22 lipca 2014

Sto sześćdziesiąt cztery

Layla
Błysk czerwieni w zwężonych, zagniewanych oczach Kristin sprawił, że Layla zawahała się i machinalnie cofnęła o krok. Taki widok momentalnie skojarzył jej się z Rufusem i tych wszystkich razach, kiedy po prostu nie mogła mu ufać, świadoma tego, że nieśmiertelny nie marzy o niczym więcej, a wyłącznie o skręceniu jej karku albo wychłeptaniu krążącej w żyłach krwi. Wiedziała, że taki stan jest niebezpieczny, a instynkt nakazał jej natychmiast odwrócić się na pięcie i rzucić do ucieczki, póki jeszcze wydawało się to możliwe.
W innym wypadku by tak zrobiła. To wydawało się rozsądne, zwłaszcza w sytuacji, kiedy nosiła pod sercem dziecko i musiała je chronić. Znała ten stan z autopsji, podobnie jak i potrafiła rozpoznawać ostrzegawcze znaki w zachowaniu nieśmiertelnych. Co więcej, to była Kristin, a minione lata nie zamazały wspomnień z okresu, kiedy podobne zachowania – a czasem nawet jeszcze dziwniejsze! – stanowiły coś najzupełniej normalnego, tak jak żądza krwi i to, że dziewczyna była okazjonalnie nieprzewidywalna. Theo ją zmienił, tak jak i ona zmieniła się wybierając tę jaśniejszą stronę swojego jestestwa, ale to wciąż w nich było. Tak jak widziała to w Rufusie czy teraz w Kris, tak i była świadoma mrocznej części swojej duszy. Wiedziała, że wszyscy już dawno o tym zapomnieli, mieli ją za słodką i nieskalaną, jednak kto jak kto, ale Layla znała wołanie ciemności; dotyk mroku, który nakłonił ją do robienia tych wszystkich złych rzeczy, których dokonała w przeszłości, pozbawiona czyjejkolwiek bliskości, a później jej ognia.
Nie była bezbronna, a zachowanie Kristin zamiast ja przerazić, pobudziło zupełnie inne emocje. Właśnie dlatego zamiast uciec, Layla wyprostowała się niczym struna i zacisnąwszy obie dłonie w pięści, wbiła wzrok w zastygłą w gniewnym grymasie twarz siedzącej na trawie dziewczyny.
– No bez przesady, Kris. Ja się nie dam się tak traktować, do jasnej cholery – oznajmiła, wydymając usta. – Zjeść też się nie dam – dodała tak dla pewności, po chwili wahania dochodząc do wniosku, że pewne sprawy najlepiej jest ustalić z góry.
Dostrzegła konsternację w oczach Kristin. Dziewczyna wzdrygnęła się, zupełnie jakby wypowiedziane słowa fizycznie jej dosięgły, a może nawet sprawiły ból. Tak czy inaczej, skrzywiła się nieznacznie, a kiedy znów zatrzepotała powiekami, tęczówki znów przybrały znajomy stalowy odcień.
Sorry – mruknęła, po czym znów opadła na trawę i obojętnie wbiła wzrok w plątaninę gałęzi, liści i przebijających fragmentów nieba. – Tak swoją drogą, zaklęłaś. Zabawne, bo zdążyłam przywyknąć, że taka z ciebie cnotka…
– To nie jest przekleństwo – obruszyła się, tym razem bez wahania podchodząc bliżej. Wywróciła oczami, żałując, że Kristin nie mogła tego zauważyć. – Wiesz, co ja myślę o przekleństwach – dodała, a dziewczyna wydała z siebie przeciągłe prychnięcie będące ni to śmiechem, ni to rozdrażnionym westchnieniem.
– No to mówię: cnotka – powtórzyła, jednak wcale nie zabrzmiało to jak jakaś szczególnie uciążliwa cecha.
Kristin zamilkła, całą sobą pokazując, że chce zostać sama. Layla poczuła delikatne drżenie powietrza, co dało jej do zrozumienia, że pół-wampirzyca wykorzystała swoje telepatyczne zdolności, próbując jakkolwiek zatrzeć ślady swojej obecności i jednocześnie dać jej do zrozumienia, że powinna odejść. Demonstracyjnie zignorowała podszepty intuicji, nakazujące jej odwrócić się na pięcie i zniknąć pomiędzy drzewami. Ignorowanie również nie robiło dla niej żadnego wrażenia, bo zdążyła już przywyknąć do podobnego traktowania. Kiedy Rufus miał zły humor, również zachowywał się w sposób, który wcześniej doprowadzał ją do szaleństwa, a który teraz bez większego nawet wysiłku była w stanie ignorować.
W zasadzie jej to nie dziwiło. Wszyscy byli podobni – i nie miało znaczenia czy byli w pełni wampirami, czy może jeszcze nie. Śmierć niczego nie zmieniała, jeśli oczywiście nie nadchodziła ostatecznie. Ta myśl również ją zaintrygowała, bo jeszcze jakiś czas temu (nie tak znowu dawno, jeśli spojrzeć na to przez pryzmat czekającej wieczności) była gotowa wyciągnąć zupełnie inne wnioski. Przecież nie raz zarzekała się przez rodzeństwem i Cullenami, że to, co się z nią działo, zmieniło wszystko – odebrało jej duszę, wtrąciło w wieczną ciemność. Śmierć ciała była ostatecznym dopełnieniem przemiany, ale Layla podejrzewała, że tacy jak ona już za życia coś tracili; część duszy, człowieczeństwo – jak zwał, tak zwal. Liczyło się tylko to, by potrafić o nią zawalczyć i jakoś utrzymać tego, co upodobniało ich do istot czujących. To dlatego uczucia stanowiły podstawę: bo tylko zdolność do miłości stanowiła granicę pomiędzy życiem a śmiercią, byciem sobą a kryjącym się w mroku szaleństwem.
Ona to miała. Kristin również, nawet jeśli teraz wcale nie wyglądała jakby w to wierzyła.
– Cholera, ty nie zamierzasz odejść, co Lay? – wymamrotała z westchnieniem sama zainteresowana, znów koncentrując na niej wzrok.
Layla zignorowała nieprzyjemną nutę w jej głosie.
– Lubię to miejsce – oznajmiła zaskakująco pogodnie. Zrzuciła buty, pozwalając, by wysoka trawa łagodnie pieściła jej odsłoniętą skórę. W powietrzu unosił się oszałamiający zapach lata, soczystej trawy oraz kwiatów w pełni rozkwitu. Kiedy się skoncentrowała, wychwyciła nawet odległy śpiew ptaków, choć w okolicy nie było żadnych zwierząt, bo wszystkie uciekły, instynktownie reagując na gniew Kristin. – Jest takie… Hm…
– Odludne? – podsunęła usłużnie Kristin, wznosząc oczy ku niebu w odpowiedzi na to, że Layla usiadła po turecku nie dalej jak pół metra od niej.
– Spokojne – żachnęła się dziewczyna. – Nie czujesz tego? Przesycone czymś kojącym, bliskie natury…
– O tak, teraz właśnie potrzebowałam natury – parsknęła z niedowierzaniem Kristin. – Kwiatki, robaki i te sprawy. To jest dopiero odjazd! – zadrwiła.
Layla bez wyrzutów sumienia zdecydowała się ją zignorować, wiedząc, że spieranie się z Kristin, kiedy ta była w takim stanie, stanowi walkę z góry skazaną na niepowodzenie. Wiedziała, że powinna zmienić temat i spróbować porozmawiać z nią na temat Theo, tak jak też mu obiecała, ale nagle nabrała całkowitej pewności, że to nie jest najlepszy pomysł. To nie ona powinna zacząć temat, Kristin zresztą sprawiała wrażenia kogoś na skraju wybuchu albo przynajmniej załamania nerwowego, więc lepiej było jej nie denerwować.
Wciąż świadoma tego, że jest obserwowana, przymknęła oczy i zwróciła twarz ku słońcu. Layla nie pamiętała już, kiedy ostatnim razem bez lęku przebywała w świetle dnia, choć kiedyś uwielbiała ciepłe dni i momenty, gdy mogła w pełni oddać się przyjemności, jaką było po prostu siedzenie bez celu na kwiecistej łące. Mimowolnie pomyślała o rozmowie z Rufusem i o tym, jak wielokrotnie stwierdził, że nie chciałaby żyć w wiecznej nocy, do czego zmuszona byłaby jako w pełni wampirzyca. Teraz pomyślała, że w istocie miał rację, co jedynie potwierdzało, że znał ją chyba nawet lepiej niż ona sama. Choć słońce nadal napawało ją swego rodzaju obawą, mogła na nim przebywać, a teraz zmusiła się do tego, by odsunąć od siebie wszelakie obawy, pozostawiając wyłącznie poczucie spokoju oraz przyjemność płynącą z dotyku ciepłych promieni na odsłoniętej skórze. Dobrze, nadal miała na sobie dość staroświecką koszulę nocna – falbaniastą i absolutnie nieatrakcyjną – ale nie dbała o to, zwłaszcza w tej chwili.
– On tam z nią został, prawda? – zapytała Kristin tak cicho, że gdyby znajdowała się chociaż kilka cali dalej, Layla nie zdołałaby jej usłyszeć.
– Mhm… – wymruczała bez otwierania oczu, nadal w pełni skoncentrowana na słońcu i jego cieple. Hm, ciepło… Może właśnie dlatego tak bardzo je lubiła – bo kojarzyło jej się z ogniem
Kristin wydała z siebie dziwnie zdławiony, zbolały jęk. Kątem oka Layla zauważyła, że jej tęczówki ponownie – tym razem zaledwie na ułamek sekundy – przybrały szkarłatny odzień, blask jednak przygasł równie nagle, co się pojawił. W zamian dziewczyna zrobiła coś zupełnie innego, co okazało się bardziej nieprawdopodobne i zupełnie nie w jej stylu: najzwyczajniej w świecie się rozpłakała. Co prawda Layla była świadoma jej łez już wtedy, gdy naskoczyła na Theo i uciekła, ale czym innym było widzieć coś na tyle krótko, by mieć wątpliwości, a co innego siedzieć tuż obok i obserwować jak słone krople spływają po jej policzkach, skapują z brody, a ostatecznie wsiąkają w ubranie.
To nie była Kristin, którą Layla przywykła się widzieć. Wcześniej sądziła, że dziewczyna płacze z gniewu i że to jakiś wzmocniony atak zazdrości albo coś podobnego, choć nie potrafiła znaleźć najwłaściwszych słów na opisanie swoich przypuszczeń. Teraz nie miała już wątpliwości co do tego, że się pomyliła, bo ból Kristin był tak wyrazisty, że niemal się wokół niej materializował. Jej aura – zwykle w zdecydowanym, przypominającym blask bijący od szafiru kolorze – poprzecinana była nie tylko czernią, którą Layla widziała u wszystkich podobnym jej istot, ale również siateczką czerwieni i fioletu, co była w stanie zinterpretować wyłącznie jako wyjątkowo gwałtowną mieszankę gniewu, rozżalenia i cierpienia.
Instynktownie poderwała się i wyciągnęła obie ręce w stronę Kristin, chcąc ją objąć. Dziewczyna wzdrygnęła się i prychając jak rozjuszona kotka, stanowczo odepchnęła od siebie ręce Layli.
– Przestań! – jęknęła, zrywając się na równe nogi. Jej oczy wciąż jarzyły się gniewnie, a do niebezpiecznej mieszanki emocji doszło również zażenowanie. Kto jak kto, ale ona na pewno nie była zadowolona z tego, że ktokolwiek widział ją w takim stanie. – O bogini, jestem beznadziejna, prawda? Sama nie mam pojęcia, co takiego wyprawiam… sama nie wiem… Och, przecież to było do przewidzenia, że prędzej czy później znajdzie sobie inną! – wybuchła, wyrzucając obie ręce w górę i wymachując nimi gniewnie na wszystkie strony.
– Kris, co ty wygadujesz? – Brwi Layli powędrowały ku górze. Poczuła się dziwnie, zwłaszcza, że gwałtowna reakcja dziewczyny zaskoczyła ją do tego stopnia, że zachwiała się i upadła na tyłek, przez co Kristin teraz wydawała się nad nią górować. Taki stan rzeczy bynajmniej nie sprawiał, że czuła się przy niej jakkolwiek pewnie. – Chcesz prawdy? Pomijając to, że zostając z River Song po całej tej twojej akcji na placu, Theo postąpił co najmniej głupio, ale ty zachowujesz się jak jakaś desperatka! O co, do diabła, ci chodzi? – zapytała wprost.
Dobrze, może nie była szczególną ekspertką w kwestiach damsko-męskich. Wystarczyło wziąć pod uwagę jej własne wybuchy zazdrości, kiedy jeszcze nie wiedziała o martwej przecież Rosie. Poza tym nie dało się ukryć, że Rufus stanowił wyjątkowo ciężki przypadek faceta, którego w żaden sposób nie potrafiła skwalifikować do żadnej kategorii mężczyzn z którymi do tej pory miała do czynienia. Ale – a to chyba o czymś znaczyło, zwłaszcza, że nie była ślepa – nie widziała niczego szczególnego w tym, jak Theo traktował River Song. Zachowywali się raczej jak dwójka znajomych, poza tym cały czas trzymał przy sobie Kristin i to ona nagle wpadła w jakiś amok, zachowując się co najmniej tak, jakby ta dwójka flirtowała i za moment zamierzała zabawić się na jej oczach.
Niech diabli wezmą Pavarottich, przeszło jej przez myśl, jednak i to wydawało jej się mało prawdopodobnym wyjaśnieniem. Lucas i Matthew lubili plotkować, a już na pewno bywali złośliwi, kiedy mieli okazję zabawić się czyimś kosztem, ale to jeszcze o niczym nie znaczyło. Co prawda stwierdzenie „wspólna przeszłość” brzmiało dość jednoznacznie, jednak wcale nie musiało oznaczać najgorszego. Co więcej, nawet jeśli zwłaszcza w ostatnim czasie nie miała czasu na zajmowanie się sprawami Kristin, przecież zauważyłaby, gdyby między tą dwójką już wcześniej coś zaczynało się psuć, dlatego tym bardziej nie rozumiała tego, co się działo.
– Och, jak ty nic nie rozumiesz! – jęknęła Kristin, potrząsając z niedowierzaniem głową.
– No to mi wyjaśnij – zaproponowała, mimo instynktownego pragnienia krzyku próbując zmusić się do zachowania spokoju. – Co z tobą jest? Theo coś czy zrobił, czy jak? Podejrzewasz go o coś? – naciskała. – Powiedz słowo, a przysięgam, że wparuję do Akademii i zrobię mu piekło. I naprawdę mnie nie obchodzi czy będzie tam River Song, Carlisle, czy ktokolwiek inny – zapowiedziała, zrywając się na równe nogi i spoglądając na Kristin w niemal wyzywający sposób.
Oczy dziewczyny rozszerzyły się, kiedy spojrzała na Laylę w taki sposób, jakby zobaczyła ją po raz pierwszy.
– Ty naprawdę byś to zrobiła, gdybym cię poprosiła, prawda? – zapytała tak zaskoczona, że gniew momentalnie ulotnił się z jej tonu, postawy i oczu.
– Ciebie to dziwi? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, jak na ironię nie będąc w stanie nie pomyśleć przy tym o Rufusie. – Ja nie zapomniałam, a my w tym jesteśmy. Ty, Will i ja.
Kristin przez dłuższą chwilę milczała, jedynie miotając się na wszystkie strony, jakby nie była w stanie ustać w miejscu. Jej gęste, czarne włosy latały na wszystkie strony, kiedy tak potrząsała głową w przód i w tył, w przód i w tył…
A potem z przeciągłym westchnieniem znów spojrzała na Laylę.
– Tutaj nie chodzi o Theo – powiedziała w końcu, co wydawało się zupełnie pozbawione logiki po wszystkim tym, co wcześniej zrobiła i wykrzyczała.
– Nie? – Dziewczyna spojrzała na nią sceptycznie. – Więc o co?
– Nie – powtórzyła stanowczo Kristin. – I nie „o co”, ale „o kogo”. No oczywiście, że o mnie.
Layla nie miała pewności, ale podejrzewała, że wyraz jej twarzy wyraża absolutną konsternację i niezrozumienie, bo brunetka westchnęła po raz wtóry i z pełnym niedowierzania parsknięciem wzniosła oczy ku niebu. Nadal milczała, okręcając się wokół siebie, byleby nie trwać w bezruchu, aż Laylę naszły wątpliwości co do tego, czy w ogóle otrzyma jakieś dokładniejsze wyjaśnienia.
– Uznasz mnie za wariatkę – wyznała Kristin, co prawda lekkim tonem, ale w jej głosie łatwo można było wyczuć napięcie.
– Wcale nie – odparła machinalnie, być może zbyt szybko. Nie miała takiej pewności, jednak jakie to miało znaczenie. – Mam doświadczenie jeśli chodzi o szaleńców, pamiętasz? – dodała z olśniewającym uśmiechem, który został odwzajemniony jedynie kolejnym westchnieniem i wywróceniem oczami.
– Fakt. Ale jak się we mnie z tego powodu zabujasz, naprawdę nie ręczę za siebie – zapowiedziała.
Tym razem to Layla wywróciła oczami.
Jak mogła podejrzewać, Kristin znów zwlekała z odpowiedzą, nadal bez celu krążąc i nerwowo podrygując. Kiedy w końcu zaczęła mówić, sprawiała wrażenie kogoś, kto z ulgą pozbywa się wielkiego ciężaru, który od dłuższego czasu zmuszona była dźwigać.
– Myślisz, że nie zdaję sobie sprawy z tego, jak bardzo jestem beznadziejna? Laylo, kto jak kto, ale ty na pewno wiesz, że robiłam złe rzeczy… Hm, wszyscy robiliśmy. – Zaśmiała się, ale bez wesołości. – A ja i wtedy, i teraz jestem suką… Nie, do diabła, nawet nie protestuj, bo obie wiemy jaka jest prawda. Zachowuję się wrednie, bo mi to pasuje, a ty nie próbuj wmawiać mi, że jest inaczej.
– Nie zamierzam – zapewniła pośpiesznie. – Czego jak czego, ale twój charakter jest…
– Dobra, bez przesady. Chciałam szczerości, ale nie za wszelką cenę – przerwała jej Kristin. – Sęk w tym, że ja nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Nie myślałam o miłości, nie chciałam jej i bynajmniej nie śniłam na temat tego, że jestem pieprzoną księżniczką w pieprzonej wieży, czekającą na jakiegoś pieprzonego rycerza, który ją uwolni. Wielkie uczucie, cały ten bałagan emocjonalny… Jak przyłączyłam się do Lawrence’a jedynie się w tym utwierdziłam. Chciałam potęgi i mocy. No, w zasadzie wtedy wszyscy tego chcieliśmy. – W jej oczach zamigotały echa przeszłości. Prawie natychmiast wzdrygnęła się i energicznie pokręciła głową. – A potem wszystko się posypało. My wylądowaliśmy tutaj, osamotnieni i z konsekwencjami tego, co wydarzyło się, kiedy zdecydowaliśmy się napić z żył Jaquesa. Całe to szaleństwo… Ja nie mogłam tego wytrzymać, rozumiesz? Ty miałaś Dylana, a on ciebie, cały czas jedno ciągnęło drugie, nie pozwalając mu upaść. A ja? Ja zaczęłam przywykać do tego całego mroku, życia w cieniu i żądzy krwi… No, zazwyczaj, póki nie dostawałaś szału i nie zaczynałaś rozstawiać nas wszystkich po kątach – dodała, po czym szybko ciągnęła dalej, nie chcąc ryzykować, że Layla spróbuje jej przerwać: – Wtedy pojawił się Theo i to było jak jakieś olśnienie, chociaż długo nie potrafiłam tego przyjąć do wiadomości. Irytował mnie strasznie, bo miałam wrażenie, że wszyscy patrzą na mnie jak na jakiś wynik nieudanych eksperymentów medycznych, a on jako lekarz… Ale on od początku nie widział wariatki, tylko mnie. Prawdziwą mnie. Po prostu Kristin, nawet mimo całej też złośliwości i tego, że gdyby naprawdę mnie rozjuszył, byłabym w stanie zmieszać go z błotem!
– Zakochałaś się. Gdzie tu, do diabła, widzisz problem? Jesteście ze sobą siedem lat, Kristin – przypomniała jej cierpliwie Layla.
Dziewczyna prychnęła z goryczą.
– Mówiłam, że tego nie zrozumiesz – stwierdziła, potrząsając głową. – Właśnie, jestem z nim tak długo… I w tym leży problem.
– Ja go nie widzę – wyznała wprost Layla.
– O bogini, kretynko! Naprawdę nie rozumiesz, że mnie skręca na myśl o tym, że miałabym go kiedykolwiek stracić?! – Z oczu Kristin znów trysnęły łzy, co złagodziło jej wypowiedź do tego stopnia, że przez dłuższą chwilę Layla była w stanie wyłącznie stać i spoglądać na nią w oszołomieniu.
– Więc go nie tracisz – powiedziała w końcu, zdecydowanie spoglądając dziewczynie w oczy. – Kristin, o co właściwie poszło? – zapytała łagodnie, nie chcąc jeszcze bardziej jej rozjuszyć.
Cóż, sądząc po gniewnym geście z jakim pół-wampirzyca otarła oczy, nie do końca jej to wyszło.
– Jasne, że go stracę! Po co mu niezrównoważona psychicznie nie do końca wampirzyca, skoro ma przy sobie tę… tę… Och, widziałaś przecież River Song – jęknęła, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Wygadana, śliczna wampirzyca. I na dodatek blondynka! Który normalny facet jest w stanie oprzeć się ładnej blondynce?!
– Hm… Theo?
Przygryzła dolną wargę i dysząc ciężko, rzuciła Layli udręczone spojrzenie. Sprawiała wrażenie, jakby sama nie była pewna co powinna myśleć albo w co wierzyć.
– Nie powiedział mi, że jego pełne imię to Theodor – powiedziała w końcu, przełykając z trudem. Mimo wszystko kąciki jej ust drgnęły lekko, ale się nie uśmiechnęła. – Dobra, chyba też bym się tym nie chwaliła, zwłaszcza, że go najwyraźniej go nie lubi... Ale chyba mnie mógł powiedzieć, prawda? A ona wie. – Nie musiała dodawać o kogo chodzi.
– Przecież znają się dość długo – zauważyła przytomnie Layla. – Na litość bogini, Kristin… – Pokręciła z niedowierzaniem głową.
– Co? – mruknęła tamta. Jej wzrok był niemal błagalny, jakby spodziewała się usłyszeć coś, co przyniesie jej ukojenie. – Mówiłam już, że jestem beznadziejna. Zachowuję się jak jakaś palantka, ale co ja mogę poradzić na to, że… – zaczęła i urwała, kwitując swoją wypowiedź obojętnym wzruszeniem ramion.
Layla wypuściła powietrze ze świstem.
– No dobrze – powiedziała w końcu, ostrożnie dobierając słowa. – A co jeśli faktycznie masz rację? – zapytała wprost.
– W czym? W tym, że jestem jakaś nie taka? – obruszyła się. Jej ton sugerował, że nie takiego pocieszania się spodziewała.
– Jasne, że nie. Chodzi mi o to, że – teoretycznie – możesz mieć rację – powiedziała, pośpiesznie wyrzucając z siebie słowa. – Załóżmy, że River jest zagrożeniem. Zamierzasz tak to zostawić?
W oczach Kristin pojawiło się zwątpienie, ale przynajmniej przestała płakać.
– Nie wiem – przyznała.
Layla westchnęła.
– Zła odpowiedź. Jasne, że wiesz – oznajmiła stanowczo. – A przynajmniej ja wiem, co zrobiłaby Kristin, którą znam – ciągnęła i kąciki jest ust uśmiechnęły się ku górze.
– To znaczy mam iść i wydrapać siksie oczy, póki jeszcze nie spróbowała zbliżyć się do faceta? – Niepokojące było to, że Kristin wydawała się dziwnie entuzjastycznie podchodzić do takiego pomysłu.
– No… Może nie do końca o to mi chodziło – przyznała pośpiesznie. – Miałam raczej na myśli to, że może dałabyś mu dojść do słowa?
Kristin wydęła usta, ale przynajmniej znowu nie zaczęła krzyczeć.
– To pierwsze bardziej mi się podobało, ale… – Wzruszyła ramionami.
Layla powstrzymała się od wywrócenia oczami. Już w gestii Theo było to, by jakoś załagodzić tę sprawę.

1 komentarz:

  1. Ach,
    Kris i ten jej sarkazm niezależnie od sytuacji <3
    No rozumiem, że Kris jest zazdrosna o River, no ale żeby od razu uważać
    się za gorszą od niej... Ok, może i jest ładniejsza, ale Theo kocha
    Kris, nie River... A to, że nie powiedział jej, jakie jest jego pełne
    imię to raczej drobnostka, ale powinien powiedzieć ukochanej o tym. Może
    nie lubi, ok. Ale Kris ma prawo je znać.
    Layla postąpiła bardzo dobrze, nie słuchając jej i zostając z nią i
    podnosząc na duchu. Kris od razu poczuła się lepiej :)
    Teraz czas na ruch Theo... Niech porozmawia z Kris i wszystko jej
    wyjaśni, bo do tej pory dawał jej same powody do zazdrości...
    Czekam już na nn :)
    Pozdrawiam i do napisania ;*
    PS. Przepraszam, że dzisiaj tak krótko, ale nie mam neta w komputerze, a
    z telefonu nie udaje mi się wstawiać w miarę długich komentarzy...

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa