06.04.2014

Osiemdziesiąt cztery

Alessia
Alessia wzięła kilka głębszych wdechów, po czym stanowczym krokiem przekroczyła próg świątyni. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, wkrótce mając zniknąć za linią horyzontu, ale na dworze wciąż było nieznośnie gorąco, jak zwykle w ciągu minionych dni. W tym roku lato wyjątkowo dawało o sobie znać, przypominając o nadchodzącym lipcu i uprzykrzając życie nie tylko ludziom, ale tym, którym temperatura dawała się we znaki – no i oczywiście tym z wampirów, którym promienie UV szkodziły bardziej niż innym, ale to akurat stanowiło sprawę drugorzędną.
Idealna pora na to, żeby trochę się zmachać, pomyślała z przekąsem, odgarniając wilgotną grzywkę z czoła. Włosy kleiły jej się do skóry, co może nie było wyjątkowo nieprzyjemne, ale na pewno uciążliwe. Teraz pożałowała, że nie związała ich na czubku głowy, ale wcześniej o tym nie myślała, poza tym nie była pewna, czy to dobry pomysł. Jakiekolwiek ceremonie kojarzyły jej się z elegancją, zwłaszcza w przypadku kobiet, które powinny być dodatkową ozdobą. Oczywiście w tym wypadku pewnie można było zrobić wyjątek, ale nie zamierzała o tym myśleć, nie chcąc ubolewać nad własną lekkomyślnością. Już i tak nie mogła wrócić do domu, a jeśli dalej będzie zwlekać, pewnie w końcu się spóźni, a tego nie chciała.
Wnętrze świątyni okazało się przyjemnie chłodne, chociaż panujący na zewnątrz zaduch sprawiał, że słodycz kwiatów i kadzidełek była jeszcze trudniejsza do zniesienia. Powietrze było ciężkie i tak gęste, że wręcz zdawało się materialne, kiedy spokojnym krokiem ruszyła przed siebie. Słyszała odgłos swoich kroków, ale nawet nie starała się ich ukryć, kiedy tak bez pośpiechu przemieszczała główną salę świątyni, uważnie rozglądając się dookoła. Pomijając kwiaty i zapalone świece, nic nie sugerowało czyjejkolwiek obecności, ale Alessia zdawała sobie sprawę z tego, że to jedynie pozory. Za nic nie pomyliłaby dzisiejszej daty, poza tym doskonale czuła zapach Damiena przy wejściu, a to o czymś świadczyło.
– Jesteśmy tutaj, Ali – usłyszała melodyjny głos Isabeau.
Coś poruszyło się a potem ciotka dosłownie wyłoniła się z cienia najbliższego filaru, jakby wcześniej była częścią panującego wokół półmroku. Alessia znała Beau dość długo, żeby wiedzieć, że od momentu swojej śmierci (mniej czy bardziej udanej), jak najbardziej można było powiedzieć, że Isabeau związana była z ciemnością. Nawet teraz, patrząc na nią, Ali miała wrażenie, że cienie tańczą wraz z wampirzycą, kiedy zaś pokusiła się o przyjrzenie się zwykle ciemnoniebieskiej aurze, dostrzegła znajome jej już czarne przebarwienia.
Niebieskie niczym zamarzająca woda oczy zalśniły, a na ustach Isabeau pojawił się niepokojący uśmiech. W czarnej, ściśle przylegającej do sylwetki sukni oraz wysokich szpilkach, wyglądała eterycznie i groźnie, taka zresztą była. Alessia dobrze wiedziała, że śmierć nie była Beau obca i to nie tylko dlatego, że sama jej doświadczyła.
– Gdzie Damien? – zapytała, bynajmniej nieprzejęta bijącą od wampirzycy aurą. Widok dwóch wyostrzonych kłów również przestał robić na niej wrażenie.
– Zaraz przyjdzie. – Isabeau mrugnęła do niej porozumiewawczo. – Jej, jesteś zdenerwowana, a to jeszcze nawet nie jest główna ceremonia. To po prostu rytuał przygotowawczy – zauważyła, wywracając oczami.
– Rytuał w którym pewnie Damien okaże się lepszy – mruknęła, zaciskając usta.
Isabeau znów wywróciła oczami. Alessia wiedział, że jej obawy są idiotyczne, ale czasami miała dość perfekcyjności brata. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że przed wzmocnieniem już i tak łączącej ich więzi, symbolicznie miał okazać bliźniakowi, że jest warta jego opieki, a on musiał się zgodzić, ale i tak nie przypadało jej do gustu to, czego wymagała od nich tradycja. Gdyby jeszcze miała jakieś szanse, byłoby jej wszystko jedno, ale w obecnej sytuacji… Poza tym, do diaska, dlaczego to musiała być walka? Co więcej, podejrzewała, co takiego wybrał Damien, a to z góry skazywało ją na niepowodzenie.
Reguły były proste i nauczyła się ich jeszcze na długo przed tym, jak zaczęli przygotowywać się do ceremonii. Przed ostatecznym zawarciem przymierza, mieli walczyć, żeby Damien – jako ten silniejszy, skoro był mężczyzną – mógł zadecydować, czy życzy sobie wziąć swoją małą siostrzyczkę pod opiekę. Od tamtej pory miał być za nią odpowiedzialny, chociaż Alessi wydawało się to idiotyczne. Co prawda niejednokrotnie widziała, jak Gabriel stara się opiekować siostrami, chociaż przysięgę składał wyłącznie Layli, ale obie przedstawicielki rodzeństwa Licavoli stanowiły najbardziej niezależne istoty, jakie Alessia kiedykolwiek spotkała. Teraz w zasadzie wszystko sprowadzało się jedynie do starych wierzeń i zachowania tradycji, ale i tak miała ochotę wzdychać, kiedy słyszała o tym, że Damien miałby być jej opiekunem. Ona też potrafiła walczyć, chociaż może niekoniecznie nie z nim.
– Przynajmniej nikt nas nie zobaczy – stwierdziła, a Isabeau parsknęła śmiechem. – No co? Nie lubię się upokarzać przy publiczności.
– Jasne. Nikt nie lubi – zapewniła Beau, szczerząc się w uśmiechu. – Pamiętam swoją ceremonię. Aldero powalił mnie na posadzkę ledwo zaczęliśmy. Nawet nie dał mi okazji do tego, żebym mogła poudawać, że jestem w stanie dorównać mu w walce… – Oczy wampirzycy zaszły mgłą, zaraz jednak spoważniała, odrzucając od siebie nie do końca przyjemne wspomnienia. – Przynajmniej zdecydował się na walkę wręcz, bo w tym byłam całkiem dobra. Jeśli chodzi o Damiena…
– Wiem – przerwała jej, unosząc obie ręce ku górze. – Kiedy zaczynamy?
Isabeau skinęła głową w głąb świątyni, więc Alessia poszła za nią. Nie wyczuła czyjejkolwiek obecności, ale widok czekającego kawałek dalej Carlisle’a jakoś specjalnie jej nie zaskoczył. No tak, ceremonia odbywała się nie całkiem w tajemnicy, bo każde z nich musiało przyprowadzić sobie świadka, który nie był z nimi spokrewniony – a przynajmniej nie tak blisko jak rodzice czy rodzeństwo. Wybór Damiena był oczywisty od samego początku, podobnie jak i jej, chociaż w przypadku Alessi mogły pojawić się małe komplikacje.
Doktor posłał Ali uśmiech, więc spróbowała go odwzajemnić, ale nie była pewna, czy jej to wyszło. Takie upały nie sprzyjały kreowaniu dobrego nastroju, poza tym gdzieś resztkami świadomości była przy Arielu. Wspominała mu o tym, gdzie się wybierała i chociaż oczywiście nie mógł przyjść, chyba czułaby się pewniej, gdyby był gdzieś w pobliżu. Z drugiej strony, niekoniecznie zamierzała pozwolić mu patrzeć na jej zmagania z Damienem, ale i tak…
Cholera, jak zwykle miała mętlik w głowie. Ariel nie zdawał sobie z tego sprawy, ale nawet kiedy go nie było, całkiem skutecznie utrudniał jej życie, a przynajmniej koncentrację. Nie miała mu tego za złe, poza tym myślenie o nim sprawiało jej przyjemność, ale w obecnej sytuacji chyba lepiej byłoby, gdyby była w stanie się skupić.
Beau z lekkością pokonała kilka niskich stopni, prowadzących na podwyższenie, dające złudzenie czegoś na kształt sceny, chociaż nią nie było. Wydając się płynąć w powietrzu, minęła Carlisle’a, po czym z gracją odwróciła się w stronę Alessi. Tren jej sukni zafalował, przypominając mgłę i zachowując się w tak nietypowy sposób, że Ali mimowolnie zaczęła zastanawiać się, czy Isabeau nie wykorzystuje mocy, żeby prezentować się jeszcze bardziej niezwykle.
– Teoretycznie powinnam pozwolić kilku służkom wziąć udział w ceremonii – odezwała się pogodnym tonem Isabeau – ale nie lubię, kiedy ktoś mi patrzy na ręce, poza tym zbytnio ryzykowałabym, że ktoś otworzy drzwi w najmniej odpowiednim momencie. Nie mam zresztą nastroju na czyjąkolwiek obecność, zwłaszcza kogoś z pulsem, więc musimy zadowolić sobie sobą nawzajem… Co nie zmienia faktu, że czuję się trochę skonsternowana, Ali – poskarżyła się, wydymając usta.
Serce Alessi na ułamek sekundy przystanęło, kiedy poczuła narastające zdenerwowanie. Przez chwilę naprawdę sądziła, że Isabeau też zacznie mówić o Arielu, ale potem zorientowała się, że wampirzycy chodzi o coś zgoła innego.
– Tylko mi nie mów, że jednak nie możesz – jęknęła, kręcąc z niedowierzaniem głową. Przecież nie było już czasu na to, żeby…
– A czy ja coś takiego mówię? – Brwi Isabeau powędrowały ku górze. – Nie było przypadku, kiedy ktoś odgrywałby jednocześnie rolę kapłanki i świadka, ale też nie znalazłam niczego, co by tego zakazywało. Przecież powiedziałabym ci, gdybym nie mogła. Najwyżej poprosiłabym mamę, żeby poprowadziła ceremonię za mnie, ale skoro nie ma takiej potrzeby… – Wzruszyła ramionami. – Głupotą jest pytać, czy wiesz, co masz robić?
Alessia rzuciła jej urażone spojrzenie, wprawnie ukrywając ulgę, którą po słowach ciotki poczuła. Świetnie, więc wszystko było załatwione. Carlisle i Isabeau będą obserwować, a tym czasem ona i Damien zrobią swoje, pewnie w kilka zaledwie minut i to pod warunkiem, że jej brat okaże się litościwy. Nie żeby bała się, że zrobi jej krzywdę, ale chodziło o sam fakt tego, że miałby ją pokonać. Znała dobrze jego zdolności i chyba powinna się cieszyć, że podobnie jak i Carlisle, Damien był pacyfistą – a przynajmniej w teorii.
Bo oczywiście nie mam co liczyć na to, że zechce walczyć z użyciem mocy. Nie, to byłoby zdecydowanie zbyt proste, jeśli chodzi o Świętego Damiena…
Aldero w tej sytuacji wiedziałby, co takiego zrobić, żeby nie wyjść na kompletnego idiotę. Ona… No cóż, niekoniecznie.
– Świetnie. – Przynajmniej zajęcia z aktorstwa miała zaliczone na celujący. Głos miała spokojny, chociaż w środku coś się w niej gotowało i to wcale nie mając związku z duchotą na zewnątrz. – Gdzie Damien? Wolałabym przejść do rzeczy – oznajmiła, udając, że nie dostrzega czegoś na kształt powątpienia w oczach nie tylko Carlisle’a, ale i Isabeau; cudownie, więc już zakładali jaki będzie wynik.
Zanim którekolwiek z nich zdążyłoby cokolwiek jej odpowiedzieć, wyczuła ruch za plecami, a potem doszedł ją znajomy, słodki zapach. Nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, że Damien szybko zmierza w ich stronę.
– Jestem tutaj, Ali.
Westchnęła, po czym odwróciła się błyskawicznie.
Lorena
Lorenie chciało się wyć z frustracji. Od zawsze wiedziała, że Michael to dupek, ale czasami jego zachowanie przekraczało wszelakie granice. Wiedziała jedno – ostatni raz szła z wampirem na jakiekolwiek ustępstwa, zwłaszcza takie, które zmuszałyby ją do odwiedzania kawiarni wieczorem częściej niż przewidywał standardowy grafik.
W zasadzie kawiarnia, jak pieszczotliwe określał to miejsce Michael, była na ogół całkiem przyjemnym, a na pewno znanym miejscem. Kiedy po raz pierwszy usłyszała o planie miejsca, gdzie obsługiwano by w zasadzie każdego, niezależnie od rasy, miała ochotę popukać się palcem w czoło, ale czekało ja całkiem przyjemne rozczarowanie. Co prawda lokal z wiadomych względów był popularny głównie wśród wampirów i hybryd, ale znamienitą część odwiedzających stanowiła ludzka klientela, a sporadycznie wilkołaki i zmiennokształtni. Co ciekawe, nawet dzieci księżyca potrafiły zachować się przyzwoicie, chociaż to pewnie miało związek z Michaelem, który nie tolerował chamstwa w żadnej postaci, przynajmniej w miejscu, które należało do niego. Każdy wiedział, że niewiele trzeba, żeby wampir dostał szału i wywalił każdego, kto wejdzie mu w drogę, zapewniając dożywotni zakaz wstępu. To sprawiło, że nawet ludzie czuli się w kawiarni stosunkowo bezpiecznie, bo i tradycyjny sposób odżywania w miejscu, które pełniło funkcję publiczną, nie było przez niego akceptowalne.
Tak czy inaczej, jeśli chodziło o prowadzenie biznesu, Michael był prawdziwym ewenementem. Miał pod kontrolą praktycznie cały handel w Mieście Nocy, a kawiarnia stanowiła jego największe dzieło, nie po raz pierwszy zresztą. Interes się kręcił i Lorena zdążyła to już zauważyć już dawno. Swoją drogą, podobała jej się praca, gdzie tylko uśmiechała się do gości, roznosiła napoje i przyjmowała podziękowania. Większość gości traktowała kelnerki dobrze, niezależnie od rasy i poglądów, co było dowodem na to, że może jednak istniała szansa na to, żeby wszyscy ze sobą dobrze współżyli – a może po prostu bali się Michaela, ale to w tym momencie było najmniej istotne.
O tak, wszystko było w porządku, póki nie zapadał mrok, a ludzie nie uciekali do domów. Dopiero wtedy kawiarnia wypełniała się wampirami, zwłaszcza tymi najgorszymi, które… No cóż, nie zawsze były aż tak przyjemne. Nie mogła powiedzieć, żeby były jakoś szczególnie niemożliwe do wspólnej egzystencji, ale momentami, kiedy przynosiła napoje, czuła się jak foliowa torebka z krwią. Niektórzy patrzyli na nią tak, jakby zawartość jej żył stanowiła lepszą perspektywę niż to, co znajdowało się w filiżance, a zdecydowanie nie poprawiało jej nastroju.
No i jeszcze te komentarze na temat tego, jak z Laylą zachowały się ostatnim razem, kiedy trochę je poniosło…
– Przysięgam, że jeśli raz na mnie gwizdniesz, a wepchnę ci ten kubek do gardła – wymamrotała głownie, dosłownie zgrzytając zębami, kiedy po raz wtóry tego wieczora jeden z wampirów odprowadził ją w dość trudny do zniesienia sposób.
Starała się mówić cicho, ale nie miała pewności, czy przypadkiem jej gróźb nie usłyszał. Wręcz trzęsąc się ze złości, wróciła za kontuar, po czym – dla zabicia czasu i odpędzenia myśli – skoncentrowała się na przecieraniu lśniącego i tak blatu. Miała nadzieję, że przynajmniej przez kwadrans nikt niczego nie będzie od niej chciał, chociaż znając jej szczęście, mogła się tego w najbliższym czasie spodziewać.
Lorena westchnęła przeciągle. Liczyła na to, że Dean się pojawi, ale na razie nigdzie go nie widziała. Z jednej strony cieszyło ją to, bo na myśl o pierwszym spotkaniu po tym, jak pozwoliła sobie na chwile alkoholowego upojenia, coś przewracało jej się w żołądku, ale z drugiej… O tak, potrzebowała rycerza na białym koniu, nawet jeśli to brzmiało żałośnie. I jeśli miała być ze sobą szczera, wolała, żeby to on odstawił ją do domu, a nie Rufus, ale na to akurat już nic nie mogła poradzić.
Raz jeszcze rozejrzała się dookoła, ale nigdzie nie widziała jasnowłosego wampira. Świetnie. Na dodatek go wystraszyłam… Ja albo Pan Krwiopijczy Nietoperek, kiedy ostatnim razem pokazał mu kły, pomyślała z przekąsem. Rozczarowana, sprawdziła lodówkę z krwią (była pełna – wszystko od popularnej AB, po niezwykle rzadką grupę zero), po czym przejrzała zapasy kawy i innych napojów. Cóż, trzeba było przyznać, że wybór był bogaty, co naturalnie zawdzięczali Michaelowi, ale i tak zauważyła, że w zastraszającym tempie topnieje zapas espresso, a na to zdecydowanie nie mogli sobie pozwolić.
Upewniwszy się, że nikt jej nie potrzebuje, dyskretnie wycofała się na zaplecze. Vi lawirowała gdzieś pomiędzy stolikami, wprawnie radząc sobie ze zbieraniem ostatnich zamówień, dlatego Lorena zakładała, że na chwilę nieobecności może sobie pozwolić. Nie zamknęła drzwi, tylko od razu weszła do ciemnego pomieszczenia, gdzie trzymali zapasy i gdzie zawsze zostawiała swoje rzeczy, po czym na oślep zaczęła szukać włącznika światła.
I właśnie wtedy usłyszała głosy.
– … mam robić – mówiła cicho Anna. Głos wampirzycy był ostry i Lorena machinalnie zamarła, nasłuchując. – Przestań zachowywać się tak, jakbyś tego nie chciał.
– A nie pomyślałaś, że w istocie nie chcę? – warknął Michael. W przeciwieństwie do Anny, jakoś nad sobą panował, chociaż w jego tonie słychać było gniewną nutę. – Posłuchaj mnie, głupia dziewczyno. Nie zdajesz sobie sprawy, w co takiego się pakujesz. Nie wiesz…
– A ty wiesz? – zadrwiła Anna. Zaśmiała się cicho, ale nie było w tym niczego przyjemnego; śmiech prawie natychmiast zamarł, jakby ucięty nożem, a chwilę później Anna odezwała się ponownie: – To ty nie bądź głupi, Michael. Powiedz mi, że robię źle. No już. W końcu to ty wiesz, co takiego wydarzy się w przyszłości.
Michael milczał i przez moment wydawało się, że nie odpowie. Lorena nerwowo przestąpiła z nogi na nogę, po czym opuściła rękę, nagle uświadamiając sobie, że zamarła z dłonią w powietrzu, próbując doszukać na ścianie pstryczek. Coś podpowiadało jej, że powinna natychmiast się wycofać i aż rwała się do podporządkowania temu pragnieniu, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa.
– Przyszłość – odezwał się ponownie Michael – będzie zaledwie początkiem i końcem, Anno. Przyszłość się zmienia, a wkrótce zapanuje chaos. Czy właśnie to chciałaś ode mnie usłyszeć?
– Ona mówi, że przyszłość jest tym, czego wszyscy powinniśmy pragnąć. – W głosie Anny coś się zmieniło. Gniew zniknął, wyparty przez niepokojący wręcz entuzjazm i nutkę szaleństwa. Gdzieś w mroku zamajaczył błysk jej rubinowych oczu. – Michaelu, wiesz o czym mówię. Kiedyś sam tego pragnąłeś.
– Jedynym, czego pragnę, jest spokój – uciął szorstko Michael. – Przyszłość wciąż się zmienia, na dodatek na gorsze. Popełniłem wiele błędów, Anno. Uratowanie ciebie było jednym z nich, kolejna niebezpieczna zmiana w czasoprzestrzeni… Już od dawna wiem, że wszyscy zapłacimy wysoką cenę za decyzje, które zostały podjęte. Śmierć Isabeau była zaledwie początkiem, ale myślałem… – Urwał. Kiedy ponownie się odezwał, w jego głosie Lorena po raz pierwszy usłyszała strach: – Ona owinęła sobie ciebie wokół palca. Wiem do czego jest zdolna i co się wydarzy, jeśli jej ulegniesz. Wiem również, że sam… Och, Anno, przynajmniej ty jedna się opamiętaj!
Lorena aż podskoczyła, kiedy nagle podniósł głos. W popłochu cofnęła się o krok, potknęła o własne nogi i z impetem uderzyła plecami o ścianę. Hałas nie był specjalnie wielki, ale to wystarczyło, żeby dwójka wampirów zorientowała się, że jest obecna. Dwie pary krwistych tęczówek natychmiast powędrowały w stronę Loreny, a dziewczyna poczuła się tak, jakby za moment miała z wrażenia zemdleć.
Michael pierwszy ruszył w jej strony. Zanim się obejrzała, zmaterializował się tuż obok, zapalając światło. Blask rozjaśnił pomieszczenie, ukazując wciąż zagniewane oblicze Anny oraz wypraną z jakichkolwiek emocji twarz władającego czasem nieśmiertelnego. Co prawda Michael w pełni nad sobą panował, ale to jedynie potęgowało strach, jaki nagle zaczął wzbudzać w Lorenie.
– Co tutaj robisz? – zapytał, taksując ją wzrokiem. Lorena otworzyła usta, jedynie po to, żeby natychmiast je zamknąć. Jeszcze bardziej wtuliła się w ścianę, jakby chcąc przez nią przeniknąć, chociaż to było przecież niemożliwe. Z drugiej strony, jej dar był wyjątkowy, a może gdyby się skupiła, udałoby się coś wyprosić, przynajmniej ten jeden raz… – Zadałem ci pytanie – ponaglił Michael.
– Ja… Ja tylko…
Wampir warknął, rozdrażniony. Anna nie ruszyła się z miejsca, po prostu spoglądając na Lorenę. Jej oczy błyszczały, a Lorenie przeszło przez myśl, że kobieta najchętniej zaczęłaby rozważać sposobu w jaki najlepiej skręcić jej kark albo wgryźć się w szyję.
Oni mnie nie wypuszczą, pomyślała z przerażeniem i przez moment naprawdę w tę myśl uwierzyła. Nawet Michael, który…
– Przyszłam po kawę – powiedziała pod wpływem impulsu. – Chciałam tylko… Naprawdę, już miałam wychodzić.
– Kawę? – Michael zacisnął usta. – Na litość bogini, zawracasz mi głowę z powodu głupiej kawy? Szlag, durna dziewczyno! – warknął i przez kilka chwil gniewnie mruczał coś pod nosem, niekoniecznie w języku, który znała. – Wyjdź stąd.
– Słucham? – Zamrugała pospiesznie, oszołomiona. – Przepraszam. Ja naprawdę…
Michael wyglądał, jakby za moment miał dostać szału
– Wyjdź!
Tym razem Lorena nie zamierzała sprawdzać, czy zdecyduje się powtórzyć swoją prośbę. Natychmiast wypadła zaplecza, przeskoczyła nad kontuarem (nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że jest aż do tego stopnia sprawna, na dodatek w takim stanie) i ignorując zaciekawione spojrzenia, bez chwili zastanowienia rzuciła się w stronę wyjścia.
Na ulicach już panował mrok, ale nie przeszkadzało jej to, przynajmniej do momentu, w którym nie oddaliła się od kawiarni na dobrych kilkadziesiąt metrów. Dysząc tak ciężko, jakby przebiegła maraton, powoli zatrzymała się, po czym oparła się plecami o ścianę najbliższego budynku i przymknęła oczy. Mięśnie jej drżały, a serce dosłownie wyrywało się z piersi, ale adrenalina zaczynała już opadać i powoli się uspokajała.
– Ki diabeł? – westchnęła i zaśmiała się histerycznie.
Jakby w ogóle była w stanie sobie odpowiedzieć…

4 komentarze:

  1. Powiem szczerze, że najbardziej podobał mi się ten kawałek z Loreną. Kurde, zastanawia mnie co takiego knuje Anna i Micheal. Wydaje mi się, że to będzie coś związane z Isobel, prawda? Kurde, czyżby Anna tak bardzo była zafascynowana jej osobą, że zrobi dla niej wszystko? -.- Nawet jeśli będzie akcja, a ja lubię akcję. Więc jestem na tak! Powiem szczerze, że gdybym była zmuszona do pracowania w takich warunkach (chodzi mi o późniejszych klientów) zrezygnowałabym z tej pracy i przerzuciła się na coś innego. Myślę, że chyba nie raz oberwało się takiemu wampirowi za docinanie Lorenie. No, a sam striptiz chyba źle wpłynął na to jak prezentuje się jej osoba w kawiarni :D
    Była Isabeau <3 Chociaż nie jest taka jak wcześniej to i tak się cieszę, że jest jej choć troszkę :3 zastanawia mnie czy trudno było jej wspominać o bracie, ale chyba nie tak jak wcześniej. Trochę nie ogarniam po co ma być ta cała walka Alessi i Damiena, ale skoro jest potrzebna to nie mam żadnych pytań :3 Rozdział był jak zwykle ciekawy, a ja niecierpliwie czekam na następny ♥

    Pozdrawiam,
    Gabrysia :* ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawy rozdział :)

    Fajnie że Damien musi walczyć z Alessią, by potem się nią opiekować? Dobrze zrozumiałam?

    Nie spodziewałam się części z Loreną :)
    Ciekawi mnie ten spisek związany z Anną i Michealem (sorry nie wiem jak odmienić te imiona), oby nie było coś bardzo strasznego ale niech będzie straszne! Masakra ze mną, taki nieogar no ale co ja poradzę na poniedziałek? :)

    Nie rozumiem tej końcówki! A dokładnie tego "-Ki diabeł?- o co kaman?
    Mogłabyś mi to jakoś wytłumaczyć?

    Rozdział świetny, czekam na nn
    Pozdrawiam

    Lila

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Ki diabeł?" w sensie " O co chodzi?"; Lo całkiem zgłupiała, co chyba nie jest niczym dziwnym w obecnej sytuacji.nerwy jej puściły i tyle. Mnie wydaje się zrozumiała =)
      O tak, Damien bierze Alessie w opiekę. To o tyle istotne, że da mu pewne prawo, które wykorzysta w dalszej części historii, jak na razie jednak nie uprzedzajmy faktów.
      Pozdrawiam,
      Nessa ;)

      Usuń
    2. Aha dziękuję Ci bardzo :)
      Teraz już rozumiem. :*

      Lila

      Usuń




After We Fall
stories by Nessa