10.12.2013

Sto trzydzieści osiem

Layla
Nie chciała płakać, łzy jednak uparcie nie przestawały płynąć. Layla czuła się pokonana i oszołomiona, ale nie miała siły, żeby jakkolwiek bezsensownie walczyć z samą sobą. To nie miało sensu, podobnie jak i bezsensowne wydawały się jej dotychczasowe starania o to, żeby zaangażować się w coś, co od samego początku nie było jej pisane. Nie chodziło nawet po prostu o związek z Rufusem, ale o miłość w czystej postaci, bo przecież powinna była wiedzieć, że ktoś taki jak ona nigdy nie stworzy prawdziwej, szczerej relacji. Pamiętała o tym przez te wszystkie lata, ale kiedy przyszło co do czego, odważyła się zaryzykować, a teraz musiała zapłacić za błędy.
Isabeau tuliła ją do siebie i raz po raz przeczesywała palcami jasne włosy siostry. Obie siedziały na kanapie, a Layla praktycznie leżała na Beau, trzymając głowę na jej kolanach. Na przemian patrzyła w sufit albo zaciskała powieki, ale niezależnie od sytuacji, nie była w stanie powstrzymać słonych kropel, które wymykały jej się spod powiek i spływały po policzkach, ostatecznie wsiąkając we włosy. Obraz rozmazywał jej się przed oczami, ale wspomnienia i słowa pozostawały nieznośnie żywe i wyraźne. To doprowadzało ją do szału, ale nie miała siły na to, żeby jakkolwiek dać upust narastającej frustracji. Wątpiła zresztą, żeby poczuła się lepiej, nawet gdyby wpadła w szał i nagle zaczęła krzyczeć albo niszczyć wszystko, co tylko wpadnie jej w ręce.
– Jestem taka głupia, Beau… – westchnęła. Unikała spoglądania w błękitne oczy siostry, nawet jeśli zdawała sobie sprawę z tego, że nie doszuka się w nich powątpienia czy krytyki. Jeśli już, mogła spodziewać się współczucia, ale ta perspektywa wydawała się jeszcze gorsza, bo Layla wątpiła, żeby zasłużyła na jakiekolwiek pozytywne uczucia. – Gabriel miał rację. Nie powiedział mi tego, ale od samego początku miał rację, kiedy próbował mnie przed nim chronić.
– Sama nie wierzysz w to, co mówisz, Lay. – Głos Isabeau był zaskakująco spokojny i czuły, chociaż to zwykle nie było w stylu dziewczyny. Isabeau zawsze pozostawała chłodna, nawet wobec rodzeństwa. – Kotku, proszę cię, przestań opowiadać bzdury.
– Kiedy to nie są bzdury! – zaoponowała, kręcąc głową. Niepewnie spojrzała w twarz Isabeau, po czym westchnęła, kiedy nie zobaczyła niczego, prócz zrozumienia. Właśnie dlatego zdecydowała się przyjść do Isabeau, chociaż to Gabriel był jej duchowo bliższy; potrzebowała kogoś, kto ją zrozumie, ale i będzie w stanie powiedzieć jej, co takiego zrobiła źle, a Isabeau idealnie nadawała się do tej roli. – Po prostu się ze mną zgódź i będzie po problemie.
Beau zaśmiała się smutno, ale nie podjęła tematu. Jej palce znów zaczęły rytmicznie przeczesywać jasne włosy siostry, przynosząc jej swego rodzaju ukojenie, chociaż uczucie to i tak nie miało trwać zbyt długo. Layla wciąż była na krawędzi załamania i raczej wątpiła, żeby ktokolwiek zdołał uchronić ją przed wpadnięciem w przepaść.
Zapadła chwila milczenia, ale nie było w tym niczego wymuszonego. Isabeau była dobrym słuchaczem, może dlatego, że potrafiła nie tylko udzielać trafnych rad, ale również milczeć. Cisza miała w sobie coś dobrego, nawet jeśli przeciągające się milczenie sprawiało, że Layli tym trudniej było walczyć ze wspomnieniami i sprzecznymi myślami, które wydawały się walczyć o jej uwagę. Zapomnienie miało być trudniejsze niż jej się wydawało, ale przynajmniej jak na razie zdołała się uspokoić, a to już samo w sobie było postępem.
Layla zamknęła oczy i westchnęła cicho. Próbowała koncentrować się na zapachach i dźwiękach, które ją otaczały, a to okazało się zaskakująco proste. Słyszała  swój oddech oraz bicie serca. Łatwo było je rozróżnić, bo diametralnie różniły się od cichego i miarowego pulsu obejmującej ją Isabeau. Jej siostra prawie nie oddychała, serce zaś biło tak cicho i powoli, że równie dobrze mogłoby się zatrzymać. To przypomniało Layli o Rufusie, a zwłaszcza o tych momentach, kiedy po prostu leżeli wtuleni w siebie, ale jakoś udało jej się odrzucić tę myśl od siebie, chociaż nie była pewna, jak długo będzie w stanie się przed własnymi uczuciami bronić. Miłość była trudna, a Layla miała wrażenie, że już dawno przerosły ją konsekwencje związane z pielęgnowaniem w sobie tego uczucia.
– Rufus jest skomplikowany. Kochanie go to wyzwanie, ale tego akurat chyba nie muszę ci mówić, prawda? – odezwała się ni stąd, ni z owąd Isabeau. Layla wzdrygnęła się, ale skinęła głową. – Nie powiem ci, dlaczego tak się stało. Nie będę ci też mówić, że powinnaś dalej walczyć albo się poddać, bo to wyłącznie twoja decyzja, Lay.
– Wiem. Ale ja naprawdę nie mam już siły – poskarżyła się i jęknęła cicho. Znów zapadła chwila ciszy, podczas której wsłuchiwała się w odgłosy i ciche głosy pozostałych domowników. Carlisle i Esme rozmawiali o czymś cicho, jednak Allegry nie słyszała, chociaż nie przypominała sobie, żeby kobieta gdziekolwiek wychodziła. – On wciąż mnie od siebie odsuwa. Kiedy wydaje mi się, że jest dobrze… No i ta Rosa. Kim, do diabła, jest Rosa?
Isabeau zawahała się.
– Naprawdę chcesz, żebym to właśnie ja odpowiedziała ci na to pytanie?
Layla spuściła wzrok i pokręciła głową. Isabeau pytała, ale tak naprawdę od samego początku zdawała sobie sprawę z tego, jaka będzie odpowiedź.
– Nie – przyznała cicho. – To on powinien mi powiedzieć. I zrobiłby to, gdybym cokolwiek dla niego znaczyła… Ale to i tak już nie ma sensu, bo nas nie ma. Nie chcę go widzieć, a tym bardziej z nim rozmawiać i… i…
– Cii… – Isabeau przerwała zabawę włosami siostry, żeby lepiej skoncentrować się ja wyrazie jej twarzy. – Wiem, Lay. Wszystko będzie w porządku – obiecała, chociaż Layla nie była w stanie jej uwierzyć.
– Nie możesz mi tego obiecać – zaoponowała. – Och, Beau, dlaczego to musi tak boleć? Może to ze mną jest coś nie tak? – zapytała. Pospiesznie uniosła się na łokciach, powstrzymując przed mówieniem Isabeau, kiedy ta chciała machinalnie zaprotestować. – Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak okropnie się czuję. Mam wrażenie, że wszystko ucieka mi spod kontroli i to akurat wtedy, kiedy już jestem pewna, że będzie dobrze. Czasami myślę sobie… A co jeśli ja nie potrafię kochać i być kochaną. Jak myślisz, Beau? Mam wrażenie, że jestem przeklęte. Że On zniszczył coś we mnie, kiedy skrzywdził mnie po raz pierwszy. Może komuś, kto stracił niewinność zanim w ogóle miał okazję rozkwitnąć, pisane jest życie w wiecznym cieniu… – Nie musiała dodawać, że tym razem nie chodziło jej o Rufusa.
Poczuła, że Isabeau sztywnieje, więc spojrzała na nią niepewnie. Jasne oczy dziewczyny błyszczały gniewem, a Layla mogłaby przysiąc, że przez moment dostrzegła w nich znajomy, czerwony błysk. Co prawda Beau szybko nad sobą zapanowała, a jej tęczówki wróciły do swojej zwykłej barwy, ale wciąż oddychała szybko. Jej pierś falowała, zdradzając wzburzenie, a może i coś z pogranicza furii.
– Nigdy więcej… Nigdy więcej nie waż się nawet tak mówić! – naskoczyła na siostrę. Layla instynktownie napięła mięśnie, chociaż nie wyobrażała sobie, żeby również Isabeau zdołała ją zaatakować. – To, że nasz ojciec był pieprzonym sukinsynem niczego nie znaczy! Skrzywdził cię, Lay, skrzywdził cię okropnie, ale nie wolno co myśleć w taki sposób! To wciąż jesteś ty. Wciąż ty i nie możesz wciąż pokutować za to, co stało się wieki temu.
Layla poderwałam się gwałtownie; jej oczy lśniły, kiedy popatrzyła na Isabeau, ale jakoś udało jej się powstrzymać świeże łzy, chociaż czuła, że jest bliska tego, żeby znów zacząć szlochać. W głowie miała pustkę i sama już nie była pewna, co powinna myśleć o wszystkim, co usłyszała. Chciała wierzyć Isabeau, ale to nie było możliwe, skoro czuła się tak okropnie. Może i łatwo było dawać rady, ale jakie znaczenie miały słowa, jeśli nie rozumiało się tego, co czuje druga strona?
– Jak mam za to nie pokutować? Nie widzisz, co ze mną jest nie tak? To się za mną ciągnie, nawet jeśli… Nie wiem nawet, czy Marco żyje. A jeśli jest martwy, to i tak się na mnie mści i to bez większego udziału w moim życiu. Mam wrażenie, że pięćset lat temu coś we mnie umarło, chociaż dopiero teraz jestem tego w pełni świadoma. A martwi nie kochają, Beau. Martwi nie potrafią kochać ani być kochanymi.
– Tak uważasz? – Isabeau zmrużyła oczy. – W takim razie co tak naprawdę czuję do Dimitra albo do moich dzieci? Kim jesteś dla mnie ty, skoro martwi nie mają uczuć.
Layla zastygła. O tym nie pomyślała.
– Beau… – Pokręciła z niedowierzaniem głową. – Nie to miałam na myśli. Chodziło mi… Och, chodziło mi o coś zupełnie innego, nie o przemianę, bo…
Dziewczyna westchnęła cicho. Jej twarz złagodniała, ale oczy wciąż zdradzały smutek.
– Wiem, co miałaś na myśli – zapewniła ją cicho. – Ale nie podoba mi się to. Laylo, takie myślenie naprawę nie ma sensu – powiedziała z naciskiem.
– Ale co poradzę na to, że tak się czuję? – Bezradnie opadła na kanapę u boku Isabeau, po czym bez słowa ponownie wtuliła się w siostrę. – Znasz Rufusa, może nawet lepiej ode mnie. W takim razie powiedz mi, co powinnam zrobić, bo ja już nie mam do niego siły. Mam dość tego, jak cały czas się ode mnie odsuwa, jak nakręca się przy tych eksperymentach… Nie słucha mnie, obojętnie jak długo bym mówiła. Powtarza, że robi to również dla mnie, ale ja przecież tego do niego nie oczekuję! Tym bardziej, że to go niszczy. Nie potrafię go powstrzymywać, a mam już dość ciągłego wybaczania… Mam wrażenie, że jak długo dzielą nas jakiekolwiek tajemnice, tak długo nie mamy przed sobą przyszłości… – Zawahała się na moment. – Jak bardzo ironiczne jest to, że bardziej przejmuje się tym, że go tracę niż tym, że znów próbował mnie zabić?
Zapadło milczenie, aż Layla zwątpiła w to, czy Isabeau zdecyduje się jej odpowiedzieć. Unieruchomiła i znowu pogrążyła się we własnych myślach, chociaż kontrolowanie ich okazało się trudne. Była zmęczona, poza tym chciała przynajmniej na moment zapomnieć o wszystkim, co się wydarzyło, to jednak okazało się niemożliwe. Wampirze pamięć była doskonała, poza tym ciężko było wyrzucić z pamięci kogoś, kogo wciąż się kochało. Jej umysł był obojętny na to, czy wspomnienia sprawiają ból, czy też nie – miłość pozostawała miłością, a może taki był jej urok.
– Komu mówisz o trudnej miłości, Laylo? – zapytała cicho Isabeau, jakby dopiero teraz uprzytomniła sobie pełen sens wypowiedzianych przez siostrę słów.
Layla zacisnęła powieki. No tak, jej siostra aż nazbyt dobrze znała problemy z uczuciami, chociaż w jej przypadku strusia prezentowała się zdecydowanie gorzej.
To wydawało się okrutne, ale kiedy o tym pomyślała, poczuła się odrobinę lepiej.
Renesmee
– … osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia… Szukam!
Odsłoniłam oczy i powoli obejrzałam się za siebie. Salon był pusty, ale tego właśnie się spodziewałam. Alessia i Damien mieli wyobraźnię, a ich kryjówki czasami zaskakiwały nawet mnie. Dzięki temu nawet zwykła zabawa w chowanego nabierała dość ciekawego wymiaru, chociaż musiała się pilnować, żeby nie wykorzystać wampirzycy zmysłów i nie popsuć zabawy, znajdując moje pociechy zbyt szybko.
Gabriela nie było najwyżej od godziny, ale już i tak zaczynałam się niecierpliwić. Rozumiałam, że skoro w domu pojawiła się ludzka krew, czasami wypadało zajrzeć do Centrum Krwiodawstwa, ale i tak nie byłam zachwycona. Mimo wszystko przez całe dzieciństwo żyłam w przekonaniu, że ludzka osoka to ostateczność i chociaż przy Licavolich mój pogląd na tę sprawę uległ zmianie, ja i tak trzymałam się „wegetarianizmu”. Nie miałam nic przeciwko, że mój mąż przede wszystkim trwał przy bardziej naturalnym dla nieśmiertelnych sposobie odżywiania – w końcu nikt nie cierpiał, a wykorzystywanie CK było w Mieście Nocy czymś normalnym – ale nie byłam chętna na kolejną wizytę w centrum.
Bez pośpiechu ruszyłam przez pokój, uważnie rozglądając się dookoła. Gdybym chciała, mogłabym znaleźć Ali i Damiena natychmiast, ale nie zamierzałam tego robić. To zabawne, ale mnie również zabawa w chowanego sprawiała swego rodzaju frajdę. Poniekąd sama wciąż byłam dzieckiem, ale zakładałam, że przyjemność brała się raczej stąd, że mogłam spędzać czas z rodziną, a to było dla mnie ważne.
– No i gdzie wy jesteście, skarby? – zapytałam normalnym tonem głosu. Nie musiałam krzyczeć, bo moje dzieci – podobnie zresztą jak i ja – zdolne były usłyszeć każdy, nawet najcichszy szept. – Gdzie wy mogłyście wejść…
Mówiłam, chociaż maluchy już dawno przestały reagować na moje prowokacje i wybierać z krzykiem, żeby móc rzucić mi się w ramiona. Wcześniej to przede wszystkim Ali miała trudność z nauczeniem się reguł zabawy i zwykle reagowała, kiedy tylko zaczynałam ją wołać, ale po kilku razach i uwagach Damiena, zaczęła na siebie uważać i to do tego stopnia, że czasami musiałam pozwolić sobie na drobne oszustwo, żeby ją znaleźć.
Poczułam niepokojące znajome uczucie, które zwykle pojawiało się, kiedy ktoś mnie obserwował. Mimowolnie uśmiechnęłam się i przynajmniej przez kilka sekund zamierzałam ignorować postać, która ukryła się w okolicy okna, ale… instynkt podpowiadał mi, że coś jest zdecydowanie nie tak. Zamarłam na kilka sekund, dręczona niepokojącą myślą, że to niekoniecznie Ali i Damien mnie obserwują, chociaż nie potrafiłam wyjaśnić skąd to wiem.
Pełna złych przeczuć, w pośpiechu odwróciłam się w stronę okna – po czym omal nie dostałam zawału na widok postaci, która wyrosła tuż przede mną. Rufus musiał chwycić mnie za ramiona, bo z wrażenia odskoczyłam w popłochu i potknąwszy się o własne nogi, omal nie wylądowałam na podłodze.
– Nie zachodź mnie tak! Co ty tutaj robisz? – zapytałam z niedowierzaniem, zupełnie machinalnie strząsając jego ręce. – Jak tutaj wszedłeś? – dodałam po chwili, uświadamiając sobie, że nigdy nie zaprosiłam go do naszego domu.
– Przepraszam – zreflektował się cicho. Głos miał nienaturalnie spokojny i na swój sposób… dziwny. Nie wiedziałam co o tym myśleć, ale mimowolnie wzdrygnęłam się; uczucie wcześniejszego niepokoju nie zniknęło, a wręcz wzmogło się, chociaż to wydawało się irracjonalne. – Musisz bardziej uważać na słowa. Powiedziałaś „wejść”, a to już samo w sobie wystarczy, żeby uznać tę formę za dość niegrzeczne zaproszenie.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Gabriel zdecydowanie nie miał być zadowolony z tego, że teraz naukowiec miał swobodny wstęp do naszego domu, ale skąd mogłam wiedzieć? To nie było uczciwe, ale najwyraźniej ja już nie miałam niczego do powiedzenia, skoro słowa zostały wypowiedziane.
Spojrzałam na niego z powątpieniem, wciąż mając wrażenie, że coś jest nie tak. Uderzyła mnie bladość jego skóry, podobnie jak i cienie pod oczami, ale nie byłam jakoś specjalnie zaskoczona. Dopiero zaczynało się robić ciemno, w miarę jak słońce zaczynało znikać za linią horyzontu, ale anemiczny blask najwyraźniej specjalnie Rufusowi nie szkodził. Pamiętałam zresztą, że ostatnio Layla mówiła coś na temat tego, że wampir był chory; nadal na takiego wyglądał, ale nie zamierzałam mu tego mówić. W zasadzie nagle zwątpiłam w to, czy przebywanie przy nim w ogóle było dobrym pomysłem, ale uparcie ignorowałam podszepty intuicji. Nie było żadnego powodu dla którego miałabym się Rufusa obawiać, a przynajmniej tak mi się wydawało, chociaż w przypadku tego wampira nie mogłam być niczego pewna.
– No dobrze… Ale co tutaj robisz? – powtórzyłam wcześniejsze pytanie, siląc się na uprzejmy ton.
– Ja… No cóż, sądzę, że możesz mi pomóc, Renesmee – stwierdził z przekonaniem. W jego oczach pojawił się niezrozumiały błysk, którego nie potrafiłam zinterpretować, a który jeszcze bardziej mnie zaniepokoił. – W zasadzie jestem absolutnie pewien, że tak jest.
– Doprawdy? – Przełknęłam z trudem. Nie byłam pewna, czy chce widzieć, jakiej pomocy oczekiwał.
– Renesmee… – Rufus zrobił krok w moją stronę. Zupełnie machinalnie cofnęłam się o kilka kroków, starając się utrzymać przynajmniej względnie bezpieczny dystans pomiędzy nami. – Na litość bogini, chyba się mnie nie boisz? – zapytał, unosząc brwi ku górze.
Nie odpowiedziałam, bo sama nie byłam pewna, co w tym momencie czuje. Mój instynkt aż krzyczał, prosząc mnie o to, żebym rzuciła się do ucieczki. Przyłapałam się nawet na tym, że podświadomie oceniam odległość dzielącą mnie od drzwi, ale wszystko wskazywało na to, że mam dość małe szanse się do nich dostać, gdyby Rufus zdecydował się mnie powstrzymać. Uświadomiłam sobie zresztą, że absolutnie bezwiednie pozwoliłam zapędzić się w sam róg pomieszczenia, tuż obok niewielkiego stolika na którym kilka dni wcześniej wraz z Ali ustawiłam dzbanek z wodą i kolorowymi kwiatami. Znajdowała się tam też dość płytka szuflada z różnymi drobiazgami, które nie znalazły jeszcze swojego miejsca w domu, i to właśnie ona przykuła moją uwagę.
– Dalej nie mam pojęcia, czego ode mnie oczekujesz – przypomniałam, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że za chwile coś się wydarzy.
Rufus spojrzał na mnie z rozczarowaniem, jakby sądził, że powinnam się domyśleć odpowiedzi. Jego oczy przybrały jeszcze bardziej niepokojący wyrazy i już nie miałam wątpliwości, że wampir niekoniecznie jest sobą.
– Potrzebuję krwi. Odmówiłaś mi, ale spróbuje jeszcze raz, bo to ważne. Przypadek twój i twojej córki, to prawdziwy precedens, a gdybym zrozumiał… Przecież mogłaś już się przekonać, że mnie nie można odmówić, jeśli chodzi o czyjekolwiek dobro. A bardzo nie chciałbym posuwać się do użycia siły, dlatego… – Sięgnął do kieszeni i wydobył z niej niewielką, pustą strzykawkę. Fakt ten zarejestrowałam jedynie mimochodem, bo bardziej koncentrowałam się na czerwonych błyskach, które raz po raz pojawiały się w jego oczach. – Renesmee…
– Mamo? – Dobiegający od strony przedpokoju głos Damiena sprawił, że z wrażenia omal nie straciłam przytomności. – Mamo, co się dzieje?
Ali i Damien zawahali się, a na widok Rufusa zastygli w progu. Wzrok wampira natychmiast powędrował w ich stronę.
– Nic się nie dzieję – odezwałam się pośpiesznie; instynktownie przesunęłam się w stronę szafki, palcami szukając uchwytu przy szufladzie. – Damien, zabierz Ali. No już! – ponagliłam, bo nagle coś we mnie pękło.
Jak wielki  popełniłam błąd, uświadomiłam sobie w momencie, kiedy z twarzy Rufusa zniknęły wszystkie emocje, które nadawały jej ludzki wyraz. Wampir zareagował instynktownie, momentalnie rzucając się w stronę Alessi i Damiena. Już wcześniej był na granicy wytrzymałości, a kiedy kazałam maluchom uciekać, jedynie niepotrzebnie sprawiłam, że instynkt ostatecznie wziął nad nim górę, ale nie miałam czasu, żeby roztrząsać się nad przyczynami albo ubolewać nad błędami, które nieświadomie sama popełniłam. Musiałam coś zrobić, a że nie było czasu na przebieranie w środkach…
Niewiele myśląc skoczyłam do przodu i szarpnięciem otworzyłam szufladę, omal jej przy tym nie wyrywając. Ręce mi się trzęsły ze zdenerwowania, ale przynajmniej od razu zdołałam znaleźć to, czego szukałam, a o czym podświadomie wiedziałam, że prędzej czy później będę zmuszona użyć.
Obiema dłońmi chwyciłam drewniany kołek, który jakiś czas temu podarował mi Rufus, po czym bez zastanowienia wbiłam go w plecy wampira.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa