17 czerwca 2014

Sto czterdzieści dwa

Layla
Poczuła, że materac lekko ugina się pod jego ciężarem. Layla westchnęła, po czym otworzyła oczy, wcale nie zaskoczona tym, że Rufus ułożył się tuż obok i że właściwie nie odrywał od niej wzroku. To było takie znajome, jakby minione dni nie miały miejsca, chociaż jednocześnie nie potrafiła zmusić się do tego, żeby oszukiwać samą siebie i traktować to wszystko w taki sposób, jakby nigdy się nie wydarzyło. Być może w ten sposób byłoby łatwiej, ale to również sprowadzałoby się do oszukiwania samej siebie, a na to zdecydowanie nie miała ochoty.
– Mam wrażenie, że jestem szalona – wyznała, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Mówiła to już wcześniej, ale dopiero teraz zamierzała zmusić się do tego, żeby tę myśl rozwinąć. – Może coś jest ze mną nie tak, nie wiem, ale ja naprawdę mam wrażenie… Przez cały czas mam wrażenie, że… – Zamknęła oczy, po czym wypuściła powietrze ze świstem, coraz bardziej skonsternowana. – Och, sama już nie jestem pewna, co takiego się wokół mnie dzieje.
– Mów dalej – ponaglił i wyczuła, że się nad nią nachylił. Rufus był zdeterminowany i chociaż silił się na wyjątkowo łagodny ton, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie zamierzał odpuścić. – Co takiego ci się wydaje?
Jęknęła i skrzywiła się, walcząc z pragnieniem, żeby mu powiedzieć i jednocześnie walce nie będą taką pewną tego, czy powinna to zrobić. To nie była kwestia zaufania, ale przyznania się do słabości, bo i jak inaczej mogłaby określić to, co ją zadręczało? Pragnęła opowiedzieć mu o wszystkim, ale gdyby to zrobiła, musiałaby przyjąć do wiadomości, że te rzeczy dzieją się naprawdę – i że przy tym nie istnieją.
Och, to było takie trudne! Gdzieś tam pielęgnowała nadzieję z której istnienia nawet nie zdawała sobie sprawy, przynajmniej do momentu, kiedy nie uprzytomniła sobie, jak niewiele brakuje, żeby znowu ją stracić. Nie chciała tego, wzbraniała się, ale przecież doskonale wiedziała, że podjęcie decyzji jest koniecznie i że w końcu musi postawić pewne sprawy jasno – bo w innym wypadku oszaleje.
– Czasami… Chodzi mi o to – podjęła, ostrożnie dobierając słowa i wciąż na niego nie patrząc – że to wciąż mnie dręczy. To, co się wydarzyło – dodała takim tonem, że nie powinien mieć najmniejszych wątpliwości co do tego, co usiłowała mu przekazać.
– Ach, tak? – Też próbował być delikatny, ale wcale nie poczuła się z tego powodu lepiej. – Gdzie w tym szaleństwo? Cierpisz i to jest tak naturalne, jak…
– Ale nie to, że ja wciąż je czuję! – jęknęła, w końcu to z siebie wyrzucając.
Obróciła się na łóżku, omal na niego nie wpadając, tak blisko niej się ułożył. Zadrżała, kiedy ich ciała otarły się o siebie, ale nie odważyła przesunąć się bliżej, chociaż pewnie gdyby zechciała, znalazłaby ukojenie w jego ramionach. Jej oczy pałały, gniew i zażenowanie zaś powoli przejmowały kontrolę, przysłaniając wszystko inne i uprzytamniając jej, jak bardzo niestabilna wciąż się czuła. Niejednokrotnie zastanawiała się, jakby to było, gdyby mogła komuś o swoich obawach powiedzieć, ale za każdym razem rezygnowała z takiej możliwości, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że byłoby źle i na pewno by nie pomogło.
Teraz mogła się przekonać, że nie miała racji. Było dużo gorzej.
– No nie patrz tak mnie – westchnęła, zaciskając dłonie w pięści. Objęła się ramionami, jakby w ten sposób mogła być w stanie odciąć się od wszystkiego i wszystkich, i uchronić się nie tylko przed współczuciem, ale i tym, co mogłoby ją zranić. Niejednokrotnie próbowała uciec od cierpienia i bólu, ale to było tak, jakby odgradzała się od samej siebie, a tego nigdy nie miała być w stanie dokonać. – Spoglądam w lustro i wciąż mam wrażenie, że moje ciało nie jest takie, jak jeszcze kilka tygodni temu. Wiem, że niczego we mnie nie ma, a jednak czasami budzę się w nocy i jestem gotowa przysiąc, że coś się we mnie rusza. Boję się zasnąć, bo wiem, że kiedy mi się to uda, znowu zobaczę siebie z dzieckiem w ramionach, a później w jakiś sposób je stracę i że to będzie moja wina… – Mówiła coraz szybciej, nie mogąc się powstrzymać i nie chcąc dać mu okazji do tego, by spróbował zaprotestować albo jej przerwać. Może i w ten sposób nie było łatwiej, ale musiała dokończyć, jeśli istniał chociaż cień szansy na to, że mógł jej to wyjaśnić albo przynajmniej zrozumieć. – Powiedziałam ci te wszystkie okropne rzeczy, ale prawda jest taka, że nawet moja podświadomość wie, że wszystko sprowadza się do mnie. Nie przyszedłeś do mnie, ale już pal to licho, bo sama sobie na to zasłużyłam, niemniej… – powiedziała cicho, ale ostatecznie się rozmyśliła. Jeśli mogła mieć do kogokolwiek pretensje, to niekoniecznie do Rufusa, zwłaszcza, że oboje byli równie uparci. – Powiedziałeś mi, czego możemy się spodziewać. Była jakaś szansa, ale najwyraźniej jest ze mną coś nie tak, skoro nawet nie potrafię donosić ciąży. No i teraz rozumiem, dlaczego tak długo się wahałaś zanim mi uległeś, ale…
– Laylo – wtrącił się, bo urwała na moment, żeby móc złapać oddech. – O czym ty, do diabła, mówisz?
Rzuciła mu urażone spojrzenie, ale je zignorował. Wciąż przypatrując jej się uważnie, przesunął się w taki sposób, by móc bez przeszkód ją objąć. Spięła się, ale pozwoliła mu na to, szukając w jego ramionach i bliskości czegokolwiek, co podziałałoby kojąco. Nie była pewna, ale może gdyby zamknęła oczy i spróbowała się rozluźnić, przynajmniej przez moment poczułaby się na tyle naiwna, żeby przyjąć jakiekolwiek usprawiedliwienia do świadomości. Może, ale teraz… Teraz czuła się przede wszystkim pusta, a już na pewno bardzo, ale to bardzo zmęczona.
Rufus westchnął przeciągle, jakby był w stanie poznać jej myśli i wnioski, które wyciągnęła, bardzo go męczyły. W jednej chwili znalazł się nad nią, po czym ujął jej twarz w obie dłonie, przez co chcąc nie chcąc musiała zajrzeć mu w oczy.
– Posłuchaj mnie, bo to bardzo ważne – powiedział, rzucając jej ostre, ostrzegawcze spojrzenie. Nawet gdyby chciała mu się sprzeciwić, po czymś takim na pewno nie zdecydowałaby się na jakiekolwiek ryzyko. – W tym nie ma twojej winy… Nie! Masz mnie słuchać – zirytował się, bo uciekła wzrokiem gdzieś w bok. – To nie jest próba pocieszania cię frazesami, bo oboje zdajemy sobie sprawę, że to bardziej irytujące niż pomocne. Mówię ci tak, jak jest: w tym nie ma twojej winy – powtórzył. – Ostrzegałem cię przed taką możliwością, ale przecież nie dlatego, że myślałem jakkolwiek źle o tobie. To nie tak, że jesteś słabsza albo… mniej doskonała od innych takich jak ty? Och, Laylo, przecież ja niejednokrotnie zwracałem uwagę na to, że jesteś zdecydowanie bardziej stabilna od innych, którzy są na tym etapie przemiany, co ty. Miałem wręcz nadzieję, że może ta stabilność okaże się swego rodzaju atutem, jednak… – Urwał i pośpiesznie zmienił temat, orientując się, że jego wyjaśnienia zaczęły mijać się z pierwotnym celem.
– Czyli co? Próbujesz mnie przekonać, że to mogło zdarzyć się każdemu i dramatyzuję?
– A tak nie jest? – zapytał z rozdrażnieniem. – Oczywiście nie nazwałbym żalu „dramatyzowaniem”, ale poza tym wszystko się zgadza.
Popatrzyła na niego pustym wzrokiem, nie kryjąc rozdrażnienia takim podejściem do sytuacji. Mógł mówić, co chciał, ale i tak nie mogła pozbyć się wrażenia, że na pewne słowa i decyzje jest już zdecydowanie zbyt późno. Najgorsze w tym wszystkim było to, że naprawdę chciała mu uwierzyć, a świadomość tego, że nie jest w stanie, powoli doprowadzała ją do szaleństwa.
W zasadzie nie tylko ona. Gdyby to było takie proste, mogłaby uwierzyć we wszystko. Gdyby mogła, sama już dawno wmówiłaby sobie wszystko, a już na pewno nie wypowiedziałaby tych wszystkich raniących słów, którymi omal nie zniszczyła tego, co miała najcenniejsze, kiedy w najgorszy z możliwych sposobów potraktowała jedyną osobę, której naprawdę potrzebowała. Teraz Rufus tutaj był, a ona...
Ona nie wiedziała już niczego.
– Więc co takiego powinnam myśleć o tym, co dzieje się ze mną? – zapytała, zadając to najważniejsze z pytań, które już od samego początku nie dawało jej spokoju. – Powiedz mi… Czy całkiem ją zwariowałam? – dodała, ale wcale nie oczekiwała odpowiedzi.
– Laylo…
Delikatnie acz stanowczo dała mu do zrozumienia, żeby się odsunął. Niechętnie pozwolił na to, a ona usiadła na łóżku, podciągając kolana pod brodę i ciasno obejmując się ramionami. Czasami miała wrażenie, że im jest jej mniej, tym lepiej, bo może wtedy ból, który odczuwała, byłby zdecydowanie mniej intensywny; bardziej… znośny.
Nie ruszyła się z miejsca, chociaż miała na to ochotę. Chcąc nie chcąc wbiła wzrok w Rufusa, czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia, ale te nie nadchodziły, a ona powoli zaczynała wątpić w to, czy wampir w ogóle się odezwie. Wciąż było jej niedobrze i zimno, chociaż ubranie było już prawie suche, a i żołądek miała pusty, przez co nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie zwymiotować.
– Mógłbym spróbować ci odpowiedzieć – zaczął powoli Rufus – ale…
– Ale?
Wywrócił oczami, ale przynajmniej nawet słowem nie skomentował tego, że mu przerwała.
– Powiedz mi, co takiego pamiętasz – poprosił, jeśli oczywiście naglący ton można było uznać za prośbę.
– Co pamiętam… – powtórzyła sceptycznie, nie widząc związku między jednym a drugim. Oczywiście wiedziała, co takiego miał na myśli i chociaż sama miała wiele pytań na które chciała poznać odpowiedzi, mimo wszystko lepiej czułaby się, gdyby najpierw zapewnił ją, że nie jest szalona. – Cóż, w zasadzie niewiele. Na pewno pamiętam ciebie i to, że bezceremonialnie wdarłeś mi się do łazienki…
– Laylo!
Uniosła brwi.
– No co? – żachnęła się. – Przecież to prawda. Chyba, że to jakiś nowy zwyczaj, żeby nachodzić dziewczynę w koszuli nocnej. A już na pewno nie jest normalnym to, żebym lądowała w lodowatej wodzie… – Spojrzała na niego rozszerzonymi oczami. – O bogini, ty omal mnie nie utopiłeś!
– Nie zaszkodziłoby ci, zresztą, jak sama możesz się przekonać, żyjesz i masz się dobrze – wymamrotał, próbując ukryć zażenowanie. – Wracając do tej nieszczęsnej kąpieli, w ogóle rozumiesz, dlaczego musiałem to zrobić? – Popatrzyła na niego tępo. – Laylo, skup się!
– Cały czas próbuję, ale to nie jest łatwe, skoro mam mętlik w głowie – pożaliła się, wzdychając cicho. – No dobrze. Pamiętasz… zmęczenie. Wiem, że byłam bardzo zmęczona – powiedziała w końcu, zmuszając swój umysł do współpracy.
– Tak… Tak, byłaś zmęczona – potwierdził, nachylając się w jej stronę. – Co jeszcze, Laylo?
Miała wrażenie, że za moment zacznie wyć z rozpaczy.
– Nie wiem – westchnęła, potrząsając głową. – Mówiłam ci już, że ciężko mi się myśli. Byłam zmęczona, nie mogłam się ruszyć… Czułam się tak, jakby mnie nie było. Jak w takim wypadku miałam cokolwiek zapamiętać? – zirytowała się, nagle całkiem już zniechęcona.
Rufus rzucił jej przenikliwe spojrzenie, bynajmniej nie wyglądając na zaskoczonego jej słowami. Sprawiał raczej wrażenie kogoś, kto doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje i kto właśnie ma doskonałą okazję na potwierdzenie swoich własnych teorii.
– Zapominasz o gorączce – podsunął uprzejmie. – I o tym, że próbowałaś ze mną walczyć.
– Próbowałam… Co? – Zamrugała pośpiesznie, nie będąc w stanie przyjąć jego słów do wiadomości. – Nie pamiętam.
– Nie oczekiwałem, że będzie inaczej – przyznał, a ona znowu potrząsnęła głową. Uniosła obie dłonie do skroni, pocierając je energicznie, jakby to mogło jakkolwiek pomóc. – W ogóle nie spodziewałem się części tych objawów, których doświadczyłaś. Kiedy wyczułem, że powinienem do ciebie przyjść…
– Och, to musiało być dla ciebie nader interesujące – parsknęła, rzucając mu wymowne spojrzenie. Dobrze wiedziała, że ta więź pomiędzy nimi go intryguje.
Cóż, witaj w moim świecie, pomyślała, zaskoczona i usatysfakcjonowana tym, że ich uczucia wciąż są na tyle silne, by połączenie nie zostało zerwane. Gdyby Rufusowi na niej nie zależało, nie przyszedłby.
– Kiedy wyczułem, że powinienem do ciebie przyjść – powtórzył z naciskiem, dając jej do zrozumienia, że ma więcej mu nie przerywać – już było źle. Jestem zdziwiony, że stojąc przy drzwiach niczego nie poczułem, tak bardzo byłaś rozpalona i…
– Rufus – westchnęła, ignorując jego minę. – Nie chcę cię denerwować, ale chyba o czymś zapominasz. Ja nigdy nie miałam gorączki – zauważyła przytomnie. – A przynajmniej nie takiej, która nie byłaby dla mnie właściwa. Zawsze jestem rozpalona i wydaje mi się, że miałeś dość okazji, żeby to zaobserwować.
Gdyby wzrok mógł zabijać, pewnie już dawno byłaby martwa. No cóż, podejrzewała, że podważanie jakichkolwiek słów Rufusa nie jest najlepszym pomysłem, ale nie sądziła, że wytrąci go z równowagi aż do tego stopnia.
– Wiem, do cholery! – warknął, po czym westchnął, ze świstem wypuszczając powietrze z płuc. – Wiem… Ale to i tak nie zmienia faktu, że omal mi na rękach nie umarłaś. Nazwij to gorączką czy też nie, jednak… Laylo, ty nie widziałaś siebie… Nie widziałaś tego, jak przelewałaś mi się w rękach! Gdybym czegoś nie zrobił, nie wybaczyłabyś mi i oboje zdajemy sobie z tego sprawę.
Nie od razu dotarł do niej pełen sens jego słów. W pierwszym odruchu po prostu zastygła, spoglądając nań pustym wzrokiem i bezskutecznie próbując wszystko sobie uporządkować. Minęła dłuższa chwila, zanim wyciągnęła wnioski i przyjęła do wiadomości to, co chciał jej powiedzieć.
Oszołomiona, raz jeszcze przyjrzała się Rufusowi. Siedział przed nią, dziwnie odległy i niemożliwie wręcz opanowany.
– O bogini… – wyszeptała drżącym głosem. Czuła się tak, jakby znajdowała się gdzieś daleko, a wszelakie bodźce dochodziło z oddali, przez co wydawały się przytłumione i jakby nierzeczywiste. – Co ty mi…? Co się dzisiaj wydarzyło, Rufus? – zapytała, chcąc zmusić go do udzielenia odpowiedzi.
– Hm… Nie jestem pewien – przyznał, ale wyraz jego twarzy wydawał się temu przeczyć.
– Kłamiesz – zarzuciła mu bez chwili wahania. W końcu sam wobec niej zachowywał się równie bezpośrednio. – Od kiedy to boisz się mnie nastraszyć, co? – dodała z przekąsem, podświadomie wiedzą, że to, co usłyszy, niekoniecznie musi jej się spodobać.
– Masz rację… I jednocześnie jej nie masz – oznajmił, ostrożnie dobierając słowa. – Dobrze, podejrzewam. Ale nie wszystko mi się zgadza, więc teoretycznie cię nie okłamałem.
Zacisnęła usta, rozdrażniona tym, że jak nigdy wszystko komplikował. Miał niezwykły talent do tego, by sprawiać, że inni czuli się przy nim głupi, ale najwyraźniej wciąż nie zdawał sobie z tego sprawy.
– Powiedz mi – wręcz zażądała. – Ja ci powiedziałam.
Westchnął, ale skinął głową.
Nie zaprotestowała, kiedy przesunął się do niej i w niezwykle delikatny sposób ujął ją za ręce. Pozwoliła mu na to, by rozluźnił uścisk, jakim się otaczała, a po chwili nawet wpadła mu w ramiona, jednocześnie zastanawiając się, co takiego musiało się wydarzyć, by nawet on łaknął fizycznego kontaktu z nią. Dobrze, przez te wszystkie lata go zmieniła, a przynajmniej jego zachowanie względem niej, ale to i tak wydawało się niezwykłe, zwłaszcza po tych dniach ciszy i unikania siebie nawzajem.
Zadrżała, kiedy słodki oddech musnął jej policzek. Jakaś część niej zapragnęła się odwrócić i raz jeszcze odszukać jego usta, ale Layla stanowczo ją uciszyła, próbując skoncentrować się na czymś, co wydawało jej się istotniejsze.
– Wydaje mi się, że tak naprawdę doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, co próbuję ci powiedzieć – zauważył cicho Rufus. – Po prostu zacznij nazywać rzeczy po imieniu.
Zamknęła oczy. O tak, mogła.
– Powiedziałeś, że niewiele brakowało, żebym… umarła. – Zadrżała, po czym obróciła się w jego ramionach tak, by móc dostrzec wyraz jego twarzy. – Umarła ostatecznie, czy w taki sposób jak ty albo Isabeau?
– Jak ja – potwierdził natychmiast. – Ale to tak czy inaczej sprowadza się do śmierci.
Skinęła głową, próbując zapanować nad drżeniem. No cóż, miał rację – śmierć pozostawała śmiercią, a słuchanie o tym na pewno nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń jej egzystencji.
– Nie pozwoliłeś mi. – Kolejne stwierdzenie faktów, chociaż przecież powinna być roztrzęsiona. – Dlaczego?
– To też wiesz – zauważył i odniosła wrażenie, że gdyby nie powaga sytuacji, uśmiechnąłby się pobłażliwie.
– Dziecko – powiedziała bez chwili wahania. – Nie mogłabym zajść w ciążę, gdybym umarła… Ale jakie to ma znaczenie, skoro ta jedna kwestia jest już rozwiązana, co? Dziecka nie ma i nie będzie.
– Być może, ale przynajmniej zdecydowałaś o tym sama. – Wzruszył ramionami, ale w jego spojrzeniu było coś dziwnego. – Poza tym, to bardziej skomplikowane. Nie chciałabyś żyć w wiecznej nocy. W ogóle jestem zaskoczony tym, że podobny atak dotknął ciebie – dodał w zamyśleniu. – Mówiłem ci już, że jestem z nich najbardziej stabilna. Miałem okazję zaobserwować kilka przypadków, kiedy z braku alternatyw organizm wyniszczał sam siebie, żeby dopełnić przemiany, jednak ty… No i w twoim przypadku to wcale nie wyglądało tak, jak zazwyczaj, zresztą zapanowałem nad tym pierwszym środkiem na gorączkę, co samo w sobie jest cudem i aktem desperacji z mojej strony. Nie żebym nie był wdzięczny, że nagle nie zaczęłaś mi tutaj wymiotować krwią, niemniej… Och, ale ty nie chcesz znać szczegółów, tak? – zreflektował się, widząc zszokowany wyraz jej twarzy.
– Jeszcze słowo, a naprawdę zwymiotuję. Co prawda nie krwią, ale mimo wszystko nie jestem tą perspektywą specjalnie zadowolona – wymamrotała, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Chcę wiedzieć skąd wziąłeś te wszystkie informacje? No wiesz, te twoje zaobserwowane przypadki...
Rufus rzucił jej wymowne spojrzenie, sprowadzające się do mniej więcej jedno komunikatu – „Niekoniecznie”.
– Tak czy inaczej, nie mam pojęcia, co powinienem o tym myśleć. Nie podoba mi się to, że mogłaś… Och, po prostu mnie wystraszyłaś – odparł wymijająco, obojętnie wzruszając ramionami. – Twór brat wyglądał na chętnego rzucić mi się do gardła, kiedy zobaczył mnie z tobą na rękach. Nie żebym miał coś przeciwko temu, żeby kiedyś w końcu z nim zawalczyć, ale to nie był najodpowiedniejszy moment na takie sceny.
Słuchała go, ale prawie nie była świadoma tego, co próbował jej powiedzieć. W myślach wciąż analizowała to, co wyjaśnił jej Rufus, a w miarę jak prawda do niej dochodziła, czuła się coraz bardziej przerażona, a przy tym wciąż zdezorientowana. Co prawda wspomnienia nie nabrały ostrości, ale teraz łatwiej było jej je interpretować, a teraz jedna, jedyna myśl nie dawała jej spokoju.
Prawie umarła. Niewiele brakowało do tego, by obudziła się wampirzycą – nieodporną na słońce, z wydłużonymi kłami; taką, którą łatwo można było unieszkodliwić z pomocą kołka wbitego w serce.
Taką, której odebrana zostałaby zdolność prokreacji.
Co ciekawe, gdy myślała o tym w bardziej naukowy sposób, taka możliwość wcale nie brzmiała tak źle, ale to i tak nie zmieniało faktu tego, iż nigdy by siebie taką nie zaakceptowała. Kolejne słuszne spostrzeżenie Rufusa: czym innym było nie móc, a czym innym zrezygnować z własnej woli.
– Przepraszam cię – powiedziała cicho, chyba wchodząc mu w środek jakiejś wypowiedzi. Zamilkł i spojrzał na nią pytająco, tym bardziej, że stanowczo wyswobodziła się z jego objęć. – Muszę pomyśleć… Ja po prostu muszę o tym wszystkim pomyśleć – powiedziała w pośpiechu, niemal błagalnie, mimo dreszczy zsuwając się z łóżka i dosłownie rzucając się w stronę drzwi.
Tym razem Rufus nie próbował jej zatrzymywać.

1 komentarz:

  1. zaczynają
    się godzić, jak ja się cieszę ^^ Layla powiedziała Rufusowi o swoich
    koszmarach, a on wyznał, dlaczego nie dopuścił do jej "śmierci"... no
    dobra, wszystko się wyjaśnia, ale czy tak ą przemianę uda się
    powstrzymywać w nieskończoność.... coś czuję, że w końcu Layla będzie
    musiała przejść przemianę, ale kiedy to ewentualnie nastąpi, to już
    zależy od ciebie... spodziewałabym się, że Rufus zatrzyma Lay, ale dał
    jej chwilę na przemyślenie tego i owego... no i dobrze zrobił, bo każdy
    potrzebowałby w takiej sytuacji chwili tylko dla siebie...
    no cóż, to już sto czterdziesty drugi rozdział, więc zbliżamy się nawet
    już dużymi krokami do zakończenia księgo czwartej... czy sprawa Alessi
    niedługo się wyjaśni?
    no nic, czekam na nn :) pozdrawiam i do napisania ;*

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa