16 lipca 2014

Sto pięćdziesiąt osiem

Ariel
To przypominało coś z pogranicza niemożliwego albo przynajmniej szalonego. Teoretycznie żadna z tych rzeczy nie powinna była dziwić kogoś, kto sam w sobie był zaprzeczeniem ustalonych przez ludzi zasad, ale mimo wszystko… Cóż, nadmiar informacji zaczynał go przytłaczać, jakby mało było tego, że wciąż nie był pewien, czy może komuś takiemu jak Katherine ufać.
Ariel powoli wypuścił powietrze z płuc. Spojrzenia jego i nachylonej w jego stronę dziewczyny się spotkały, a jemu z niezrozumiałych powodów serce momentalnie przyśpieszyło biegu, zdradziecko ukazując wszystkie te sprzeczne ze sobą emocje, których w żaden sposób nie potrafić okiełzać. Nie, nie chodziło o samą Katherine – chociaż i ta bez wątpienia była piękna, a on był jedynie słabym przedstawicielem „brzydkiej” płci. Przywykł do obracania się w kręgach niezwykle urodziwych kobiet, bo to w przypadku większości nieśmiertelnych stanowiło swego rodzaju normę, więc i coś najzupełniej naturalnego, co nie szokowało go aż do tego stopnia, co zwyczajnych śmiertelników. A jednak w Katherine było coś wyjątkowego, nie tylko związanego z tym, że była jedną z pierwszych i nielicznych przedstawicielek jego razy, którą spotkał.
Ta nagła bliskość wprawiła go w konsternację. Kobieta jakby to wyczuła, bo zaśmiała się w sposób, który mógłby uznać za uwodzicielski, gdyby nie poważny wyraz jej twarzy i kpina w tych niezdecydowanych oczach. Czuł jej zapach, podobnie jak i muśnięcie ciemnych włosów, które musnęły jego policzek, kiedy Katherine nachyliła się jeszcze bliżej, tak blisko, że gdyby tylko miała takie życzenie, mogłaby go pocałować. I był dziwnie pewny tego, że gdyby się na to zdecydowała, pozwoliłby jej, całkowicie niezdolny wyrwać się spod tego dziwnego czaru, który rzuciła na niego samą tylko bliskością i tym mentalnym głosem, który raz po raz rozbrzmiewał w jego głosie, kiedy opowiadała mu swoją historię.
– Wy, mężczyźni, jesteście tak bardzo przewidywalni – westchnęła jakby z lekkim rozczarowaniem.
Aż wzdrygnął się, słysząc jej zwykły melodyjny sopran, tym razem równie prawdziwy, co i jego głos, a nie przepełniona mocą myśl, którą z łatwością mogła zaszczepić w jego umyśle. Zamrugał pośpiesznie, próbując doprowadzić się do porządku, co było o tyle trudne, że Katherine wciąż znajdowała się niebezpiecznie blisko, dosłownie na wyciągnięcie ręki.
– Katherine… – zaczął, chociaż sam nie był pewien, co takiego chciał jej powiedzieć i co zamierzał w ten sposób osiągnąć.
– Wiem, co takiego chcesz powiedzieć – przerwała mu. Świetnie, więc może mi powiesz?, pomyślał w lekkim oszołomieniu, ale nie wypowiedział tych słów na głos, tylko po prostu gapił się na nią jak ten wół na malowane wrota, próbując wyglądać chociaż odrobinę inteligentniej niż się czuł. – Opowiem ci więcej, ale tylko pod pewnymi warunkami.
Znów zamrugał, ale tym razem pomogło i w końcu zdołał skoncentrować się na tym, co takiego musiała mieć na myśli. Ach, to wydawało się oczywiste. Sytuacja w Lille. Lilia. To, co takiego działo się w twierdzy, ale też w Mieście Nocy – a przynajmniej Katherine twierdziła, że cokolwiek było na rzeczy.
– Obiecuję ci – powiedział natychmiast. Jego głos zabrzmiał pewniej i bardziej niecierpliwie niż w rzeczywistości czuł.
Katherine znów się zaśmiała i tym razem była to czysta kpina. Zerwała się z gracją i prędkością godną niejednej wampirzycy, a on przynajmniej częściowo odetchnął, tak wielkie wrażenie wywoływała na nim ta istota.
– Arielu, czy naprawdę sądzisz, że zadowolą mnie puste słowa? – zapytała, a jej brwi powędrowały ku górze. Znów tylko na nią patrzył, więc ostatecznie westchnęła; kąciki jej ust nieznacznie powędrowały ku górze. – Zrób to tak, jak należy.
– To znaczy… mam przysiąc na krew? – upewnił się, choć to w istocie wydawało się oczywiste.
– Widzisz w tym jakikolwiek problem?
Teoretycznie nie miało to żadnego znaczenia, skoro nie zamierzał jej oszukać… Z drugiej jednak strony, przysięga krwi zobowiązywała, a w świecie nieśmiertelnych staniała prawdziwą świętość. Nie istniało nic bardziej zobowiązującego, a przynajmniej tak zawsze słyszał. Co prawda nie wiedział, czy złamanie takiej właśnie przysięgi ciągnęło za sobą jakieś poważniejsze konsekwencji, ale z jakiegoś powodu jak do tej pory nikt przyrzeczenia nie złamał, przynajmniej nie celowo.
Westchnął, po czym pokręcił głową.
– Nie – powiedział w końcu. W końcu pół-wampiry przelewały swoją krew przy każdej nadarzającej się okazji, prawda? – Ale ty też musisz mi obiecać.
– Hm… – Spojrzała na niego w nieprzenikniony sposób, aż naszła go niepokojąca myśl o tym, że właśnie przesadził, a ona znów go wyśmieje i się nie zgodzi. Tym bardziej zaskoczył go jej pełen aprobaty pomruk. – To już coś. Szybko się uczysz.
Ona również była szybka, co udowodniła kolejnym prawie niezauważalnym ruchem. Poczuł się co najmniej niezręcznie, kiedy sięgnęła pod suknię, a przed oczami mignął mu fragment koronkowej hali, którą miała pod spodem (do diabła, chyba powinien zacząć dziękować losowi za to, że nie było z nim Alessi; tak swoją drogą, co te dziewczyny miały z tym rozbieraniem się w najmniej oczekiwanych momentach?), zaraz też zmieszał się, kiedy okazało się, że do jej kształtnego biodra starannie przymocowana została niewielka pochwa z której wyciągnęła misternie zdobione, posrebrzane ostrze. Nie miał pojęcia, co takiego wyrażała jego mina, ale z jakiegoś powodu spojrzenie Katherine stwardniało. „Kobieta powinna być przygotowana na wszystko” – wydawała się przekazywać samym tylko wzrokiem, co również nie powinno go dziwić, zwłaszcza w obliczu tego, co już zdążyła mu o sobie powiedzieć.
Katherine na ułamek sekundy przymknęła oczy, być może nasłuchując. Sam również spróbował się skoncentrować, ale pomijając rytmiczne bicia ich serca i oddechy, nie wychwycił niczego, co mógłby uznać za niebezpieczne. To musiało jej wystarczyć, bo po chwili uniosła powieki i w zamyśleniu pokiwała głową, a jednak w momencie, w którym się odezwała, jej głos po raz kolejny odezwał się w jego umyśle.
Ja, Katherine z Lille, potomkini mego ojca i spadkobierczyni tego, co pozostawił mnie i moim braciom po śmierci, oznajmiła z powagą, przybliżając ostrze do linii życia na swojej lewej dłoni, przysięgam powiedzieć ci wszystko to, co pomoże ci ochronić siebie i tych, którzy są dla ciebie ważni. Krwią przypieczętowane.
Wraz z ostatnimi słowami, szybkim stanowczym ruchem przeciągnęła ostrzem po skórze, aż popłynęła krew. Kilka rubinowych kropel poznaczyło jej cerę, ostatecznie skapując na kamienną posadzkę u jej stóp. Telepatia wydawała się wzmacniać jej słowa, dodając im energii, a także czyniąc je bardziej ostatecznymi i misternymi. Nawet gdyby nie chciał, po czymś takim nie potrafił jej nie uwierzyć. Co prawda nie powiedziała wprost, że wyjaśni mu, co powinien zrobić, żeby powstrzymać przemianę Alessi, ale pozostawało mu tylko wierzyć, że ma szczere intencje.
Katherine gwałtownie zacisnęła dłoń w pięść, by powstrzymać krwawienie. Bez słowa wyciągnęła ostrze w jego stronę, a on przyjął je bez wahania, jednocześnie wstając i próbując naśladować wszystkie jej ruchy. Nie miał pojęcia, co takiego robiła, żeby przekazywać mu swoje myśli, ale z jakiegoś powodu wierzył w to, że powinien postąpić tak jak ona i nie wypowiadać słów na głos. Skoro potrafiła przekazywać myśli, mogła również przynajmniej częściowo je odczytywać, sama zresztą całkiem niedawno stwierdziła, że ściany mają uszy.
Ja, Ariel…, zaczął i zawahał się. Dobra bogini, jak bardzo idiotyczne to się wydawało! Miał teraz dodać jakiś fragment o ojcu albo rodzinie? Chwalenie się Yves’em w sytuacji, w której go nienawidził, nie było raczej czymś, co zamierzał zamieścić w czymś tak poważnym jak wiążąca przysięga krwi.
Pokręcił nieznacznie głową, po czym zdecydował się zacząć raz jeszcze.
Ja, Ariel, potomek krwi mej ludzkiej matki, człowieka w najpiękniejszym znaczeniu tego słowa, pomyślał z mocną, bo to wydało się nagle aż nadto właściwe i na miejscu, przysięgam, że w podzięce za twoją pomoc, jestem winien ci przysługę, którą odbierzesz według własnego uznania…
W czasie i miejscu, które uznam za słuszne, wtrąciła Katherine. Więc jednak mogła go słyszeć.
… w czasie i miejscu, które uznasz za słuszne, powtórzył usłużnie. Krwią przypieczętowane.
Nie dając sobie czasu na chociażby chwilę zwątpienia, rozciął sobie dłoń, umyślnie nie spoglądając w stronę nacięć, które zawdzięczał ojcu i jego… przyjaciołom. Srebro zapiekło, ale zignorował to, podobnie jak i instynktowne pragnienie, żeby odsunąć się od czegokolwiek, co mogłoby zawierać przynajmniej śladowe ilości tego kruszcu. Oczywiście, srebro było dla takich jak on szkodliwe, a nawet śmiertelne, potrzeba było jednak czegoś więcej niż drobne nacięcie, żeby przynajmniej unieszkodliwić wilkołaka, nawet młodego.
Bez słowa oddał Katherine nóż. Odrzuciła go na bok, w żaden sposób nie okazując tego, czy jest choć w niewielkim stopniu usatysfakcjonowana tym, co się wydarzyło. W zasadzie jej twarz nie wyrażała niczego, co jednak nie znaczyło, że nie czuła – po prostu nabrała wprawy w ukrywaniu emocji. To było co najmniej irytujące, co jednak mógł poradzić na to, że wydawała się być jego jedyną sojuszniczką? Zważywszy na to, że jako perspektywę miał bezczynne siedzenie i czekanie na cud, wszystko wydawało się być lepsze.
– Teraz mi opowiedz – poprosił cicho, ale i tak go usłyszała. Co się tutaj dzieje?, dodał, mając nadzieję, że nadal penetrowała jego umysł.
Przecież wiesz, usłyszał w odpowiedzi i w równym stopniu go to zdenerwowało, co i wstrząsnęło. Znów miał zgadywać? Odkąd powróciła Lilia, wszystko się zmieniło. Twierdza raz na zawsze przestała być bezpieczna… Ale żadne z nas bardzo długo nie chciało przyjąć tego do wiadomości. W zasadzie sądzę, że jako jedyna się na to odważyłam, przyznała i nagle wydała mu się bardzo młoda, zmartwiona i pokonana.
Spojrzał na nią niepewnie, aż się wzdrygnęła i z wyższością uniosła głowę. Wrażenie słabości zniknęło, a Katherine opadła na kanapę, zakładając nogę na nogę i odzyskując wcześniejszą maskę opanowania i obojętności.
Zaczęło się niewinnie, kiedy się pojawiła. Sprawiała wrażenie kogoś takiego jak my, kolejne dziecko księżyca, które przybyło do Lille w swoich sprawach… Och, bo chyba nie sądziłeś, że od początku byliśmy tacy odizolowani, prawda? Zmarszczyła brwi, słusznie podejrzewając, czego powinna oczekiwać w odpowiedzi. Jej brwi powędrowały ku górze, kiedy po raz kolejny spojrzał na niego surowo, może z odrobiną kpiny. Więc wiedz, że tak nie było. To zmieniło się na przestrzeni ostatniego wieku, właśnie wtedy, kiedy w naszych progach pojawiła się Lilia. Chyba już wtedy wyczułam, że coś jest z nią nie tak. Zawsze miałam wyjątkowo rozwiniętą intuicje, a przynajmniej tak sądzę. Z Lilii z kolei biły chłód i coś, czego do tej pory nie potrafię opisać… Okrucieństwo? Potęga? Mistycyzm? Nazwij to jak chcesz.
Przeszył go nieprzyjemny dreszcz, kiedy uprzytomnił sobie, że w istocie zdaje sobie sprawę z tego, co miała na myśli. On również to czuł, choć wcześniej zakładał, że to po prostu aura tego miejsca. A jednak kiedy głębiej się nad tym zastanowił…
Jej imię. Wiem, wilczy chłopcze, że je poznałeś, usłyszał i tym razem odniósł wrażenie, iż sytuacja zaczyna go przerastać.
– Nie…
Ależ dlaczego nie? Czy również ty będziesz jednym z tych niedowiarków, którym wygodniej odsuną prawdę niż pogodzić się, obojętnie jak wydawałoby się to nieprawdopodobne?, zdenerwowała się. Tym razem jej głos zabrzmiał oschle, niemal lodowato. Ty i ja, Arielu, jesteśmy nieśmiertelni. To też według ludzi powinno być niemożliwe. W ludzkich podaniach, spuściźnie twojej matki, istoty tak jak my, pojawiają się wyłącznie w bajkach. Strach ogranicza, ale tylko wtedy, jeśli mu się poddać… A ty nie przywykłeś się poddawać. Lilia z kolei przewija się również w dziennikach mego ojca, nie tylko w historiach o Isobel i „śmiertelnym kwartecie”.
Urwała, jakby opowiadanie tego wszystkiego z jakiegoś powodu sprawiało jej trudność. Kiedy się poruszyła, znów doszedł go jej specyficzny, oszałamiający zapach, jakże podobny do jego własnego, choć dopiero teraz uprzytomnił sobie jeszcze jedną nutę, która wydała mu się z jakiegoś powodu znajoma. Delikatna, bardziej roślinna niż piżmowa, jak jakiś kwiat albo roślina. Jak…
Jak szałwia? Sprzed lat pamiętał, że Isabeau czasami pachniała szałwią i to jeszcze zanim zdecydowała się wrócić do społeczności, a więc kiedy razem ukrywali się w lesie. Kiedyś chyba nawet wspominała mu, że rośliny mają różne właściwości, zależnie od tego, czy przyrządzało się z nich opary, olejki czy może je się paliło. A szałwia… Nie miał pewności, ale właśnie opary szałwii – białej szałwii – wykorzystywane były do oczyszczenia atmosfery, do odpędzenia złych mocy.
Pośpiesznie odrzucił od siebie te myśli. Niby po co Katherine miałaby przed przyjściem do niego okadzać się szałwią – o ile to w ogóle była szałwia? Może i miała Lilię za jakieś zło, może nawet uosobienie najgorszych demonów historii, które wszyscy znali, ale coś takiego wydawało się nieprawdopodobne.
Nie wierzysz mi, stwierdziła, ale nie wydawała się zaskoczona. Myśl sobie, co tylko chcesz. Obiecałam ci opowiedzieć, a nie zadbać o to, żebyś dostrzegł niebezpieczeństwo, skoro go odrzucasz, żachnęła się. W takim razie uwierz mi przynajmniej w to, że Lilia jest niebezpieczna. Wpuściliśmy pod swój dach zło w pięknej postaci. Już w pierwszej chwili przynajmniej część z nas powinna się zorientować, ale ona owinęła sobie wszystkich wokół palca. Pamiętam, że wtedy długo rozmawiali: ona i Aaron. Gdybym miała wtedy coś do powiedzenia, ona na pewno by tutaj nie została, powiedziała z mocą. Wiem, że często podszeptuje mu różne rzeczy. Nie chodzi o to, co widziałeś podczas narad albo o to, że jest wredna względem Isabelli. Mam wrażenie, że odkąd Lilia tutaj jest, to do niej należą wszelakie decyzje – a Aaron słucha się jej. Słucha się jej od momentu, w którym stracił wzrok.
– Więc on nie…? – zaczął Ariel, ale Katherine ucieszyła go spojrzeniem.
Oczywiście, że nie. Powiedz mi, ile niewidomych dzieci księżyca spotkałeś w swoim życiu, co wilczy chłopcze? Wzrok stracił później, ale ja mam wrażenie, że to ciągnie się znacznie dłużej, oznajmiła i z zaskoczeniem odkrył, że w jej głosie pobrzmiewa już nie tylko gorycz, ale i wielka nienawiść. A jednak kiedy odezwała się po chwili, zabrzmiała zaskakująco łagodnie. Victor nie żartował, kiedy powiedział, że pomiędzy tobą a Aaronem istnieje podobieństwo… Och, nie patrz tak na mnie, Arielu, westchnęła, rzucając mu rozdrażnione spojrzenie. Vick zawsze miał ze mną lepszy kontakt, wyznała, a początkowo dużo rozmawialiśmy o przeszłości. Nie zrozum mnie źle, ale niegdyś Aaron był słaby. Taki… Hm, po prostu słaby.
Ariel uśmiechnął się bez wesołości.
– To znaczy co? – mruknął. – Taki jak ja?
Nie chciałam uznać tego w tak brutalny sposób, westchnęła Katherine. Chodzi mi o wygląd, o to… Wiesz dobrze, co takiego cechuje dorosłe wilkołaki. To przemiana go odmieniła.
– Taa… Mnie już chyba to nie grozi – zauważył, rozdrażniony. Świetnie, bo mało nasłuchał się wyrzutów Yves’a?
– Jesteś ludzki – stwierdziła z przekonaniem. – To jest to, co powiedziałeś: człowieczeństwo w najpiękniejszym znaczeniu tego słowa.
– Możliwe. Ale bycie człowiekiem raczej nie jest tym, co w mojej obecnej sytuacji jest przydatne – stwierdził, nieświadomie zaciskając dłonie w pięści.
Katherine rzuciła mu długie, nieprzeniknione spojrzenie.
– Więc jeśli nie człowieczeństwo, co takiego?
Nie odpowiedział jej, coraz bardziej oszołomiony. Co miała na myśli? Znów nawiązywała do wampirów takich jak Isabeau? Jakie to miało znaczenie albo co do tego wszystkiego miała Lilia?
Być może okaże się, że wkrótce to właśnie człowieczeństwo będzie wszystkim, co nam pozostało, odezwała się ponownie w moje głowie. To, co mówiła, już teraz przyprawiało go o dreszcze, kiedy zaś tak nieoczekiwanie zmieniała sposób komunikowania się… Ach, czy do czegoś takiego w ogóle można było się przyzwyczaić? Aaron bez wątpienia miał je w sobie, kiedy zakochał się w wampirzycy.
– Co?! – „huknął”, prostując się niczym struna. Katherine rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie, ale nie dbał o to, że ktoś usłyszy.
Poczuł się trochę tak, jakby poraził go piorun. Zesztywniał, całkowicie oszołomiony, mając wrażenie, że coś pomylił albo że Katherine to zrobiła – wszystko jedno. Tak czy inaczej, z jakiegoś powodu nawet prawdopodobieństwo tego, że Lilia jest tą samą wilkołaczycą o której tyle razy słyszał, wydawało mu się większe niż to, że Aaron…
Nie, nie i jeszcze raz nie. Gdyby tak było, jego sytuacja stałaby się jeszcze bardziej bez sensu. Dlaczego ktoś, kto mógł go rozumieć…? Dlaczego…?
Arielu… Tym razem głos Katherine zabrzmiał zaskakująco łagodnie, niemal troskliwie. Pozwól mi wytłumaczyć, Arielu, powtórzyła, ale i tak wiedział, że nawet gdyby odmówił i kazał jej zamilknąć, zrobiłaby swoje.
Jedynie na nią spojrzał, decydując się nie reagować. Katherine wydała z siebie przeciągłe westchnienie. Nie zareagował również wtedy, kiedy skinęła głową na miejsce u swojego boku. O nie, już na pewno nie zamierzał pozwolić na to, by oszołomiła go swoją bliskością. Czuł coś na pograniczu złości, poczucia zdrady i narastającej dezorientacji.
– Miałaś opowiedzieć mi. coś innego – wymamrotał w końcu. – To nie ma nic do rzeczy – dodał.
Wręcz przeciwnie, zaoponowała. To ma ścisły związek z Lilią. Ma również związek z postępowaniem mojego brata i tym, dlaczego chcę ci pomóc, dodała z przekonaniem.
– Pomóc? – prychnął. – Katherine, sama przyznałaś się, że jesteś tutaj tylko dlatego, że możesz na tym zyskać. Pamiętasz? – Dla lepszego podkreślenia swoich słów, machnął ręką na której wciąż doskonale widoczna była linia wykonanego nożem cięcia.
– Owszem. Aczkolwiek zysk nie wyklucza innych pobudek – odparła z przekonaniem, wzruszając ramionami. – To twoja decyzja, wilczy chłopcze. Mówię wszystko według własnego uznania albo nie powiem ci niczego.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– Więc wtedy mnie okłamiesz – oznajmił, ale wcale nie był tego taki pewny.
– Czyżby? – Spojrzała na niego spod uniesionych brwi.
Potrząsnął głową, po czym znów zamilkł. Musiała się tego spodziewać, bo kąciki jej ust drgnęły, ale ostatecznie się nie uśmiechnęła. To była raczej ponura satysfakcja płynąca z przekonania, że miała przynajmniej względny wpływ na sytuację – na dodatek naprawdę marnie prezentującą się sytuację. Tak czy inaczej, wcale nie wydawała się z tego zadowolona.
Mówiłam ci, Arielu, że od pojawienia się Lilii wiele się zmieniło. Powiedziałam ci, że do niego szepce. Wcześniej też próbowała... Lucy stała jej na drodze, dodała i prychnęła cicho. Ja też tego nigdy nie rozumiałam – tego, żeby wilkołak i wampirzyca… No wiesz, wszyscy wznosili oczy ku górze, rzucali wymowne komentarze, ale sam najlepiej wiesz, że kogoś o pozycji takiej jak Aaron obowiązują zasady inne niż nas, szaraczków, ciągnęła, a on ledwo powstrzymał się od parsknięcia śmiechem. O, tak, wiedział o tym aż nazbyt dobrze. Alessia też. Niespecjalnie przepadałam za Lucy, w zasadzie była mi obojętna. Ale Lilia jej nie lubiła, najdelikatniej mówiąc. Nikt tak otwarcie nie krytykował mojego brata, a ona nie dość, że z niego kpiła, nigdy nie poniosła za to konsekwencji. Wierz mi, potyczki Lilii i Isabelli można by uznać za iście przyjacielskie pogaduszki.
Katherine zamilkła i wyczuł, że przechodzi do najtrudniejszego momentu. Na ułamek sekundy spojrzał jej w oczy, ale nie dostrzegł w nich niczego – myślami była gdzieś daleko, może nawet dziesięciolecia wstecz.
To była tylko jedna noc, Arielu. Przypadek, podobno to, co musiało się stać, skoro ktoś próbował aż do tego stopnia ingerować przed wiekami prawa. Wampiry i wilkołaki… Pokręciła głową, a potem spojrzała na niego w nader przytomny sposób. Ale ja wiem, że tamtej nocy to była ona. Odebrała mu Lucy. Odebrała mu wzrok. Czy teraz rozumiesz, dlaczego mówię, że tutaj jest niebezpiecznie?

1 komentarz:

  1. Ariel i Katherine złożyli
    przysięgę krwi. Nie dziwię się, że Ariel powołał się na matkę, a nie na
    ojca, jak Katherine... Ja na jego miejscu zrobiłabym tak samo -.- Skoro
    ona ma pewność, że Ariel jej nie oszuka, to niech mu to, co on chce
    wiedzieć...
    A tak swoją drogą, to nie spodziewałam się po Lilii tego, że będzie
    manipulowała Aaronem... Choć ona od zawsze była jakaś dziwna, ogólnie
    mówiąc...
    Czekam na nn :)
    Pozdrawiam i do napisania ;3
    lilka24

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa