
Ariel
To
przypominało coś z pogranicza niemożliwego albo przynajmniej szalonego.
Teoretycznie żadna z tych rzeczy nie powinna była dziwić kogoś, kto sam
w sobie był zaprzeczeniem ustalonych przez ludzi zasad, ale mimo wszystko…
Cóż, nadmiar informacji zaczynał go przytłaczać, jakby mało było tego, że wciąż
nie był pewien, czy może komuś takiemu jak Katherine ufać.
Ariel powoli wypuścił powietrze z płuc. Spojrzenia
jego i nachylonej w jego stronę dziewczyny się spotkały, a jemu
z niezrozumiałych powodów serce momentalnie przyśpieszyło biegu,
zdradziecko ukazując wszystkie te sprzeczne ze sobą emocje, których
w żaden sposób nie potrafić okiełzać. Nie, nie chodziło o samą
Katherine – chociaż i ta bez wątpienia była piękna, a on był jedynie
słabym przedstawicielem „brzydkiej” płci. Przywykł do obracania się
w kręgach niezwykle urodziwych kobiet, bo to w przypadku większości
nieśmiertelnych stanowiło swego rodzaju normę, więc i coś najzupełniej
naturalnego, co nie szokowało go aż do tego stopnia, co zwyczajnych
śmiertelników. A jednak w Katherine było coś wyjątkowego, nie tylko
związanego z tym, że była jedną z pierwszych i nielicznych
przedstawicielek jego razy, którą spotkał.
Ta nagła bliskość wprawiła go w konsternację. Kobieta
jakby to wyczuła, bo zaśmiała się w sposób, który mógłby uznać za
uwodzicielski, gdyby nie poważny wyraz jej twarzy i kpina w tych
niezdecydowanych oczach. Czuł jej zapach, podobnie jak i muśnięcie
ciemnych włosów, które musnęły jego policzek, kiedy Katherine nachyliła się
jeszcze bliżej, tak blisko, że gdyby tylko miała takie życzenie, mogłaby go
pocałować. I był dziwnie pewny tego, że gdyby się na to zdecydowała,
pozwoliłby jej, całkowicie niezdolny wyrwać się spod tego dziwnego czaru, który
rzuciła na niego samą tylko bliskością i tym mentalnym głosem, który raz
po raz rozbrzmiewał w jego głosie, kiedy opowiadała mu swoją historię.
– Wy, mężczyźni, jesteście tak bardzo przewidywalni –
westchnęła jakby z lekkim rozczarowaniem.
Aż wzdrygnął się, słysząc jej zwykły melodyjny sopran, tym
razem równie prawdziwy, co i jego głos, a nie przepełniona mocą myśl,
którą z łatwością mogła zaszczepić w jego umyśle. Zamrugał
pośpiesznie, próbując doprowadzić się do porządku, co było o tyle trudne,
że Katherine wciąż znajdowała się niebezpiecznie blisko, dosłownie na
wyciągnięcie ręki.
– Katherine… – zaczął, chociaż sam nie był pewien, co
takiego chciał jej powiedzieć i co zamierzał w ten sposób osiągnąć.
– Wiem, co takiego chcesz powiedzieć – przerwała mu. Świetnie, więc może mi powiesz?, pomyślał w lekkim oszołomieniu, ale nie wypowiedział
tych słów na głos, tylko po prostu gapił się na nią jak ten wół na malowane
wrota, próbując wyglądać chociaż odrobinę inteligentniej niż się czuł. –
Opowiem ci więcej, ale tylko pod pewnymi warunkami.
Znów zamrugał, ale tym razem pomogło i w końcu
zdołał skoncentrować się na tym, co takiego musiała mieć na myśli. Ach, to
wydawało się oczywiste. Sytuacja w Lille. Lilia. To, co takiego działo się
w twierdzy, ale też w Mieście Nocy – a przynajmniej Katherine
twierdziła, że cokolwiek było na rzeczy.
– Obiecuję ci – powiedział natychmiast. Jego głos zabrzmiał
pewniej i bardziej niecierpliwie niż w rzeczywistości czuł.
Katherine znów się zaśmiała i tym razem była to czysta
kpina. Zerwała się z gracją i prędkością godną niejednej wampirzycy,
a on przynajmniej częściowo odetchnął, tak wielkie wrażenie wywoływała na
nim ta istota.
– Arielu, czy naprawdę sądzisz, że zadowolą mnie puste
słowa? – zapytała, a jej brwi powędrowały ku górze. Znów tylko na nią
patrzył, więc ostatecznie westchnęła; kąciki jej ust nieznacznie powędrowały ku
górze. – Zrób to tak, jak należy.
– To znaczy… mam przysiąc na krew? – upewnił się, choć to
w istocie wydawało się oczywiste.
– Widzisz w tym jakikolwiek problem?
Teoretycznie nie miało to żadnego znaczenia, skoro nie
zamierzał jej oszukać… Z drugiej jednak strony, przysięga krwi
zobowiązywała, a w świecie nieśmiertelnych staniała prawdziwą
świętość. Nie istniało nic bardziej zobowiązującego, a przynajmniej tak
zawsze słyszał. Co prawda nie wiedział, czy złamanie takiej właśnie przysięgi
ciągnęło za sobą jakieś poważniejsze konsekwencji, ale z jakiegoś powodu
jak do tej pory nikt przyrzeczenia nie złamał, przynajmniej nie celowo.
Westchnął, po czym pokręcił głową.
– Nie – powiedział w końcu. W końcu pół-wampiry
przelewały swoją krew przy każdej nadarzającej się okazji, prawda? – Ale ty też
musisz mi obiecać.
– Hm… – Spojrzała na niego w nieprzenikniony sposób,
aż naszła go niepokojąca myśl o tym, że właśnie przesadził, a ona
znów go wyśmieje i się nie zgodzi. Tym bardziej zaskoczył go jej pełen
aprobaty pomruk. – To już coś. Szybko się uczysz.
Ona również była szybka, co udowodniła kolejnym prawie
niezauważalnym ruchem. Poczuł się co najmniej niezręcznie, kiedy sięgnęła pod
suknię, a przed oczami mignął mu fragment koronkowej hali, którą miała pod
spodem (do diabła, chyba powinien zacząć dziękować losowi za to, że nie było
z nim Alessi; tak swoją drogą, co te dziewczyny miały z tym
rozbieraniem się w najmniej oczekiwanych momentach?), zaraz też zmieszał
się, kiedy okazało się, że do jej kształtnego biodra starannie przymocowana
została niewielka pochwa z której wyciągnęła misternie zdobione,
posrebrzane ostrze. Nie miał pojęcia, co takiego wyrażała jego mina, ale
z jakiegoś powodu spojrzenie Katherine stwardniało. „Kobieta powinna być
przygotowana na wszystko” – wydawała się przekazywać samym tylko wzrokiem, co
również nie powinno go dziwić, zwłaszcza w obliczu tego, co już zdążyła mu
o sobie powiedzieć.
Katherine na ułamek sekundy przymknęła oczy, być może
nasłuchując. Sam również spróbował się skoncentrować, ale pomijając rytmiczne
bicia ich serca i oddechy, nie wychwycił niczego, co mógłby uznać za
niebezpieczne. To musiało jej wystarczyć, bo po chwili uniosła powieki
i w zamyśleniu pokiwała głową, a jednak w momencie,
w którym się odezwała, jej głos po raz kolejny odezwał się w jego
umyśle.
Ja, Katherine z Lille, potomkini mego ojca
i spadkobierczyni tego, co pozostawił mnie i moim braciom po śmierci, oznajmiła z powagą, przybliżając ostrze do linii
życia na swojej lewej dłoni, przysięgam powiedzieć ci wszystko to, co pomoże
ci ochronić siebie i tych, którzy są dla ciebie ważni. Krwią
przypieczętowane.
Wraz z ostatnimi słowami, szybkim stanowczym ruchem
przeciągnęła ostrzem po skórze, aż popłynęła krew. Kilka rubinowych kropel
poznaczyło jej cerę, ostatecznie skapując na kamienną posadzkę u jej stóp.
Telepatia wydawała się wzmacniać jej słowa, dodając im energii, a także
czyniąc je bardziej ostatecznymi i misternymi. Nawet gdyby nie chciał, po
czymś takim nie potrafił jej nie uwierzyć. Co prawda nie powiedziała wprost, że
wyjaśni mu, co powinien zrobić, żeby powstrzymać przemianę Alessi, ale
pozostawało mu tylko wierzyć, że ma szczere intencje.
Katherine gwałtownie zacisnęła dłoń w pięść, by
powstrzymać krwawienie. Bez słowa wyciągnęła ostrze w jego stronę, a on
przyjął je bez wahania, jednocześnie wstając i próbując naśladować
wszystkie jej ruchy. Nie miał pojęcia, co takiego robiła, żeby przekazywać mu
swoje myśli, ale z jakiegoś powodu wierzył w to, że powinien postąpić
tak jak ona i nie wypowiadać słów na głos. Skoro potrafiła przekazywać
myśli, mogła również przynajmniej częściowo je odczytywać, sama zresztą całkiem
niedawno stwierdziła, że ściany mają uszy.
Ja, Ariel…, zaczął
i zawahał się. Dobra bogini, jak bardzo idiotyczne to się wydawało! Miał
teraz dodać jakiś fragment o ojcu albo rodzinie? Chwalenie się Yves’em
w sytuacji, w której go nienawidził, nie było raczej czymś, co
zamierzał zamieścić w czymś tak poważnym jak wiążąca przysięga krwi.
Pokręcił nieznacznie głową, po czym zdecydował się zacząć raz
jeszcze.
Ja, Ariel, potomek krwi mej ludzkiej matki, człowieka
w najpiękniejszym znaczeniu tego słowa,
pomyślał z mocną, bo to wydało się nagle aż nadto właściwe i na
miejscu, przysięgam, że w podzięce za twoją pomoc, jestem winien ci
przysługę, którą odbierzesz według własnego uznania…
W czasie i miejscu, które uznam za słuszne, wtrąciła Katherine. Więc jednak mogła go słyszeć.
… w czasie i miejscu, które uznasz za słuszne, powtórzył usłużnie. Krwią przypieczętowane.
Nie dając sobie czasu na chociażby chwilę zwątpienia,
rozciął sobie dłoń, umyślnie nie spoglądając w stronę nacięć, które
zawdzięczał ojcu i jego… przyjaciołom. Srebro zapiekło, ale zignorował to,
podobnie jak i instynktowne pragnienie, żeby odsunąć się od czegokolwiek,
co mogłoby zawierać przynajmniej śladowe ilości tego kruszcu. Oczywiście,
srebro było dla takich jak on szkodliwe, a nawet śmiertelne, potrzeba było
jednak czegoś więcej niż drobne nacięcie, żeby przynajmniej unieszkodliwić
wilkołaka, nawet młodego.
Bez słowa oddał Katherine nóż. Odrzuciła go na bok,
w żaden sposób nie okazując tego, czy jest choć w niewielkim stopniu
usatysfakcjonowana tym, co się wydarzyło. W zasadzie jej twarz nie
wyrażała niczego, co jednak nie znaczyło, że nie czuła – po prostu nabrała wprawy
w ukrywaniu emocji. To było co najmniej irytujące, co jednak mógł poradzić
na to, że wydawała się być jego jedyną sojuszniczką? Zważywszy na to, że jako
perspektywę miał bezczynne siedzenie i czekanie na cud, wszystko wydawało
się być lepsze.
– Teraz mi opowiedz – poprosił cicho, ale i tak go
usłyszała. Co się tutaj
dzieje?, dodał, mając nadzieję, że nadal
penetrowała jego umysł.
Przecież wiesz,
usłyszał w odpowiedzi i w równym stopniu go to zdenerwowało, co
i wstrząsnęło. Znów miał zgadywać? Odkąd powróciła Lilia, wszystko się zmieniło. Twierdza raz
na zawsze przestała być bezpieczna… Ale żadne z nas bardzo długo nie
chciało przyjąć tego do wiadomości. W zasadzie sądzę, że jako jedyna się
na to odważyłam, przyznała i nagle
wydała mu się bardzo młoda, zmartwiona i pokonana.
Spojrzał na nią niepewnie, aż się wzdrygnęła
i z wyższością uniosła głowę. Wrażenie słabości zniknęło,
a Katherine opadła na kanapę, zakładając nogę na nogę i odzyskując
wcześniejszą maskę opanowania i obojętności.
Zaczęło się niewinnie, kiedy się pojawiła. Sprawiała
wrażenie kogoś takiego jak my, kolejne dziecko księżyca, które przybyło do
Lille w swoich sprawach… Och, bo chyba nie sądziłeś, że od początku
byliśmy tacy odizolowani, prawda? Zmarszczyła brwi, słusznie podejrzewając, czego powinna
oczekiwać w odpowiedzi. Jej brwi powędrowały ku górze, kiedy po raz
kolejny spojrzał na niego surowo, może z odrobiną kpiny. Więc wiedz, że tak nie było. To zmieniło się na przestrzeni
ostatniego wieku, właśnie wtedy, kiedy w naszych progach pojawiła się
Lilia. Chyba już wtedy wyczułam, że coś jest z nią nie tak. Zawsze miałam
wyjątkowo rozwiniętą intuicje, a przynajmniej tak sądzę. Z Lilii
z kolei biły chłód i coś, czego do tej pory nie potrafię opisać…
Okrucieństwo? Potęga? Mistycyzm? Nazwij to jak chcesz.
Przeszył go nieprzyjemny dreszcz, kiedy uprzytomnił sobie,
że w istocie zdaje sobie sprawę z tego, co miała na myśli. On również
to czuł, choć wcześniej zakładał, że to po prostu aura tego miejsca.
A jednak kiedy głębiej się nad tym zastanowił…
Jej imię. Wiem, wilczy chłopcze, że je poznałeś, usłyszał i tym razem odniósł wrażenie, iż sytuacja
zaczyna go przerastać.
– Nie…
Ależ dlaczego nie? Czy również ty będziesz jednym
z tych niedowiarków, którym wygodniej odsuną prawdę niż pogodzić się,
obojętnie jak wydawałoby się to nieprawdopodobne?, zdenerwowała się. Tym razem jej głos zabrzmiał oschle,
niemal lodowato. Ty i ja, Arielu, jesteśmy nieśmiertelni. To też według
ludzi powinno być niemożliwe. W ludzkich podaniach, spuściźnie twojej
matki, istoty tak jak my, pojawiają się wyłącznie w bajkach. Strach
ogranicza, ale tylko wtedy, jeśli mu się poddać… A ty nie przywykłeś się
poddawać. Lilia z kolei przewija się również w dziennikach mego ojca,
nie tylko w historiach o Isobel i „śmiertelnym kwartecie”.
Urwała, jakby opowiadanie tego wszystkiego z jakiegoś
powodu sprawiało jej trudność. Kiedy się poruszyła, znów doszedł go jej
specyficzny, oszałamiający zapach, jakże podobny do jego własnego, choć dopiero
teraz uprzytomnił sobie jeszcze jedną nutę, która wydała mu się z jakiegoś
powodu znajoma. Delikatna, bardziej roślinna niż piżmowa, jak jakiś kwiat albo
roślina. Jak…
Jak szałwia? Sprzed
lat pamiętał, że Isabeau czasami pachniała szałwią i to jeszcze zanim
zdecydowała się wrócić do społeczności, a więc kiedy razem ukrywali się
w lesie. Kiedyś chyba nawet wspominała mu, że rośliny mają różne
właściwości, zależnie od tego, czy przyrządzało się z nich opary, olejki
czy może je się paliło. A szałwia… Nie miał pewności, ale właśnie opary
szałwii – białej szałwii – wykorzystywane były do oczyszczenia atmosfery, do
odpędzenia złych mocy.
Pośpiesznie odrzucił od siebie te myśli. Niby po co
Katherine miałaby przed przyjściem do niego okadzać się szałwią – o ile to
w ogóle była szałwia? Może i miała Lilię za jakieś zło, może nawet uosobienie
najgorszych demonów historii, które wszyscy znali, ale coś takiego wydawało się
nieprawdopodobne.
Nie wierzysz mi,
stwierdziła, ale nie wydawała się zaskoczona. Myśl sobie, co tylko chcesz. Obiecałam ci opowiedzieć,
a nie zadbać o to, żebyś dostrzegł niebezpieczeństwo, skoro go
odrzucasz, żachnęła się. W takim razie uwierz mi przynajmniej w to, że Lilia jest
niebezpieczna. Wpuściliśmy pod swój dach zło w pięknej postaci. Już
w pierwszej chwili przynajmniej część z nas powinna się zorientować,
ale ona owinęła sobie wszystkich wokół palca. Pamiętam, że wtedy długo
rozmawiali: ona i Aaron. Gdybym miała wtedy coś do powiedzenia, ona na
pewno by tutaj nie została, powiedziała
z mocą. Wiem, że
często podszeptuje mu różne rzeczy. Nie chodzi o to, co widziałeś podczas
narad albo o to, że jest wredna względem Isabelli. Mam wrażenie, że odkąd
Lilia tutaj jest, to do niej należą wszelakie decyzje – a Aaron słucha się
jej. Słucha się jej od momentu, w którym stracił wzrok.
– Więc on nie…? – zaczął Ariel, ale Katherine ucieszyła go
spojrzeniem.
Oczywiście, że nie. Powiedz mi, ile niewidomych dzieci
księżyca spotkałeś w swoim życiu, co wilczy chłopcze? Wzrok stracił
później, ale ja mam wrażenie, że to ciągnie się znacznie dłużej, oznajmiła i z zaskoczeniem odkrył, że
w jej głosie pobrzmiewa już nie tylko gorycz, ale i wielka nienawiść.
A jednak kiedy odezwała się po chwili, zabrzmiała zaskakująco łagodnie. Victor nie żartował, kiedy powiedział, że pomiędzy tobą
a Aaronem istnieje podobieństwo… Och, nie patrz tak na mnie, Arielu, westchnęła, rzucając mu rozdrażnione spojrzenie. Vick zawsze miał ze mną lepszy kontakt, wyznała, a początkowo dużo rozmawialiśmy
o przeszłości. Nie zrozum mnie źle, ale niegdyś Aaron był słaby. Taki… Hm,
po prostu słaby.
Ariel uśmiechnął się bez wesołości.
– To znaczy co? – mruknął. – Taki jak ja?
Nie chciałam uznać tego w tak brutalny sposób, westchnęła Katherine. Chodzi mi o wygląd, o to… Wiesz dobrze, co
takiego cechuje dorosłe wilkołaki. To przemiana go odmieniła.
– Taa… Mnie już chyba to nie grozi – zauważył,
rozdrażniony. Świetnie, bo mało nasłuchał się wyrzutów Yves’a?
– Jesteś ludzki – stwierdziła z przekonaniem. – To
jest to, co powiedziałeś: człowieczeństwo w najpiękniejszym znaczeniu tego
słowa.
– Możliwe. Ale bycie człowiekiem raczej nie jest tym, co
w mojej obecnej sytuacji jest przydatne – stwierdził, nieświadomie
zaciskając dłonie w pięści.
Katherine rzuciła mu długie, nieprzeniknione spojrzenie.
– Więc jeśli nie człowieczeństwo, co takiego?
Nie odpowiedział jej, coraz bardziej oszołomiony. Co miała
na myśli? Znów nawiązywała do wampirów takich jak Isabeau? Jakie to miało
znaczenie albo co do tego wszystkiego miała Lilia?
Być może okaże się, że wkrótce to właśnie człowieczeństwo
będzie wszystkim, co nam pozostało,
odezwała się ponownie w moje głowie. To, co mówiła, już teraz przyprawiało
go o dreszcze, kiedy zaś tak nieoczekiwanie zmieniała sposób komunikowania
się… Ach, czy do czegoś takiego w ogóle można było się przyzwyczaić? Aaron bez wątpienia miał je w sobie, kiedy zakochał
się w wampirzycy.
– Co?! – „huknął”, prostując się niczym struna. Katherine
rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie, ale nie dbał o to, że ktoś usłyszy.
Poczuł się trochę tak, jakby poraził go piorun.
Zesztywniał, całkowicie oszołomiony, mając wrażenie, że coś pomylił albo że
Katherine to zrobiła – wszystko jedno. Tak czy inaczej, z jakiegoś powodu
nawet prawdopodobieństwo tego, że Lilia jest tą samą wilkołaczycą o której
tyle razy słyszał, wydawało mu się większe niż to, że Aaron…
Nie, nie i jeszcze raz nie. Gdyby tak było, jego
sytuacja stałaby się jeszcze bardziej bez sensu. Dlaczego ktoś, kto mógł go
rozumieć…? Dlaczego…?
Arielu… Tym razem głos Katherine zabrzmiał zaskakująco łagodnie,
niemal troskliwie. Pozwól mi wytłumaczyć, Arielu, powtórzyła, ale i tak wiedział, że nawet gdyby
odmówił i kazał jej zamilknąć, zrobiłaby swoje.
Jedynie na nią spojrzał, decydując się nie reagować.
Katherine wydała z siebie przeciągłe westchnienie. Nie zareagował również
wtedy, kiedy skinęła głową na miejsce u swojego boku. O nie, już na
pewno nie zamierzał pozwolić na to, by oszołomiła go swoją bliskością. Czuł coś
na pograniczu złości, poczucia zdrady i narastającej dezorientacji.
– Miałaś opowiedzieć mi. coś innego – wymamrotał
w końcu. – To nie ma nic do rzeczy – dodał.
Wręcz przeciwnie,
zaoponowała. To ma
ścisły związek z Lilią. Ma również związek z postępowaniem mojego
brata i tym, dlaczego chcę ci pomóc,
dodała z przekonaniem.
– Pomóc? – prychnął. – Katherine, sama przyznałaś się, że
jesteś tutaj tylko dlatego, że możesz na tym zyskać. Pamiętasz? – Dla lepszego
podkreślenia swoich słów, machnął ręką na której wciąż doskonale widoczna była
linia wykonanego nożem cięcia.
– Owszem. Aczkolwiek zysk nie wyklucza innych pobudek –
odparła z przekonaniem, wzruszając ramionami. – To twoja decyzja, wilczy
chłopcze. Mówię wszystko według własnego uznania albo nie powiem ci niczego.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– Więc wtedy mnie okłamiesz – oznajmił, ale wcale nie był
tego taki pewny.
– Czyżby? – Spojrzała na niego spod uniesionych brwi.
Potrząsnął głową, po czym znów zamilkł. Musiała się tego
spodziewać, bo kąciki jej ust drgnęły, ale ostatecznie się nie uśmiechnęła. To
była raczej ponura satysfakcja płynąca z przekonania, że miała
przynajmniej względny wpływ na sytuację – na dodatek naprawdę marnie
prezentującą się sytuację. Tak czy inaczej, wcale nie wydawała się z tego
zadowolona.
Mówiłam ci, Arielu, że od pojawienia się Lilii wiele się
zmieniło. Powiedziałam ci, że do niego szepce. Wcześniej też próbowała... Lucy
stała jej na drodze, dodała
i prychnęła cicho. Ja też tego nigdy nie rozumiałam – tego, żeby wilkołak
i wampirzyca… No wiesz, wszyscy wznosili oczy ku górze, rzucali wymowne
komentarze, ale sam najlepiej wiesz, że kogoś o pozycji takiej jak Aaron
obowiązują zasady inne niż nas, szaraczków,
ciągnęła, a on ledwo powstrzymał się od parsknięcia śmiechem. O, tak,
wiedział o tym aż nazbyt dobrze. Alessia też. Niespecjalnie przepadałam za Lucy, w zasadzie była mi
obojętna. Ale Lilia jej nie lubiła, najdelikatniej mówiąc. Nikt tak otwarcie
nie krytykował mojego brata, a ona nie dość, że z niego kpiła, nigdy
nie poniosła za to konsekwencji. Wierz mi, potyczki Lilii i Isabelli można
by uznać za iście przyjacielskie pogaduszki.
Katherine zamilkła i wyczuł, że przechodzi do
najtrudniejszego momentu. Na ułamek sekundy spojrzał jej w oczy, ale nie
dostrzegł w nich niczego – myślami była gdzieś daleko, może nawet
dziesięciolecia wstecz.
To była tylko jedna noc, Arielu. Przypadek, podobno to, co
musiało się stać, skoro ktoś próbował aż do tego stopnia ingerować przed
wiekami prawa. Wampiry i wilkołaki… Pokręciła głową, a potem spojrzała na niego
w nader przytomny sposób. Ale ja wiem, że tamtej nocy to była ona. Odebrała mu Lucy.
Odebrała mu wzrok. Czy teraz rozumiesz, dlaczego mówię, że tutaj jest
niebezpiecznie?
Ariel i Katherine złożyli
OdpowiedzUsuńprzysięgę krwi. Nie dziwię się, że Ariel powołał się na matkę, a nie na
ojca, jak Katherine... Ja na jego miejscu zrobiłabym tak samo -.- Skoro
ona ma pewność, że Ariel jej nie oszuka, to niech mu to, co on chce
wiedzieć...
A tak swoją drogą, to nie spodziewałam się po Lilii tego, że będzie
manipulowała Aaronem... Choć ona od zawsze była jakaś dziwna, ogólnie
mówiąc...
Czekam na nn :)
Pozdrawiam i do napisania ;3
lilka24