21.02.2014

Czterdzieści pięć

Esme
Esme poczuła się trochę tak, jakby ktoś zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Z niedowierzaniem patrzyła na Amun'a, ale chociaż doskonale słyszała jego słowa, pełen sens ich słów i tak nie był w stanie do niej dotrzeć… A kiedy w końcu dotarł, miała wrażenie, że ktoś opowiedział jej marny żart, którego nie była w stanie pojąć.
Cisza, która nagle zapadła, miała w sobie coś niepokojącego. To był inny rodzaj milczenia niż ten, którego czasami doświadczała, kiedy wraz z Carlisle'm nie mieli nastroju na rozmowę. Wtedy po prostu milczeli, wpatrzeni w siebie i zamknięci w tej krótkiej chwili, która mogła ciągnąć się w nieskończoność.
Tym razem było inaczej, a różnica ta kuła po oczach, wręcz doprowadzając ją do szaleństwa. Esme nie pamiętała, kiedy ostatnim razem czuła się w tak niekomfortowy sposób, mając dodatkowo wrażenie, że to uciążliwe milczenie i tak jest lepszą alternatywą od mówienia. Czuła, że jedno słowo może ją pogrążyć i wcale nie miała na myśli tego jednego miesiąca o którym mówił Amun. Wiedziała, że nawet po upływie tego czasu wampir nie pozwoliłby jej odejść; że uczyniłby z niej kogoś na podobieństwo Kebi – oddaną mu, pokorną niewolnicę.
Krwiste tęczówki przeniosły ją na wskroś, wydając się sięgać aż po samą jej duszę. W jednej chwili poczuła strach, wręcz czyste przerażenie, kiedy przed oczami stanęło jej zamazane, ale wciąż żywe wspomnienie jeszcze z ludzkiego życia. Kiedy tak patrzyła na Amuna, nagle ujrzała w jego twarzy rysy Charles'a. On i jej były mąż byli podobni, jeśli i nie tacy sami. Co prawda jej ludźmi partner nigdy nie traktował jej aż tak obcesowo jak Amun Kebi, ale obaj próbowali zdominować kobietę w ten sam sposób. W przypadku Egipcjanina było to na swój sposób uzasadnione – wychowanie było istotne, a w tej części świata niewolnictwo stanowiło coś w pełni normalnego i powszechnego – ale Esme i tak nie zamierzała takiego stanu rzeczy zaakceptować. Już raz przeszła przez piekło, wyrywając się z niego cudem i żyją tylko dlatego, że spotkała na swojej drodze anioła.
A teraz miała do tego piekła wrócić – i to właśnie z miłości do Carlisle'a.
– Więc? – Jej przemyślenia trwały zaledwie ułamki sekund, ale to wystarczyło, żeby Amun zaczął się niecierpliwić. – Jaka jest twoja decyzja?
To teraz. Teraz musiała zadecydować…
Ale tak bardzo nie chciała tego robić…
– Ja… – Carlisle, kocham cię, pomyślała. Czuła, że drży i że oczu zaczynają ją piec, dlatego zamrugała pośpiesznie, żeby lepiej nad sobą zapanować. Nie mogła okazać słabości, zwłaszcza przed kimś takim jak Amun. Udowadniając mu, że się boi, jedynie niepotrzebnie by go sprowokowała, a nie zamierzała pozwolić na to, żeby zdecydował się jeszcze bardziej zaostrzyć swoje warunki. – Zgoda.
– Nie! – usłyszała za sobą pełen niedowierzania okrzyk Camerona. – Babciu…
– Ty nie możesz! – zaoponował w tym samym momencie Aldero, błyskawicznie zrywając się na równe nogi. – Sukinsynu, ty… – Dalszy ciąg wypowiedzi składał się na długą wiązankę oryginalnych wyzwisk, skierowanych pod adresem ciemnowłosego wampira.
Amun uśmiechnął się. Powoli skinął głową, wyraźnie usatysfakcjonowany. Odniosła wręcz wrażenie, że od samego początku zdawał sobie sprawę z tego, że wszystko ostatecznie potoczy się w ten sposób. Uświadomiła sobie również, że miał rację – miłość była niebezpieczna i popychała do działania. Robiła to właśnie dlatego, że kochała, a Amun bezbłędnie jej uczucie rozpoznał i potrafił je wykorzystać. Może i bywał tchórzliwy, ale przy tym odznaczał się niezwykłym sprytem, a to czyniło go niebezpiecznym.
Wciąż oszołomiona, prawie nie była świadoma tego, że Kebi przez cały czas się w nią wpatruje. Jej rubinowe oczy lśniły w niepokojący sposób, wyrażając emocje, których nie była w stanie rozpoznać. Wiedziała jedynie, że było w tym sporo niechęci i zrozumiała, że Kebi do ostatniej chwili miała nadzieję na to, że Esme odmówi – i to nie dlatego, że chciała jej zaoszczędzić takiego losu, ale z czystej zazdrości. Kebi kochała Amuna mimo wszystkiego, co jej robił, a o obecność jakiejkolwiek innej wampirzycy, którą jej wybranek mógł być zainteresowany.
– Jednak nie pomyliłem się względem ciebie. Jesteś inteligentna – stwierdził z uznaniem Amun, kiwając głową. Nawet nie zorientowała się, kiedy zmaterializował się u jej boku i chwycił ją za nadgarstek. Uścisk nie był silny i chyba z założenia miał mieć w sobie coś pocieszającego, ale w Esme wzbudził wyłącznie odrazę. – Porozmawiam z Benjaminem, kiedy tylko się pojawi.
Skinęła głową; nie ufała swojemu głosowi wystarczająco, żeby próbować się odezwać, nie sądziła zresztą, by Amun był jakoś specjalnie zainteresowany tym, co miała do powiedzenia. Wręcz przeciwnie – milczenie wydawało mu się odpowiadać, a ona powinna zacząć przysyłać do tego, jak miało wyglądać jej życie u boku Egipcjanina. Powinna też…
– Wystarczy tego! Oboje w tej chwili przestańcie! – Theo bezceremonialnie zmaterializował się u jej boku, zmuszają Amuna do puszczenia jej ręki i cofnięcia się o krok. Palce wampira zniknęły, ale prawie natychmiast zastąpił je silny uścisk lekarza, który niemal w gniewny sposób odciągnął ją do tyłu. Jego oczy lśniły gniewem, ciskając błyskawice. – Idziemy stąd. To jest chore… Nie, co ja mówię! To on jest chory, a my na pewno nie będziemy wchodzić w żadne układy! – oznajmił nieznoszącym sprzeciwu tonem, dosłownie wlekąc ją w stronę wyjścia.
Potrzebowała chwili, żeby wciąż się w garść i spróbować zaprzeć nogami o ziemię. Theo zesztywniał i przynajmniej przestał nią szarpać, ale wciąż nie zamierzał zwolnić uścisku wokół jej nadgarstka.
– Theo… – zaoponowała, wampir jednak nie zamierzał pozwolić jej dojść do słowa.
– Nie ma mowy, Esme – przerwał jej. Jego głos złagodniał odrobinę, kiedy zwrócił się do niej, ale i tak różnił się od jego zwykłego tonu. Słyszała już zagniewanego Theo, ale jego kłótnie z Matthew i Lucasem był niczym w porównaniu z tym, jak zachowywał się względem Amuna. – Odkąd go zobaczyłem, wiedziałem, że będziemy mieli kłopoty, ale na pewno nie przewidziałbym czegoś takiego. W takim razie dziękujemy bardzo, ale poradzimy sobie sami. A teraz idziemy – powtórzył, ostatnie zdanie kierując do wpatrujących się w niego z niedowierzaniem Aldero i Camerona.
Bracia natychmiast ruszyli w ich stronę, wcześniej rzucając wrogie spojrzenia w kierunku Amuna. Mężczyzna zacisnął usta i w nerwowym geście zacisnął obie dłonie w pięści.
– To nie była propozycja dla was, ale dla Esme – przypomniał, robiąc krok w stronę Theo i wampirzycy. – A ona już podjęła decyzję.
– Decyzję! – żachnął się Theo. Zaśmiał się, ale bez wesołości, po czym niemal wyzywająco spojrzał w rubinowe oczy Amuna. – Co to za decyzja, skoro właściwie nie dałeś jej żadnego wyboru? Obaj wiemy, że nie zamierzałeś i nadal nie zamierzasz nam pomóc. A ja nie pozwolę, żeby żona mojego przyjaciela oddała się na służbę komuś, kto w rzeczywistości widzi tylko czubek swojego nosa. – Theo urwał, żeby złapać oddech, chociaż powietrze nie było mu potrzebne do tego, żeby normalnie funkcjonować. Jego pierś falowała, a rysy twarzy stężały, zdradzając zdenerwowanie. Tak wzburzony i z błyszczącymi, krwistymi tęczówkami, wyglądał jak prawdziwy wampir, a nie szarmancki mężczyzna o specyficznym poczuciu humoru, którego zdążyli przez te lata poznać. – Nie patrz tak na mnie. Czy mam przez to rozumieć, że zabronisz nam wyjść?
Amun wyglądał, jakby za moment miał go trafić szlag. Starał się panować nad emocjami, ale i tak widać po nim było, że najchętniej rzuciłby się lekarzowi do gardła. Tym razem to Esme dla pewności chwyciła ramię Theo, chcąc poczuć się bezpieczniej i próbując przynajmniej częściowo spróbować wpłynąć na wampira. Amun ją przerażał i nie sądziła, żeby prowokowanie go było dobrym pomysłem, nawet jeśli już kilkukrotnie widziała Theo podczas walki.
– Oczywiście, że nie zabraniam wam wyjść – odezwał się w końcu Amun, siląc się na chłodny, obojętny ton. – Sugerowałbym wręcz, żebyście natychmiast opuścili mój dom. Sądzę, że powiedziane zostało już wszystko, a w obecnej sytuacji nie mamy już o czym rozmawiać.
– Właśnie to chciałem usłyszeć – stwierdził z przekonaniem Theo. – Żegnam. Szkoda, że jest dokładne tak, jak powiedziała Kristin: na pewno nie było miło – dodał, odwracając się na pięcie. Instynkt Esme zaprotestował przed decyzją o ustawienia się do Amuna tyłem, ale ostatecznie udało jej się podszepty zdrowego rozsądku zignorować.
Byli już przy drzwiach, kiedy doszedł ich opanowany głos Amuna:
– Jeszcze tego pożałujecie – stwierdził wampir. – Kiedy oni zginął, będziecie mogli mieć pretensje jedynie do siebie… Chyba, że ona zmieni zdanie.
– Wydaje mi się, że jakoś to przeżyjemy – powiedział z przekonaniem Cammy.
– Jak wyżej – wtrącił się wciąż wzburzony Aldero. – Na pewno nie potrzebujemy pomocy nadętego sukinsyna, któremu wydaje się, że ma prawo traktować kobiety tak, jakby były kartą przetargową. Wiesz, szczerze powiedziawszy, zaczynam współczuć Kebi, Benjaminowi i Tii. Moim zdaniem, wszyscy już dawno powinno kopnąć się w tyłek, zamiast pozwalać się terroryzować. Tak z czystej ciekawości… Ile kobiet już przeleciałeś, podczas gdy Kebi pozostawała ci wierna? W końcu są równi i równiejsi, a kobieta musi znać swoje miejsce, prawda? – zadrwił. Esme czuła, że chłopak przesadza – widziała to w rozszerzających się coraz bardziej oczach Amuna – ale nie była w stanie wnuka ostrzec. – Może nawet kilka razy twoja żona musiała patrzeć, jak…
W momencie, w którym cierpliwość Amuna się skończyła, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Aldero nie zdążył uskoczyć, bo i nie spodziewał się, że Egipcjanin nagle zmaterializuje się tuż przed nim. Zorientował się dopiero wtedy, gdy wampir już zdołał się zamachnąć i z całej siły uderzył go w twarz. Esme wyrwał się zduszony okrzyk, kiedy wytrącony z równowagi Aldero poleciał do tyłu, wpadając na kanapę i z jękiem przelatując przez jej oparcie.
– Jak ty śmiesz… – wydyszał wzburzony Amun, zaciskając dłonie w pięści. Gdyby mógł, pewnie uderzyłby po raz kolejny.
Aldero z trudem dźwignął się na łokciach. Udało mu się usiąść, po czym – gniewnymi ruchami ocierając krwawiącą wargę – rzucił w stronę Amuna najzimniejsze, najbardziej przeszywające spojrzenie, jakiego nauczył się od matki. Zimne niczym zamarzająca woda oczy, bez wątpienia odziedziczone po Isabeau, lśniły gniewem, raz po raz jarząc się czerwonym błyskiem.
– A jak ty śmiesz? – odparował. Oblizał wargi, po czym przełknął krew; rozcięcie już zaczynało się goić, ku konsternacji wciąż rozgniewanego Amuna. – Ją też bijesz, kiedy zbierze ci się na to ochota? – drążył, wręcz prosząc się o jeszcze poważniejsze kłopoty. – Co ty wciąż z nim robisz, Kebi? Nie jest wart nawet tego, żeby na niego splunąć, a jednak…
– Zamknij się! – przerwał mu Amun. – W tej chwili przestań mówić i wszyscy wynoście się z mojego domu! – zażądał.
– Ależ proszę bardzo! – Aldero poderwał się na równe nogi. W pierwszej chwili zawirowało mu w głowie i lekko się zachwiał, ale już w następnej sekundzie bez trudu uchwycił równowagę. – Ja nie zamierzam zostać tutaj ani sekundy dłużej, zwłaszcza z kimś, kto… Ech, prawda kłuje w oczy, mylę się? Masz może ochotę uderzyć mnie za to raz jeszcze?
Egipcjanin zacisnął zęby, ledwo powstrzymując się przed kolejną nieprzemyślaną reakcją. Z gardła wyrwało mu się ostrzegawcze, przyprawiające o dreszcze warknięcie. Rubinowe oczy ciskały błyskawice, przeszywając Aldero na wskroś. Esme drgnęła niespokojnie, ledwo panując nad odruchem, który nakazywał jej pozostać w bezruchu. Wszystko w niej aż rwało się do tego, żeby dopaść do wnuka i zmusić go do tego, żeby wraz z nią w końcu stąd uciekł, ale nie była w stanie wyzwolić się z silnego uścisku Theo.
Na ustach Aldero pojawił się niepokojący uśmieszek, który z jakiegoś powodu skojarzył jej się z Drake’m. Błękitne oczy lśniły, kiedy zaś chłopak – nie zastanawiając się nad tym, że w ten sposób aż prosi się o kłopoty – energicznym krokiem podszedł bliżej, zmniejszając odległość pomiędzy sobą a rozgniewanym Amunem, oczywistym stało się, że szykują się kłopoty.
– Nawet nie zaprotestujesz, co nie? – podjął Aldero, kiedy milczenie zaczynało przeciągać się przez zbyt długi okres czasu. – Chcesz mnie uderzyć raz jeszcze czy nie? Chyba, że wolałbyś, żeby na moim miejscu stała Kebi albo…?
– Powiedziałem ci już, żebyś się zamknął! – warknął Amun, po raz kolejny tracąc nad sobą kontrolę.
Tym razem Aldero był przygotowany na to, że wampir może go zaatakować. Nie on jeden zresztą. Theo zareagował, ledwo mięśnie Amuna drgnęły, a ręka po raz kolejny przecięła powietrze. Wampir w ułamku sekundy zmaterializował się pomiędzy ciemnowłosym mężczyzną a Aldero. Egipcjanin zamrugał pospiesznie, dopiero po chwili uprzytomniając sobie, ze nie sięgnął celu, bo szczupłe palce Theo zacisnęły się wokół jego nadgarstka.
– Nie tym razem – syknął lekarz, wyraźnie wytrącony z równowagi. Wciąż był zagniewany, a konflikt z Aldero był kroplą, która przelała czarę goryczy.
Amun warknął i ponownie się zamachnął, tym razem rzucając się do walki ze swoim niespodziewanym przeciwnikiem. Spróbował wyrwać się z uścisku Theo, ale w odpowiedzi ten mocniej zacisnął palce na jego nadgarstku i – wcześniej uskakując, bo Egipcjanin spróbował powalić go wolnym ramieniem – silnym szarpnięciem zaczął dążyć do tego, żeby wykręcić Amun’owi rękę za plecy. W ten sposób nie był w stanie sprawić mu bólu, ale na pewno jeszcze bardziej go rozjuszył, bo już w następnej sekundzie wszystko potoczyło się błyskawicznie.
Warcząc i przeklinając, Amun w końcu wyrwał się z uścisku Theo. W mgnieniu oka obrócił się na pięcie i z gniewnym warknięciem, rzucił się przeciwnikowi do gardła. Lekarz bez trudu uskoczył, dosłownie w ostatniej chwili unikając wymierzonego w jego pierś torsu. Amun ponownie warknął, po czym ponowił atak, tym razem szybszy i bardziej precyzyjny niż za pierwszym razem. Spinając mięśnie i usiłując zapanować nad gniewem, zdołał skoordynować ruchy do tego stopnia, że już nie wyglądał jak miotający się w szale nowonarodzony wampir. Theo zaklął, kiedy wampirowi udało się sięgnąć jego gardła. Machinalnie odskoczył do tyłu, starając się zrobić wszystko, byleby nie dopuścić przeciwnika do swojej szyi; gdyby mu na to pozwolił, to byłby koniec, a w najbliższym czasie bynajmniej nie śpieszyło mu się do grobu.
Amun naparł na niego w bardziej stanowczy sposób, przy okazji wytrącając go z równowagi. Theo potknął się i poleciał do tyłu, ciągnąc za sobą rozwścieczonego Egipcjanina. Niewiele brakowało, żeby obaj wylądowali na ziemi – Theo pod Amun’em – jednak w ostatniej chwili lekarzowi udało się zareagować. Uchwycił równowagę, napiął mięśnie i z największym wysiłkiem odepchnął od siebie Amuna. Co prawda efekt był chwilowy, bo wampir momentalnie ponowił atak, ale próba obrony dała Theo przynajmniej kilka sekund na to, żeby przeanalizować sytuację. Wraz z kolejnym atakiem Egipcjanina, udało mu się uskoczyć i raz jeszcze chwycić mężczyznę za rękę. Nie dając sobie czasu na wahanie, a przeciwnikowi sposobności na to, żeby kolejny raz się uwolnić, błyskawicznie przerzucił wampira przez ramię, odrzucając go na kilka dobrych metrów.
Brzdęk tłuczonego szkła przerwał pełną napięcia ciszę, kiedy Amun całym ciałem zwalił się na szklany stolik. Odłamki szkła posypały się na ziemię, robiąc przy tym mnóstwo hałasu i przypominając trochę padający deszcz, który w tej części świata musiał być prawdziwą rzadkością. Drobinki szkła lśniły bajecznie w blasku zapalonych lamp oraz srebrzystego światła księżyca; blask jakimś cudem przedzierał się przez ciężkie zasłony, którymi zasłoniono okna.
Theo niespokojnie spojrzał na Amuna. Esme zastygła w bezruchu, oszołomiona sceną, której dopiero co doświadczyła. W głowie jej wirowało, chociaż w przypadku wampira takie objawy raczej nie były czymś naturalnym. Otrzeźwili ją dopiero Aldero i Cameron, którzy znikąd zmaterializowali się po obu jej stronach, spięci, ale i na swój sposób usatysfakcjonowani. Wampirzyca odniosła wrażenie, że bliźniaki najchętniej zobaczyliby palące się ciało pokonanego Egipcjanina, ale Theo najwyraźniej nie zamierzał posunąć się tej nocy do mordu… Przynajmniej na razie.
– Spadamy stąd – stwierdził Cammy. Esme nie zamierzała się z nim kłócić. – Ech, Theo…? – dodał, niespokojnie oglądając się na wampira; wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że Amun w każdej chwili może zerwać się na równe nogi i ponownie zaatakować.
– Zaraz. – Jakby czytając im w myślach, lekarz zerknął krótko na swojego przeciwnika. Amun co prawda natychmiast wsparł się na łokciach, ale jak na razie siedział pośród szklanych odłamków, mrucząc coś cicho, ale nie zamierzając atakować. Jego pierś falowała, kiedy zaczął pośpiesznie zbędne mu do normalnego funkcjonowania powietrze. – Idźcie. Ja tylko… – Wampir pokręcił głową, najwyraźniej nie zamierzając skończyć.
Ani Esme, ani Aldero i Cameron nie zareagowali, zbyt spięci i oszołomieni, żeby pozwolić sobie na rozdzielanie się. Theo westchnął, ale nie zaprotestował. Jego rubinowe tęczówki raz jeszcze powędrowały w stronę Amuna, ostatecznie jednak zatrzymały się na Kebi. Kobieta wciąż stała w tym samym miejscu, przypominając marmurowy, pozbawiony życia posąg i jedynie jej oczy zdradzały, jakie targają nią emocje. Nie trzeba było dysponować wyjątkową wrażliwością czy doświadczeniem, żeby zorientować się, że kobieta była przerażona… I że mimo wszystko, jej troska była skierowana wobec Amuna.
Zakochana czy nie, to już nie miało znaczenia. Kebi aż do tego stopnia przyzwyczaiła się do tego, jak traktował ją Amun, że nie potrafiła wyobrazić sobie dalszego życia, gdyby nagle go zabrakło.
– Kebi – odezwał się cicho Theo, nie odrywając od wampirzycy wzroku. Drgnęła i spojrzała na niego, ale sprawiała przy tym wrażenie kogoś, kto robi coś bardzo złego. – Kebi, przepraszam cię za to, ale sama widziałaś, że nie miałem wyboru. Twój mąż… Ale ty masz wybór, Kebi. Nie musisz tego znosić, jeśli tego nie chcesz. – Oczy wampirzycy rozszerzyły się w geście niedowierzania. To jedynie zmobilizowało Theo do tego, żeby mówił dalej: – Możesz iść z nami, Kebi. Możesz uciec, jeśli…
– Kebi – odezwał się w tym samym momencie Amun. Nie powiedział nic więcej, ale nie musiał – to jedno słowo wystarczyło.
Kebi – do tej pory wpatrzona w Theo i sprawiająca wrażenie kogoś w transie – w odpowiedzi na rozkazujący ton swojego partnera, pokornie spuściła wzrok. Nie minęła sekunda, jak w milczeniu wyminęła proponującego jej wolność lekarza, kierując się w stronę odłamków szkła, które otaczały Amuna. Kiedy bez słowa osunęła się na kolana, żeby móc znaleźć się u boku męża, oczywistym stało się, że już podjęła decyzję.
Theo zacisnął usta. Przez moment mierzył wzrokiem kobietę, wyraźnie rozczarowany, ale nie wyglądał, jakby takie postępowanie jakoś specjalnie go zdziwiło. Nie próbował nawet protestować albo ponawiać swojej propozycji; nawet Esme wiedziała, że to i rak ni ma sensu. Kebi nie chciała opuścić Amuna, a oni nie mogli zapewnić jej wolności na siłę.
– Idziemy – szepnął spiętym tonem Theo. Dopiero kiedy bezpiecznie do nich dołączył, bliźnięta i Esme usłuchali, woląc nie ryzykować, że sprawy po raz kolejny się skomplikują – zwłaszcza, że kolejna walka mogła się skończyć różnie.
W pośpiechu opuścili salon, a później przypominające pałac mieszkanie Amuna. Kiedy ponownie znaleźli się na zewnątrz, Esme niespokojnie obejrzała się za siebie, chociaż podświadomie zdawała sobie sprawę z tego, że nikogo za nimi nie ma.
Nikt nie próbował ich gonić.

2 komentarze:

  1. Z dedykacją dla Gabi i Eriss z dużym przepraszam za to, że was wystraszyłam ^^


    Nessa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za dedykację^^
    Wiedziałam, że Al w pewnym momencie wybuchnie, ale nie spodziewałam się takiego wybuchu. Przewidziałam to, że Esme się zgodzi, ale nie przewidziałam tego, że Theo rzuci się na Amuna z żądzą mordu. Szkoda, że go nie zabił. Bardzo na to liczyłam. Hm, patrząc na to co opisałaś tutaj ciekawi mnie jego reakcja w przyszłości, kiedy Carlisle i Esme proszą go o pomoc. To musiałoby być... Dość dziwne. Wracając do rozdziału.... Al nieźle się wkurzył i to dobrze. Tak samo Theo. Dobrze, że chociaż oni zostali, bo nie wyobrażam sobie tego co by się stało, gdyby i oni wyszli. Esme chyba nie mogłaby już wyjść z tego domu. Myślałam, że Kebi powie 'pieprz się dziadu, idę z nimi', ale jak się okazało nie ;c szkoda, bo naprawdę na to liczyłam. A teraz myślę, że po całym incydencie jeszcze spotkają Benjamina i z nim porozmawiają. Wtedy będę ucieszona^^
    Mimo, że znowu mnie straszyłaś Amunem jestem rozdziałem zachwycona. No i niecierpliwie czekam na następny rozdział^^
    Pozdrawiam,
    Twoja Gabi ;)

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa