13 czerwca 2014

Sto trzydzieści osiem

Layla
Tak bardzo zmęczona…
Wszystko działo się jakby poza nią, dziwnie odległe i nie mające żadnego związku z tym, co mogła uznać za rzeczywistość. Miała wrażenie, ze jest gdzieś daleko, oddzielona od wszystkiego solidną, stojącą na jej drodze ścianą albo taflą szkła. Chciała się obudzić, otworzyć oczy i jakoś wytrać ułudzie, ale ciemność wydawała się protestować, ciągnąć ją w dół, w kierunku przeciwnym do tego, gdzie mogło znajdować się światło. Mrok jest lepszy, wydawało się mówić i nie mogła temu zaprzeczyć, a jednak jakaś cząstka jej podświadomości obstawała przy tym, żeby protestować i walczyć, bo powinna była to zrobić.
Chciała się obudzić, ale to było trudne, a oba nie potrafiła zmusić się do zrobienia czegokolwiek, co było słuszne – a przynajmniej wydawało jej się, że jest. Dlaczego niby miała się tak wysilać? Była zmęczona, poza tym miała wrażenie, że znajduje się w samym środku szalejącego pożaru, ale nie widziała powodu, dla którego miałaby się tego obawiać. Temperatura rosła, sięgając poziomu, który kogoś bez wątpienia mógłby przerazić, ale jej wydawał się naturalny, bo i dlaczego miałaby mieć coś przeciwko płomieni? Jej żywioł był przy niej; czuła ciepło ognia i to przynosiło jej ukojenie, którego tak bardzo potrzebowała, a na które nie miała co liczyć w ostatnim czasie. Ogień był gwarantem ciepła, bezpieczeństwa i stabilności, czyli wszystkiego tego, czego potrzebowała, a co nie było jej dane w ostatnim czasie.
Jedynym, co jej ciążyło, była niemożność złapania oddechu. Duchota stanowiła coraz bardziej wymagające doświadczenie i chociaż starała się ignorować to, co zawadzało jej wymęczonemu ciału, nie była w stanie dokonać tego w tak prosty sposób. Nie mogła oddychać, a to nie było normalne, podobnie jak i całkowity brak kontroli nad własnym ciałem. Nawet to ciepło, które początkowo uznała za dobre, zaczęło wydawać jej się podejrzane, a z czasem i nieprzyjemne, chociaż nie potrafiła stwierdzić, dlaczego tak jest.
Ach, czy ona znów śniła? To był kolejny koszmar, jakże różny od jej zwykłych snów, ale dzięki temu bardziej niepokojący, skoro nie była w stanie przewidzieć, czego powinna oczekiwać. Wiedziała to, a przynajmniej próbowała przekonać samą siebie do tego, że tak jest w istocie, ale wciąż towarzyszyły jej niejasne wrażenie tego, że coś jej umyka. Umęczony umysł podsuwał obrazy i bodźce, których wcale nie chciała, a które przede wszystkim sprowadzały się do jej wcześniejszych snów i tego wszystkiego, co miało jakikolwiek związek z utratą dziecka oraz kłótnią z Rufusem. To znowu się działo, a jej ciało odwracało się przeciwko niej, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że umysł nie dręczy jej wystarczająco i należy zrobić coś, żeby wyrównać proporce. Tym bardziej zapragnęła się obudzić, póki jeszcze była do tego zdolna, ale to było niczym walka z wiatrakami albo próba dyskusji z jakikolwiek martwym przedmiotem – po prostu mijało się z celem.
Dlaczego to wciąż się działo? Była już zmęczona udawaniem, tymi sprzecznymi emocjami, a zwłaszcza żalem, który towarzyszył jej na każdym kroku, nawet wtedy, kiedy była wręcz skłonna uwierzyć w to, że udało jej się od niego odciąć. Jak przez mgłę, ale pamiętała udrękę, której doświadczyła przed zaśnięciem. Znowu zrobiło jej się niedobrze, ale tym razem nie była zdolna nawet do tego, by spróbować zerwać się na równe nogi i ruszyć do łazienki. Potrzebowała tlenu, czegokolwiek, ale… No właśnie. To nie nadchodziło, podobnie jak i spokój, chociaż w możliwość zaznania tego drugiego zwątpiła już dawno, kiedy tylko jasnym się stało, że ostrzeżenia tego, którego kochała, a który zawiódł ją równie mocno, co i ona jego, są prawdziwe.
Layla…
Musiała utracić na moment kontakt z rzeczywistością, bo nagle wszelakie bodźce i myśli zniknęły, pomijając cichy głos, który dochodził jakby z oddali. Z ledwością rozpoznawała kolejne słowa, będąc w stanie uchwycić się zaledwie jednego z nich i to tylko dlatego, że to było jej imię – a przynajmniej tak jej się wydawało. Poza tym znała ten głos! Była absolutnie pewna, że jest znajomy i że już go kiedyś słyszała, ale kojarzenie faktów przychodziło z trudem, a ona czuła się zbyt zmęczona i otępiała, żeby być w stanie zmusić swój umysł do jakiegokolwiek wysiłku.
Z drugiej strony… Może powinna. Nie rozumiała tego, ale z jakiegoś powodu własna nieporadność nie tyle ją irytowała, co wręcz doprowadzała do szaleństwa. Nie wiedziała skąd ta pewność, ale instynkt podpowiadał jej, że ktoś byłby bardzo rozczarowany tym, iż nie wykorzystywała swojego umysłu. Zbyt zmęczona, żeby myśleć? Ach, dobre sobie. Marna wymówka, przynajmniej zdaniem tej jednej osoby, która jak nic by ją wyśmiała, wręcz urażona możliwością takiej odpowiedzi. Ta jedna osoba nie zrozumiałaby, a później nie tyle by nią potrząsnęła, co wręcz drwiną zmusiła do tego, żeby się postarać albo…
Layla!
Wzdrygnęła się, jakby rażona prądem, wyczuwając gniewną nutę w głosie, który słyszała. Teraz nie miała już wątpliwości, że coś słyszy i że ten głos jest znajomy. Spróbowała zaprotestować, ale nawet jeśli jej się to udało, zdobyła się co najwyżej na pełen niezadowolenia jęk albo machnięcie ręką, chociaż ta wydawała się ciężka i obca, jakby nie należała do niej. Czy ta piekielna istota naprawdę nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo ona czuła się zmęczona? Co więcej, mimo wszechogarniającego otępienia, czuła się wystarczająco przytomna, by przypomnieć sobie, że zakłócającej jej sen osoby wcale nie powinno tutaj być.
Ta osoba… Przecież ją zostawił, nie chciał jej. Zraniła go, więc została sama, dlatego nie rozumiała, dlaczego On miałby tutaj teraz być. To musiało być efektem jej wyobraźni albo jakimś głupim żartem; sposobem w jaki jej wyobraźnia usiłowała uprzykrzyć jej życie, jakby już i tak w ostatnim czasie nie męczyła się wystarczająco.
Ktoś ją dotykał, a przynajmniej takie miała wrażenie. Nie była pewna, czy to nie jedynie efekt jej wyobraźni, ale to już nie miało żadnego znaczenia. Ogień wciąż szalał, otaczając ją swoim przyjemnym ciepłem i odcinając od wszystkiego, co mogłoby jej zagrażać. W którymś momencie całkiem straciła poczucie rzeczywistości i siebie samej, w końcu odcinając się nie tylko od własnego ciała, ale również od tego cichego, naglącego głosu. Nic nie czuła, co najwyżej wszechogarniające gorąco, ale to było dobre, a przynajmniej zdecydowanie lepsze od tych przykrych emocji i objawów, które w normalnym wypadku napawałyby ją radością, ale w obecnej sytuacji stanowiły co najwyżej idealny dowód na to, że była bliska popadnięcia w szaleństwo. Skoro za perspektywę miała kolejną samotną noc oraz wrażenie tego, że w jej wnętrzu wciąż coś jest – że istnieje tam utracone przed tygodniami (czy naprawdę minęło tak mało czasu?) – lepsza była błoga nieświadomość oraz bezpieczeństwo, które zapewniał jej ogień.
O tak. Teraz jeszcze wystarczy się poddać, szepnął jakiś cichy głosik w jej głowie. Być może powinna być przerażona obecnością jakichkolwiek obcych słów w swoim umyśle, ale przecież była telepatką, to zresztą nie wdawało się być niczym ponad podszepty jej własnej intuicji. Przecież nie stanie ci się nic złego. Wręcz przeciwnie – jeśli podążysz w mrok, jedynie na tym zyskasz. Śmierć jest odrodzeniem, czyż nie Laylo?
Śmierć… Czy ona umierała? Powinna się bać, ale wcale tak nie było, a przynajmniej nie odczuwała strachu jakoś specjalnie intensywnie. Przecież wiedziała kim jest i chyba nawet przeczuwała, że to może w którymś momencie nastąpić. Tak właśnie to działało, że śmierć wyciągała ramiona po takie istoty jak ona, żeby zapewnić im coś więcej, czego przecież powinni pragnąć. Isabeau wróciła i teraz była silniejsza, podobnie jak i te dzieciaki, które wciąż traktowały ją nie tylko jako swoją kapłankę, ale wręcz stworzycielkę. Taka była kolej rzeczy, a skoro z jakiegoś powodu teraz przyszła kolej na nią, chyba powinna się z tego cieszyć, prawda?
Właściwie… Dlaczego nie? Chyba miała jakiś dobry powód, żeby przez te wszystkie lata nie rozważać ani samobójstwa, ani jakiegokolwiek innego kroku, który popchnąłby jej przemianę dalej, ale teraz za żadne skarby nie potrafiła sobie go przypomnieć.
Chodziło o kogoś – i o jakieś pragnienie, którego jako wampirzyca już nigdy nie byłaby w stanie zaspokoić.
Chodziło o…
Pustka w głowie doprowadzała ją do szaleństwa. Czuła, jak powoli opada z sił, obojętna i zbyt wycieńczona, żeby próbować nadal walczyć. Ciemność i spokój wydawały się doskonałą perspektywą, zwłaszcza teraz, kiedy tak bardzo pragnęła ukojenia i…
Ból pojawił się nagle i całkiem wytrącił ją z równowagi. Krzyknęła, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk. Porażona cierpieniem, które dopiero po dłuższej chwili zinterpretowała jako przenikliwe zimno, jakimś cudem odnalazła swoje ciało i szarpnęła się, coraz bardziej spanikowana. Czuła nacisk na ramionach, napierający ze wszystkich stron lodowaty ziąb oraz coś rzadkiego, co wdarło się do jej gardła, napierając prawie do płuc. Poderwała się gwałtownie, próbując walczyć i kaszląc, tym bardziej, że umysł podświadomie zinterpretował nieprzyjemne doświadczenie jako tonięcie – była w wodzie i właśnie się topiła, nie po raz pierwszy. To odkrycie ją poraziło, niemal brutalnie sprowadzając do rzeczywistości i przynosząc ze sobą cały natłok wspomnień sprzed lat, przede wszystkich tych związanych z wodą, podwodną jaskinią oraz… Dylanem.
Dylan nie żył…
Nie, on próbował się na niej mścić!
Całym jej ciałem wstrząsnął dreszcz i chociaż wciąż próbowała walczyć z trzymającymi ją dłońmi, poczuła się zbyt zmęczona i słaba, żeby być do tego zdolną. Gorączkowo rozglądała się dookoła, plując wodą i bezskutecznie próbując skupić wzrok na czymkolwiek. Wszystko wokół wydawało się odległe i zamazane, ale przynajmniej zdołała wydrzeć się z tej wszechogarniającej ciemności, nagle boleśnie świadoma wszystkiego, co działo się wokół niej.
Już wcześniej ktoś przy niej był. Ktoś ją dotykał, mówił do niej, próbował wybudzić…
Ktoś, kogo przecież nie powinno być, ale…
– Rufus?
Dysząc ciężko, zaczęła wyrzucać z siebie kolejne słowa, nie zastanawiając się nad ich wydźwiękiem. Zadawała pytania, ale zapominała je zbyt szybko, by doczekać się odpowiedzi. Wciąż zagubiona, próbowała przymusić swój umęczony umysł do współpracy, ale to było trudne i sama nie miała pewności, co takiego jest prawdą, a co nie?
Co się z nią działo? Dlaczego siedziała w wodzie i…?
Dlaczego On tutaj był?
W przypływie desperacji, spróbowała raz jeszcze wyrwać się z jego objęć i wydostać z wody. Nie pozwolił jej, co zirytowało ją do tego stopnia, że warknęła gniewnie, nie panując nad własnymi emocjami i reakcjami. Chciała spróbować raz jeszcze, ale nie zrobiła tego, podświadomie wiedząc, że to jedynie strata czasu, bo Rufus i tak jej na to nie pozwoli.
Dobra bogini, Rufus! Jak mogła wcześniej nie zwrócić na to uwagi? Drżąc i próbując zapanować nad oddechem, powoli zamknęła oczy i osunęła się, nieco głębiej zanurzając ciało w wodzie. Pod plecami wyczuła coś twardego, jednak nie zwróciła na to uwagi, skoncentrowana na plątaninie myśli i próbach uporządkowania tego wszystkiego, co wydawało jej się, że wie i co w tym momencie czuła. Całą sobą chłonęła ciepły dotyk na swoich ramionach oraz świadomość tego, że Rufus cały czas się jej przypatruje – o ile oczywiście nie miał zniknąć, gdyby zdecydowała się otworzyć oczy. Może całkiem już zwariowała, ale przecież go czuła i widziała, i…
Weź się w garść!, warknęła na siebie w duchu. Nie pomogło jakoś specjalnie, ale przynajmniej na ułamek sekundy udało jej się wysilić. Chciała zacisnąć dłonie w pięści, ale nawet zdobycie się na ten wysiłek wymagało od niej mnóstwa energii, której w tym momencie nie miała.
Nie dając sobie okazji na to, żeby stchórzyć, powoli otworzyła oczy.
– Rufus? – zaryzykowała i omal znów się nie zakrztusiła, odkrywając, że w istocie jest tuż obok.
Jego czekoladowe tęczówki momentalnie skoncentrowały się na jej twarzy. Widziała go w wielu sytuacjach, ale i tak czuła się dziwnie, odkrywając, że zdarza mu się odczuwać strach, a tym bardziej zmartwienie – a teraz zdecydowanie martwił się o nią.
– Hm… – Zawahał się, ale prawie tego nie zauważyła. – Tak?
To było krótkie, proste pytanie, ale i tak nie zdołała odpowiedzieć na nie od razu. Chciała mu powiedzieć tak wiele rzeczy, począwszy od próśb, gdzieś na wyjaśnieniach kończąc, ale nagle przekonała się, że w głowie ma kompletną pustkę i właściwie nie wie, co takiego i w jaki sposób powinna mu przekazać. Czuła się…
Och, sama już nie wiedziała, co takiego czuła.
– Nie idź – szepnęła pod wpływem impulsu, w jednej chwili dając upust całej swojej frustracji i pragnieniom.
Jego zaskoczone spojrzenie było ostatnim, co zapamiętała, zanim ponownie pochłonęła ją ciemność.
Rufus
Layla przelewała mu się w rękach, ale próbował o tym nie myśleć. Znów straciła przytomność, tym razem na dobre i to akurat wtedy, kiedy zaczynał nabierać nadziei na to, że uda jej się czegokolwiek od niej dowiedzieć.
Chociaż była przemoczona, nie wahał się nawet przed ponownym porwaniem ją na ręce. Czuł, że bezwładnie opadła w jego ramionach, wtulona w jego tors i nieprzytomna. Wilgotne włosy kleiły jej się do twarzy, podobnie jak i materiał koszuli nocnej, ciasno przylegający do jej smukłego ciała. Nie był pewien, co powinien zrobić z tą temperaturą, ale przynajmniej nie wydawała się nadal rosnąć, a to było najlepszym na co mógł w tak krótkim czasie liczyć. Już nawet nie drżała, doszedł więc do wniosku, że dalsza zwłoka jest stratą czasu i to zwłaszcza teraz, kiedy jak najszybciej musiał zabrać ją z Niebiańskiej Rezydencji.
Odzyskała przytomność na korytarzu, przynajmniej częściowo, bo nagle zaczęła krzyczeć. Zesztywniał i zatrzymał się, wzmagając wokół niej uścisk i próbując wymyślić coś sensownego, kiedy tak szlochała i wyrywała się z jego objęć, jakby co najmniej starał się ją skrzywdzić. Do diabła, właśnie tego mu było trzeba do szczęścia!
A miało być gorzej.
– Layla? – Gabriel pojawił się znikąd, zupełnie jakby to on, a nie Rufus, jakkolwiek współgrał z mrokiem. Momentalnie przystanął w miejscu, żeby ułamek sekundy później w pośpiechu rzucić się w głąb korytarza, by dostać się do siostry. – Hej, co jest? Coś ty znowu zrobił?! – warknął, zdecydowanie zbyt szybko wyciągając wnioski.
– Cudownie… – wymamrotał pod nosem, zastanawiając się, czy gdyby teraz rzucił się biegiem z Laylą na rękach, miałby jakiekolwiek szanse pozbyć się brata dziewczyny. Znając Licavolich, a zwłaszcza bliźniaka Lay, równie dobrze mógł pójść i wykopać sobie grób w jakimś ustronnym miejscu, żeby zaoszczędzić Gabrielowi kłopotu. – Czy mógłbyś, z łaski swojej…?!
Layla znów zaczęła niespokojnie kręcić się w jego ramionach, więc musiał urwać, żeby przypadkiem nie wypuścić jej ze swoich objęć. Widok na wpół przytomnej, rozpalonej gorączką siostry przynajmniej na moment ostudził włoski temperament Gabriela, skutecznie wytrącając go z równowagi, Rufus jednak zdawał sobie sprawę z tego, że nie na tyle, by chłopak tak po prostu pozwolił mu przejść.
– Co jest? – powtórzył gniewnie, bardziej stanowczo. – Co z nią jest, do cholery?! – dodał głośniej, nie kryjąc niepokoju.
Oczy Gabriela błyszczały gniewnie, mimo swojej ciemnej barwy wyróżniając się nawet mimo panujących ciemności. Rufus rzucił mu ponure spojrzenie, próbując bez słowa dać mu do zrozumienia, że nie ma ochoty i czasu na jakąkolwiek dyskusje, ale pół-wampir albo jego intencji nie rozumiał, albo doskonale pojmował i to dodatkowo popychało go zrobienia czegokolwiek, co mogłoby być formą ochrony Layli, gdyby niebezpieczeństwo w istocie leżało po jego stronie – a on przecież starał się ją ratować!
– Posłuchaj – zaczął najspokojniej jak potrafił, w duchu błagając opatrzność o cierpliwość – to nie jest ani pora, ani miejsce na to, żeby…
– Tato? – Głos Alessi przerwał mu w połowie wypowiedzi. Chwilę później dziewczyna pojawiła się w korytarzu, rozespana, ale wyjątkowo przytomna. Pośpiesznie przebiegła kilka metrów, po czym gwałtownie zatrzymała się i zesztywniała, próbując ocenić i zrozumieć sytuację. – O bogini… O bogini! – powtórzyła, unosząc obie dłonie do ust. – O bo…
– Tak, tak – już to mówiłaś! Wiemy, Ali! – przerwał jej gniewnie, coraz bardziej wytrącony z równowagi. Dziewczyna też nie wyglądała lepiej, może w niewiele lepszym stanie od Layli, ale w tamtej chwili o to nie dbał. – Do cholery, teraz nie ma czasu na takie bzdury!
Cokolwiek mieli mu do zarzucenia, nie mogli podważyć tej jednej kwestii, a przynajmniej miał taką nadzieję. Wciąż rozeźlony, spróbował przecisnąć się obok Gabriela, ale chociaż chłopak nawet sprawiał wrażenie chętnego do tego, żeby odpuścić, wszyscy najwyraźniej się na tę noc zmówili, bo w jednej chwili na korytarzu pojawiło się więcej osób, ściągniętych zamieszaniem i krzykami Layli. Rufus jęknął z frustracją i machinalnie spróbował się wycofać, ale to było marnym pomysłem, poza tym naprawdę musiał zabrać Laylę tak szybko, jak tylko to będzie możliwe.
Widok Renesmee go nie zaskoczył, podobnie jak i to, że dziewczyna momentalnie dopadła do swojego męża i córki. Na ułamek sekundy podchwycił spojrzenie czekoladowych oczu dziewczyny i bezradnie wzruszył ramionami, właściwie nie mając pewności, co takiego próbował dziewczynie przekazać. Najbardziej drażniło go to, że po wyrazie jej twarzy nie był w stanie wyczytać stwierdzić niczego, łącznie z tym, czy i ona w pierwszych odruchu mogła w ogóle pomyśleć, że stan jej szwagierki to jego sprawka. Do licha, mogli zarzucić mu wiele, ale przecież nigdy nie skrzywdziłby fizycznie Layli, a przynajmniej nie, jeśli byłby swoich czynów świadomy!
– Co się stało? – zapytała wprost, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Machinalnie podążył za jej spojrzeniem, ale i bez tego wiedział, że w korytarzu pojawili się nie tylko Dimitr i Isabeau, ale również Cullenowie. No cóż, zwłaszcza wyraźnie poruszony głos Esme potrafiłby rozpoznać wszędzie, zresztą musiałby być ślepy i głuchy, żeby przez te wszystkie lata nie zorientować się, że wampirzyca traktuje Laylę jak swoją przybraną córkę. Nie żeby sama zainteresowana miała coś przeciwko, ale… – Rufusie…
– Możecie przestać się na mnie gapić? – zirytował się, machinalnie wzmagając uścisk wokół wiotkiego ciała Layli. Nigdy nie przepadał za towarzystwem, a kiedy nagle utknął w wąskim korytarzu z całą grupą najwyraźniej wciąż nie ufających mu osób, poczuł się co najmniej osaczony. – Żyje – dodał niecierpliwie, ledwo powstrzymując się od ostrzegawczego warknięcia, kiedy wychwycił ruch po swojej lewej i zauważył, że Carlisle podszedł trochę zbyt blisko, żeby móc przyjrzeć się Layli. – Do diabła, tutaj i tak niczego nie zrobisz. A ja tym bardziej, jeśli zaraz nie dacie mi wolnej ręki!
– Ha! I co jeszcze? – żachnął się Edward, momentalnie materializując się u boku swojego przybranego ojca. – Do tej pory się nią nie interesowałeś, a teraz…
Rufus warknął. Doprawdy, jeszcze chwila, a naprawdę jakimś cudem wyjdzie z siebie i stanie obok!
– Mam wielką ochotę ci przyłożyć, ale – niestety – jak na razie nie mam wolnej ręki – rzucił gniewnie, coraz bardziej rozdrażniony. Dobrze, może w ostatnim czasie nie postępował zbyt rozsądnie, a przynajmniej nie tak, żeby zasłużyć na jakiekolwiek zaufanie, ale bez przesady! – Przepuścicie mnie w końcu, czy mam sam zrobić sobie przejście? – dodał już bardziej cierpliwym tonem, niemal siłą zmuszając się do pozostania w miejscu.
Spoglądał wyzywająco na Edwarda, ale to Gabriel postanowił mu odpowiedzieć:
– Zaraz. – Chłopak podszedł bliżej, blady i wyraźnie zaniepokojony. Głos miał spokojny, ale mowa ciała i wyraz twarzy jasno dawały do zrozumienia, że tak po prostu nie odpuści. – To moja siostra. Najpierw powiedz mi, co takiego zamierzasz.

1 komentarz:

  1. hej :) rozdział bardzo mi się
    spodobał :) coś czuję, że Lay i Rufus są na dobrej drodze, aby się
    pogodzić... nie wnikam w szczegóły, czekam na to, co dalej wymyślisz ^^
    jejku, jak ja lubię momenty, kiedy Gabriel troszczy się o Laylę,
    Isabeau, czy Renesmee. Jest wtedy taki... groźny, a ja uwielbiam, gdy on
    się denerwuje ^^ choć moim zdaniem w tej sytuacji powinien dać Rufusowi
    dojść do głosu, aby ten mógł wyjaśnić, co się stało, a nie opierać się
    na tym, że skoro nie lubi partnera siostry bliźniaczki, to Rufus coś od
    razu Lay zrobił...
    czekam już na ciąg dalszy :) wiem, że trochę krótki ten mój komentarz,
    ale no niestety nie mam czasu :( ach, ta szkoła... nawet weekendu
    wolnego nie mam...
    pozdrawiam i do napisania ;3
    lilka24

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa