11.12.2013

Sto trzydzieści dziewięć

Renesmee
Oczy Rufusa rozszerzyły się gwałtownie. Jakimś cudem zdołał się na mnie obejrzeć, chyba nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co właśnie się stało. Serce waliło mi jak oszalałe, chociaż prawie nie byłam tego świadoma, bo całą uwagę koncentrowałam wyłącznie na tym, co chwile wcześniej się wydarzyło. Ręce mi się trzęsły i sama nie byłam pewna, jakim cudem zdołałam poluzować uścisk i puścić kołek, nie wspominając już o tym, że znalazłam w sobie dość siły, żeby wbić go tak głęboko, że jedynie kilka centymetrów wystawało z pleców wampira.
– Co ty zrobiłaś? – zapytał mnie zdezorientowany, ale nie miałam okazji, żeby mu odpowiedzieć, bo już w następnej sekundzie zachwiał się i całym ciałem zwalił się na posadzkę. Jego ciało zwiotczało, a chwilę później Rufus znieruchomiał, co uświadomiło mi, że jednak udało mi się trafić w serce.
Wciąż drżąc, przycisnęłam obie dłonie do ust, żeby nie ryzykować, że nagle po prostu zacznę krzyczeć. Mięśnie odmawiały mi posłuszeństwa, przez co omal nie potknęłam się o własne nogi, kiedy w popłochu cofnęłam się o krok, instynktownie woląc się odsunąć od nieprzytomnego nieśmiertelnego. Chciałam przynajmniej wierzyć, że Rufus miał rację i w ten sposób jedynie go unieruchomiłam, bo jeśli okazałby się martwy…
Nie potrafiłam dokończyć tej myśli.
Usłyszałam cichy jęk, a potem Alessia rozszlochała się ze strachu. Momentalnie przestałam myśleć o sobie i dopadłam do dzieci, biorąc maluchy w ramiona. Również Damien wydawał się roztrzęsiony, chociaż to Ali najbardziej przeżywała to, co się wydarzyło. Pozwoliłam jej płakać, dobrze wiedząc, że czasami danie upustu emocjom pomaga i że tak szybciej będzie w stanie się uspokoić.
– Nic wam nie jest? – zapytałam cicho, nieznacznie odsuwając bliźnięta, żeby lepiej im się przyjrzeć. Co prawda Rufus nie zdążył nawet do nich dojść, ale wolałam się upewnić. – Już wszystko dobrze. Wszystko będzie dobrze – zapewniłam cicho, biorąc bliźnięta na ręce i wciąż mocno tuląc je do siebie.
Ali nieco rozluźniła się w moich ramionach i zapanowawszy nad szlochem, już po prostu drżała, wtulając twarzyczkę w moje ramię. Pogładziłam ją po ciemnych włosach, wzrok jednak utkwiłam w Damienie, który okrągłymi ze zdumienia oczami wpatrywał się w leżące na podłodze ciało. Nie potrafiłam stwierdzić, co takiego podpowiadała mu intuicja, ale nie zamierzałam pozwolić, żeby mały zbliżał się do wampira. Wiedziałam, że prawdopodobnie powinnam była wyjąć kołek, żeby nie narobić większych szkód i pomóc Rufusowi dojść do siebie, ale nie potrafiłam się na to zdobyć. Być może byłam w szoku, ale ostatecznie spanikowałam i – usprawiedliwiając się dobrem dzieci – w pośpiechu wypadłam z salonu, a później z domu, nie chcąc pozwolić, żeby Alessia i Damien nadal musieli patrzeć na Rufusa.
Chłodne, wieczorne powietrze trochę mnie otrzeźwiło, chociaż wciąż byłam zbyt oszołomiona, żeby zacząć logicznie myśleć. Usiadłam na werandzie i po prostu zastygłam w bezruchu, nadal tuląc do siebie dzieci. W głowie miałam pustkę i sama już nie wiedziałam, co powinnam zrobić. Byłam w stanie jedynie siedzieć i pustym wzrokiem wpatrywać się w przestrzeń, całkowicie pozbawiona bodźców i pomysłów na jakiekolwiek konkretne działanie.
– Renesmee? – Aż podskoczyłam, kiedy nagle usłyszałam, że ktoś wypowiada moje imię. Dzieci nawet się nie poruszyły, ale ja poderwałam głowę i w pośpiechu rozejrzałam się dookoła. – Nessie, co się stało?
Edward pojawił się dosłownie znikąd i natychmiast ruszył w naszą stronę. Znalazłam w sobie dość siły, żeby się podnieść i bez zastanowienia ruszyłam w stronę taty, wpadając mu w ramiona. Natychmiast przygarnął mnie do siebie, starając się objąć tak, żeby nie zrobić krzywdy Alessi i Damienowi, których wciąż trzymałam na rękach. Podejrzewałam, że we czwórkę musimy wyglądać trochę dziwnie, ale to nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Potrzebowałam znów poczuć, że jestem bezpieczna i że nie muszę się przejmować, a obecność Edwarda mogła mi to zapewnić.
Czułam, że tata głaska mnie po włosach. Raz po raz powtarzał coś uspokajającym tonem, chyba zadając mi jakieś pytania, ale nie potrafiłam skoncentrować się na poszczególnych słowach. Wiedziałam jedynie, że powinnam powiedzieć mu co się stało, zrobić cokolwiek, ale… nie byłam w stanie.
– Renesmee, spójrz na mnie. – Edward stanowczo ujął moją twarz w dłonie, po czym zmusił mnie, żebym na niego spojrzała. Potrzebowałam dłuższej chwili, ale w końcu zdołałam skoncentrować na nim wzrok. – Masz taki mętlik w głowie… Musisz się uspokoić i powiedzieć mi, co się stało, jeśli mam ci pomóc – przypomniał mi. Mówił powoli, starannie akcentując kolejne słowa, żeby jakoś do mnie przemówić, póki byłam w takim stanie.
Popatrzyłam na niego pustym wzrokiem, zdezorientowana. Nie zorientowałam się, żebym zdejmowała bariery, którymi już zupełnie machinalnie chroniłam umysł, ale najwyraźniej w szoku nie byłam w stanie skoncentrować się na ukrywaniu myśli i Edward miał do nich swobodny dostęp. Nie przejęłam się tym, a wręcz przeciwnie – znów czując się jak mała dziewczynka, spróbowałam zapanować nad wspomnieniami, po czym przyłożyłam dłoń do twarzy taty, żeby móc mu wszystko pokazać, począwszy na zabawie w chowanego, a na pojawieniu się Rufusa kończąc. To było trudne i musiałam powtarzać niektóre myśli kilka razy, ale w końcu udało mi się pokazać wszystko tak, żeby Edward był w stanie uchwycić sens.
– Jest w salonie, tak? – W odpowiedzi sztywno skinęłam głową. – Dobrze. Zaraz wrócę – obiecał mi, czule głaskając mnie po policzku.
Zesztywniałam i skrzywiłam się, zupełnie jakby ktoś próbował mnie uderzyć.
– Nie zostawiaj nas tutaj – zaoponowałam zupełnie machinalnie. Zanim zdążyłam się zastanowić, po prostu chwaciłam tatę za ramię, zaciskając palce tak mocno, że jedynie cudem nie połamałam sobie kości. – Tato, proszę…
Chciałam dodać coś jeszcze, ale wtedy wyczułam czując obecność, dlatego instynktownie oboje podnieśliśmy głowy. Gabriel biegł w naszą stronę, wyraźnie zaniepokojony. Jego ciemne oczy błyszczały intensywnie, zdradzając, że już wiedział albo przynajmniej przeczuwał, że stało się coś niedobrego.
– Co się stało? – zapytał natychmiast. Zlustrował wzrokiem mnie i dzieci, po czym odetchnął, kiedy upewnił się, że żadnemu z nas nic nie jest. – Twoje przerażenie czuć w promieniu kilku kilometrów. Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie zaskoczyłaś i… – Mówił coś jeszcze, ale ja już go nie słuchałam, zbyt skoncentrowana na tym, że nareszcie miałam go przy sobie.
– Gabriel… – Wyszeptałam z ulgą. – Och, Gabrielu… – Na nic więcej nie było mnie stać.
Ukochany spojrzał na mnie bezradnie, po czym dla pewności przejął ode mnie Alessie i Damiena, być może nie ufając, że będę w stanie ich utrzymać. Pozwoliłam mu na to z niejaką ulgą, bo mięśnie faktycznie zdawały się chętne, żeby odmówić mi posłuszeństwa.
– Dobrze, że jesteś – stwierdził Edward, kładąc mi dłoń na ramieniu. – Nessie wszystko ci wyjaśni, a przynajmniej mam taką nadzieję. Po prostu z nimi zostać – poprosił i nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i biegiem ruszył w stronę domu.
Obejrzałam się za siebie, żeby móc odprowadzić go wzrokiem. Dopiero kiedy zniknął w środku, ponownie odważyłam się spojrzeć na mojego męża. Ukochany pomógł Alessi wspiąć się sobie na plecy i dopiero kiedy mała mocno objęła go za szyję, wyciągnął dłoń i ujął mnie pod brodę. Jego obecność i dotyk miały w sobie coś kojącego, co pozwoliło mi się rozluźnić i w końcu uspokoić. Skoncentrowałam wzrok na jego czarnych, bezkresnych tęczówkach, które za każdym razem sprawiały, że czułam się tak, jakbym spadała. Wyjątkowo nie miałam nic przeciwko temu, żeby zajrzał w moje wspomnienia, ale mój ukochany miał najwyraźniej zupełnie inne plany.
– Mi amore? – zapytał cicho, spoglądając na mnie wyczekująco.
Westchnęłam, ale spróbowałam wziąć się w garść.
– Dopiero co przebiłam Rufusa kołkiem – oznajmiłam grobowym tonem.
Jego oczy rozszerzyły się, ale nie dostrzegłam w nich wyłącznie troski, ale również zaskoczenie i… swego rodzaju ponurą satysfakcję. Szybko nad sobą zapanował, ale zaraz ogarnęło go zupełnie inne uczucie, tym razem związane ze zrozumieniem, kiedy w końcu dotarła do niego pełnia moich słów.
– Przebiłaś go…? A nie to szlag! Jak on w ogóle się tam dostał? – wybuchnął, nagle tracąc nad sobą panowanie. Jego oczy przybrały dziwny wyraz i przez moment nawet zaczęłam się obawiać, że jakimś cudem pojawią się w nich czerwone błyski, chociaż to nie było możliwe, bo Gabriel nie był wampirem. – Na litość bogini, jeśli coś wam zrobił, zabiję go – oznajmił, zaciskając usta w wąską linijkę.
Zaalarmowana podeszłam bliżej i czule otoczyłam ukochanego ramionami. Jego twarz złagodniała, kiedy mnie przytulił, ale czułam, że mięśnie wciąż ma napięte do granic możliwości.
– Gabrielu, proszę… Wątpię, żeby teraz Rufus miał zamiar kogokolwiek krzywdzić – stwierdziłam, siląc się na pogodny ton. Miałam wrażenie, że finalnie i tak zabrzmiało to histerycznie. – Poza tym on nic nam nie zrobił – dodałam, postanawiając przemilczeć fakt, że próbował. Przecież nie był sobą, a przynajmniej miałam taką nadzieję.
Przez twarz Gabriela przeszedł cień, ale ostatecznie ukochany skinął głową, niechętnie przyznając mi rację. Problem z Rufusem był właśnie taki, że właściwie żadne z nas nie wiedziało, jakie powinno mieć do niego podejście. W jednej chwili potrafił być czarujący i zdolny do pomocy – w końcu wiele mu zawdzięczaliśmy mi dość sporo, chociaż Gabriel uparcie starał się o tym zapomnieć – ale już w następnej przemieniał się w niebezpiecznego łowcę na skraju wytrzymałości, przy którym nawet źle dobrane słowo mogło kosztować utratę życia. Nie miałam pojęcia, jak powinnam na niego reagować, ale nawet jeśli jakiekolwiek wyrzuty sumienia wydawały się nie na miejscu, skoro wampir zachowywał się w taki sposób, ja i tak się o niego martwiłam.
– Chodźmy stąd. – Tym razem to ja przesunęłam dłonią po przyjemnie ciepłym policzku ukochanego. – Edward sobie poradzi, ale ja nie chcę tutaj być, póki… No wiesz. – Rzuciłam wymowne spojrzenie w stronę domu. – Poza tym chcę zabrać stąd dzieci. Daj mi Damiena – dodałam, stanowczo wyciągając ręce. – Już nic mi nie jest.
Gabriel w milczeniu skinął głową, po czym podał mi synka. Alessia wykorzystała to, żeby mocniej wtulić się w ojca, kiedy wziął ją na ręce.
Pozwoliłam Gabrielowi prowadzić. Razem ruszyliśmy w stronę lasu, nie odzywając się do siebie. Trzymałam się blisko ukochanego, chłonąc płynące z jego obecności poczucie bezpieczeństwa oraz spokoju. Już doszłam do siebie i czułam się lepiej, poza tym byłam w stanie spojrzeć na wszystko to, co się wydarzyło z właściwego dystansu. Przecież po to właśnie Rufus tyle razy mnie przed sobą ostrzegał; czuł, że prędzej czy później może dojść do sytuacji, kiedy będę zmuszona się przed nim bronić i niestety nie pomylił się. Z drugiej strony, miałam nadzieję, że rację miał również w związku z tym, że cios w serce nie jest śmiertelny, przynajmniej pod warunkiem, że do rany nie dostanie się srebro. Nie łatwo było mi znieść myśl o zabiciu kogokolwiek, zwłaszcza w przypadku, kiedy wiedziałam, że ta osoba niekoniecznie zachowuje się racjonalnie. Dodatkowo przerażała mnie myśl, że w ogóle byłam do zadania ciosu zdolna, ale kiedy się nad tym zastanowiłam, uświadomiłam sobie, że byłabym gotowa nawet zabić, jeśli tylko w ten sposób byłabym w stanie zapewnić bezpieczeństwo tym, których kochałam.
Właściwie nie zastanawiałam się nad tym, gdzie prowadził mnie Gabriel. Nie musieliśmy niczego ustalać, żeby zdecydować się ruszyć w stronę domu Isabeau i jej matki. To było jedyne sensowne miejsce, zwłaszcza dla dzieci, bo liczyłam na to, że w obecności Aldero i Camerona, maluchy będą w stanie otrząsnąć się po tym, co na ich oczach zrobiłam. Dziwiło mnie, że w ogóle były zdolne do tego, żeby już teraz zachowywać się tak spokojnie, ale może tak było lepiej; żyły w okrutnym świecie, którego same były częścią, dlatego powinniśmy byli je oswajać z niebezpieczeństwem już teraz.
– Coś cię dręczy – stwierdził Gabriel, przerywając panującą już od dłuższego czasu ciszę. Chociaż nie było to pytanie, machinalnie skinęłam głową. – Powiesz mi?
– A to nie oczywiste? – zapytałam z cichym westchnieniem. – Martwię się. I boje się, że… – Spojrzałam wymownie na wtulonego we mnie Damiena, dobrze zdając sobie sprawę z tego, że zarówno on, jak i Ali uważnie wsłuchują się w naszą rozmowę.
– Ach… – W oczach Gabriela pojawiło się zrozumienie. – Och, Renesmee… Ale tak jest lepiej. Już od jakiegoś czasu zastanawiałem się nad tym, czy nie powinienem zacząć ich uczyć, dokładnie tak jak mój ojciec, kiedy z Lay byliśmy mali. Może i bywał… – Gabriel zacisnął usta i wzruszył ramionami, woląc nie kończyć tej myśli. – Wiele mógłbym mi zarzucić, ale trzeba przyznać, że zadbał o to, żebyśmy z Laylą nie okazali się bezbronni. Uczył nas walczyć, czasami uczył nas tego, co ja ciebie… A jeśli chodzi o telepatię, wolałbym, żeby maluchy nie musiały przechodzić tego co ja i Layla, kiedy moce zaczęły wymykać się nam spod kontroli, a my nie mieliśmy pojęcia, co z nimi zrobić, żeby przypadkiem nie skrzywdzić siebie albo kogoś innego. Nawet nie zdajesz sobie sprawę z tego, jakie to było trudne… A może i zdajesz, bo sama przez tak długi okres czasu byłaś wychowywane pod kloszem. Nie mam nic przeciwko trosce twoich bliskich, ale zauważ, że odkąd tutaj jesteś, zmieniłaś się. Więcej potrafisz, już się nie boisz, a przynajmniej tak bardzo tego nie okazujesz. Nie chcę o tym myśleć, ale pewnie jeszcze rok temu Rufus zrobiłby co chciał, bo nie zdołałabyś go zaatakować, a co dopiero zranić.
– Fakt. – Uśmiechnęłam się z nutką goryczy. – Rok temu na pewno nie uganiałabym się z osinowym kołkiem w ręku. Ale dalej nie rozumiem do czego zmierzasz.
Chłopak uśmiechnął się niepewnie.
– Myślę o Akademii – oznajmił wprost, a ja spojrzałam na niego z niedowierzaniem. – Widziałaś to miejsce. Na razie wciąż jest puste, ale jeśli plan Dimitra wypali, wkrótce będzie nas tutaj jeszcze więcej. Akademia ruszy, a ja nie wyobrażam sobie, żeby Alessia i Damien z tego nie skorzystali.
Pokręciłam z niedowierzaniem głową. Mój wzrok spoczął na Damienie i przekonałam się, że nasz synek spogląda na nas z zaciekawieniem, już nie tyle zaniepokojony, co zaintrygowany. Oczy Alessi również błyszczały, poniekąd od resztek łez, ale przede wszystkim  za sprawą zaciekawienia.
Wzdrygnęłam się mimowolnie. Ali i Damien nie mieli nawet roku i chociaż rozwijali się w znacznym tempie, a już na pewno byli bardziej świadomi od zwykłych dzieci na ich poziomie, dla mnie wciąż pozostawali drobnymi, kruchymi istotami, które należało chronić. Zdawałam sobie sprawę, że właśnie w taki sposób nawet teraz postrzegała mnie moja rodzina – jak dziecko, bo po części wciąż się nim czułam – i chyba jedynie to powstrzymało mnie przed natychmiastowym protestem. Nie mogłam pozwolić sobie na tak emocjonalne podejście, skoro nadmierną troską mogłam co najwyżej wszystko niepotrzebnie skomplikować.
Gabriel milczał, dając mi okazje na oswojenie się z myślą o tym, co właśnie zaproponował. Uspokajała mnie myśl, że nie muszę podejmować decyzji od razu i że decyzja prawdopodobnie i tak należy do mnie, ale wciąż dręczyła mnie świadomość tego, że tak naprawdę nie mam wyboru. Mogłam się bać, mogłam mieć wątpliwości, ale to nie zmieniali faktu, że szkoła była dobrym rozwiązaniem, zwłaszcza, że chyba nigdzie na świecie nie istniało miejsce podobne do tego w Mieście Nocy. Byłabym okrutna, gdybym przez własne przewrażliwienie im tego zabroniła.
Z wahaniem spojrzałam na ukochanego. Uśmiechnął się do mnie uspokajająco, po czym chwycił mnie za rękę. Zacisnęłam palce wokół jego nadgarstka, czując, że jestem na swoim miejscu. Czułam się bezpiecznie i pewnie, a to było dla mnie w tym momencie najważniejsze. Potrzebowałam świadomości tego, że już nie muszę się niczego obawiać, tym bardziej, że wieczorem znów wybierałam się do kawiarni Michaela. Łatwiej miało mi być pracować, jeśli wcześniej uspokoję się, żeby przez cały czas nie zastanawiać się nad tym, co takiego działo się z moimi bliskimi albo Rufusem. W domu Isabeau bliźnięta miały być bezpieczne, a jeśli chodziło o naukowca… No cóż, jak na razie nie byłam chętna, żeby się nad czymkolwiek zastanawiać.
Zamyślona, nie zorientowałam się nawet, kiedy Gabriel gwałtownie się zatrzymał. Dopiero kiedy szarpnięciem zmusił mnie do tego, żebym sama również się zatrzymała, gwałtownie poderwałam głowę, żeby na niego spojrzeć. Nie patrzył w moją stronę, ale na jego twarzy malowało się zdenerwowanie, poza tym niespokojnie rozglądał się dookoła.
– Co się…? – zaczęłam, ale wtedy sama również wyczułam czyjąś obecność i instynktownie zastygłam w bezruchu, gotowa do odparcia ewentualnego ataku.
Gabriel zrobił krok do przodu, żeby mnie zasłonić. Niewiele myśląc zrównałam się z nim, nie zamierzając się chować. Mocniej przygarnęłam do siebie Damiena, który zamarł w moich ramionach, dobrze przeczuwając, że coś jest nie tak.
– Pokaż się, zanim się zdenerwuję! – zażądał gniewnym tonem Gabriel. Wbił wzrok w ciemność, mniej więcej w miejscu, skąd oboje wyczuwaliśmy czyjąś obecność.
Doszło nas ciche westchnienie, a potem na nisko położonej gałęzi jednego z drzew, dostrzegliśmy zarys czyjejś sylwetki. Postać poruszyła się, po czym lekko zeskoczyła na ziemię, bezszelestnie lądując w kucki. Wyprostował się, a ja dopiero wtedy dostrzegłam rysy jego twarzy.
– Nie musisz się obawiać o bezpieczeństwo swoich dzieci i małżonki, Licavoli. – Głos Jaquesa był cichu, poza tym jak zwykle pobrzmiewała w nim charakterystyczna nuta, zdradzająca francuskie pochodzenie. Nieśmiertelny podszedł bliżej, zatrzymując się dopiero wtedy, gdy Gabriel warknął ostrzegawczo. – Hm, najwyraźniej moje zapewnienia niespecjalnie cię przekonują.
– Dziwisz mi się? – zadrwił mój mąż. Mocniej chwycił mnie za rękę, ale chyba jedynie po to, żeby nie ryzykować ataku na stojącego przed nami… Nie byłam nawet pewna, jak powinnam Jaquesa określić, ale wydawało mi się, że już niekoniecznie był pół-wampirem. Zakładałam raczej, że był taki jak Isabeau czy Rufus, ale nadal nie miałam pewności. – Moja siostra omal przez ciebie nie zginęła… A w zasadzie zarówno Layla jak i Isabeau, stały się przez ciebie zupełnie innymi istotami. To chyba wystarczający powód, żeby chcieć cię zabić, o zaufaniu nie wspominając.
Przez twarz Jaquesa przeszedł cień.
– Zapominasz, że pomogłem twojej żonie – przypomniał z nutą goryczy. – W podzięce zagwarantowaliście mi złamany nos…
Mówił tak, jakby to on był tutaj pokrzywdzony. To doprowadziło mnie do szału i tym razem to Gabriel musiał mnie przytrzymać, żebym przypadkiem nie rzuciła się wampirowi do gardła.
– Zabiłeś Caroline! Czego teraz oczekujesz? – zapytałam, ale nie oczekiwałam odpowiedzi. Nie chciałam niczego, a już na pewno nie chciałam widzieć go na oczy.
– Przejmujesz się tym? Zaatakowała cię, a skoro mi się poddała, to jedynie świadczy o tym, że była nic niewarta – stwierdził.
W tamtym momencie nie wytrzymałam i szarpnęłam się do przodu. Ramiona Gabriela dosłownie w ostatniej chwili owinęły się wokół mojej talii, kiedy stanowczo odciągnął mnie do tyłu.
– Kochana moja, spokojnie – szepnął mi Gabriel do ucha. – On nie jest tego wart… Renesmee, później będziesz żałowała – przypomniał i dopiero to zdołało do mnie przemówić. Zamarłam, dysząc ciężko, ale przynajmniej przestałam z mężem walczyć. – Spieprzaj stąd, Delacur. W ogóle dziwię się, że jeszcze stąd nie uciekłeś. To jak prosić się o śmierć.
– Być może. – Twarz wampira wykrzywił niepokojący uśmiech. – A nie pomyślałeś o tym, że ja już jestem martwy.
Gabriel nie odpowiedział, Jaques zresztą tego nie oczekiwał. Jeszcze przez moment patrzył na nas, po czym jak gdyby nigdy nic odwrócił się na pięcie i pomaszerował przed siebie, nie myśląc o tym, że niezbyt rozsądnym jest odwracać się do nas plecami.
– Ach, jeszcze jedno… – Obejrzał się przez ramię; jego oczy błyszczały intensywnie. – Tak naprawdę nie macie pojęcia, co się dzieje. Nie to, co twoja młodsza siostra… Ale ty ufasz wieszczce całkowicie, prawda?
Z tymi niezrozumiałymi słowami, poderwał się do biegu, a chwile później znowu zostaliśmy sami.

3 komentarze:

  1. Czytalo mi sie rozdzial bardzo szybko i jestem z tego zadowolona. Widze, ze Alessia nadal boi sie Rufusa, ale licze, ze niedlugo jej przejdzie. Mi sie wydawalo czy Damien chcial go... uzdrowic? Zgadzam sie tutaj z Gabrielem - Renesmee bardzo sie zmienila. I jest tutaj dopiero.. rok? ^.^ Hue, hue, hue - Nessie zmienna jest. Podoba mi sie to^^ Edward zaja sie cialem i mialam dziwne wrazenie, ze naukowic juz sie nie podniesie, ale nie mozesz tego zrobic. Wiec czuje sie bezpiecznie. R. bedzie zyl. Nagle pojawienie sie Jaquesa wytracilo mnie z rownowagi i nie mam pojecia po co on tutaj przylazl. Nie dosc, ze zabil Caroline to jeszcze w pewien sposob chce upokorzyc Renesmee - znaczy ja to tak odczuwam - nigdy za nim specjalnie nie przepadalam, chociaz ta postac jest bardzo intrygujaca.
    Przepraszam, ze dopiero komentuje i, ze tak pozno, ale nie moglam sie zebrac na komentarz. Len, len, len. Tak, wiem :3 i jeszcze kolejne przeprosiny, ze tak krotko, ale jestem w szkole i niezbyt moge... robic cos innego na lekcji niz lekcje XD ale zasady sa po to, aby je lamac.
    Wiec, weny kochana :**
    Gabrysia ;**

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakby ci to powiedzieć. Nadrobiłam zaległości - aż się dziwię, ile tego wyszło - i muszę powiedzieć to co zwykle. Jestem pod wrażeniem. Intrygujesz, przyciągasz zainteresowanie. Moje oczywiście masz, ale jednak. Sama nie mam kiedy pisać, bo oczywiście muszę pisać TESTY. Mam dość, ale muszę. Nie śpię po nocach. Ale udało mi się jakoś się w końcu zebrać i poczytać. Jestem pod wrażeniem jak zwykle.
    My dear friend, I'm so glad that I can read your... amazing creativity.

    So, I wish you inspiration,
    Your Aleks.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jaques, a ten co tam robi?
    No nic mam nadzieje, że wkrótce się dowiemy bo to bardzo intrygujące.Sytuacja z Rufusem trochę się zmieniła a nawet bardzo, a było tak pięknie...Nie dziwie się Layli, że go zostawiła w końcu faceci zawsze muszą coś zepsuć:/Nie dosyć, że źle traktuję Layle to jeszcze grozi Renesmee i zakatował dzieci :\ Jeszcze jedna rzecz mnie zaciekawił Gabriel chce wysłać dzieciaki do Akademii jeśli tak to nie mogę się doczekać następnej księgi połączenie moich dwóch ulubionych książek Akademia wampirów i Zmierzch hmm....nie mogę się doczekać! *.* :D
    Pozdrawiam :)
    Renesmee

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa