23 lipca 2014

Sto sześćdziesiąt pięć

Grace
Grace pędziła przed siebie, raz po raz oglądając się za siebie. Trzęsła się cała, niepewna już czy to z napięcia, czy zdenerwowania, nie interesowało ją zresztą to, co działo się z jej ciałem, jeśli tylko mogła się swobodnie poruszać. Biegła przed siebie, przez cały czas mając wrażenie, że porusza się wolniej niż zwykle, jak w niektórych z tych idiotycznych koszmarów, które czasami zdarzało się jej mieć. Wtedy zwykle czuła się fatalnie, poza tym wyglądała co najmniej nieatrakcyjnie (nie żeby ją to dziwiło – mama zawsze powtarzała, że doskonały wygląd to znakomite samopoczucie), więc taki stan nie był jej obcy, najgorsze jednak było to, że tym razem przechodziła przez to w rzeczywistości.
Zacisnęła usta w wąską linijkę, by przypadkiem nie krzyknąć, kiedy tuż przed nią przemknął jakiś cień. W ostatniej chwili wcisnęła się we wnękę pomiędzy dwoma chylącym się ku ziemi, wyglądających na bliskie ruiny budynkach. Serce omal nie wyskoczyło jej w piersi, kiedy zamarła w oczekiwaniu na cokolwiek, co mogłoby świadczyć o tym, że została zauważona i rozpoznana albo że jednak ktoś ją goni, nic takiego jednak nie nastąpiło. Miała szczęście, jeśli oczywiście można było tym mieniem określić konieczność krycia się po kątach i cichego zmawiania modlitw do Selene o to, by być w stanie wydostać się z tej części Miasta Nocy, którą równie dobrze można by ochrzcić mianem „Dzielnicy Śmierci”.
Cień oddalił się, ale Grace wcale się nie rozluźniła. Selene, wiem, że nie zawsze zachowuję się tak, jak mogłabyś tego oczekiwać, a już na pewno nie nadaję się do odprawiania modłów, ale błagam, nie odwracaj się ode mnie teraz, kiedy tak bardzo cię potrzebuję, pomyślała gorączkowo, mocno zaciskając powieki. Chciała wierzyć, że tam na górze czy gdzie to tam było w istocie znajduje się jakieś bóstwo dla którego ktoś taki jak ona miał jakiekolwiek znaczenie. Robiła błędy, popełniała je nawet częściej niż postępowała dobrze, nie potrafiła jednak znieść myśli o tym, że z tego powodu również Selene mogłaby się od niej odwrócić. Do diabła, zdecydowanie nie. A teraz potrzebowała jej nade wszystko, przerażona i świadoma wiszącej w powietrzu śmierci, którą te stare budynki musiały obserwować nie raz.
Od zapachu stęchlizny, potu i krwi, które wydawały się przesycać powietrze już i tak zanieczyszczone zapachem wilkołaków, coraz bardziej kręciło jej się w głowie. Adrenalina buzowała jej w żyłach i Grace w pewnym momencie zwątpiła w to, czy będzie zdolna dotrwać do końca. Miała wrażenie, że za moment wydarzy się coś, czego raz na zawsze pożałuje, a jeśli w istocie nikt za nią nie podążał, to że ona sama popełni kolejny błąd, który będzie kosztował ją życie. Bała się… Och, brednia! Była przerażona i pobudzona, co jedynie potęgowało poczucie beznadziejności, a także sprawiało, że przez cały czas była przekonana, że przy następnym kroku potknie się o własne nogi i upadłszy zwróci na siebie uwagę wszystkich wokół.
Och, gdzie była Alessia?! Co tej dziewczynie strzeliło do głowy, kiedy zdecydowała się zostać w tamtym korytarzu? Grace wyzywała na nią w duchu, próbując przekonać samą siebie, że Alessia Licavoli sama sobie będzie winna jeśli spotka ją cokolwiek złego, ale to wcale tak nie działało. Co więcej – chociaż sama nie chciała się przed samą sobą przyznać – ona również przez ułamek sekundy pragnęła rzucić się na pomoc Riddley’owi, nawet jeśli wydawało się to zupełnie pozbawione sensu. Teraz zresztą nie miało to żadnego znaczenia, bo ostatecznie i tak panika przejęła nad nią kontrolę, a Grace rzuciła się do ucieczki, nie dbając o nikogo i o nic aż do momentu, w którym znalazła wyjście z tego dziwnego budynku i zagłębiła się w labirynt uliczek, których nigdy wcześniej nie widziała. Choć minęło tyle lat od dnia w którym przybyła do Miasta Nocy, tej części nigdy nie zwiedziła, co wydawało się logicznym, skoro zamieszkiwały ją wilkołaki.
Próbując zapanować nad sobą, powoli uniosła głowę i spojrzała w niebo. Zdążyło już pojaśnieć, jednak nielogiczny sposób rozmieszczenia budynków oraz to, jak blisko siebie stały, sprawiało, że większość uliczek pogrążonych było w nieprzyjemnej ciemności. To odkrycie oraz świadomość tego, że już tej nocy wypadała pełnia jedynie potęgowało uczucie paniki, która wydawała się osiąść na całym ciele Grace, niczym jakiś całun albo lodowata mgiełka, której w żaden sposób nie była w stanie zignorować. Dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie, próbując opędzić od siebie nieprzyjemne myśli i emocje, to jednak okazało się równie niemożliwe, co i uspokojenie galopująco szaleńczo serca, które sprawiało wrażenie chętnego wyrwać się z jej piersi.
Coś musnęło wrażliwą skórę na jej karku, omal nie doprowadzając do tego, by wydarła się na całe gardło. Grace odskoczyła, energicznie potrząsając głową i próbując ręką strzepać to, co – była tego pewna – rozsiadło się na jej karku. Cokolwiek to było, musiało spaść, jednak i tak dłuższa chwila minęła zanim doprowadziła się do porządku, zaczynając przynajmniej względnie panować nad drżeniem rąk. Ryzykując, nerwowo rozejrzała się dookoła i upewniwszy, że nikt jej nie zobaczy, znów ruszyła przed siebie, kierując się instynktem i przeczuciem, które podpowiadało jej w którą stronę należy biec, by dotrzeć do tej części Miasta Nocy, która zapewni jej bezpieczeństwo. Wszyscy wiedzieli, że tereny dzieci księżyca rozciągają się na wschodzie, więc wystarczyło kierować się w stronę przeciwną do majaczącego na różnobarwnym, porannym niebie słońca.
Cóż, gdyby spojrzeć na to z tej perspektywy, zadanie wydawało się wręcz dziecinnie proste. Szkoda tylko, że nie była na tyle naiwna, by w to uwierzyć.
Prowadź mnie. Nie pozwól, by spotkało mnie cokolwiek złego…, posłała kolejną niemą prośbę, próbując uwierzyć w to, że takie postępowanie jest nie tylko słuszne, ale również ma jakikolwiek sensu. Damien powiedział jej, że z pewnością nie jest bogini obojętna, że została wyróżniona i to dało jej do myślenia, teraz zaś próbowała czerpać z tej myśli siłę. Co ciekawe, chyba faktycznie pomogło, bo nagle poczuła spokój i pewność siebie, które jeszcze kwadrans wcześniej wydawały się jej czymś nie do pomyślenia. Machinalnie przyśpieszyła i wciąż kierowała się przed siebie, koncentrując się na przeczuciu, że biegnie w odpowiednim kierunku i mając wrażenie, że to sama Selene prowadzi ją przez część miasta należącą do tych, których paradoksalnie wydawała się równie sobie upodobać, co i potępić.
Jej myśli zdawały się pędzić w zawrotnym tempie, kiedy gorączkowo próbowała ułożyć jakiś sensowny plan. Hm, tak swoją drogą, Alessia mimo wszystko miała u niej jakiś cholerny dług, choć Grace bynajmniej nie była z takiego stanu rzeczy zadowolona. Dobrze, zostawiła ją i jej babcię, ale to chyba wydawało się najrozsądniejszym wyjściem, poza tym Ali sama wydawała się ją do tego zachęcać. Musiała się stąd wydostać, dotrzeć do Niebiańskiej Rezydencji albo gdziekolwiek, a potem sprowadzić posiłki i niech Dwór martwi się z tym, co później z tą poronioną sytuacją zrobić. Ona nie była od tego, a jedynym o czym marzyła, był powrót do domu, płynące z tego poczucie bezpieczeństwa oraz świadomość tego, że w końcu pozbyła się tego całego ciężaru odpowiedzialności, który towarzyszył jej od momentu, kiedy ona i Alessia chcąc nie chcąc znalazły się w absolutnie beznadziejnej sytuacji, uwięzione pod okiem zbuntowanych wilków. To, że dziewczyna wkrótce miała stać się jedną z nich albo umrzeć, również nie było czymś, co uznawała za przyjemne zrządzenie losu. Dobrze, była wredna, ale tego nie życzyła nikomu!
Myślenie o Alessi w naturalny sposób doprowadziło ją do Damiena. Wspomnienie chłopaka również sprawiło, że poczuła się pewniej, choć równie dobrze mogło mieć to związek z tym, że – posłuszna radom, które podsunął jej podczas jednego ze spotkań – sięgnęła do pokładów energii, które sama miała w sobie. Aż żal się robiło, że taki porządny facet mógł wpaść po uszy, nieszczęśliwie zakochując się we własnej siostrze. Grace od początku wiedziała, że cała ta tradycja i więzi, które są pomiędzy obdarzonymi telepatycznymi zdolnościami dzieciakami, to prosta droga do jakiegoś wariactwa, ale to, co działo się między Damienem a Alessią całkiem wytrąciło ją z równowagi, zwłaszcza, że – ku własnemu zdumieniu – naprawdę się do chłopaka zbliżyła… I to bynajmniej nie po to, by go zdobyć. Nie żeby ze swoją urodzą oraz tym, że przez cały czas trwania szkoły pozostawał dla niej niedostępny, nie czyniło go tym bardziej atrakcyjnym. Po prostu w jej życiu wydarzyło się dość, by spojrzała na pewne kwestie z perspektywy – a Damien jej w tym pomógł.
Teraz pomyślała o tym, że naprawdę go potrzebuje. Aż poraziła ją potrzeba tego, by znalazł się tuż obok niej i niewiele brakowało, a zaryzykowałaby zatrzymanie się, byleby tylko spróbować jakoś przywołać go do siebie. Nie do końca pojmowała sposób w jaki zostali do siebie przyłączeni, choć im bardziej o tym myślała, tym pewniejsza była, że to nie był przypadek. Czy tego chcieli, czy też nie, byli do siebie podobni i to w tak wielkim stopniu, że wytworzyło się między nimi coś, czego żadne z nich nie potrafiło opisać. Gdyby chciała, pewnie zdołałaby go do siebie przywołać, szybko jednak odrzuciła od siebie tę myśl. Już pewnie i tak stawał na głowie z powodu Alessi, poza tym przynajmniej wyczuwał, że coś złego spotkało ją; dodawanie mu problemów, a tym bardziej ściąganie do tego miejsca, byłoby równie samolubne, co i idiotyczne, a Grace nie zamierzała udowadniać stereotypowego sposobu myślenia, sugerującego, że jasne włosy automatycznie wiązały się z całkowitym brakiem inteligencji.
Nie, najpierw musiała się stąd wydostać. Nad tym, co powinna zrobić w następnej kolejności, zastanowi się później.
Miała wrażenie, że minęły cale wieki, nim znalazła wyjście. Przez cały czas była przekonana, że ktoś za nią idzie albo że coś obserwuje ją w ciemności. Kilka razy zmuszona była do tego, by ponownie chować się po kątach, byleby uniknąć przypadkowego spotkania z kimś, kogo zdecydowanie nie chciała spotkać. Raz nawet się zgubiła, dopiero przy którymś z kolei okrążeniu uświadamiając sobie, że krąży w kółko. To odkrycie doprowadziło ją do granic wytrzymałości, przez co omal się nie popłakała, jedynie siłą woli powstrzymując przed daniem upustu emocjom. Poza tym czuła się zbyt dumna, by płakać, a jeśli już miała dać się pożreć albo zabić, chciała przynajmniej zaoszczędzić sobie poczucia zażenowania, które bez wątpienia by ją ogarnęło, gdyby stanęła przed którymkolwiek z wilkołaków z napuchniętym nosem i czerwonymi oczami.
Udręka wydawała się trwać całe wieki, choć musiała minąć co najwyżej godzina. Myślała nad tym, kiedy gdzieś z oddali dobiegł ją znajomy dźwięk wybijającego kolejne godziny zegara, znajdującego się na wieży zegarowej w samym centrum miasta. Kiedy tylko go usłyszała, to było niczym nagłe olśnienie i doprowadziło do tego, że Grace pognała przed siebie, czując się jakby leciała w powietrzu. Odrzuciwszy od siebie wszelakie środki ostrożności, błyskawicznie pokonała kolejnych kilka przecznic, po czym niewiele brakowało, by osunęła się na kolana na widok przelewającej wodę fontanny, wieży zegarowej i placu, który byłaby w stanie rozpoznać wszędzie.
Słońce świeciło mocno, drażniąc gorącymi promieniami jej bladą skórę. Blada cera zalśniła subtelnie, jak zawsze, kiedy znajdowała się w świetle dnia. Już wcześniej zorientowała się, że uliczki zmieniły się i wyglądają bardziej znajomo oraz przychylnie, jednak była zbyt oszołomiona, żeby próbować je rozpoznać. Dopiero teraz nabrała pewności, że jej się udało, a jednak machinalnie i tak rozglądała się dookoła, jakby spodziewając się, że za moment z jednej z bocznych uliczek wyjdzie koszmarna przeistoczona kreatura, będąca ni to zwierzęciem, ni to człowiekiem. Na samo wspomnienie przemiany Barta oraz tego, co mężczyzna próbował jej zrobić, do tej pory zaczynały targać nią mdłości, co skutecznie utrudniało jej zdolność logicznego myślenia, musiała jednak zmusić się do zachowania przytomności.
– No dobra. Gdybym była Dimitrem, gdzie bym się schowała? – wymamrotała pod nosem. Głos miała nieco zachrypnięty, ale poza tym dość mocny i melodyjny, by poczuła się usatysfakcjonowana.
W pierwszej wersji zamierzała dostać się do Niebiańskiej Rezydencji, teraz jednak szału dostawała na myśl o tym, jak wielki odcinek musiała przemierzyć, by się tam dostać. Nie tylko musiała wyjść poza miasto, ale również przejść kawałek lasem, a gęstwina zdecydowanie nie była miejscem w którym pragnęła się znaleźć w sytuacji, kiedy wszędzie mogły pałętać się źli, zbuntowani strażnicy pod wodzą Yves’a. Już raz znalazła się w złym miejscu i czasie, i więcej nie zamierzała popełniać takiego błędu, zwłaszcza, że teraz miała coś w tej kwestii do powiedzenia.
W takim razie pozostawał jej Damien. Pokrzepiona tą myślą, uważnie rozejrzała się dookoła, by upewnić się, że nikt jej nie obserwuje, plac jednak był całkowicie wyludniony i pogrążony w ciszy. Mimo tego i tak przezornie schowała się w cieniu najbliższego budynku. Dopiero tam zdołała się rozluźnić i zamknąwszy oczy, odszukała w sobie ten dziwny, pulsujący blask, który wypełniał ją od jakiegoś czasu, sprawiając wrażenie odrębnego bytu.
Teraz spróbowała go uwolnić i przywoławszy w pamięci w sposób, w który lubiła go sobie wizualizować, przemówiła zdecydowanym głosem:
– Idź do Damiena. Powiedz mu, że go potrzebuję. Powiedz, by do mnie przybył, a potem poprowadź tam, gdzie będę – nakazała stanowczo. – Powiedz mu również, że to dotyczy jego siostry. Palant jest nią zauroczony, więc pewnie bez wzmianki o Alessi się nie obędzie – dodała, w duchu wywracając wymownie oczami.
Zamarła w oczekiwaniu, niepewna co do tego, czy jej prośba zostanie wysłuchana. Wciąż nie potrafiła oswoić się z tym, że nie była aż tak zwyczajna jak do tej pory jej się wydawało. To Damien pomógł jej oswoić to, co już od dawna w niej było, a czego nie potrafiła w pełni pojąć, okiełzać i zrozumieć. Teraz również nie była w stanie tak po prostu zaakceptować i określić kim była, jednak nie chciała o tym myśleć, skupiona na ważniejszych kwestiach swojego zdania.
Poczuła przyjemne muśnięcie czegoś, co można było określić jako ciepła bryza, chociaż dzień zapowiadał się upalnie i bezwietrznie. Odetchnęła z ulgą i otworzyła oczy, czując jak moc od niej odpływa, kierując się w sobie tylko znanym kierunku, by przekazać jej słowa Damienowi… A przynajmniej miała nadzieję, że to właśnie zamierzała zrobić.
Została sama w środku miasta, osamotniona i z poczuciem pustki, zupełnie jakby pożegnała wyjątkowo bliskiego przyjaciela. Pokręciła głową, chcąc doprowadzić się do porządku, to jednak okazało się niemożliwe. Nadal towarzyszyło jej poczucie samotności, niezwiązane bynajmniej z tym, że nie miała towarzystwa, bo do tego przywykła. To było coś bardziej złożonego i potrzebowała dłuższej chwili, by być w stanie zinterpretować władne odczucia. Kiedy tylko to do niej dotarło, omal nie prychnęła, porażona własną głupotą i tym, że wcześniej się nie zorientowała.
Plac był pusty! Zarówno on, jak i wszystkie pobliskie uliczki świeciły pustkami! To dlatego nie zorientowała się, kiedy tylko znalazła się w bezpiecznej odległości od terenów wilkołaków, dlatego też czuła tak silny niepokój. Nigdy dotąd nie zdarzało się, by to miejsce było tak puste i ciche, na dodatek o tej porze. Coś było nie tak; czuła to całą sobą, tak jak i zdarzało jej się wyczuwać rzeczy, które jedynie dowodziły tego, że coś zdecydowanie było z nią nie tak, choć usiłowała przekonać samą siebie, że jest zupełnie inaczej. Niezależnie od wszystkiego, w powietrzu wydawało się być obecne swego rodzaju oczekiwanie, jakby cały świat zamarł i teraz odliczał ostatnie godziny i minuty do czegoś, co miało nastąpić w najbliższym czasie. Coś jak cisza przed burzą, ale bardziej złożonego, dotyczącego bardziej poważnej kwestii, mogącej porządnie wstrząsnąć posadami świata nieśmiertelnych…
Na samą myśl o tym przeszedł ją dreszcz.
Wzdrygnęła się raz jeszcze i spróbowała wziąć w garść. Nie mogła zostać w tym miejscu, zwłaszcza teraz, kiedy wokół było tak nienaturalnie cicho, a ona czuła się nieswojo. Gdziekolwiek by nie była, Damien i tak miał znaleźć, jeśli oczywiście otrzymał jej wiadomość i zamierzał się pofatygować na spotkanie. Tak czy inaczej, nie zamierzała tkwić w miejscu do momentu, w którym miał się namyślić; potrzebowała chwili wytchnienia i odpoczynku, poza tym…
A potem powoli obróciła się i uniosła głowę, instynktownie spoglądając na budynek za swoimi plecami. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł ją kolejny dreszcz, tym razem jednak nie związany ze strachem albo dziwną atmosferą panującą w miejsce, a elektryzującym wręcz przekonaniem, że postępuje słusznie. Zrozumienie pojawiło się samo, kiedy uprzytomniła sobie, że budynek pod którym się zatrzymała, to szpital – a potem pojawiła się świadomość tego, że lepiej nie mogła trafić. Bo czyż nie tutaj właśnie pracował mąż Esme, a więc osoba bezpośrednio związana z nią, Alessią oraz samym Dimitrem?
Grace bez chwili wahania weszła do środka, wprost do przyjemnie zacienionego przedsionka, a następnie do recepcji, która – och, cóż za niespodzianka! – okazała się pusta. Nie dbając o to, czy powinna, zignorowała nieobecność recepcjonistki i ruszyła w głąb budynku, a odczuwane napięcie przynajmniej częściowo zmniejszyło się, kiedy w końcu wyczuła czyjąś obecność. Co prawda szpital w Mieście Nocy nie był tak przeciążony jak w normalnych, ludzkich miastach, jednak i tutaj regularnie zdarzało się wiele mniej bądź mniej typowych przypadków. Poczuła się pewniej, czując i widząc kilka przemykających korytarzami osób, w tym wyróżniających się od ludzi w połowie nieśmiertelnych dziewczyn, które pracowały tutaj jako pielęgniarki.
Swoją drogą, jak wielkimi masochistami trzeba być, by z własnej woli pracować w miejscu, gdzie krew jest czymś naturalnym, a czasami pojawia się całymi litrami? Myślała nad tym, kiedy do jej nozdrzy wdarł się nieprzyjemny, utrudniający oddychanie zapach środków do dezynfekcji. Ach, no jasne. Przy takiej ilości chemii i tym przyprawiającym o mdłości poczuciu sterylności myśl o posilaniu się wydawała się czymś równie mało prawdopodobnym, co i pragnienie urządzenia imprezy na cmentarzu.
Skręcając w kolejny korytarz, zaczęła wysilać pamięć, by przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek widziała Carlisle’a. Była pewna, że kilka razy pojawił się w Akademii, ale naprawdę sporadycznie interesowała się tym, co działo się na zajęciach, więc jedynie River Song czy Rufusa kojarzyła aż nadto wyraźnie – bo ich po prostu nie dało się zapomnieć. Pamiętała jeszcze profesor Dallas, nie tyle przez jej olśniewającą twarz i charyzmę, ale to, że prowadził jej ulubione zajęcia – pradawne wierzenia, obrzędy, mity, ideologie dawnego świata… Tak czy inaczej, czuła się niemal równie zagubiona co wcześniej na ulicy, podobnie zresztą jak wtedy nie miała pojęcia gdzie iść i kogo szukać. Co prawda wątpiła, by to było aż takie trudne, skoro doktor Cullen i Theo byli najbardziej charakterystyczni, jednak myśl o tym wcale nie sprawiała, że czuła się jakkolwiek pewniej.
Rozglądała się dookoła, usiłując stwierdzić, czy którakolwiek z mijających ją osób mogłaby jej udzielić odpowiedzi. Zanim zdążyła się zadecydować, weszła w kolejny korytarz, tym razem opustoszały, co momentalnie podsunęło jej myśli, że jednak powinna zawrócić do recepcji i zaczekać albo poszukać której z tych pielęgniarek. Kto pyta nie błądzi, czy jak to się mówiło, poza tym…
Przez całą mieszankę najróżniejszych myśli przebił się jeden, jedyny szczegół, który przyciągnął jej uwagę. Grace zatrzymała się wpół kroku i zmarszczyła brwi, wbijając wzrok w uchylone drzwi jednej z sal. Zmarszczyła brwi, tępo wpatrując się w burzę jasnych, poplątanych loków, które wydały jej się dziwnie znajome.
Niczym w transie, zrobiła krok w tamtą stronę.
– Co ty tutaj robisz? – syknął ktoś za jej plecami. Grace rozpoznała ten głos, ale i tak poraził ją oszałamiający wręcz chłód i pustka.
Bardzo powoli odwróciła się, by w następnej sekundzie spojrzeć wprost w mocno rozszerzone oczy Hayley.

1 komentarz:

  1. Ugh, nigdy prawdopodobnie nie zrozumiem logiki Grace... Dlaczego ona zawsze myśli tylko o sobie i swoim wyglądzie? Za każdym razem, kiedy tylko wspomina coś na temat swojego wyglądu, to we mnie już się gotuje, sama nawet do końca nie wiem, dlaczego... Denerwuje mnie i tyle -.-
    Mogła chociaż pomóc Ali z walce z Bartem i pomocy Riddley`owi, albo chociaż pomyśleć o Esme...
    No cóż, myślałam, że jednak Damien nie kocha Alessi inaczej niż tak, jak można kochać siostrę, ale najwidoczniej myliłam się. Mam nadzieję, że pomimo tego między nim a siostrę nie będzie już konfliktów...
    Nadal podejrzane wydaje mi się to, dlaczego ulice Miasta Nocy zioną wręcz pustkami... No cóż, niedługo pewnie dowiemy się, dlaczego tak jest...
    Zaskoczyło mnie,że Grace zdecydowała się iść akurat do Carlisle`a. Choć rzeczywiście on jest najlepszą możliwą osobą, z jaką mogłaby się akurat spotkać. Bo chyba nie miała odwagi na bezpośrednią konfrontacje z Dimitrem...
    Coś czuję, że spotkanie i rozmowa Grace z Hayley może być bardzo ciężka... Zobaczy się, jak to się potoczy...
    Pozdrawiam i do napisania :)
    lilka24

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa