15.02.2014

Trzydzieści dziewięć

Layla
Gdzieś w oddali rozległ się krzyk Alessi. Layla syknęła i zerwała się na równe nogi, błyskawicznie odskakując, żeby zejść z drogi potężnemu językowi ognia, który znikąd wystrzelił w jej stronę. Blask płomieni na moment ją oślepił, tym bardziej, że blask żywiołu nie pojawił się dlatego, że to ona go wezwała.
Odskoczyła, potknęła się o własne nogi i z trudem odzyskała równowagę. W korytarzu ponownie zapanowała cisza i ciemność, chociaż przed oczami wciąż tańczyły jej kolorowe plamy, bo jej oczy nie nadążały za zmianami oświetlenia. Dyszała ciężko, wciąż czując przyjemne ciepło, które towarzyszyło pojawieniu się ognia, chociaż równie dobrze mogło mieć związek z jej darem. Wieczna gorączka uniemożliwiała określenie rzeczywistej temperatury, Layla zresztą była tak oszołomiona i zadyszana, że nawet jak normalna pół-wampirzyca miałaby z tym problem.
Właściwie wyczuła niż usłyszała, że Marco poruszył się za jej plecami. Odwróciła się błyskawicznie i spojrzała na ojca, ale nie była na tyle głupia, żeby znów spróbować się posuwać w głąb korytarza, tym bardziej, że wampir nawet nie próbował się do niej zbliżać. Co więcej, nawet nie spoglądał w jej stronę, zapatrzony w przestrzeń. Rubinowe tęczówki miał rozszerzone do granic możliwości, a Layla z niedowierzaniem uprzytomniła sobie, że wampir naprawdę się wystraszył – i że najprawdopodobniej bał się o nią.
– O bogini, co to było? – zapytała Alessia, przerywając panującą ciszę. Wykorzystała fakt, że Carlisle również był oszołomiony, żeby uciec z zasięgu jego rąk i w ułamku sekundy zmaterializowała się u boku Layli.
Layla jedynie pokręciła głową. Nie potrafiła zebrać myśli, a tym bardziej sensownie odpowiedzieć na pytanie bratanicy, skoro sama miała wątpliwości co do tego, co widziała… Albo raczej czego nie widziała, bo naprawdę trudno było jej określić źródło płomieni. Co prawda mogłaby przysiąc, że ogień pojawił się znikąd, a płomienie strzelały ze ścian, ale to wydawało się brzmieć nieprawdopodobnie. Nie aż tak, jeśli wziąć pod uwagę miejsce w którym się znajdowali, ale jednak nie stanowiło czegoś, co widywało się na co dzień, nawet w Mieście Nocy.
Co tutaj się dzieje?, przeszło jej przez myśl. Z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że przynajmniej przestała płakać, chociaż twarz nadal miała wilgotną od łez. Pospiesznie uniosła rękę i otarła oczy wierzchem dłoni, nawet jeśli w ciemności to i tak nie miało żadnego sensu. Gniew wciąż gdzieś w niej był, krążąc na granicy jej świadomości, ale na powrót była w stanie nad nim zapanować. Jakaś część jej pragnęła zemścić się za ból, który mentalnie zadał jej ojciec, ale jednocześnie była za to otrzeźwienie wdzięczna, chociaż sama nie była pewna dlaczego. Dziękowanie za ból byłoby czymś co najmniej dziwnym, zwłaszcza, kiedy jej katem po raz kolejny okazał się Marco.
– Nie wiem, Ali – odezwała się w końcu, wzdychając ciężko. – Nie wiem nawet, czy dobrze widziałam, że… Cholera, czy wam też się zdawało, że ten ogień wychodził ze…?
– Ze ścian? – dopowiedział bezbarwnym tonem Marco, mrugając pośpiesznie i starając się zapanować nad emocjami oraz wyrazem twarzy. Lekko zmarszczył brwi, wyraźnie poruszony tym, co mogło się wydarzyć. – Jak najbardziej. Dobrze jest wiedzieć, że jednak wszystko jest ze mną w porządku.
Naszła ją chęć, żeby jakoś jego wypowiedź skomentować, zrobić cokolwiek, ale z jakiegoś powodu zdecydowała się powstrzymać. Wciąż była oszołomiona, chociaż miało to związek nie tyle z pojawieniem się ognia albo tym, że Marco ją zaatakował, ale tym, że to ona była w stanie mu się sprzeciwić. Na samo wspomnienie szału, w który chwilę wcześniej wpadła, przeszedł ją przyjemny dreszcz. Poczuła się naprawdę silna, tym bardziej, że w końcu przekonała samą siebie, iż nie jest taka słaba, jak mogłaby podejrzewać. Skoro raz udało jej się oprzeć ojcu, być może jeszcze istniała szansa na to, że uda jej się od niego uwolnić – zwłaszcza, że w końcu po tych latach wykrzyczała mu w twarz wszystko, co myślała na jego temat, a on nawet jej nie uderzył. Pomijając fakt, że spróbował zapanować nad nią w dość okrutny i wyszukany sposób, brak rękoczynów chyba można było uznać za postęp, a przynajmniej tak jej się wydawało.
Najbardziej niepokoiło ją to, że z jakiegoś powodu wierzyła w to, że Marco naprawdę nie chciał nigdy Alessi skrzywdzić. Pragnęła przekonać samą siebie, że to wcale nie był wypadek i inicjatywa bratanicy, ale jakaś cząsteczka jej zdawała sobie sprawę z tego, że wampir był z nią szczery. Zwłaszcza, że jego argumentacja była aż nadto sensowna – Ali była w wieku, kiedy niezdolność do zapanowania nad mocną była czymś równie naturalnym, co zmiany humorów, bezpośrednio powiązane z szalejącymi hormonami.
Och, dlaczego Marco wciąż musiał robić coś, co uniemożliwiało jej znienawidzenie go?!
Teraz nie robił nic, ale to i tak nie zmieniało faktu, że nie mogła go zaatakować. Nie dlatego, że nie czuła się dość silna – wręcz przeciwnie, bo czuła większą pewność siebie i energię niż kiedykolwiek od momentu, w którym znalazła się w tym miejscu, a ojciec stanął na jej drodze – ale przede wszystkim z rozsądku. W jeszcze jednej kwestii Marco miał racje i nie mogła temu zaprzeczyć: z tym miejscem coś było nie tak, więc musieli się stąd wydostać. Do tego z kolei potrzebowali trochę dobrej woli i energii, żeby zacząć ze sobą współpracować. Nie podobało jej się to, ale co innego mogła zrobić? W końcu potrzebowała ognia, żeby ojca zabić, a pożar w wąskim, odciętym korytarzu był ostatnią rzeczą, której teraz wszyscy potrzebowali.
– Hm, to jest zastanawiające… – usłyszała i wzdrygnęła się mimowolnie, jak zawsze kiedy Marco odzywał się bez ostrzeżenia. W zasadzie wzdrygała się przy nim co chwilę, chociaż sama nie była pewna, dlaczego za nic w świecie nie potrafi oswoić się z jego obecnością. Przecież próbowała, ale najwyraźniej przeszłość nie zamierzała tak łatwo ustąpić miejsca rzeczywistości.
– O tak, zabójcza pułapka. Nic tylko się fascynować – żachnęła się, nagle pragnąć roześmiać się histerycznie, bo czuła się trochę tak, jakby po raz kolejny komentowała dziwne zachowanie Rufusa. Że też akurat Marco musiał jej o wampirze przypomnieć!
– Żeby zrozumieć, czasami wypada się fascynować – odparł, rzucając jej krótkie, wymowne spojrzenie. Przeszedł ją zimny dreszcz, ale spróbowała nie dać nic po sobie poznać. – Nie sądzisz, że coś w tym jest, Laylo? Mamy problem, a żeby go rozwiązać, trzeba…
– Błagam, przynajmniej ty jeden nie próbuj uczyć mnie filozofii – jęknęła, nie zastanawiając się nad doborem słów. Marco uniósł brwi, ale przynajmniej nie odpowiedział, a tym bardziej nie próbował zadać jej żadnych pytań. Nie zamierzała wspominać mu o Rufusie, a mniej więcej do tego sprowadzałaby się ich rozmowa, gdyby się na nią zdecydowali. – Dobrze. Więc co to jest? Jakieś miotacze ognia albo…
– Nie mam pojęcia, ale cholernie mi się to nie podoba.
To był jeden z tych nielicznych momentów, kiedy chcąc nie chcąc musiała się z nim zgodzić. Nie podobało jej się to, ale chyba nie mieli wyboru, poza tym wszystko wydawało się lepszą alternatywą, jeśli tylko mogli odsunąć na bok temat tego, co wydarzyło się chwilę wcześniej. Zaletą jej ojca od zawsze było to, że myślał praktycznie, potrafiąc odstawić na bok emocje, jeśli tego akurat wymagała sytuacja. W tym momencie było jej to na rękę, chociaż jednocześnie czuła się okropnie z myślą o tym, że coś po raz kolejny powstrzymało ją przed zrobieniem tego, co wydawało jej się słuszne. Pragnęła walczyć z Marco, jakoś się go pozbyć i uciec, ale nie mogła.
Marco wciąż obserwował uważnie jakiś punkt w ciemnościach, chociaż Layla była pewna, że niczego nie widział. Sama również nie była w stanie dostrzec w mroku niczego, co stanowiłoby dla niej jakikolwiek punkt podparcia, a tym bardziej pozwoliło zrozumieć to z czym miała do czynienia. Wiedziała jedynie, że coś jest na rzeczy i że musieli znaleźć jakiś sensowny sposób na to, żeby kolejny raz wyjść z problemów cało.
– Wydaje mi się, że ogień pojawił się, kiedy Layla się poruszyła – odezwał się milczący do tej pory Carlisle, decydując się podejść bliżej. – To tylko moje przypuszczenia, ale jeśli to nie była zasługa Layli…
– Co masz na myśli twierdząc, że „jeśli to nie jej zasługa”? – przerwał mu Marco, jednocześnie zaintrygowanym i rozdrażnionym tonem. Zdawał się poirytowany tym, że wampir mógł wiedzieć cokolwiek więcej na temat jego córki.
– Nic takiego – zamknęła mu usta Layla, nie pozwalając Carlisle’owi udzielić odpowiedzi. Nie chciała, żeby ojciec wiedział o jej zdolnościach, a tym bardziej o tym, że ogień z jakiegoś powodu nie chciał być jej posłuszny. – Lepiej powiedz mi, co powinniśmy zrobić teraz – poprosiła; patrzyła na Carlisle’a, bo tak było łatwiej, ale pytanie tak naprawdę było skierowane do wszystkich.
Marco zacisnął usta i pokręcił głową.
– Będziemy musieli zaryzykować i spróbować tamtędy przejść – stwierdził, jakby to było najoczywistszą rzeczą na świecie.
– I co jeszcze? Jeśli to w istocie działa tak, jak sądzę, będziemy mieli poważne problemy – zaoponował natychmiast doktor, spoglądając na wampira z niedowierzaniem. – Rozsądniej będzie zawrócić. Może jest tutaj jakaś inna droga, cokolwiek...
Layla poczuła względem wampira wdzięczność, bo przynajmniej więcej nie sugerował jej, żeby próbowała cokolwiek zrobić. Zrozumiał, a ona to doceniała, chociaż jednocześnie czuła się bezużyteczna. Przecież powinna być w stanie okiełzać płomienie bez większego problemu, a przynajmniej taką miała nadzieję. Gdyby tylko była w stanie się skoncentrować, może w końcu zdołałaby pokonać blokadę, która uniemożliwiała jej wykorzystanie zdolności. Chwilę wcześniej prawie jej się to udało, a teraz nie chodziło nawet o to, żeby zranić Marco.
Może jeśli skoncentruje się na praktycznej części takiego planu, przyjdzie jej to łatwiej i w końcu udowodni sobie i wszystkim w koło, że wcale nie jest wystraszoną, bezradną istotą, która nie potrafi o siebie zadbać…
– Nie możemy zawrócić – wyjaśnił niecierpliwie Marco – bo po drodze nie było ani jednego rozwidlenia czy skrętu. Może wy nie zwracacie uwagi na szczegóły, ale ja tak i jestem tego absolutnie pewien.
– Ma rację – przyznała cicho Alessia. – Też rozglądałam się dookoła. Niczego nie zauważyłam, więc moglibyśmy co najwyżej wrócić do miejsca, gdzie wszystko się zawaliło.
– Dziękuję bardzo. – Marco wzniósł oczy ku górze, po czym teatralnie westchnął. – Przynajmniej ty jedna potrafisz docenić to, co mówię.
Alessia spojrzała na wampira pustym wzrokiem.
– Mówię tylko to, co jest – przypomniała mu cicho. – Nie zgadzam się z tobą, a tym bardziej cię nie popieram. A rozglądałam się jedynie dlatego, że miałam nadzieję, że jakoś uda nam się od ciebie uciec – oznajmiła wprost, spoglądając na wampira wyzywająco.
– Ali… – upomniał ją cicho Carlisle, ale w jego oczach Layla dostrzegła dumę. Po prostu bał się o to, że dziewczyna sprowokuje Marco do tego, żeby spróbował ją uderzyć.
– Ja się go nie boję, dziadku – zapewniła pewnym głosem. – Chyba nie warto przejmować się kimś, kto krzywdzi własne dzieci.
Marco zacisnął usta, ale nie wyglądał na rozeźlonego. Znów tylko westchnął, kręcąc z niedowierzaniem głową nad słowami wnuczki.
– Myśl sobie o mnie co ci się żywnie podoba, mi bella, ale to i tak nie zmienia faktu, że jesteś do mnie bardzo podobna. Albo raczej do swojego ojca – Gabriel jest równie dumny… To cecha typowa dla Licavolich.
– Nie zamierzam być z tego dumna, jeśli do tego zmierzasz – warknęła Alessia. – Jestem córką swego ojca. A z tobą nie zamierzam mieć nic wspólnego, dziadku – dodała, ostatnie słowo wypowiadając tak, jakby to była najgorsza obelga.
Wampir nie odpowiedział, a jedynie uśmiechnął się chłodno. Uważnie obserwował Alessię, dokładnie analizując każdy jej ruch i słowo. Layla zauważyła, że wzrok jej ojca przesunął się po całej smukłej postaci dziewczyny, ostatecznie zatrzymując się na twarzy. Marco wydawał się całym sobą chłonąć nie tylko wygląd, ale również charakter i słowa Ali, jakby chcąc zachować je w pamięci tak wyraźnie, jak tylko byłoby to możliwe. Nie miała pojęcia, co powinna o tym myśleć, ale i tak jej się to nie podobało. Alessia zaczynała być coraz odważniejsza, a to mogło się skończyć różnie, zwłaszcza, że wciąż nie zdawała sobie sprawy z tego, czego potrafił dokonać Marco.
Przez cały czas się kłócimy. To też nie wróży najlepiej, pomyślała mimochodem, wzdychając cicho. Marco rzucił jej zaciekawione spojrzenie, więc odwróciła głowę, wzrok wbijając w ciemność. Nie potrafiła stwierdzić, jak daleko znajdowało się miejsce, w którym po raz pierwszy pojawiły się płomienie, ale zakładała, że to kwestia trzech, może czterech metrów.
– Co robimy? – zapytała cichym, zaskakująco opanowanym głosem. Dziwne, bo sama czuła się tak, jakby w jej wnętrzu właśnie panowała burza albo wojna atomowa.
– Nie wiem. To zależy… – Marco zawahał się. – Teoretycznie moglibyśmy spróbować wykorzystać moc, ale to może być dość problematyczne. Potrzebowałbym kogoś do pomocy, a nie jestem pewna czy ty…
– Masz wątpliwości co do tego, czy jestem dość dobra – wtrąciła się. W jej głosie nie było pretensji czy złości, nic z tych rzeczy. W zasadzie to nawet nie zabrzmiało jak pytanie, chociaż z założenia miało nim być. Layla po prostu stwierdzała fakty.
Przez twarz Marco przeszedł cień, którego nie zrozumiała, a który ją zaniepokoił. Zastanowiła się przez moment, mogąc przysiąc, że kiedyś widziała u ojca podobny wyraz twarzy, ale i tak minęła chwila, zanim zrozumiała.
Tutaj nie chodziło o nią. On po prostu widział na tym miejscu kogoś innego, bo i tylko jedna osoba była dla niego do zaakceptowania jako partnerka.
Problem leżał w tym, że ona nie była Gabriellą.
– Nie powiedziałem, że nie jesteś dość dobra – zaoponował, zaciskając usta i szybko biorąc się w garść. – Przestań pleść głupoty, Laylo. Lepsze pytanie brzmi, czy będzie zdolna do tego, żeby ze mną współpracować – stwierdził, ale ona nie dała się nabrać.
– Chodzi o zaufanie czy może o to, że ja to ja? Bądź ze mną szczery, tato – poprosiła albo raczej zarządzała, chociaż nie przypuszczała nawet, że kiedykolwiek będzie zdolna do takiej stanowczości względem niego. Zdawała sobie sprawę, że być może prędzej czy później swojej pewności siebie pożałuje, ale teraz zamierzała w pełni ją wykorzystać. – Nie jestem mamą. Nie jestem nawet w połowie taka jak ona, prawda?
– Nie jesteś – zgodził się. – Nie jesteś Gabriellą. Czy właśnie to chciałaś ode mnie usłyszeć? – zapytał niemal z irytacją, rzucając jej zagniewane spojrzenie.
Layla nie odpowiedziała, bo sama nie była pewna, czego tak naprawdę oczekiwała. Przecież wiedziała, że taka jest prawda, a opinia Marco mało ją obchodziła, a jednak kiedy wypowiedział te słowa na głos, poczuła się… pusta. Czego tak naprawdę oczekiwała, skoro teraz czuła się w taki sposób? Nie miała pojęcia, czego tak naprawdę chce i ta świadomość zaczynała doprowadzać ją do szaleństwa.
Podobnie jak i świadomość tego, że opinia ojca znaczyła dla niej więcej niż chciała się przed samą sobą przyznać.
Kiedy to do niej dotarło, po raz wtóry tego dnia zapragnęła się histerycznie roześmiać. Coś zdecydowanie jest ze mną nie tak, przeszło jej przez myśl, ale nawet to nie było w stanie sprawić, żeby poczuła się jakkolwiek niekomfortowo. Świetnie, więc była szalona. To chyba i tak było jej pisane, prawda? Poza tym jakim innym terminem można było opisać kogoś, kto nie potrafił zemścić się na własnym oprawcy i na dodatek przejmował się tym, co owy kat sądzi na jego temat? Tego nie usprawiedliwiała nawet świadomość tego, że wszystko sprowadzało się do Marco, który przecież był jej ojcem. Tak nie powinna wyglądać relacja ojciec-córka, a po wszystkim, czego w przeszłości dopuścił się wampir, powinien ostatecznie stracić prawo do tego, żeby nazywać ją swoją córką. Jego mała Layla umarła, kiedy po raz pierwszy zdecydował się podnieść na nią rękę; został jedynie żywy trupo o jej rysach twarzy; pusta skorupa, którą z niej uczynił, a którą przynajmniej pozornie można było naprawić za sprawą odrobiny ciepła, zwłaszcza miłości. To, kim była teraz, już nie miało żadnego związku z Marco, a wampir nie miał żadnego prawa do jej duszy i ciała…
Dlaczego to brzmiało jak kłamstwo, skoro nim nie było? Podobno prawda od kłamstwa nie różni się niczym – oczywiście prócz tego, że nim nie jest – ale Layla do tej pory w te słowa nie wierzyła. Teraz zaś okazywało się, że mogły być prawdziwe.
A już najbardziej szalone z tego wszystkiego było to, że ona wciąż na swój sposób Marco kochała. Gdzieś w niej była ta mała, niewinna dziewczynka, która pragnęła całą sobą wierzyć w to, że pod maską obojętności i okrucieństwa jest ktoś, kogo naprawdę mogłaby określić mianem ojca. Kiedyś wierzyła nawet w to, że kiedy już Marco wracał rozum, naprawdę żałował tego, co robił jej i Gabrielowi – i że on również ich kochał.
Głupia, przestań. Przecież dobrze wiesz, że to nieprawda…, skarciła się w duchu, jednocześnie zła i upokorzona. Modliła się w duchu, żeby ojciec nie był w stanie jej myśli odczytać albo żeby przynajmniej teraz ich nie kontrolował. Gdyby kiedykolwiek się o jej naiwnych nadziejach dowiedział, wtedy ostatecznie mógłby ją zniszczyć.
Ale nie była w stanie walczyć z samą sobą. Gdzieś tam wciąż była tym naiwnym dzieckiem – tym samym, które widywała w swoich snach, kiedy to przeszłość wyciągała po nią ramiona, w okrutny sposób przypominając jej o tym, co kiedyś ją spotykało. W taki sposób, żeby nigdy nie zapomniała, żeby nigdy się nie uwolniła…
Chciała uciec, ale poczucie wolności było jedynie iluzją, która znikała, kiedy tylko zamykała oczy. Teraz z kolei znalazła się w samym środku koszmaru z którego za żadne skarby nie była w stanie się wydostać. Nie była sama, tak, a jednak czuła się tak, jakby świat skurczył się jedynie do niej i Marco. Pogrzebana żywcem, obnażona i wystawiona na pastwę wszystkich swoich najgorszych wspomnień oraz lęków. Powinna być silna, a jednak nie była; co więcej, przejmowała się kimś, kto najprawdopodobniej jej nienawidził, niezależnie od tego, co próbował jej wmówić.
W jednej chwili zrozumiała. Ta mała dziewczynka, którą była kiedyś… Ona wciąż żyła w jej wnętrzu, uparcie wierząc w to, że w Marco jest chociaż krztyna dobra; że jest w nim miłość, której nigdy od niego nie otrzymała. To właśnie ta mała dziewczynka nie pozwalała Layli się uwolnić, trzymając ją i obezwładniając, raz po raz popychając z powrotem w przeszłość…
To właśnie ta mała dziewczynka zatrzasnęła wyimaginowane drzwi, odcinając Layli dostęp do jej jedynego ukojenia i pocieszenia – do ognia, który mógłby okazać się rozwiązaniem, który mógłby stać się dla Marca śmiercią…
Tak wiele sprzeczności. Layla miała wrażenie, że rozpada się na kawałki albo że za moment oszaleje. Kręciło jej się w głowie, ale chociaż za wszelką cenę starała się z tym uczuciem walczyć, nie była w stanie zwalczyć w sobie goryczy i pragnienia tego, żeby w końcu otworzyć ojcu oczy; żeby chociaż raz stać się kimś więcej niż cieniem własnej matki.
Podjęła decyzję.
– Chociaż raz pokażę ci, że ja też jestem cokolwiek warta – wyszeptała.
Marco uniósł brwi, ale nie dała mu okazji do tego, żeby zastanowił się nad jej słowami. Nie czekając aż ktokolwiek spróbuje ją powstrzymać, Layla rzuciła się biegiem przed siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa