
Layla
Tak
bardzo zmęczona…
Wszystko działo się jakby poza nią, dziwnie odległe
i nie mające żadnego związku z tym, co mogła uznać za rzeczywistość.
Miała wrażenie, ze jest gdzieś daleko, oddzielona od wszystkiego solidną,
stojącą na jej drodze ścianą albo taflą szkła. Chciała się obudzić, otworzyć
oczy i jakoś wytrać ułudzie, ale ciemność wydawała się protestować,
ciągnąć ją w dół, w kierunku przeciwnym do tego, gdzie mogło
znajdować się światło. Mrok jest lepszy,
wydawało się mówić i nie mogła temu zaprzeczyć, a jednak jakaś
cząstka jej podświadomości obstawała przy tym, żeby protestować i walczyć,
bo powinna była to zrobić.
Chciała się obudzić, ale to było trudne, a oba nie
potrafiła zmusić się do zrobienia czegokolwiek, co było słuszne –
a przynajmniej wydawało jej się, że jest. Dlaczego niby miała się tak
wysilać? Była zmęczona, poza tym miała wrażenie, że znajduje się w samym
środku szalejącego pożaru, ale nie widziała powodu, dla którego miałaby się
tego obawiać. Temperatura rosła, sięgając poziomu, który kogoś bez wątpienia
mógłby przerazić, ale jej wydawał się naturalny, bo i dlaczego miałaby
mieć coś przeciwko płomieni? Jej żywioł był przy niej; czuła ciepło ognia
i to przynosiło jej ukojenie, którego tak bardzo potrzebowała, a na
które nie miała co liczyć w ostatnim czasie. Ogień był gwarantem ciepła,
bezpieczeństwa i stabilności, czyli wszystkiego tego, czego potrzebowała,
a co nie było jej dane w ostatnim czasie.
Jedynym, co jej ciążyło, była niemożność złapania oddechu.
Duchota stanowiła coraz bardziej wymagające doświadczenie i chociaż
starała się ignorować to, co zawadzało jej wymęczonemu ciału, nie była
w stanie dokonać tego w tak prosty sposób. Nie mogła oddychać,
a to nie było normalne, podobnie jak i całkowity brak kontroli nad
własnym ciałem. Nawet to ciepło, które początkowo uznała za dobre, zaczęło
wydawać jej się podejrzane, a z czasem i nieprzyjemne, chociaż
nie potrafiła stwierdzić, dlaczego tak jest.
Ach, czy ona znów śniła? To był kolejny koszmar, jakże
różny od jej zwykłych snów, ale dzięki temu bardziej niepokojący, skoro nie
była w stanie przewidzieć, czego powinna oczekiwać. Wiedziała to,
a przynajmniej próbowała przekonać samą siebie do tego, że tak jest
w istocie, ale wciąż towarzyszyły jej niejasne wrażenie tego, że coś jej
umyka. Umęczony umysł podsuwał obrazy i bodźce, których wcale nie chciała,
a które przede wszystkim sprowadzały się do jej wcześniejszych snów
i tego wszystkiego, co miało jakikolwiek związek z utratą dziecka
oraz kłótnią z Rufusem. To znowu się działo, a jej ciało odwracało
się przeciwko niej, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że umysł nie dręczy jej
wystarczająco i należy zrobić coś, żeby wyrównać proporce. Tym bardziej
zapragnęła się obudzić, póki jeszcze była do tego zdolna, ale to było niczym
walka z wiatrakami albo próba dyskusji z jakikolwiek martwym
przedmiotem – po prostu mijało się z celem.
Dlaczego to wciąż się działo? Była już zmęczona udawaniem,
tymi sprzecznymi emocjami, a zwłaszcza żalem, który towarzyszył jej na
każdym kroku, nawet wtedy, kiedy była wręcz skłonna uwierzyć w to, że
udało jej się od niego odciąć. Jak przez mgłę, ale pamiętała udrękę, której
doświadczyła przed zaśnięciem. Znowu zrobiło jej się niedobrze, ale tym razem
nie była zdolna nawet do tego, by spróbować zerwać się na równe nogi
i ruszyć do łazienki. Potrzebowała tlenu, czegokolwiek, ale… No właśnie.
To nie nadchodziło, podobnie jak i spokój, chociaż w możliwość
zaznania tego drugiego zwątpiła już dawno, kiedy tylko jasnym się stało, że
ostrzeżenia tego, którego kochała, a który zawiódł ją równie mocno, co
i ona jego, są prawdziwe.
Layla…
Musiała utracić na moment kontakt z rzeczywistością,
bo nagle wszelakie bodźce i myśli zniknęły, pomijając cichy głos, który
dochodził jakby z oddali. Z ledwością rozpoznawała kolejne słowa,
będąc w stanie uchwycić się zaledwie jednego z nich i to tylko
dlatego, że to było jej imię – a przynajmniej tak jej się wydawało. Poza
tym znała ten głos! Była absolutnie pewna, że jest znajomy i że już go
kiedyś słyszała, ale kojarzenie faktów przychodziło z trudem, a ona
czuła się zbyt zmęczona i otępiała, żeby być w stanie zmusić swój
umysł do jakiegokolwiek wysiłku.
Z drugiej strony… Może powinna. Nie rozumiała tego, ale
z jakiegoś powodu własna nieporadność nie tyle ją irytowała, co wręcz
doprowadzała do szaleństwa. Nie wiedziała skąd ta pewność, ale instynkt
podpowiadał jej, że ktoś byłby bardzo rozczarowany tym, iż nie wykorzystywała
swojego umysłu. Zbyt zmęczona, żeby myśleć? Ach, dobre sobie. Marna wymówka,
przynajmniej zdaniem tej jednej osoby, która jak nic by ją wyśmiała, wręcz
urażona możliwością takiej odpowiedzi. Ta jedna osoba nie zrozumiałaby,
a później nie tyle by nią potrząsnęła, co wręcz drwiną zmusiła do tego,
żeby się postarać albo…
Layla!
Wzdrygnęła się, jakby rażona prądem, wyczuwając gniewną
nutę w głosie, który słyszała. Teraz nie miała już wątpliwości, że coś
słyszy i że ten głos jest znajomy. Spróbowała zaprotestować, ale nawet
jeśli jej się to udało, zdobyła się co najwyżej na pełen niezadowolenia jęk
albo machnięcie ręką, chociaż ta wydawała się ciężka i obca, jakby nie
należała do niej. Czy ta piekielna istota naprawdę nie zdawała sobie sprawy
z tego, jak bardzo ona czuła się zmęczona? Co więcej, mimo
wszechogarniającego otępienia, czuła się wystarczająco przytomna, by
przypomnieć sobie, że zakłócającej jej sen osoby wcale nie powinno tutaj być.
Ta osoba… Przecież ją zostawił, nie chciał jej. Zraniła go,
więc została sama, dlatego nie rozumiała, dlaczego On miałby tutaj teraz być. To musiało być efektem jej
wyobraźni albo jakimś głupim żartem; sposobem w jaki jej wyobraźnia
usiłowała uprzykrzyć jej życie, jakby już i tak w ostatnim czasie nie
męczyła się wystarczająco.
Ktoś ją dotykał, a przynajmniej takie miała wrażenie.
Nie była pewna, czy to nie jedynie efekt jej wyobraźni, ale to już nie miało
żadnego znaczenia. Ogień wciąż szalał, otaczając ją swoim przyjemnym ciepłem
i odcinając od wszystkiego, co mogłoby jej zagrażać. W którymś
momencie całkiem straciła poczucie rzeczywistości i siebie samej,
w końcu odcinając się nie tylko od własnego ciała, ale również od tego
cichego, naglącego głosu. Nic nie czuła, co najwyżej wszechogarniające gorąco,
ale to było dobre, a przynajmniej zdecydowanie lepsze od tych przykrych
emocji i objawów, które w normalnym wypadku napawałyby ją radością,
ale w obecnej sytuacji stanowiły co najwyżej idealny dowód na to, że była
bliska popadnięcia w szaleństwo. Skoro za perspektywę miała kolejną
samotną noc oraz wrażenie tego, że w jej wnętrzu wciąż coś jest – że
istnieje tam utracone przed tygodniami (czy naprawdę minęło tak mało czasu?) –
lepsza była błoga nieświadomość oraz bezpieczeństwo, które zapewniał jej ogień.
O tak. Teraz jeszcze wystarczy się poddać, szepnął jakiś cichy głosik w jej głowie. Być może
powinna być przerażona obecnością jakichkolwiek obcych słów w swoim
umyśle, ale przecież była telepatką, to zresztą nie wdawało się być niczym
ponad podszepty jej własnej intuicji. Przecież nie stanie ci się nic złego. Wręcz przeciwnie –
jeśli podążysz w mrok, jedynie na tym zyskasz. Śmierć jest odrodzeniem,
czyż nie Laylo?
Śmierć… Czy ona umierała? Powinna się bać, ale wcale tak
nie było, a przynajmniej nie odczuwała strachu jakoś specjalnie
intensywnie. Przecież wiedziała kim jest i chyba nawet przeczuwała, że to
może w którymś momencie nastąpić. Tak właśnie to działało, że śmierć
wyciągała ramiona po takie istoty jak ona, żeby zapewnić im coś więcej, czego
przecież powinni pragnąć. Isabeau wróciła i teraz była silniejsza,
podobnie jak i te dzieciaki, które wciąż traktowały ją nie tylko jako
swoją kapłankę, ale wręcz stworzycielkę. Taka była kolej rzeczy, a skoro
z jakiegoś powodu teraz przyszła kolej na nią, chyba powinna się
z tego cieszyć, prawda?
Właściwie… Dlaczego nie? Chyba miała jakiś dobry powód,
żeby przez te wszystkie lata nie rozważać ani samobójstwa, ani jakiegokolwiek
innego kroku, który popchnąłby jej przemianę dalej, ale teraz za żadne skarby
nie potrafiła sobie go przypomnieć.
Chodziło o kogoś – i o jakieś pragnienie,
którego jako wampirzyca już nigdy nie byłaby w stanie zaspokoić.
Chodziło o…
Pustka w głowie doprowadzała ją do szaleństwa. Czuła,
jak powoli opada z sił, obojętna i zbyt wycieńczona, żeby próbować
nadal walczyć. Ciemność i spokój wydawały się doskonałą perspektywą,
zwłaszcza teraz, kiedy tak bardzo pragnęła ukojenia i…
Ból pojawił się nagle i całkiem wytrącił ją
z równowagi. Krzyknęła, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo
z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk. Porażona cierpieniem, które
dopiero po dłuższej chwili zinterpretowała jako przenikliwe zimno, jakimś cudem
odnalazła swoje ciało i szarpnęła się, coraz bardziej spanikowana. Czuła
nacisk na ramionach, napierający ze wszystkich stron lodowaty ziąb oraz coś
rzadkiego, co wdarło się do jej gardła, napierając prawie do płuc. Poderwała
się gwałtownie, próbując walczyć i kaszląc, tym bardziej, że umysł
podświadomie zinterpretował nieprzyjemne doświadczenie jako tonięcie – była
w wodzie i właśnie się topiła, nie po raz pierwszy. To odkrycie ją
poraziło, niemal brutalnie sprowadzając do rzeczywistości i przynosząc ze
sobą cały natłok wspomnień sprzed lat, przede wszystkich tych związanych
z wodą, podwodną jaskinią oraz… Dylanem.
Dylan nie żył…
Nie, on próbował się na niej mścić!
Całym jej ciałem wstrząsnął dreszcz i chociaż wciąż
próbowała walczyć z trzymającymi ją dłońmi, poczuła się zbyt zmęczona
i słaba, żeby być do tego zdolną. Gorączkowo rozglądała się dookoła,
plując wodą i bezskutecznie próbując skupić wzrok na czymkolwiek. Wszystko
wokół wydawało się odległe i zamazane, ale przynajmniej zdołała wydrzeć
się z tej wszechogarniającej ciemności, nagle boleśnie świadoma
wszystkiego, co działo się wokół niej.
Już wcześniej ktoś przy niej był. Ktoś ją dotykał, mówił do
niej, próbował wybudzić…
Ktoś, kogo przecież nie powinno być, ale…
– Rufus?
Dysząc ciężko, zaczęła wyrzucać z siebie kolejne
słowa, nie zastanawiając się nad ich wydźwiękiem. Zadawała pytania, ale
zapominała je zbyt szybko, by doczekać się odpowiedzi. Wciąż zagubiona,
próbowała przymusić swój umęczony umysł do współpracy, ale to było trudne
i sama nie miała pewności, co takiego jest prawdą, a co nie?
Co się z nią działo? Dlaczego siedziała w wodzie
i…?
Dlaczego On tutaj był?
W przypływie desperacji, spróbowała raz jeszcze wyrwać się
z jego objęć i wydostać z wody. Nie pozwolił jej, co zirytowało
ją do tego stopnia, że warknęła gniewnie, nie panując nad własnymi emocjami
i reakcjami. Chciała spróbować raz jeszcze, ale nie zrobiła tego,
podświadomie wiedząc, że to jedynie strata czasu, bo Rufus i tak jej na to
nie pozwoli.
Dobra bogini, Rufus! Jak mogła wcześniej nie zwrócić na to
uwagi? Drżąc i próbując zapanować nad oddechem, powoli zamknęła oczy
i osunęła się, nieco głębiej zanurzając ciało w wodzie. Pod plecami
wyczuła coś twardego, jednak nie zwróciła na to uwagi, skoncentrowana na
plątaninie myśli i próbach uporządkowania tego wszystkiego, co wydawało
jej się, że wie i co w tym momencie czuła. Całą sobą chłonęła ciepły
dotyk na swoich ramionach oraz świadomość tego, że Rufus cały czas się jej
przypatruje – o ile oczywiście nie miał zniknąć, gdyby zdecydowała się
otworzyć oczy. Może całkiem już zwariowała, ale przecież go czuła
i widziała, i…
Weź się w garść!,
warknęła na siebie w duchu. Nie pomogło jakoś specjalnie, ale przynajmniej
na ułamek sekundy udało jej się wysilić. Chciała zacisnąć dłonie w pięści,
ale nawet zdobycie się na ten wysiłek wymagało od niej mnóstwa energii, której
w tym momencie nie miała.
Nie dając sobie okazji na to, żeby stchórzyć, powoli otworzyła
oczy.
– Rufus? – zaryzykowała i omal znów się nie
zakrztusiła, odkrywając, że w istocie jest tuż obok.
Jego czekoladowe tęczówki momentalnie skoncentrowały się na
jej twarzy. Widziała go w wielu sytuacjach, ale i tak czuła się
dziwnie, odkrywając, że zdarza mu się odczuwać strach, a tym bardziej
zmartwienie – a teraz zdecydowanie martwił się o nią.
– Hm… – Zawahał się, ale prawie tego nie zauważyła. – Tak?
To było krótkie, proste pytanie, ale i tak nie zdołała
odpowiedzieć na nie od razu. Chciała mu powiedzieć tak wiele rzeczy, począwszy
od próśb, gdzieś na wyjaśnieniach kończąc, ale nagle przekonała się, że
w głowie ma kompletną pustkę i właściwie nie wie, co takiego
i w jaki sposób powinna mu przekazać. Czuła się…
Och, sama już nie wiedziała, co takiego czuła.
– Nie idź – szepnęła pod wpływem impulsu, w jednej
chwili dając upust całej swojej frustracji i pragnieniom.
Jego zaskoczone spojrzenie było ostatnim, co zapamiętała,
zanim ponownie pochłonęła ją ciemność.

Rufus
Layla
przelewała mu się w rękach, ale próbował o tym nie myśleć. Znów
straciła przytomność, tym razem na dobre i to akurat wtedy, kiedy zaczynał
nabierać nadziei na to, że uda jej się czegokolwiek od niej dowiedzieć.
Chociaż była przemoczona, nie wahał się nawet przed
ponownym porwaniem ją na ręce. Czuł, że bezwładnie opadła w jego
ramionach, wtulona w jego tors i nieprzytomna. Wilgotne włosy kleiły
jej się do twarzy, podobnie jak i materiał koszuli nocnej, ciasno
przylegający do jej smukłego ciała. Nie był pewien, co powinien zrobić
z tą temperaturą, ale przynajmniej nie wydawała się nadal rosnąć,
a to było najlepszym na co mógł w tak krótkim czasie liczyć. Już
nawet nie drżała, doszedł więc do wniosku, że dalsza zwłoka jest stratą czasu
i to zwłaszcza teraz, kiedy jak najszybciej musiał zabrać ją
z Niebiańskiej Rezydencji.
Odzyskała przytomność na korytarzu, przynajmniej częściowo,
bo nagle zaczęła krzyczeć. Zesztywniał i zatrzymał się, wzmagając wokół
niej uścisk i próbując wymyślić coś sensownego, kiedy tak szlochała
i wyrywała się z jego objęć, jakby co najmniej starał się ją
skrzywdzić. Do diabła, właśnie tego mu było trzeba do szczęścia!
A miało być gorzej.
– Layla? – Gabriel pojawił się znikąd, zupełnie jakby to
on, a nie Rufus, jakkolwiek współgrał z mrokiem. Momentalnie
przystanął w miejscu, żeby ułamek sekundy później w pośpiechu rzucić
się w głąb korytarza, by dostać się do siostry. – Hej, co jest? Coś ty znowu zrobił?! – warknął, zdecydowanie zbyt szybko
wyciągając wnioski.
– Cudownie… – wymamrotał pod nosem, zastanawiając się, czy
gdyby teraz rzucił się biegiem z Laylą na rękach, miałby jakiekolwiek
szanse pozbyć się brata dziewczyny. Znając Licavolich, a zwłaszcza
bliźniaka Lay, równie dobrze mógł pójść i wykopać sobie grób w jakimś
ustronnym miejscu, żeby zaoszczędzić Gabrielowi kłopotu. – Czy mógłbyś,
z łaski swojej…?!
Layla znów zaczęła niespokojnie kręcić się w jego
ramionach, więc musiał urwać, żeby przypadkiem nie wypuścić jej ze swoich
objęć. Widok na wpół przytomnej, rozpalonej gorączką siostry przynajmniej na
moment ostudził włoski temperament Gabriela, skutecznie wytrącając go
z równowagi, Rufus jednak zdawał sobie sprawę z tego, że nie na tyle,
by chłopak tak po prostu pozwolił mu przejść.
– Co jest? – powtórzył gniewnie, bardziej stanowczo. – Co
z nią jest, do cholery?! – dodał głośniej, nie kryjąc niepokoju.
Oczy Gabriela błyszczały gniewnie, mimo swojej ciemnej
barwy wyróżniając się nawet mimo panujących ciemności. Rufus rzucił mu ponure
spojrzenie, próbując bez słowa dać mu do zrozumienia, że nie ma ochoty
i czasu na jakąkolwiek dyskusje, ale pół-wampir albo jego intencji nie
rozumiał, albo doskonale pojmował i to dodatkowo popychało go zrobienia
czegokolwiek, co mogłoby być formą ochrony Layli, gdyby niebezpieczeństwo
w istocie leżało po jego stronie – a on przecież starał się ją
ratować!
– Posłuchaj – zaczął najspokojniej jak potrafił,
w duchu błagając opatrzność o cierpliwość – to nie jest ani pora, ani
miejsce na to, żeby…
– Tato? – Głos Alessi przerwał mu w połowie
wypowiedzi. Chwilę później dziewczyna pojawiła się w korytarzu, rozespana,
ale wyjątkowo przytomna. Pośpiesznie przebiegła kilka metrów, po czym
gwałtownie zatrzymała się i zesztywniała, próbując ocenić i zrozumieć
sytuację. – O bogini… O bogini! – powtórzyła, unosząc obie dłonie do
ust. – O bo…
– Tak, tak – już to mówiłaś! Wiemy, Ali! – przerwał jej
gniewnie, coraz bardziej wytrącony z równowagi. Dziewczyna też nie
wyglądała lepiej, może w niewiele lepszym stanie od Layli, ale
w tamtej chwili o to nie dbał. – Do cholery, teraz nie ma czasu na
takie bzdury!
Cokolwiek mieli mu do zarzucenia, nie mogli podważyć tej
jednej kwestii, a przynajmniej miał taką nadzieję. Wciąż rozeźlony,
spróbował przecisnąć się obok Gabriela, ale chociaż chłopak nawet sprawiał
wrażenie chętnego do tego, żeby odpuścić, wszyscy najwyraźniej się na tę noc
zmówili, bo w jednej chwili na korytarzu pojawiło się więcej osób,
ściągniętych zamieszaniem i krzykami Layli. Rufus jęknął z frustracją
i machinalnie spróbował się wycofać, ale to było marnym pomysłem, poza tym
naprawdę musiał zabrać Laylę tak szybko, jak tylko to będzie możliwe.
Widok Renesmee go nie zaskoczył, podobnie jak i to, że
dziewczyna momentalnie dopadła do swojego męża i córki. Na ułamek sekundy
podchwycił spojrzenie czekoladowych oczu dziewczyny i bezradnie wzruszył
ramionami, właściwie nie mając pewności, co takiego próbował dziewczynie
przekazać. Najbardziej drażniło go to, że po wyrazie jej twarzy nie był
w stanie wyczytać stwierdzić niczego, łącznie z tym, czy i ona
w pierwszych odruchu mogła w ogóle pomyśleć, że stan jej szwagierki
to jego sprawka. Do licha, mogli zarzucić mu wiele, ale przecież nigdy nie
skrzywdziłby fizycznie Layli, a przynajmniej nie, jeśli byłby swoich
czynów świadomy!
– Co się stało? – zapytała wprost, po czym uciekła wzrokiem
gdzieś w bok. Machinalnie podążył za jej spojrzeniem, ale i bez tego
wiedział, że w korytarzu pojawili się nie tylko Dimitr i Isabeau, ale
również Cullenowie. No cóż, zwłaszcza wyraźnie poruszony głos Esme potrafiłby
rozpoznać wszędzie, zresztą musiałby być ślepy i głuchy, żeby przez te
wszystkie lata nie zorientować się, że wampirzyca traktuje Laylę jak swoją
przybraną córkę. Nie żeby sama zainteresowana miała coś przeciwko, ale… –
Rufusie…
– Możecie przestać się na mnie gapić? – zirytował się,
machinalnie wzmagając uścisk wokół wiotkiego ciała Layli. Nigdy nie przepadał
za towarzystwem, a kiedy nagle utknął w wąskim korytarzu z całą
grupą najwyraźniej wciąż nie ufających mu osób, poczuł się co najmniej
osaczony. – Żyje – dodał niecierpliwie, ledwo powstrzymując się od ostrzegawczego
warknięcia, kiedy wychwycił ruch po swojej lewej i zauważył, że Carlisle
podszedł trochę zbyt blisko, żeby móc przyjrzeć się Layli. – Do diabła, tutaj
i tak niczego nie zrobisz. A ja tym bardziej, jeśli zaraz nie dacie
mi wolnej ręki!
– Ha! I co jeszcze? – żachnął się Edward, momentalnie
materializując się u boku swojego przybranego ojca. – Do tej pory się nią
nie interesowałeś, a teraz…
Rufus warknął. Doprawdy, jeszcze chwila, a naprawdę
jakimś cudem wyjdzie z siebie i stanie obok!
– Mam wielką ochotę ci przyłożyć, ale – niestety – jak na
razie nie mam wolnej ręki – rzucił gniewnie, coraz bardziej rozdrażniony.
Dobrze, może w ostatnim czasie nie postępował zbyt rozsądnie,
a przynajmniej nie tak, żeby zasłużyć na jakiekolwiek zaufanie, ale bez
przesady! – Przepuścicie mnie w końcu, czy mam sam zrobić sobie przejście?
– dodał już bardziej cierpliwym tonem, niemal siłą zmuszając się do pozostania
w miejscu.
Spoglądał wyzywająco na Edwarda, ale to Gabriel postanowił
mu odpowiedzieć:
– Zaraz. – Chłopak podszedł bliżej, blady i wyraźnie
zaniepokojony. Głos miał spokojny, ale mowa ciała i wyraz twarzy jasno
dawały do zrozumienia, że tak po prostu nie odpuści. – To moja siostra.
Najpierw powiedz mi, co takiego zamierzasz.
hej :) rozdział bardzo mi się
OdpowiedzUsuńspodobał :) coś czuję, że Lay i Rufus są na dobrej drodze, aby się
pogodzić... nie wnikam w szczegóły, czekam na to, co dalej wymyślisz ^^
jejku, jak ja lubię momenty, kiedy Gabriel troszczy się o Laylę,
Isabeau, czy Renesmee. Jest wtedy taki... groźny, a ja uwielbiam, gdy on
się denerwuje ^^ choć moim zdaniem w tej sytuacji powinien dać Rufusowi
dojść do głosu, aby ten mógł wyjaśnić, co się stało, a nie opierać się
na tym, że skoro nie lubi partnera siostry bliźniaczki, to Rufus coś od
razu Lay zrobił...
czekam już na ciąg dalszy :) wiem, że trochę krótki ten mój komentarz,
ale no niestety nie mam czasu :( ach, ta szkoła... nawet weekendu
wolnego nie mam...
pozdrawiam i do napisania ;3
lilka24