gorącymi promieniami jej
bladą skórę. Blada cera zalśniła subtelnie, jak zawsze, kiedy znajdowała się
w świetle dnia. Już wcześniej zorientowała się, że uliczki zmieniły się
i wyglądają bardziej znajomo oraz przychylnie, jednak była zbyt
oszołomiona, żeby próbować je rozpoznać. Dopiero teraz nabrała pewności, że jej
się udało, a jednak machinalnie i tak rozglądała się dookoła, jakby
spodziewając się, że za moment z jednej z bocznych uliczek wyjdzie
koszmarna przeistoczona kreatura, będąca ni to zwierzęciem, ni to człowiekiem.
Na samo wspomnienie przemiany Barta oraz tego, co mężczyzna próbował jej
zrobić, do tej pory zaczynały targać nią mdłości, co skutecznie utrudniało jej
zdolność logicznego myślenia, musiała jednak zmusić się do zachowania
przytomności.
– No dobra. Gdybym była Dimitrem, gdzie bym się schowała? –
wymamrotała pod nosem. Głos miała nieco zachrypnięty, ale poza tym dość mocny
i melodyjny, by poczuła się usatysfakcjonowana.
W pierwszej wersji zamierzała dostać się do Niebiańskiej
Rezydencji, teraz jednak szału dostawała na myśl o tym, jak wielki odcinek
musiała przemierzyć, by się tam dostać. Nie tylko musiała wyjść poza miasto,
ale również przejść kawałek lasem, a gęstwina zdecydowanie nie była
miejscem w którym pragnęła się znaleźć w sytuacji, kiedy wszędzie
mogły pałętać się źli, zbuntowani strażnicy pod wodzą Yves’a. Już raz znalazła
się w złym miejscu i czasie, i więcej nie zamierzała popełniać
takiego błędu, zwłaszcza, że teraz miała coś w tej kwestii do powiedzenia.
W takim razie pozostawał jej Damien. Pokrzepiona tą myślą,
uważnie rozejrzała się dookoła, by upewnić się, że nikt jej nie obserwuje, plac
jednak był całkowicie wyludniony i pogrążony w ciszy. Mimo tego
i tak przezornie schowała się w cieniu najbliższego budynku. Dopiero
tam zdołała się rozluźnić i zamknąwszy oczy, odszukała w sobie ten
dziwny, pulsujący blask, który wypełniał ją od jakiegoś czasu, sprawiając
wrażenie odrębnego bytu.
Teraz spróbowała go uwolnić i przywoławszy
w pamięci w sposób, w który lubiła go sobie wizualizować,
przemówiła zdecydowanym głosem:
– Idź do Damiena. Powiedz mu, że go potrzebuję. Powiedz, by
do mnie przybył, a potem poprowadź tam, gdzie będę – nakazała stanowczo. –
Powiedz mu również, że to dotyczy jego siostry. Palant jest nią zauroczony,
więc pewnie bez wzmianki o Alessi się nie obędzie – dodała, w duchu
wywracając wymownie oczami.
Zamarła w oczekiwaniu, niepewna co do tego, czy jej
prośba zostanie wysłuchana. Wciąż nie potrafiła oswoić się z tym, że nie
była aż tak zwyczajna jak do tej pory jej się wydawało. To Damien pomógł jej
oswoić to, co już od dawna w niej było, a czego nie potrafiła
w pełni pojąć, okiełzać i zrozumieć. Teraz również nie była
w stanie tak po prostu zaakceptować i określić kim była, jednak nie
chciała o tym myśleć, skupiona na ważniejszych kwestiach swojego zdania.
Poczuła przyjemne muśnięcie czegoś, co można było określić
jako ciepła bryza, chociaż dzień zapowiadał się upalnie i bezwietrznie.
Odetchnęła z ulgą i otworzyła oczy, czując jak moc od niej odpływa,
kierując się w sobie tylko znanym kierunku, by przekazać jej słowa
Damienowi… A przynajmniej miała nadzieję, że to właśnie zamierzała zrobić.
Została sama w środku miasta, osamotniona
i z poczuciem pustki, zupełnie jakby pożegnała wyjątkowo bliskiego
przyjaciela. Pokręciła głową, chcąc doprowadzić się do porządku, to jednak
okazało się niemożliwe. Nadal towarzyszyło jej poczucie samotności, niezwiązane
bynajmniej z tym, że nie miała towarzystwa, bo do tego przywykła. To było
coś bardziej złożonego i potrzebowała dłuższej chwili, by być
w stanie zinterpretować władne odczucia. Kiedy tylko to do niej dotarło,
omal nie prychnęła, porażona własną głupotą i tym, że wcześniej się nie
zorientowała.
Plac był pusty! Zarówno on, jak i wszystkie pobliskie
uliczki świeciły pustkami! To dlatego nie zorientowała się, kiedy tylko
znalazła się w bezpiecznej odległości od terenów wilkołaków, dlatego też
czuła tak silny niepokój. Nigdy dotąd nie zdarzało się, by to miejsce było tak
puste i ciche, na dodatek o tej porze. Coś było nie tak; czuła to
całą sobą, tak jak i zdarzało jej się wyczuwać rzeczy, które jedynie
dowodziły tego, że coś zdecydowanie było z nią nie tak, choć usiłowała
przekonać samą siebie, że jest zupełnie inaczej. Niezależnie od wszystkiego,
w powietrzu wydawało się być obecne swego rodzaju oczekiwanie, jakby cały
świat zamarł i teraz odliczał ostatnie godziny i minuty do czegoś, co
miało nastąpić w najbliższym czasie. Coś jak cisza przed burzą, ale
bardziej złożonego, dotyczącego bardziej poważnej kwestii, mogącej porządnie
wstrząsnąć posadami świata nieśmiertelnych…
Na samą myśl o tym przeszedł ją dreszcz.
Wzdrygnęła się raz jeszcze i spróbowała wziąć
w garść. Nie mogła zostać w tym miejscu, zwłaszcza teraz, kiedy wokół
było tak nienaturalnie cicho, a ona czuła się nieswojo. Gdziekolwiek by
nie była, Damien i tak miał znaleźć, jeśli oczywiście otrzymał jej
wiadomość i zamierzał się pofatygować na spotkanie. Tak czy inaczej, nie
zamierzała tkwić w miejscu do momentu, w którym miał się namyślić;
potrzebowała chwili wytchnienia i odpoczynku, poza tym…
A potem powoli obróciła się i uniosła głowę,
instynktownie spoglądając na budynek za swoimi plecami. Wzdłuż kręgosłupa
przebiegł ją kolejny dreszcz, tym razem jednak nie związany ze strachem albo
dziwną atmosferą panującą w miejsce, a elektryzującym wręcz
przekonaniem, że postępuje słusznie. Zrozumienie pojawiło się samo, kiedy
uprzytomniła sobie, że budynek pod którym się zatrzymała, to szpital –
a potem pojawiła się świadomość tego, że lepiej nie mogła trafić. Bo czyż
nie tutaj właśnie pracował mąż Esme, a więc osoba bezpośrednio związana z nią,
Alessią oraz samym Dimitrem?
Grace bez chwili wahania weszła do środka, wprost do
przyjemnie zacienionego przedsionka, a następnie do recepcji, która – och,
cóż za niespodzianka! – okazała się pusta. Nie dbając o to, czy powinna,
zignorowała nieobecność recepcjonistki i ruszyła w głąb budynku,
a odczuwane napięcie przynajmniej częściowo zmniejszyło się, kiedy
w końcu wyczuła czyjąś obecność. Co prawda szpital w Mieście Nocy nie
był tak przeciążony jak w normalnych, ludzkich miastach, jednak
i tutaj regularnie zdarzało się wiele mniej bądź mniej typowych
przypadków. Poczuła się pewniej, czując i widząc kilka przemykających
korytarzami osób, w tym wyróżniających się od ludzi w połowie
nieśmiertelnych dziewczyn, które pracowały tutaj jako pielęgniarki.
Swoją drogą, jak wielkimi masochistami trzeba być, by
z własnej woli pracować w miejscu, gdzie krew jest czymś naturalnym,
a czasami pojawia się całymi litrami? Myślała nad tym, kiedy do jej
nozdrzy wdarł się nieprzyjemny, utrudniający oddychanie zapach środków do
dezynfekcji. Ach, no jasne. Przy takiej ilości chemii i tym
przyprawiającym o mdłości poczuciu sterylności myśl o posilaniu się
wydawała się czymś równie mało prawdopodobnym, co i pragnienie urządzenia
imprezy na cmentarzu.
Skręcając w kolejny korytarz, zaczęła wysilać pamięć,
by przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek widziała Carlisle’a. Była pewna, że
kilka razy pojawił się w Akademii, ale naprawdę sporadycznie interesowała
się tym, co działo się na zajęciach, więc jedynie River Song czy Rufusa kojarzyła
aż nadto wyraźnie – bo ich po prostu nie dało się zapomnieć. Pamiętała jeszcze
profesor Dallas, nie tyle przez jej olśniewającą twarz i charyzmę, ale to,
że prowadził jej ulubione zajęcia – pradawne wierzenia, obrzędy, mity,
ideologie dawnego świata… Tak czy inaczej, czuła się niemal równie zagubiona co
wcześniej na ulicy, podobnie zresztą jak wtedy nie miała pojęcia gdzie iść
i kogo szukać. Co prawda wątpiła, by to było aż takie trudne, skoro doktor
Cullen i Theo byli najbardziej charakterystyczni, jednak myśl o tym
wcale nie sprawiała, że czuła się jakkolwiek pewniej.
Rozglądała się dookoła, usiłując stwierdzić, czy
którakolwiek z mijających ją osób mogłaby jej udzielić odpowiedzi. Zanim
zdążyła się zadecydować, weszła w kolejny korytarz, tym razem opustoszały,
co momentalnie podsunęło jej myśli, że jednak powinna zawrócić do recepcji
i zaczekać albo poszukać której z tych pielęgniarek. Kto pyta nie
błądzi, czy jak to się mówiło, poza tym…
Przez całą mieszankę najróżniejszych myśli przebił się
jeden, jedyny szczegół, który przyciągnął jej uwagę. Grace zatrzymała się wpół
kroku i zmarszczyła brwi, wbijając wzrok w uchylone drzwi jednej
z sal. Zmarszczyła brwi, tępo wpatrując się w burzę jasnych,
poplątanych loków, które wydały jej się dziwnie znajome.
Niczym w transie, zrobiła krok w tamtą stronę.
– Co ty tutaj robisz? – syknął ktoś za jej plecami. Grace
rozpoznała ten głos, ale i tak poraził ją oszałamiający wręcz chłód
i pustka.
Bardzo powoli odwróciła się, by w następnej sekundzie
spojrzeć wprost w mocno rozszerzone oczy Hayley.
Ugh, nigdy prawdopodobnie nie zrozumiem logiki Grace... Dlaczego ona zawsze myśli tylko o sobie i swoim wyglądzie? Za każdym razem, kiedy tylko wspomina coś na temat swojego wyglądu, to we mnie już się gotuje, sama nawet do końca nie wiem, dlaczego... Denerwuje mnie i tyle -.-
OdpowiedzUsuńMogła chociaż pomóc Ali z walce z Bartem i pomocy Riddley`owi, albo chociaż pomyśleć o Esme...
No cóż, myślałam, że jednak Damien nie kocha Alessi inaczej niż tak, jak można kochać siostrę, ale najwidoczniej myliłam się. Mam nadzieję, że pomimo tego między nim a siostrę nie będzie już konfliktów...
Nadal podejrzane wydaje mi się to, dlaczego ulice Miasta Nocy zioną wręcz pustkami... No cóż, niedługo pewnie dowiemy się, dlaczego tak jest...
Zaskoczyło mnie,że Grace zdecydowała się iść akurat do Carlisle`a. Choć rzeczywiście on jest najlepszą możliwą osobą, z jaką mogłaby się akurat spotkać. Bo chyba nie miała odwagi na bezpośrednią konfrontacje z Dimitrem...
Coś czuję, że spotkanie i rozmowa Grace z Hayley może być bardzo ciężka... Zobaczy się, jak to się potoczy...
Pozdrawiam i do napisania :)
lilka24