
William
Dobra,
no to mamy dwa dobre uczynki w jeden dzień, pomyślał William, wymownie spoglądając w jaśniejące
niebo. Przeszedł go nieprzyjemny dreszcz, jak zawsze, gdy nadchodził świt,
a on znajdował się niebezpiecznie blisko powierzchni ziemi – a więc
i miejsca, gdzie bardzo łatwo było mu zamienić się w kawałek
pieczonego mięsa. Ha, jakby to powiedziała Layla, pewnie dramatyzował, ale jej
łatwo było entuzjastycznie podchodzić do sytuacji, skoro co najwyżej działa się
nieswojo, jednocześnie nie spalając się ani nawet nie czując bólu, kiedy
promienie słoneczne muskały jej odsłoniętą skórę.
Odsunął się od okna, samą tylko siłą umysłu zasuwając
ciężkie zasłony, które ktoś starannie dobrał jako wyposażenie salonu. Odrobinę
mdliło go już od tej wyważonej mieszanki bieli i beżu, ale nie miał zbyt
wielkiego wyboru, jak pozostać w domu. Przebywanie w jakimkolwiek
cywilizowanym miejscu stanowiło zdecydowanie lepszą perspektywę niż pałętanie
się po lesie, krycie w cieniach drzew albo schodzenie do podziemnych
tuneli, które – notabene – w jakimś stopniu stały się jego domem, choć
w ostatnim czasie wydawały się dziwniejsze i bardziej niepokojące niż
zwykle.
William lekko zmarszczył brwi, po chwili jednak jego twarz
wygładziła się, a na ustach zamajaczył cień sarkastycznego uśmieszku.
O bogini, był beznadziejny! A już na pewno powinien się nad sobą
użalać, bo od tego wszystkiego zaczynało przewracać mu się w głowie, czego
idealnym dowodem był sam fakt, że obawiał się tuneli… Albo raczej panujących
w nich ciemności. Cholera, czy słowa „wampir” i „strach przed
ciemnością” w ogóle powinny się znaleźć w tym samym zdaniu, na
dodatek występując niemal jedno za drugim? Chyba naprawdę zaczynał już tracić
zmysły, ale bywały momenty, kiedy naprawdę tęsknił za czyimkolwiek towarzystwem
– Layli, Kristin, Dylana, Diany. No dobrze, było jak było, a on
w przeszłości zachowywał się jak kretyn, zwłaszcza kiedy wraz
z dziewczynami zaczął podjudzać się przeciwko Lay, ale to jeszcze nie
znaczyło, że nie potrafił czuć. Odkąd wylądowali w Mieście Nocy naprawdę
coś czuł.
Znów zmarszczył brwi. No dobrze, zawsze coś tam czuł, ale
to nie było to samo. Już nie targały nim gniew, nienawiść oraz żądza krwi,
idąca w parze z pragnieniem czynienia rzeczy, które cywilizowany
świat jednoznacznie określał jako złe. To było bardziej złożone, poza tym kiedy
wracał pamięcią do tamtych dni, włoski na rękach i karku momentalnie
stawały mu dęba. Nie był pewien, kiedy coś się w nich zmieniło, ale
wiedział, że stało się to w samą porę i powinien być za to losowi
wdzięczny – podobnie jak i za życie, jeśli w ogóle jego egzystencje
oraz fakt, że musiał się zabić, by stać się tym, kim był teraz, można było
określić mianem czegoś więcej niż trwania, oddychania, zaspokajania potrzeb…
To było takie dziwne. Nie myślał o tym, kiedy
zdecydował się dołączyć do Zespołu Uderzeniowego, nie myślał również później,
gdy Lawrence stracił na znaczeniu, a telepaci zaczęli podejmować decyzje.
Pomyślał dopiero wiele tygodni po rozpadzie, na tej niewielkiej polanie
w Forks, kiedy Layla klęczała przed Drake’m, upokorzona i pokonana,
a każde z nich stanęło przed wyborem – odejść bądź zostać; dołączyć
do niej lub do niego, lub… żyć na własny rachunek.
Był taki moment, kiedy wydawało mu się, że naprawdę chce
tego ostatniego.
No i gdzie mnie to zaprowadziło?, zadrwił w duchu. Najpierw byłem pijawką, która pragnęła wyłącznie krwi
i zabijania, krwi i zabijania… A szczególności zabijania.
Wszyscy tego pragnęliśmy, ale to ona podejmowała decyzje. Mimowolnie uśmiechnął się na wspomnienie niejednej furii
Layli, która w jednej chwili ciskała się na wszystkie strony, wyglądając
na chętną poskręcać im karki, a wkrótce po tym przemieniała się
w słodka i dobrą dziewczynę, traktującą ich jak matka swoje niesforne
dzieci. Ha, ha. Mateczka Layla z ognistym temperamentem.
Co oczywiście nie zmieniało faktu, że gdyby nie ona,
najpewniej byłby trupem. Nie żeby teraz nie był – kły, spalanie się na słońcu
i ogólnie samo wspomnienie tego, jak niejako poszedł w ślady Isabeau
i rzucił się z wysokości stanowiły wystarczający dowód, że niewiele
pozostało w nim życia – ale w jakiś paradoksalny sposób śmierć
stanowiła jego odrodzenie, bo wtedy naprawdę odnalazł spokój, którego
potrzebował. Nie dom, nie swoje miejsce, ale przynajmniej dość chwiejny,
aczkolwiek prawdziwy spokój.
Poza tym czasami robię dobrze: jak chociażby teraz, skoro
od dłuższego czasu nikogo nie zabiłem, a na dodatek okazałem się użyteczny
Layli. Bo to chyba było dobre, prawda?
Jeśli oczekiwał odpowiedzi, przeliczył się – pokój nadal
był cichy, zaciemniony, a przy tym w jakiś pokrętny sposób niezwykle
jasny.
William energicznie pokręcił głową, próbując odrzucić od
siebie niechciane myśli, te jednak uparcie wracały, zupełnie jakby chciały mu
w ten sposób przypomnieć, że zbyt wiele razy wyłączał swoje sumienie, by
pozwalać sobie na to również teraz. Chłopak zacisnął dłonie w pięści
w nerwowym geście, po czym wyrwał się z letargu i nerwowo zaczął
krążyć, tak szybko i niekontrolowanie, że niewiele brakowało, by strącił
bez wątpienia drogi, kryształowy wazon ze świeżymi kwiatami, który stał na
niewielkim stoliku wciśniętym w kąt pokoju. Od niechcenia przytrzymał
drobiazg, w ostatniej chwili pozwalając mu zachować równowagę, choć
jednocześnie na ułamek sekundy zadumał się nad tym, jak bajecznie musiał
wyglądać rozbijający się na drobne lśniące odłamki kryształ.
Rozbity… Och, wiedział o tym aż nazbyt dobrze,
bardziej niż mógłby sobie tego życzyć! Bo czy cała tragedia wampirów –
a także pertransów, istot chociaż po części takich jak on! – nie leżała
właśnie w tym, jak bardzo czuli się rozbici? W tym, że coś
zanieczyściło ich duszę, dotknęło ich, rozbiło.
Każde nich kiedyś zostało zranione, każde z nich
cierpiało…
A jednak tutaj było, sprawiając wrażenia zwyczajnych,
zwłaszcza po minionych latach, dzięki którym mieszkańcy Miasta Nocy mieli
okazję ich zaakceptować – przynajmniej częściowo, poza tym William od czasu
przemiany nie czuł się dobrze w czyimkolwiek towarzystwie, zwłaszcza tych
obdarzonych bijącym pulsem. Pokusa była zbyt silna; momentami ponownie budziła
w nim to, co wciąż nim było, choć starał się o tym nie pamiętać.
Cóż, to było w nich wszystkich.
Jego wzrok jakby od niechcenia powędrował w stronę
zdobiącego przedpokój lustra, ozdobionego mosiężną, zdobioną ramą. Hm, to już
bardziej wyglądało na coś, co mogło być wymysłem miłującej minione wieki matki
Isabeau albo samej kapłanki, jednak w tamtej chwili najmniej go obchodziło
to, jakie zmiany w wyglądzie jej domu musiały poczynić wampiry, które
jeszcze przed powrotem Allegry zajęły jej dom. W milczeniu podszedł do
lustra, po czym uważnie przyjrzał się swojemu odbiciu, zaś jego wargi wykrzywił
kolejny pozbawiony wesołości uśmieszek.
Westchnął i wywrócił oczami, widząc swoją czarną
koszulkę i wymowny krwawy napis, który do tej pory go bawił. „Chcę pić
twoją krew”. O, tak. To było zdecydowanie coś, co warto pokazać człowiekowi,
stając w progu jego domu z niewinnym uśmieszkiem, mającym na celu
przekonać do wpuszczenia do swojego domu. Mimowolnie pomyślał o tym, że to
dziwne, iż nie napotkał oporu, kiedy na prośbę Layli spróbował przestąpić próg
domu kapłanki, ale może brało się to stąd, że mógł potraktować słowa dziewczyny
jako zaproszenie albo po prostu wiążące go zasady działały wtedy, gdy w domu
przebywał ktoś prawdziwie żywy – jak chociażby Allegra. W zasadzie było mu
wszystko jedno, poza tym liczył się sam fakt tego, że czuł się całkiem
swobodnie w tym domu, który na dodatek stanowił doskonałą ochronę przed
słońcem. Niestety, to miejsce najwyraźniej nie miało powiązania
z tunelami, a przynajmniej on go nie znalazł, więc jak na razie był
na przebywanie w tym miejscu skazany.
Uśmiech postaci w lustrze zniknął prawie natychmiast,
kiedy odbicie – podobnie jak i prawdziwy Will – przeniosło wzrok niżej.
W zamyśleniu odciągnął koszulkę, zerkając na swoją klatkę piersiową
i brzuch. Natychmiast opuścił ubranie, nie będąc w stanie patrzeć na
cienkie, prawie niewidoczne, ale jednak obecne blizny, które naruszały gładkość
i idealną bladość jego skóry. W zasadzie były to trzy, długie szramy,
ciągnące się mniej więcej od lewego ramienia niemal po talię. Dobrze pamiętał
ból, własne zaskoczenie i niemal całkowitą pewność, że zasili statystyki
ofiar „Nocy Oczyszczenia”, jak nazywano wojnę pomiędzy Drake’m a Miastem
Nocy, telepatami i zbuntowanymi wilkami a Dworem oraz wszystkim tymi,
którzy wierzyli w…
W co właściwie? W dobro? Brzmiało trochę zbyt
banalnie, ale chyba właśnie o to chodziło.
– A ja? Ja w co wierzyłem, kiedy pozwoliłem się
pochlastać? – prychnął cicho; tak niewiele brakowało, by skończył tak, jak
biedna Diana…
Oczywiście odpowiedzi po raz kolejny nie nadeszły.
Znów prychnął, po czym gwałtownie odwrócił się od swojego
odbicia w lustrze, nagle przytłoczony sobą samym oraz samotnością.
Niepokój ogarnął go całego, nie miał jednak niczego wspólnego z jasnością
na dworze, a więc i tym, jak łatwo można było go zaskoczyć, osłabić,
zniszczyć. To również nie było zmęczenie, choć odczuwanie go w tej
sytuacji wydawało się w pełnie uzasadnione, skoro noc była jego dniem,
a dzień nocą.
A jednak to nie było zmęczenie, nawet nie instynktowne
pragnienie ucieczki przed słońcem. W tym pokoju był bezpieczny, bezpieczny
w półmroku i…
Po prostu bezpieczny. Jednak dlaczego nie potrafił
w to uwierzyć.
Powoli wypuścił powietrze z płuc, po czym niechętnie
przyjął do wiadomości to, co przecież wiedział – że to ten sam niepokój, który
już kilkukrotnie ogarnął go w tunelach. To samo poczucie przyciągania,
bycia obserwowanym, oczekiwania… O, tak. To było dobre słowo: oczekiwanie.
– I oczywiście wcale nie chodzi mi o to, że
najwyraźniej historia lubi się powtarzać – powiedział do siebie, dziwnie
usatysfakcjonowany brzmieniem własnego głosu. – Co oczywiście nie zmienia
faktu, że nigdzie się nie wybieram. Masarka czy nie, chociaż raz może się
rozegrać bez mojego udziału – dodał stanowczo, ale już w momencie,
w którym wypowiadał te słowa, miał nieodparte wrażenie tego, że kłamie –
bo chcąc nie chcąc był w to zamieszany, skoro Layla i Kristin
zamierzały wziąć udział w tym, co bez wątpienia miało się zamienić
w kolejną krwawą jatkę w wilkami.
Cudownie. Zawsze wiedział, że lojalność jest mocno
przereklamowana i absolutnie beznadziejna, niezależnie od ewentualnych
plusów.
Potrząsając głowa, pośpiesznie wrócił do salonu, ogarnięty
coraz silniejszym niepokojem oraz zmęczeniem. Do zachodu słońca i tak nie
miał się na nic przydać, a najrozsądniejszym, co mógł zrobić, było paść
jak kłoda i iść spać – do czasu aż podejmie decyzje albo raczej do
momentu, kiedy jego cholernie niepraktyczne sumienie zrobi to za niego.
Myśląc o tym, ani razu nie obejrzał się na
pozostawione w przedpokoju lustro. Zresztą nawet gdyby to zrobił, nie
zrozumiałby tego, co zobaczy, a później zepchnąłby to w zakamarki
umysłu, uznając za wytwór swojej zdecydowanie przeciążonej wyobraźni, zwłaszcza
teraz, kiedy zasypiał na stojąco.
Bo i jak inaczej mógłby wytłumaczyć sobie niewyraźną,
czarna mgłę, która okalała jego postać, drżąc i oczekując – wydającą się
obserwować…?

Grace
Grace
energicznie potarła skronie. Ból głowy wydawał się czymś nieprawdopodobnym
w sytuacji, w której znajdowała się pośród absolutnej pustki na
granicy życia i śmierci, w towarzystwie chłopaka, który prędzej czy
później musiałby wybrać kierunek – a znając Quinna, najpewniej byłby to błędny kierunek – a jednak dziewczyna miała wrażenie, że za
moment naprawdę ogarnie ją coś, co można uznać wyłącznie jak absolutne
szaleństwo. W takim wypadku nie tylko ból głowy wydawałby się czymś
absolutnie uzasadnionym, a jednak jak na razie wszystko wydawało się
sprowadzać do niego oraz jej ogólnego rozdygotania.
Mogłabyś przestać podskakiwać w miejscu? Niedobrze mi,
kiedy na ciebie patrzę, powiedział Quinn, czy też raczej to, co z niego
zostało, bo żadnego z nich przecież nie było w tym miejscu
w sensie materialnym. Oczywiście nie znaczyło to, że również pod tą
postacią nie mógł działać jej na nerwy, zwłaszcza, że robił to teraz.
Nawet nie musisz otwierać ust, by do mnie mówić. Jak możesz
w tym momencie być w stanie zacząć rzygać?, prychnęła, rzucając mu rozdrażnione spojrzenie. Doprawdy,
czy Selene będzie miała do niej jakieś szczególne pretensje, jeśli rzuci tę
pracę w cholerę i go tutaj zostawi? Hayley i Zoe sobie popłaczą,
ale prędzej czy później im przejdzie…
Wybacz. Najwyraźniej śmierć to nadal zbyt mało, by przestać
miewać problemy z żołądkiem, odparł
z wyczuwalnym przekąsem chłopak. Albo po prostu chodzi o to, że moją ostatnią nadzieją
jesteś ty.
Nie pchałam się do tego, by cię ratować. Wierz mi, przygasiła go, ledwo powstrzymując gniewne warknięcie. I raz jeszcze ci powtarzam: nie jesteś martwy, do cholery!, wybuchła i aż zaskoczyła ją siła, która pobrzmiewała
w jej słowach, czyniąc je pewnymi i niemal materialnymi.
Zmarszczyła brwi, po czym zerknęła z ukosa na Quinna.
Wpatrywał się w nią inaczej niż wcześniej, nie tyle może z szacunkiem,
co pewnym uznaniem. A może po prostu był równie zaskoczony bijącej od niej
pewnością, że to na moment zamknęła mu usta albo raczej umysł…
Tak czy inaczej, efekt był satysfakcjonujący.
Wiesz… Hm, Grace?,
odezwał się w końcu z wahaniem Quinn, tym razem zdecydowanie
łagodniej. To zabrzmiało
trochę tak, jakby jednak ci trochę zależało… Ale tylko trochę.
Zmarszczyła brwi, ledwo powstrzymując się od rzucenia
czegoś w stylu „Przestań pieprzyć, bo ci się rodzina powiększy”. Jego
spojrzenie wciąż było pełne rezerwy, ale już nie czuła tej samej niechęci, co
na początku. Wiedziała, że to ma związek z tym, że w istocie mogła
stanowić jego jedyne wyjście z problemu – może nawet byłaby tego pewna,
gdyby wiedziała, co powinna zrobić, by teraz wrócić z powrotem.
O ironio!
Trochę, pomyślała,
uprzytomniając sobie, że Quinn nadal czeka na jej odpowiedź. Uśmiechnęła się ze
swego rodzaju wysiłkiem. Ale się nie rozczulaj. Lubię się czasami podroczyć
z moimi ex, a to jest prostsze, kiedy wspomniany ex jest trochę bardziej
żywy.
Och, no jasne. Inaczej dręczysz ich nawet po śmierci, zażartował i tylko wyczuwalna w jego tonie
lekkość powstrzymała ją od kolejnego wybuchu i wrzasków na temat tego, że
jak na razie żadne z nich nie jest tak naprawdę martwe.
Wiesz co, Quinn? Idź zajmij się tym, co tam zimne trupy
wyrabiają w wolnym czasie, a ja spróbuję się zastanowić nad tym jak
powinnam nas wyciągnąć z tego szaleństwa, zaproponowała ze słodyczą, która bynajmniej nie znaczyła, że nagle
zamierzała zacząć być dla niego miłą.
Nie przemęcz się tylko,
odparował z równie wymuszoną sympatią. Kąciki jego ust drgnęły, ale
powstrzymał złośliwy śmieszek. Twój ex byłby bardzo niepocieszony, gdybyś tu z nim
została. A coś czuję, że bez wątpienia padniesz tutaj trupem, jeśli od
myślenia porobią ci się zmarszczki.
Wydęła usta, mając ochotę zetrzeć mu ten uśmieszek
z twarzy. Najlepiej pięścią. To, że chwilowo był na granicy życia
i śmierci, wcale nie było aż tak znowu wielką przeszkodą.
Nie wiedziałam, że po śmierci denatowi wyostrza się dowcip, prychnęła, zarzucając jasnymi włosami.
Nie wyostrza. To wyłącznie twoja zasługa. Quinn obejrzał się na nią, spoglądając nań tak, jakby
stanowiła wyjątkowo interesujący obiekt badawczy. Jego twarz rozjaśnił nieco
bezczelny, olśniewający uśmiech. Ha, zresztą w końcu to przyznałaś: jestem martwy.
Miała ochotę uderzyć w coś głową. Mocno.
Będziesz, jeśli mnie wkurzysz, warknęła, po czym machnęła ręką w bliżej
nieokreślonym kierunki. Domowe warzywo, odmaszerować!, dodała, dźgając palcem wskazującym ciemność przed nimi.
Jedynie parsknął, ale przynajmniej się oddalił. Po głębszym
zastanowieniu stwierdziła, że chyba mogłoby jej się to spodobać, gdyby
wypełniania jej poleceń nie wymogło na nim to, że naprawdę niewiele brakowało,
by w istocie stracił życie. Przez chwilę obserwowała go, kiedy krążył bez
celu wokół niej, trzymając się na tyle daleko, by mogła poczuć przynajmniej
namiastkę czegoś, co można by uznać za prywatność. Jak się nie ma, co się lubi…, westchnęła w duchu, ale mimo wszystko uznała, że tak
jest lepiej. Wolała mieć Quinna na oku, zwłaszcza, że ta otaczająca ich
ciemność napawała ją niezrozumiałym lękiem, wyglądając tak, jakby w każdej
chwili mogła go wchłonąć – albo ją, jeśli nie będą ostrożni.
Na samą myśl o tym przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz.
Och nie, zwłoka zdecydowanie nie była tym na co w obecnej sytuacji mogli
sobie pozwolić.
W porządku, pomyślała,
wypuszczając powietrze ze świstem przez usta i próbując jakoś wprowadzić
się w stan koncentracji, który udało jej się uzyskać w szpitalu. Selene, usłysz mnie wołanie. Poprowadź mnie, tak jak
wcześniej tu uczyniłaś!, pomyślała
i zamarła w oczekiwaniu na znajome szarpnięcie albo cokolwiek innego,
jednak nic się nie wydarzyło.
Grace zmarszczyła brwi. Niedobrze. Tym razem nawet nie
poczuła jakiejkolwiek więzi z mocą albo sobą samą, nie poczuła niczego…
Selene, proszę,
spróbowała raz jeszcze, coraz bardziej zaniepokojona. Wiem, że nie mam prawa czegokolwiek od ciebie wymagać,
a tym bardziej prosić, ale właśnie to czynię. Proszę, zrób to przynajmniej
dla niego… Och, przecież w innym wypadku to nie ma sensu! Wiem, że nie
pozwoliłabyś mi do niego dotrzeć, gdybym nie mogła pomóc!
Znów nic. Jedynie upiorna, przyprawiająca o zawroty
głowy cisza.
Grace zatrzepotała powiekami, po czym nerwowo rozejrzała
się po tym ciemnym, pozbawionym czegokolwiek świecie. Quinn nadal krążył wokół
niej, a jednak coś w jego zachowaniu i wyglądzie ją
zaniepokoiło. Wydawał się roztargniony i w pełni skupiony na ruchu,
zupełnie jakby nie wyobrażał sobie, że można robić cokolwiek innego. Kiedy przyjrzała
mu się dokładniej, przeżyła niemały szok, choć nie od razu pojęła to, co widzi
i co właściwie ją niepokoi. Miała wrażenie, że przy każdym ruchu cała
postać chłopaka faluje, zamazuje i traci na wyrazistości, zupełnie jakby
wtapiał się w ten mrok… jakby za moment miał zniknąć… stać się jego
częścią…
Wyprostowała się niczym struna, dyskretnie potrząsając
głową, by odpędzić od siebie najbardziej skrajne emocje.
Quinn, pomyślała
cicho, ale stanowczo.
Zaskakująco szybko zwrócił na nią uwagę. Przełknęła z trudem,
po czym dała mu głową znać, by podpłynął bliżej.
Co jest?, zapytał, ale
przynajmniej zatrzymał jej się. Kiedy się odezwał, wydał jej się bardziej
wyrazisty, jakby udało mu się zakotwiczyć w tym miejscu.
Czego najbardziej ci tutaj brakuje?, zapytała pod wpływem impulsu, w ostatniej chwili
postanawiając nie mówić mu, że coś dziwnego się z nim dzieje,
a w zamian wypowiadając pierwsze słowa, które przyszył jej do głowy.
Zmarszczył brwi.
Czego brakuje…?,
powtórzył i spojrzał na nią sceptycznie. Czyli co? Jednak mnie nie wyciągniesz i robisz listę
zakupów?, zapytał, ale w jego oczach
pojawił się błysk niepokoju.
Po prostu mi odpowiedz,
ponagliła go, ale jej głos zabrzmiał zaskakująco łagodnie. Chyba właśnie
z tego powodu spojrzał na nią bardziej przychylnie, a kiedy się
odezwał, zabrzmiało to bardzo szczerze:
Brakuje mi… uczuć,
wyznał, a ona lekko uniosła brwi ku górze.
Uczuć? Co masz na myśli?
Tym razem nawet nie próbował ukryć przed nią lęku.
Tak… Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale ja nie pamiętam
wszystkiego, wyznał, co jeszcze bardziej
ją skonsternowało. Musiał to zauważyć, bo pośpieszył z wyjaśnieniami: Zapominam, Grace. Nie pamiętam już tak dobrze Hayley. Nie
pamiętam dotyku Zoe, śmiechu Alessi… Nie pamiętam wielu dobrych rzeczy.
Dobra bogini, on już częściowo przeszedł na drugą stronę, uprzytomniła sobie i to oszołomiło ją bardziej niż
wyjaśnienia Quinna.
Wpatrywała się w niego nadal, kiedy naszła ją inna
dziwna myśl, tak irracjonalna, że zapragnęła ją odrzucić – a jednocześnie
wiedziała, że jej podejrzenia są słuszne.
Quinn, pomyślała
szybko, zanim zdążyłaby się rozmyślić. Poderwał głowę, natychmiast koncentrując
się na niej i najwyraźniej niczego nie podejrzewając. Starając się
o tym nie myśleć, szybko przeszła do rzeczy. Obawiam się, że będziesz musiał mnie pocałować.
Te rozmyślania Williama były
OdpowiedzUsuńbardzo ciekawe, nie ukrywam :) Sporo wnoszą do opowieści... Mówią też
dużo o samym Willu i tym, jaki ma stosunek do Layli... Czego żałuje w
swoim życiu, a czego nie i w ogóle... Świetnie było się dowiedzieć co
nie co o nim ;)
A teraz trochę o Grace i Quinnie... Współczuję mu, że powoli zapomina o
najbliższych... Musi mu być z tym strasznie źle :( Dobrze, że w ogóle
Grace pojawiła się w tym szpitalu i zorientowała się, dlaczego on nie
odzyskuje przytomności... Choć to nie znaczy, że zaczęłam ją lubić. Co
to, to nie -.-
Bardzo zdziwiłam się, kiedy ta powiedziała, że on musi ją pocałować, aby
oboje wrócili do rzeczywistości... Nie mogła wpaść na inny pomysł? No
ale jeśli ma to pomóc... Nic nie mówię, zostawiam to losowi i Tobie, bo
czy ten jej pomysł wypali?
Czekam na nn :)
Pozdrawiam i do napisania,
lilka24
Że co?
OdpowiedzUsuńPocałować? ;__; Ech, no... ale... On przecież nie... Dobra jestem w szoku i to w cholernie dużym szoku. ._. Dobra jeśli to ma pomóc Quinnowi w obudzeniu się to jestem na tak, ale no... No niech to nie trwa za długo. xD
Perspektywa Williama była bardzo ciekawa i wciągająca i mi się podobała, a już z miejsca mogę powiedzieć, że czekam na nowy rozdział. *.*
Przepraszam, że tak krótko, ale w poniedziałek przyjeżdża kuzynka i dużo do ogarnięcia w domu.
Pozdrawiam,
Gabi.