12.03.2014

Sześćdziesiąt trzy

Marco
– No dobra, to zaczyna być denerwujące. – Marco nie miał nastroju i to było widać. – Mogę, do diabła, wiedzieć, dlaczego non stop mi się przypatrujecie?
Wampir warknął i założył obie ręce na piersi, opierając się o parapet okna. Starał się trzymać na uboczu, żeby niepotrzebnie nie wrzucać się w oczy, ale to najwyraźniej było z góry skazane na niepowodzenie. Do diabła, dlaczego wszyscy musieli być do tego stopnia upierdliwi? Nie powinien był przyjmować propozycji Allegry, ale skąd mógł wiedzieć, że kobieta już nie mieszkała sama, tylko z grupą wampirów, które miały nie lepszy stosunek niż sam Gabriel chociaż przynajmniej nie próbowali rzucać mu się do gardła?
To zaczynało być denerwujące i na pewno nie pomagało mu w koncentrowaniu się na tym, żeby… Cóż, sam nie był pewien, co chciał osiągnąć, ale to i tak nie miało mu wyjść w takich warunkach. W zasadzie wolałby pobyć samemu, ale nie chciał sprawiać Allegrze przykrości. Co prawda pół-wampirzyca była zimna jak lód, a spojrzenie tych pięknych, niebieskich oczu wpływało na niego destrukcyjnie, poza tym jednak zachowywała się względem niego całkiem przyzwoicie. Tym bardziej czuł się poirytowany tym, że przynajmniej kilkukrotnie przyłapał się na tym, że najchętniej znalazłby się z nią w łóżku.
O szlag, to było do przewidzenia. Gabriella ukradła mu serce i duszę. Allegra weszła w posiadanie tego, co z niego zostało, chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy.
– No nie wiem, niech się zastanowię – mruknął z przekąsem miedzianowłosy wampir, chyba Edward. Marco nigdy nie dbał o to, żeby próbować nauczyć się imion, zwłaszcza, że jakoś nie pałał entuzjazmem na myśl o jakichkolwiek przyjaznych stosunkach z rodziną swojej synowej. Zdążył już poznać Carlisle’a i to najzupełniej wystarczyło. A jego syn był zdecydowanie gorszy. – Wiesz, to może mieć związek z tym, że nikt ci tutaj nie ufa.
– Szczerość to podstawa, co nie? – Wywrócił oczami, nie mogąc się powstrzymać. – Tak, tyle to już zdążyłem zauważyć.
– Więc po co pytasz? – odparował Edward, mrużąc oczy. Jego złociste tęczówki (cholera, co za absurd!) dosłownie przeszywały Marco na wskroś, sprawiając, że czuł się coraz bardziej podminowany. – Ktoś mi przypomni, co on tutaj robi? – dodał, zwracając się do bliżej nieokreślonej osoby.
Marco poczuł, że ma wielko ochotę na to, żeby zacząć wyć z rozpaczy. Doprawdy, starał się być spokojny, starał się przynajmniej przez wzgląd na szacunek do Allegry, ale jeśli ten rudzielec rzuci jeszcze jeden złośliwy komentarz, liczebność Miasta Nocy zmieni się przynajmniej o jedną sztukę.
Swoją drogą, jedna dziura w ścianie chyba nie miała nikomu zaszkodzić…
– Teraz to ty zaczynasz się na mnie dziwnie patrzeć – stwierdził Edward, lekko przekrzywiając głowę. – Na Boga, gdybym wiedział, co teraz sobie myślisz…
– To już dawno byś się zamknął – warknął z irytacją Marco. – Te ściany wcale nie są takie grube, a ja od jakiegoś czasu mam wielką ochotę coś rozwalić, Edmundzie – dodał, umyślnie przekręcając imię wampira.
– Jak właśnie mnie nazwałeś?
Marco jedynie prychnął, po czym wysilił się na jeden ze swoich najbardziej drapieżnych i złośliwych uśmiechów. Edward nie wyglądał na jakoś specjalnie przejętego jego groźbami ani zachowaniem, co zmusiło wampira do zastanowienia się nad tym, jak bardzo są z Gabrielem podobni. Co prawda jego syn jasno wyraził się przy ich ostatnim spotkaniu, co myśli o tym, że w ogóle są spokrewnieni, ale genów nie dało się oszukać. Poza tym sprawa była nieco skomplikowana, bo wszyscy byli do niego uprzedzeni. Nie, nie chodziło o to, że sądził, iż nie zasłużył sobie na takie traktowanie, ale bawił go upór starającego się udawać, że czymkolwiek się różnią Gabriela. Tak naprawdę byli tacy sami, chociaż jego syn nie potrafił tego zaakceptować.
– Byłbym wdzięczny, gdybyś nie próbował demolować nam domu – odezwał się Carlisle, decydując się zareagować, zanim sprawy posunął się za daleko. – To, że Allegra cię zaprosiła, jeszcze niczego nie znaczy – dodał z rezerwą; już w tunelach za sobą nie przepadali, a po akcji na placu ta niechęć jedynie się pogłębiła.
– O ile sobie przypominam, to jest dom Allegry – zauważył, przenosząc wzrok na doktora. Jakby sam jeden Theo nie był wystarczająco popieprzony z tym swoim zamiłowaniem do medycyny. Ale nie, tutaj dodatkowo w grę wchodziło picie zwierzęcej krwi, co dla Marco było równie abstrakcyjne, co śnieg w środku lata.
– Właśnie dlatego nie próbowaliśmy podważać jej decyzji – przyznał Carlisle. – Co nie znaczy, że pozwolimy ci posunąć się za daleko.
Och, super, a w następnej kolejności zaczną mu grozić? Chyba naprawdę źle zrobił decydując się tutaj przyjść, ale gdyby przewidział, że tak będzie…
– Mówisz tak, jakbyś podejrzewał, że nie robię nic innego, a rozważam jak najlepiej uprzykrzyć komuś życie – żachnął się, coraz bardziej zniecierpliwiony.
Carlisle nie podjął tematu, co Marco przyjął z niejaką ulgą, chociaż z drugiej strony był chętny do tego, żeby go sprowokować. Nie tak to sobie wyobrażał, poza tym wcześniej przez dobry kwadrans przysłuchiwał się rozmowie Allegry i doktora, który miał spore wątpliwości co do wpuszczenia Marco do domu. W końcu Allegra wpadła w szał i w dość dobitny sposób przypomniała wampirowi i tym, że w swoim domu mogłaby trzymać nawet rozszalałego wilkołaka, gdyby miała na to ochotę i chociaż w tamtym momencie Marco poczuł coś na kształt triumfu, radość minęła równie nagle, co się pojawiła – zwłaszcza, że kiedy tylko spróbował się odezwać, matka Isabeau dosłownie rzuciła się na niego z pięściami, radząc mu siedzieć cicho. Sam już za nią nie nadążał, ale ostatecznie doszedł do wniosku, że Allegra sam tak naprawdę nie wie, jak powinna się zachować w obecnej sytuacji, zwłaszcza przez wzgląd na to, co wydarzyło się między nimi cztery wieki wcześniej.
Musiało być koło południa, bo złociste promienie słońca wlewały się do pokoju, sprawiając, że blada skóra Marco zaczęła lśnić. Zacisnął usta, po czym cofnął się w cień, rozdrażniony tą cechą swojej natury. Co prawda lśnienie było lepsze od spalania się na słońcu, ale zwłaszcza w tym momencie nadmiar kolorów zaczynał go drażnić. W zasadzie wszystko go drażniło, a poczucie bezradności, które nie opuszczało go od momentu, kiedy emocje na placu opadły, a wszyscy zaczęli się rozchodzić, jedynie pogarszało sprawę, dodatkowo psując mu humor. Nie podobało mu się to, podobnie jak i nie zachwycała go perspektywa tego, że teraz przez cały czas miał być traktowany jak intruz, ale nic nie był w stanie na to poradzić.
Fakt, że Gabriel uciekł, jakoś niespecjalnie Marco zaskoczył. Bardziej martwił się o Laylę, która zaskoczyła go nagłą decyzją o tym, żeby stanąć w jego obronie i zaraz po tym zniknąć przy pierwszej możliwej okazji, nie chcąc nawet z nim rozmawiać. Była jeszcze Isabeau oraz jego wnuki, ale zniechęcony niepowodzeniem nie próbował się do nich odzywać, dochodząc do wniosku, że wszyscy muszą ochłonąć. Nie był pewien, jak długo będzie trwać tymczasowy impas, ale już teraz miał dość stania w miejscu i tego, że sam nie był pewien na czym właściwie stoi. Czekanie nigdy nie było jego mocną stroną, a jeśli wziąć pod uwagę to, że dodatkowo utknął w domu nieśmiertelnych, którzy traktowali go jak zło konieczne, rozdrażnienie było jak najbardziej uzasadnione.
Ciche kroki i słodki zapach były zapowiedzią wejścia kolejnej przedstawicielki Cullenów, delikatniej i ciemnowłosej Esme. Natychmiast poczuł na sobie zlęknione spojrzenie kobiety, wampirzyca zresztą prawie natychmiast uciekła na drugi koniec pomieszczenia, siadając u boku swojego męża. Kątem oka Marco zauważył, że Carlisle objął ją ramieniem, chyba zupełnie nieświadomie zachowując się tak jak każdy inny nieśmiertelny, który podejrzewa, że jego partnerka może być w niebezpieczeństwie. To było wręcz niczym wyzwanie, a Marco zaczął się zastanawiać, czy oni przypadkiem specjalnie nie próbując go sprowokować do tego, żeby posunął się do zrobienia czegoś naprawdę idiotycznego.
– Lilly zadbała o to, żeby Benjamin i Tia wrócili bezpiecznie do domu. Co prawda przekazałam im twoją prośbę, ale nie chcieli zostać, przede wszystkim z uwagi na reakcję Amuna – odezwała się Esme, uśmiechając się niepewnie.
– Podejrzewałem, że tak będzie. Amun bywa bardzo zaborczy, zwłaszcza jeśli chodzi o członków swojego klanu – przyznał Carlisle, w zamyśleniu kiwając głową. Kiedy jego partnerka skrzywiła się nieznacznie, spojrzał na nią pytająco. – O co chodzi?
– O nic – odparła wymijająco. Marco nawet z drugiego końca pomieszczenia czuł charakterystyczny zapach kłamstwa. Co prawda wątpił, żeby pozbawiony jakichkolwiek zdolności Carlisle był w stanie to wychwycić, ale na pewno znał swoją żonę na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że coś jest nie tak. – Ach, swoją drogą, powinniśmy podziękować Aldero. To był jego pomysł, żeby poprosić Egipcjan o pomoc.
– Aldero jest niezwykle sprytny – zgodził się doktor, ale nadal patrzył na nią podejrzliwie. – On i Cammy to dwa różne charaktery.
Marco ledwo powstrzymał się przed parsknięciem śmiechem. Nie, nie powinien być zainteresowany ich rozmową, ale przecież chodziło o jego wnuki, prawda? Nie podobało mu się to, że ktokolwiek niejako zajął jego miejsca, ale starał się o tym nie myśleć, podobnie jak i próbował odrzucić od siebie wspomnienia związane z wydarzeniami w tunelach, zwłaszcza z Laylą. Dobrze pamiętał jej szał, poza tym chyba nigdy nie czuł się tak dobrze jak wtedy, kiedy mógł ją przytulić – po prostu, bez tego gniewu i przerażających pragnień, które stawiały go na krawędzi, kiedy dziewczyna jeszcze była dzieckiem. Te gorsze wspomnienia wydawały mu się dziwnie odległe i czasami sam nie potrafił uwierzyć, że pewne rzeczy wydarzyły się naprawdę. Na pewno nie powinny były – tak jak i on nie powinien był pozwolić sobie na żadną z tych rzeczy, które jednak się stały.
Pojawienie się Allegry wyrwało go z zamyślenia. Kobieta przypominała powiew świeżego powietrza, zwłaszcza w długiej, staromodnej sukni, którą miała na sobie. Jej skłonność do noszenia się niczym królowa nie uległa zmianie przez te wszystkie lata, ale to była jedna z tych rzeczy, którą go urzekła. Teraz – na sobie mając krwistą sukienkę z rozłożystym trenem i ze spiętymi na czubku głowy włosami – stanowiła prawdziwe wyzwanie, zwłaszcza kiedy chciało się skoncentrować na czymkolwiek innym, pomijając jej niezwykłą urodę.
– Sprawdzam tylko, czy jeszcze się nie pozabijaliście – powiedziała wymijająco, nie zaszczyciwszy go nawet spojrzeniem. – W zasadzie to chciałam wyjść. Wciąż musimy wiele przygotować, zwłaszcza, że wkrótce wypada zakończenie Akademii, ale jeśli jestem potrzebna…
– Pójdę z tobą – zaoferowała natychmiast Esme.
Carlisle’owi wyraźnie ulżyło, jakby nie potrafił znieść myśli o tym, że jego żona miałaby spędzić jeszcze kilka chwil w jednym domu z kimś takim jak Marco.
– Proszę bardzo. – Allegra skinęła głową. Jej włosy zafalowały, a materiał sukni zaszeleścił, Marco zaś otoczył jeszcze intensywniejszy zapach jej skóry. – W przeciwieństwie do moich wnuków nie spalisz świątyni, oni zresztą i tak śpią jak zabici.
– W takim razie zobaczymy się wieczorem – zaproponował Carlisle, obejmując Esme. Lekko przyciągnął ją do siebie, żeby złożyć na jej ustach krótki, ale czuły pocałunek. – Zobaczę, czy Theo nie potrzebuje pomocy w klinice – wyjaśnił, a Marco pomyślał, że to pewnie dlatego tak entuzjastycznie podchodził do pomysłu Esme z wyjściem z domu; bał się ją zostawić przynajmniej na chwilę.
Wampirzyca uśmiechnęła się, ale chyba jedynie ona była z takiego stanu rzeczy zadowolona. W zasadzie cichy jęk Edwarda był wystarczająco wymowny.
– Czyli co? Wy wychodzicie, a ja mam z nim tutaj zostać? – zapytał z niedowierzaniem.
Marco warknął i przeciągnął się lekko.
– Nie potrzebuję niańki, więc nie dramatyzuj – westchnął, ledwo powstrzymując się od wywracania oczami. – Nie wchodźmy sobie w drogę, a wtedy wszystko będzie dobrze… Przynajmniej póki moje dzieci nie porozumieją się w kwestii tego, czy przypadkiem nie uprzykrzyć mi życia. Sądząc po zachowaniu Gabriela, nie jestem tutaj mile widziany.
Nikt jego słów nie skomentował, ale to było zbędne. Marco nie zamierzał ruszać się z domu, woląc zaoszczędzić sobie problemów, zwłaszcza po tym, jak Gabriel dosłownie wykrzyczał to, co miał mu do zarzucenia. Biorąc pod uwagę pozycję Isabeau i Allegry, jak nic przynajmniej połowa miasta była teraz nastawiona przeciwko niemu, może pomijając ludzi i obojętnych wobec konfliktów zmiennokształtnych. Były jeszcze wilkołaki, które z natury nie cierpiały wampirów, a słowa Yves’a były niczym ostrzeżenie. Co więcej, skoro Dimitr dał jemu i dzieciakom wolną rękę, nie można było wykluczyć tego, że sprawy potoczą się różnie.
Marco w milczeniu obserwował Cullenów i Allegrę – zwłaszcza tę ostatnią, póki nie zniknęła mu z oczu, wraz z Esme wchodząc do słonecznego ogrodu. Jej skóra połyskiwała łagodnie, nie tak intensywnie jak w przypadku wampirów, ale dzięki temu kobieta wydawała się jeszcze piękniejsza. Nawet kiedy zniknęła mu z oczu, wpatrywał się w kwitnące kwiaty i owocowe drzewa, zastanawiając się w którym momencie wszystko stało się aż do tego stopnia skomplikowane.
– No tak… – usłyszał i zacisnął usta, zastanawiając się, czy Edward nie jest przypadkiem skrytym masochistą, skoro wciąż próbował go dręczyć. – Mogę mieć do ciebie pytanie?
– A czy moja odpowiedź ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie? – zakpił, dobrze wiedząc jaka będzie reakcja.
– Dlaczego wróciłeś? – zapytał wprost miedzianowłosy, nie spuszczając go z oczu. Tak, to zdecydowanie było do przewidzenia. – Wiesz dobrze, co mam na myśli. Nie podoba mi się to, że ktoś taki w ogóle mógłby się kręcić wokół mojej córki, a skoro Renesmee jest częścią życia Gabriela, jak najbardziej mam powody, żeby się martwić. Co więcej, mam też wnuki, które…
– Które są również moją rodziną – przerwał mu chłodno. – Szlag, znajdź sobie jakieś zajęcie, okej? Jesteś ostatnią osobą, której zamierzam cokolwiek powiedzieć.
Edward rzucił mu niechętne spojrzenie, ale przynajmniej się wycofał. Marco rozluźnił się, przynajmniej w miarę możliwości, po czym ponownie zastygł w bezruchu, wbijając wzrok w jakiś punkt w przestrzeni. Cisza miała w sobie coś dobijającego, dlatego niespecjalnie zdziwiło go to, że jego niechciany towarzysz ostatecznie przysiadł przy fortepianie, oddając się w pełni wygrywaniu jakiejś melodii, która wydawała się Marco znajoma, chociaż za nic w świecie nie potrafił przypomnieć sobie gdzie mógł ją słyszeć. Swoją drogą, przygnębiające dźwięki muzyki klasycznej miały w sobie coś kojącego, nawet jeśli przyznanie się do tego, że Edward jest dobry w tym, co robi, był sporym wyzwaniem, zwłaszcza dla Marco.
Dźwięk otwieranych drzwi wejściowych był cichy, ale dla kogoś, kto dysponował wampirzym słuchem, wystarczająco wyraźny. Marco zesztywniał, zwłaszcza kiedy doszedł go słodki zapach krwi, należący do dobrze znanej mu osoby, której bynajmniej nie spodziewał się w najbliższym czasie zobaczyć.
– Allegro? – Layla zawahała się, ale przynajmniej weszła do domu. – Isabeau? – dodała już mniej pewnie, nie kryjąc obaw.
– Jestem na górze – padła odpowiedź Beau. Trochę go to zdziwiło, bo zdążył zapomnieć o tym, że zaraz po powrocie jego młodsza córka zaszyła się wraz z synami na piętrze. – Jakbyś pozamykała okna i drzwi, to chętnie do siebie zejdę, Lay.
Marco nie miał pojęcia skąd brały się te problemy ze słońcem, ale nie zamierzał nikogo wypytywać, już i tak wystarczająco rozdrażniony perspektywą tego, że musiałby kogokolwiek o coś prosić. Machinalnie wykorzystał moc, żeby przesunąć ciężkie zasłony w salonie, sprawiając, że pokój pogrążył się w przyjemnym półmroku. Wampir wyczuł, kiedy Layla pojawiła się w progu, po czym zamarła w bezruchu, wcześniej gwałtownie nabierając powietrza do płuc. Czuła się nieswojo w jego obecności, poza tym bez wątpienia ją zaskoczył, ale przynajmniej nie uciekła, chociaż wydawała się do tego chętna.
Kiedy przeniósł wzrok w stronę córki, zauważył również zbiegającą ze schodów Isabeau. Layla drgnęła i nieco się rozluźniła na widok siostry, ale nadal pozostawała spięta.
– Nie możesz spać czy jak? – Beau uniosła pytająco brwi.
Layla jedynie wzruszyła ramionami.
– Rufus zasnął, a ja nie mogę – odparła wymijająco. – Przyszłam porozmawiać… A przynajmniej spróbować porozmawiać – uściśliła, przenosząc wzrok na ojca.
– A Gabriel? – wtrąciła natychmiast Isabeau. – Rozmawiałaś z nim w ogóle? – uściśliła, chociaż milczenie Layli było wystarczająco wymowne.
Jeśli Gabriel się pojawi, to tylko po to, żeby zorganizować rzeź, przeszło Marco przez myśl. Z drugiej strony, tak może byłoby lepiej, bo bynajmniej nie czuł się gotowy na to, żeby rozmawiać z kimkolwiek, a tym bardziej próbować cokolwiek wytłumaczyć, zwłaszcza jeśli chodziło o przyczyny jego powrotu. Allegra już go o to pytała i raczej nie była zachwycona jakże wymowną, krótką odpowiedzią, którą miał jej do zaoferowania.
– Pokuta.
Dopiero po chwili uświadomił sobie, że i tym razem wypowiedział to słowo na głos. Chociaż jego głos był niewiele głośniejszy od szeptu, Isabeau i Layla natychmiast spojrzały w jego stronę, wyraźnie zaintrygowane.
– Już to mówiłeś – odezwała się cicho Layla. – Wtedy. W tunelach.
Skinął głową, bynajmniej nie zachwycony tym, że dziewczyna spoglądała na niego z taką obawą. Już wcześniej jej niepokój napawał go obrzydzeniem do samego siebie, ale teraz czuł to jeszcze wyraźniej. Tak nie powinno być – ona nie powinna się go bać – ale przecież sam do tego doprowadził, a teraz nie miał pojęcia, co takiego powinien zrobić, żeby przynajmniej spróbować to wszystko odkręcić.
– Bo to prawda – przyznał.
Znów zamilkł, w milczeniu obserwując córki i zastanawiając się, co takiego jeszcze miał im do powiedzenia.
Przysłuchujący się im do tej pory Edward nagle poderwał się z miejsca, szybkim, ale wciąż ludzkim krokiem ruszając w stronę drzwi. Layla popatrzyła na niego mało przytomnie, jakby zaskoczona tym, że ktokolwiek jeszcze był w domu.
– Nie będę wam przeszkadzać – rzucił na odchodne, ale przed wyjściem i tak obejrzał się przez ramię, żeby rzucić Marco długie, znaczące spojrzenie. – Jakby co, jestem w okolicy – dodał. To jak nic była groźba albo przynajmniej ostrzeżenie.
Naprawdę chcesz mnie zdenerwować?, pomyślał, chociaż wampir i tak nie miał tego usłyszeć. Marco cenił sobie prywatność, a możliwość dopuszczenia kogokolwiek do myśli była ostatnim na co zamierzał sobie pozwolić.
Kiedy znów zapanowała cisza, miał pewien problem z tym, żeby skoncentrować się na czymkolwiek. Ledwo powstrzymując westchnienie, Marco wycofał się do salonu, starając się nie zwracać uwagi na zastygłe w bezruchu Laylę i Isabeau. W zasadzie jako wampir nie powinien czuć dyskomfortu w żadnej formie, a jednak zdenerwowanie było jak najbardziej prawdziwe. Fakt, że w głowie miał kompletną pustkę, również mu nie pomagało.
– No dobrze, więc o czym chciałybyście rozmawiać? – zapytał pozornie lekkim tonem, rozsiadając się w fotelu i zakładając nogę na nogę. Zawsze był dobrym aktorem, ale obawiał się, że tym razem jego zdolności nie wystarczą, żeby zamaskować wszystkie emocje.
– Mówisz tak, jakbyś nie wiedział – żachnęła się Isabeau. Przynajmniej ona jedna była w stanie się odezwać.
Marco jedynie westchnął, po czym rzucił córkom udręczone spojrzenie. Nie wszystko było takie proste, a one powinny zdawać sobie z tego sprawę, zwłaszcza, że nie były już dziećmi. Każde z nich przeżył dość, żeby do tej pory wyciągnąć wnioski i zrozumieć, że nie wszystko było takie proste, jakim się wydawało.
Wzdychając ponownie, chciał przejść do rzeczy i przynajmniej spróbować zacząć rozmowę, ale wtedy drzwi wejściowe otworzyły się bezceremonialnie, właściwie same z siebie. Isabeau natychmiast uciekła w cień, rzucając gniewne spojrzenie przybyszowi, ale na nim nie zrobiło to żadnego wrażenia.
– Gabriel…

1 komentarz:

  1. Kocówka rozdziału powala. Mam nadzieję, że nie dojdzie do kolejnej walki chociaż bardzo chciałabym to przeczytać. No, ale raczej tak w domu bić się nie będą. Isabeau, by na to nie pozwoliła.
    Ej, Marco chyba powinien przywyknąć do tych niespokojnych spojrzeń i do tego, że wszyscy życzą mu jak najgorzej. Nawet matka jego dzieci, która jest siostrą jego zmarłej żony... Edward chyba lubi go wkurzać. Ja też bym wykorzystywała każdą chwilę, aby mu jakoś uprzykrzyć życie. Ha, powaliło mnie szczególnie to jak bardzo chciał się znaleźć z Allgerą w łóżku :D oj, nieładnie Marco, nieładnie ;3 ale jak podejrzewam przez pięć wieków to on w celibacie nie żył, no nie.? xD
    Ja się tam nie dziwię czemu Rufus śpi. ;D Marco jest miły i zasłonił dla Beau zasłony, a Gabriel jest niemiły i otworzył drzwi ;D
    Już się nie mogę doczekać następnego rozdziału ;>
    Pozdrawiam, Gabi ;**

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa