07.04.2014

Osiemdziesiąt pięć

Alessia
Damien wyglądał olśniewająco. Dziwnie było myśleć w ten sposób o bracie, ale co innego miała stwierdzić, skoro taka była prawda? Na sobie miał idealnie przylegający do jego smukłej, aczkolwiek odpowiednio umięśnionej sylwetki biały kostium, który Ali natychmiast rozpoznała.
No oczywiście…, jęknęła w duchu, ale powstrzymała się od wypowiedzenia tych słów na głos, żeby przypadkiem się nie ośmieszyć. Przecież to było do przewidzenia.
Wraz z dobrze jej znanym, filmowym uśmiechem, brat rzucił w jej stronę floret. Machinalnie wyciągnęła rękę i chwyciła za rękojeść, chwytając broń w powietrzu. W duchu odetchnęła, bo istniało aż nazbyt wielkie prawdopodobieństwo, że go upuści, a okazanie się kompletną niezdarą w tak ważnym momencie było ostatnim, czego mogła pragnąć.
– Nienawidzę cię – mruknęła, ale na nim nie zrobiło to żadnego wrażenia, co najwyżej doprowadzając do tego, że wywrócił oczami.
– Jakoś to przeżyję – stwierdził pogodnie, bawiąc się swoim floretem. Szermierka. Ha! Dobre sobie. – Albo niekoniecznie… Jak obiecasz, że nie przestaniesz się do mnie odzywać, może pozwolę ci się dźgnąć – obiecał i chociaż żartował, Ali pomyślała, że perspektywa tego, że mogłaby się na niego obrazić, faktycznie go martwiła.
– Już ktoś mi to obiecał – żachnęła się, mając oczywiście na myśli Aldero. – Pięć minut później nie miałam floretu w rękach, więc dla mnie to żadna pociecha.
Damien kolejny raz wywrócił oczami. Miała ochotę powiedzieć mu, żeby przestał się wydurniać, bo kiedyś dorobi się jakiegoś skrzywienia, ale się powstrzymała. Jej bliźniak najwyraźniej był w świetnym nastroju, a skoro na dodatek miał humorek, to chyba faktycznie coś było na rzeczy – w końcu zwykle bywał do bólu poważny.
Westchnęła, po czym bardziej stanowczo ujęła floret, ważąc broń w dłoni. Poczuła niejaką ulgę, że przynajmniej wybrał taką, która była przystosowana do jej wagi i dłoni, chociaż nie była pewna skąd miał pewność przy wyborze broni. Cóż, jak nic musiał kogoś poprosić – niektóre wampiry po prostu wiedziały, co było równie fascynujące, co i niebezpieczne. Wrażenie wręcz było takie, jakby ktoś przez cały czas ich kontrolował, a taka perspektywa bynajmniej nie sprawiała, że czuła się w Mieście Nocy jakkolwiek bezpieczniej.
Na próbę zamachnęła się i – pozwalając, żeby jej ciało samo przybrało odpowiednie ustawienie – dźgnęła powietrze. Ostrze przecięło je ze świstem, a na ustach Damiena pojawił się blady uśmieszek, kiedy końcówka floretu zadrgała zaledwie kilka centymetrów od jego twarzy.
– Lepiej zachowaj to na później – zaproponował. Rzadko bywał pewny siebie, więc ta arogancja tym bardziej ją irytowała.
Posłusznie opuściła broń, kierując ostrze w stronę posadzki, ale trzymając je w pogotowiu. Floret nie był szczególnie groźny, chociaż sam fakt tego, że został wykonany z metalu, mógł okazać się problematyczny. Srebro bywało zabójcze, ale metal również potrafił być szkodliwy, jeśli wiedziało się, jak właściwie go używać. Oczywiście w ich przypadku to nie miała być poważna walka, ale Ali czuła jakąś ponurą satysfakcję płynącą z tego, że w dłoniach trzymała prawdziwą broń – i że mimo wszystko wiedziała, jak powinna się nią posługiwać.
– To akurat mogę ci obiecać.
Damien z powagą skinął głową, najwyraźniej faktycznie licząc na przynajmniej dostateczne wyzwanie. Alessia miała ochotę coś powiedzieć, ale zanim zdecydowała się na uporządkowanie myśli, doszedł ją cichy chichot Isabeau. Całkiem zdążyła już zapomnieć o obecności ciotki i Carlisle’a, więc śmiech wampirzycy na moment ją zdezorientował.
Isabeau przeniosła ciężar ciała z jednej nogi na drugą; dół jej sukni zafalował subtelnie.
– Szermierka to niezwykła sztuka walki – odezwała się śpiewnie, uważnie obserwując Alessię i Damiena. – Pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie, że to jedyny sport, gdzie my, kobiety, nareszcie dorównujemy mężczyznom. Tutaj nie liczy się siła, ale zwinność i refleks. To taka mała rada, mi amore – dodała, mrugając porozumiewawczo do Alessi. – Dobry florecista potrafi przekuć swoje fizyczne wady w zalety… Z kolei dla tych, którzy dobrze walczą, dotychczasowe atuty mogą okazać się w tym przypadku zgubne.
– Tak, tak… Możemy zaczynać? – Alessia nie zamierzała udawać, że dzięki słowom ciotki czuje się jakkolwiek pewniej.
Isabeau rzuciła jej przenikliwe spojrzenie. Jej oczy zabłysły, a na ustach pojawił się pełen samozadowolenia uśmiech.
– W takim razie… proszę – zachęciła, cofając się o krok. Wraz z Carlisle’m wycofali się na podwyższenie, chociaż sądząc po wyrazie twarzy doktora, miał wątpliwości. – Bez obaw. Przecież się nie pozabijają – stwierdziła z pogodnym uśmiechem, wzruszając ramionami. Entuzjazm w jej głosie miał w sobie coś niepokojącego. – Od przeszło wieku nikt podczas tej ceremonii nie umarł.
– Dobry żart – mruknął z przekąsem Carlisle, ale po wyrazie twarzy Isabeau ciężko było z całą pewnością stwierdzić, czy tylko się zgrywała.
Alessia nie zamierzała czekać na odpowiedź Beau. Natychmiast zwróciła twarz w stronę obserwującego ją Damiena. Chłopak wyglądał na w pełni rozluźnionego, wręcz spokojnego, co było kojące. W palcach obracał floret, ale nawet nie spoglądał na broń, nie spuszczając siostry z oczu. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się.
Gotowa?, usłyszała jego mentalny głos w głowie i machinalnie skinęła głową.
Jak zawsze, zapewniła, ale z jakiegoś powodu miała wrażenie, że takie zapewnienia w jakimś stopniu mijały się z prawdą.
Nie było żadnego znaku od Isabeau. W zasadzie po raz kolejny oboje byli na dobrej drodze do tego, żeby zapomnieć o obecności kogokolwiek, w pełni skoncentrowani na tym, co było do zrobienia. Damien cofnął się o kilka kroków, zajmując odpowiednią pozycję. Skłonił się lekko, w wyuczony sposób, w niewerbalny sposób pozdrawiając swojego przeciwnika, dokładnie tak, jak nakazywała tradycja. Alessia sztywno odwzajemniła gest; palce mocno zaciskała na rękojeści floretu, kątem oka obserwując broń w dłoniach Damiena. Nie żeby sądziła, że ją zaatakuje z zaskoczenia, ale instynkt robił swoje.
Podjęli decyzję mniej więcej w tym samym momencie, chociaż to Damien okazał się szybszy. Ali niejednokrotnie miała okazję widzieć, jak jej brat walczy i wiedziała, że wtedy w jednej chwili się zmieniał. W znamienitej większości przypadków zawsze starał się być łagodny i równie ciepły, co Carlisle, ale kiedy w rękach miał floret, każdy wiedział, że lepiej trzymać się od niego z daleka. Trzeba było przyznać, że z wyrazem całkowitego skupienia, pewności siebie i swego rodzaju wyrachowania, Damien wyglądał niezwykle – a przy tym na swój sposób groźne. Ta zmiana była subtelna, ale aż nazbyt wyraźna i Alessia momentalnie ją wyczuwał.
Ciszę przerwał metaliczny zgrzyt, kiedy z wprawą zablokowała jego atak. Damien uśmiechnął się z uznaniem, ale prawie natychmiast wykonał kolejne cięcie. Alessia cofnęła się o krok, w pamięci odliczając kolejne ruchy, dokładnie tak, jak zawsze się ich uczyła podczas zajęć w Akademii Nocy. Szermierka miała w sobie coś lekkiego i rytmicznego, dokładnie jak taniec, jeśli tylko potrafiło się tę analogię dostrzec. Jak na razie Damien dawał jej fory, a ona z łatwością dopasowała się do jego rytmu, bez trudu blokując kolejne cięcia, a z czasem nawet zaczynając je przewidywać.
Pchnięcie, cięcie, pchnięcie, cięcie… Riposta.
Zaatakowała, ale ją zablokował, uśmiechając się przy tym w ten pobłażliwy, ale przy tym jakże uroczy sposób. Jego oczy lśniły, a jej na moment zakręciło się w głowie, chociaż nie rozumiała, jak cokolwiek w jego spojrzeniu mogło odprowadzić ją do takiego stanu. Skoncentrowana, omal nie przypłaciła chwili nieuwagi porażką, kiedy Damien zaatakował z gracją i prędkością kobry, starając się zahaczyć końcówką swojego floretu o rękojeść jej broni, żeby wybić jej ją z rąk. Dosłownie w ostatniej chwili udało jej się uskoczyć na bezpieczna odległość. Starając się zapanować nad trzepoczącym się szaleńczo w piersi sercem, szybko wzięła się w garść i przybrała doskonale wyćwiczoną pozycję, w prowokujący sposób spoglądając bratu w oczy. Drażnienie drapieżcy nigdy nie było rozsądne, ale ona o to nie dbała.
Blady uśmiech zamajaczył na ustach Damiena. Miedziane włosy miał w jeszcze większym nieładzie, ale poza tym nawet się nie spocił, mimo panującego upału i stroju, który miał na sobie. Ali czuła, że sama prezentuje się o wiele gorzej, co było irytujące. Dyszała ciężko, zgrzana i zmęczona gorącem. Skórę i ubranie miała przemoczone, chociaż podejrzewała, że bardziej zmęczyła się stresem niż warunkami klimatycznymi. Mimo wszystko bała się, że w każdej chwili popełni błąd, a strach raczej nie był najlepszym doradcą, zwłaszcza w tej chwili. Starała się o tym pamiętać, ale dobre rady, które w teorii wydawały się dobre, w praktyce wcale nie okazywały się tak przydatne. Chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że i tak nic złego się jej nie stanie, duma nie pozwalała jej pogodzić się z tym, że miałaby tak po prostu dać się pokonać. Damien już i tak miał na nią aż nazbyt wielką przewagę; niczego więcej nie zamierzała zaakceptować, chociaż…
– Hej, Śpiąca Królewno!
Nagle dosłownie zmaterializował się przed nią, mierząc ostrzem wprost w jej pierś. Instynktownie wygięła się do tyłu, zrobiła mostek, a potem salto w tył. Odskoczyła do tyłu, ledwo tylko znów dotknęła stopami ziemi, po czym przybrała pozycję obronną, ustawiając floret tak, żeby z łatwością zablokować ewentualny atak. Kątem oka dostrzegła zaskoczone, ale jak najbardziej pełne podziwu spojrzenie Carlisle’a oraz błysk satysfakcji w oczach Isabeau. Ćwiczyła to tak długo najpierw z ojcem, a później z ciotką, że powinna być w stanie powtórzyć ten manewr w nawet najgorszych, najbardziej wymagających warunkach.
Ćwiczyła również jeszcze wiele innych sztuczek, ale te raczej nie miały jej się teraz przydać, zwłaszcza w starciu z Damienem. Jej brat zamrugał pośpiesznie, zaskoczony, ale prawie natychmiast wziął się w garść, szybko zapanowując nad emocjami. Zdwoił czujność i wiedziała, że teraz nie będzie już tak łatwo, przynajmniej jeśli chodzi o mieszanie walki wręcz z szermierką. Kto jak kto, ale Damien doskonale znał jej możliwości – w końcu części sam jej uczył. Gabriel nie pozwoliłby, żeby jego dzieci były bezbronne, zwłaszcza w Mieście Nocy, ale problem polegał na tym, że wychowujące się ze sobą rodzeństwo raczej nie miało zbyt wielkich szans na wykorzystanie elementu zaskoczenia, kiedy walczyło ze sobą.
– Nie uciekaj, tylko zaatakuj, Ali – usłyszała rozkazujący ton Isabeau. Zesztywniała, zaskoczona tą władczością w głosie. – Zaatakuj go teraz.
Rzuciła ciotce krótkie spojrzenie, ale oczy Isabeau nie wyrażały niczego, pomijając oczekiwanie. Widok tych błękitnych, zimnych tęczówek niejednego był w stanie przyprawić o dreszcze, ale Ali już dawno przywykła do nietypowego charakteru Beau i tego, jak zmienne były jej nastroje. Co prawda Isabeau nie była tak zmienna i niebezpieczna jak wujek Rufus, ale ten chłód i wyrafinowanie czyniły ją jeszcze gorszą.
Odrzuciła włosy na plecy, wyprostowała się, po czym posłusznie skoczyła do przodu. Dwa florety ponownie zderzyły się ze sobą, kiedy Damien od niechcenia zablokował jej atak. Metaliczny szczęk miał w sobie coś niepokojącego, zaś siłę uderzenia odczuła praktycznie w całym ciele, wręcz w każdej komórce i kościach. Zacisnęła zęby, przez ułamek sekundy przekonana, że zaraz ugną się pod nią kolana, ale jakoś udało jej się utrzymać w pionie. Palce jeszcze mocniej zacisnęła wokół rękojeści floretu, nie chcąc ryzykować, że przypadkiem go upuści. Pozwolić się rozbroić równało się końcowi walki, a na to zdecydowanie nie zamierzała pozwolić, przynajmniej na tę chwilę. Isabeau nie akceptowała jej planu, koncentrującego się na unikach i trzymaniu się na dystans, więc musiała przejść do rzeczy, ale to wcale nie było takie łatwe. Damien był zbyt szybki, a ona nie miała sposobności po temu, żeby chociaż spróbować zaatakować zbytnio się przy tym nie narażając. Jasne, nie mogła uciekać w nieskończoność, ale jeśli mogła dać sobie przynajmniej kilka dodatkowych minut, zamierzała z tego skorzystać.
Ona nie podjęła decyzji, ale Damien i owszem, co stało się jasne w momencie, kiedy zaatakował. Alessia zablokowała cios, obróciła się, czego omal nie przypłaciła rozciętym ramieniem, po czym odpowiedziała na zaproszenie. Adrenalina popychała ją do przodu, podobnie jak i gniew, który nagle wypełnił ją całą, popychając ją do przodu. Och, co to, to nie, braciszku, pomyślała z przekąsem i wysiliła się na złośliwy uśmiech. Może i była w walce gorsza, ale to jeszcze nie znaczyło, że stanowiła łatwy cel.
Starając się wykrzesać z siebie jak najwięcej energii i prędkości, zamarkowała cios w lewy bok. Damien zareagował błyskawicznie, zasłaniając się, więc pośpiesznie zmieniła kierunek cięcia. Ostrze przesunęło się zaledwie cal od jego klatki piersiowej, ale w porę cofnął się, przez co nawet go nie drasnęła. Czekoladowe oczy rozszerzyły się nieznacznie, bynajmniej nie ze strachu, ale na pewno zaskoczenia, co jednocześnie ją ucieszyło i rozczarowało. Sądził, że nie będzie ją stać na coś takiego?
Zacisnęła usta, rozczarowana i zniechęcona niepowodzeniem, ale wtedy po raz kolejny dosiągł ją głos Isabeau:
– Nie! – powiedziała. Alessia nie rozumiała, dlaczego co jakiś czas decydowała się ingerować, ale najwyraźniej miała do tego prawo. Carlisle milczał, ale to nie miało znaczenia; Damien nie potrzebował żadnych wskazówek. – Riposta. Jeszcze raz.
Usłuchała, nawet się nad tym nie zastanawiając. Nie była pewna jakim cudem, ale po raz kolejny udało jej się brata zaskoczyć. Zaatakowali niemal jednocześnie, ona omal się nie wywracając, kiedy w ostatniej chwili zrezygnowała z cofnięcia się. Damien zaklął pod nosem (ciekawe, bo rzadko zdarzało mu się przeklinać) i spróbował odskoczyć, ale tym razem okazał się zbyt wolny.
W pierwszej chwili Ali uderzył zapach krwi, a kiedy już dla pewności odsunęła się na bezpieczna odległość i wyprostowała, dostrzegła, że jej brat przyklęk na jedno kolano, zaciskając palce na lewym ramieniu. Biały strój miał rozdarty nieco powyżej łokcia, a kiedy rozprostował dłoń i uniósł palce, dostrzegła gęstą, powoli sączącą się z rany krew. Damien zacisnął usta i skrzywił się, po czym mocniej wzmocnił uścisk na ranę, żeby powstrzymać krwawienie. Ali, która początkowo w oszołomieniu wpatrywała się w jego rękę, w końcu pojęła, co takiego zrobiła, a dotychczasowe zaskoczenie ustąpiło obezwładniającego wręcz uczuciu satysfakcji. Co prawda to jeszcze niczego nie znaczyło, ale przecież trafiła! Przynajmniej go trafiła!
– Isabeau… – doszedł Ali poruszony głos Carlisle’a, ale prawie natychmiast przerwało mu ciche prychnięcie wampirzycy.
– To nic takiego. Dopiero zaczynają – zauważyła i jasne było, że wie, co takiego mówi. – Oboje wiemy, że nic mu nie jest – dodała i Ali wyczuła zawarte w tych słowach ostrzeżenie.
W istocie, kiedy ponownie skoncentrowała się na Damienie, dostrzegła jak rana sama z siebie przestaje krwawić, a potem się zasklepia. Chłopak skinął z zadowoleniem głową, już w następnej sekundzie podnosząc się do pionu i uświadamiając jej, że właśnie straciła okazję na to, żeby wygrać. Po cieciu nie został nawet ślad, może pomijając resztki czarnej w tym oświetleniu krwi oraz rozerwanego ubrania.
Alessia zaklęła w duchu, jednocześnie szykując się do obrony. Szlag, jak mogła przegapić taką okazję, jeśli…
– Ejże! – zaoponowała, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Bez używania mocy. To niesprawiedliwe – pożaliła się, ale to jedynie sprawiło, że Damien uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Nie potrafię nie uzdrowić samego siebie. W tym wypadku dar jest całkiem poza kontrolą – przypomniał jej i widać było, że mówi szczerze. Na chwilę uniósł dłonie w poddańczym geście, chociaż to bynajmniej nie znaczyło, że się poddała. – Wybacz, Ali. A tak swoją drogą, ładnie – dodał.
Chociaż to było dziecinne, pokazała mu język. Gdyby walczyła z Aldero, pewnie pokusiłaby się o coś bardziej wulgarnego, nawet mimo obecność Carlisle’a, ale to był Damien i to zmieniało wiele – zwłaszcza, że jej brat zawsze był szczery. Co więcej, czasami miała wrażenie, że docenia ją bardziej niż ona sama siebie.
Może i był szczery, ale na pewno nie zamierzał się jej podłożyć, bo w ułamku sekundy ponownie stanął przed nią, gotowy do walki. Zamachnęła się floretem, chcąc zablokować ewentualne cięcie, ale tym razem Damien był bardziej zdeterminowany i skupiony niż wcześniej. Odskoczył, odparował i zaatakował, robiąc tak małe przejścia między kolejnymi ruchami, że nawet z jej perspektywy wyglądał niczym zamazana smuga. Widziała jedynie jego bladą skórę i miedziane włosy, kiedy tak trwał w tym morderczym tańcu, w którym pewnie poległby niejeden, gdyby tylko chłopak zdecydował się posunąć do czegoś więcej niż tylko obrony.
A potem ostatecznie zdecydował się dać z siebie wszystko i już wiedziała, że walka właśnie zmierza ku końcowi.
Damien zaatakował z szybkością i precyzją, którą widziała niejednokrotnie, ale nawet nie przypuszczała, że mógłby podnieść ją do rangi sztuki. Krzyknęła z wrażenia, w ostatniej chwili uchylając się przed ciosem na wysokości siły. Gdyby trafił, zabiłby ją i to w pierwszym odruchu ją oszołomiło; brat nigdy by jej nie zranił, ale…
Niech cię diabli, pomyślała, uświadamiając sobie własną głupotę. Oczywiście, że by jej nie zranił, zwłaszcza w sytuacji, kiedy wszystko miało charakter symboliczny, a ona była jego siostrą. Wszystko to uświadomiła sobie w ciągu ułamków sekund, kiedy uchyliła się przed jego atakiem, nagle pojmując, że to jedynie gra – i że właśnie dała się nabrać. Spróbowała odzyskać kontrolę nad sytuacją, ale Damien już zdążył wykorzystać fakt, że zrobiła dokładnie to, czego mógł oczekiwać. Poczuła uderzenie, a potem floret jedynym zgrabnym ruchem został wytrącony z jej rąk. Broń zatoczyła łuk w powietrzu, zawirowała, po czym wpadła wprost w nastawioną dłoń Damiena, jakby przyciągana jakąś nadnaturalna siłą albo magnesem.
Alessia jęknęła, po czym pozwoliła sobie na to, żeby w nieco teatralny sposób paść na posadzkę. W tym samym momencie Isabeau klasnęła w dłonie, zaledwie raz, ale to wystarczyło, żeby oboje pojęli, że walka właśnie dobiegła końca.
– Wystarczy – zarządziła kapłanka, spływając po schodach i w ułamku sekundy materializując się pomiędzy bliźniętami. – Dziękuję, Damienie. Chociaż to było do przewidzenia – zauważyła z wymownym uśmieszkiem.
Damien skłonił się w nieco teatralny sposób, wyraźnie z siebie zadowolony. Odrzucił oba florety na bok, po czym zachęcająco wyciągnął dłoń w stronę Alessi. Spojrzała na nią krzywo, dopiero po kilku sekundach decydując się przyjąć jego pomoc. Bez trudu postawił ją na nogi, ale nie puścił jej dłoni. Uścisk miał silny, przyjemnie ciepły i czuła, jak wypełnia ją bijąca od niego uzdrawiająca energia. Cóż, może dzięki temu zaoszczędzi sobie kilku siniaków, których w innym wypadku jak nic mogłaby być pewna.
Spojrzała na brata, świadoma tego, że ten wciąż obserwuje ją z uśmiechem. Nie cofnęła dłoni, w zamian dygając (tego Isabeau nauczyła ją jeszcze zanim w pełni udało jej się opanować sztukę prawidłowego wysławiania się), pozwalając, żeby Damien ucałował wierzch jej dłoni. Czasami te staroświeckie, tradycyjne gest ją krępowały, ale musiała przyznać, że jednocześnie czuła się dzięki temu naprawdę fantastycznie.
– Spisałaś się znakomicie, Ali – zapewnił z typową dla siebie, rozbrajającą wręcz szczerością. Najbardziej irytowało ją to, że nawet gdyby chciała, nie potrafiłaby się na niego porządnie zdenerwować.
– Spisywałam, póki nie zdecydowałeś się przypomnieć mi, kto tutaj rządzi – poprawiła, a Damien zaśmiał się perliście.
– Jak wolisz – uległ – ale sama widzisz, że jednak miałaś okazję mnie dźgnąć.
Tym razem to ona wywróciła oczami, w pełni udobruchana. Damien znów się uśmiechnął, po czym zerknął na obserwującą ich w milczeniu Isabeau. Ali nie była pewna, ale w oczach ciotki dostrzegła coś, czego nie zrozumiała, a co przypominało obawę. Oczywiście uczucie to natychmiast zniknęło, ale Alessia zdążyła je zauważyć.
– Naprawdę muszę mówić, że będę się nią opiekować? – zapytał Damien.
Beau wzruszyła ramionami.
– Nie. Nie, przecież to oczywiste, że dałbyś się za nią spalić żywcem – stwierdziła pogodnie. – Skoro nie ma żadnych przeciwwskazań, ceremonia połączenia się odbędzie.
Dlaczego jej głos sugerował, że ma co do tego wątpliwości?

1 komentarz:

  1. Ha, szermierka!
    Fajnie że akurat tak walczyli bo do tego sportu to zwinność i spryt jest potrzebny :) Bardzo się cieszę że Alessia drasnęła chociaż raz Damiena. Szkoda że nie wygrała no ale to nic...
    Rany, mi się coś robi gdy Damien zachowuje się tak wobec Ali!!! Taki szarmancki i w ogóle no dobra no ale nie daje mi to spokoju odkąd potwierdziłaś mi moją obawę że on nie parzy na nią jak na siostrę.

    Daje se rękę uciąć że Isabeau widzi co robi nie tak Damien, w końcu ona przeszła to samo ale ja naprawdę nie chcę aby skończył przez przypadek jak Aldero, po prostu sie martwię.

    Rozdział cudny, z zniecierpliwieniem czekam na nn
    Pozdrawiam

    Lila

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa