17.12.2013

Sto czterdzieści pięć

Poets of the Fall – „Roses”
Layla
Płacz był dobry, bo przynosił ukojenie. Layla szlochała, mocno tuląc się do Rufusa i nie dbając o to, że łzami moczu mu koszulę. On sam również wydawał się tego nie zauważać, po prostu tuląc ją do siebie i czekając, aż w końcu zdoła się uspokoić.
Drżąc i ledwo panując nad szlochem, dziewczyna zadarła głowę, żeby raz jeszcze spojrzeć w czekoladowe oczy ukochanego. Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale nieśmiertelny jedynie stanowczo pokręcił głową, dając jej do zrozumienia, że na tego nie robić.
– Nie powstrzymuj się. Płacz, jeśli tego potrzebujesz – szepnął jej do ucha, przeczesując palcami jej jasne włosy.
Jęknęła i na powrót pozwoliła łzom popłynąć, przestając walczyć o to, żeby je zatrzymać. Posłusznie podporządkowywała się temu, co do niej mówił, czując się równie bezradną i rozbitą, co i w dniu w którym wyznała mu prawdę o swoim dzieciństwie. Wtedy również pokazał jej się od tej innej strony, niezwykle delikatny i pełen zrozumienia. Wtedy gdzieś znikał jego cynizm i jej poczucie, że za chwile zetknie się z charakterystyczną mu skłonnością do tego, żeby pokazać, że jak zwyklę miał rację. Powiedział jej kiedyś, że psychologia też nie jest mi obca i może coś w tym było, ale Layla sądziła, że w tym przypadku chodziło raczej o samą świadomość, że to on. Potrzebowała jego ramion i wsparcia, które jej dawał, tak jak potrzebowała bogatego w tlen powietrza, żeby być w stanie normalnie funkcjonować.
Ta bezsilność miała w sobie coś dobijającego, ale jednocześnie Layla bez lęku pragnęła jej się poddać. Znów była na swoim miejscu – tam, gdzie od samego początku powinna być – jej ciało i umysł na powrót były wolne, całkowite od niej zależne. Przymus znikł i już nie czuła niczego, a jedynie wszechogarniające zmęczenie, które nie tyle obejmowało jej ciało, co przede wszystkim umysł. W głowie jej wirowało i wciąż miała wrażenie, że za moment straci przytomność, ale tym razem nie bała się czekającego na nią stanu nieświadomości, bo wiedziała, że nic złego nie może jej spotkać.
Minęła dłuższa chwila, zanim Layla poczuła, że na powrót jest w stanie normalnie funkcjonować. Jej oddech zwolnił, powoli wracając do swojego zdrowego, powolnego rytmu. Nie była pewna, jak było w przypadku serca, bo koncentrowała się wyłącznie na rytmie innego narządu, który mogła usłyszeć, wtulając policzek w tors Rufusa. Jego puls był bardzo słaby i niemal niewyczuwalny, ale Layli wystarczyło to, co słyszała, żeby być w stanie poczuć się lepiej.
– Laylo? – Rufus pierwszy zdecydował się przerwać panującą ciszę. Jego uścisk nieznacznie zelżał, ale nadal tulił ją do siebie tak kurczowo, jakby za moment miała zniknąć albo rozpaść się na mikroskopijne kawałeczki. – Och, dziewczyno, dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego w ogóle zdecydowałaś się na to, żeby… – Jedynie pokręcił głową, nie będąc w stanie zmusić się do tego, żeby dokończyć tę myśl.
Minęła dłuższa chwila, zanim Layli udało się zebrać myśli i podjąć decyzję o tym, co powinna mu odpowiedzieć. W głowie miała kompletną pustkę, dlatego ostatecznie zdecydowała się na coś, co Rufusa irytowało, ale co wydawało się jej jedynym rozwiązaniem w tym momencie.
– Skąd wiedziałeś, że tutaj będę? – zapytała, całkowicie ignorując jego wcześniejsze słowa. Poczuła, że zesztywniał, ale wątpiła, żeby jego reakcja była związana z tym, że znów odpowiadała mu pytaniem na pytanie. – Skąd wiedziałeś, że tutaj będę? I gdzie jest Dimitr? – zaniepokoiła się, coraz bliższa paniki. Dopiero zaczynało docierać do niej wszystko to, czego dokonała w ostatnim czasie, łącznie ze świadomością, że omal nie zabiła kogoś, kto był tak bardzo ważny dla jej siostry.
Stanowczo wyswobodziła się z objęć Rufusa, jedynie częściowo i na tyle, żeby móc się odsunąć i na niego spojrzeć. Klęczeli na ziemi, spleceni w ciasnym uścisku i skoncentrowani przede wszystkim na sobie. Ciemne oczy Rufusa uważnie śledziły każdy jej ruch, analizując go i próbując przewidzieć, czego można było się po niej spodziewać. Layla rozejrzała się po pogrążonym w mroku ogrodzie, mimowolnie myśląc o tym, że kontrola Rufusa jest w pełni zrozumiała i nie powinna czuć się z tego powodu zaniepokojona; przecież sama nie miała pewności, czy może sobie zaufać.
– Nie wiem. – Kiedy w końcu się odezwał, głos miał cichy; pozbawiony jakichkolwiek emocji. Przyznanie się do niewiedzy zbyt wiele go kosztowało, żeby dodatkowo pozwolić sobie na okazanie uczuć. – Nie mam pojęcia. Ja… Laylo, co się stało? Czułem twój strach i… Tak, chyba właśnie w ten sposób można to opisać. Czułem, że mnie potrzebujesz.
Layla poczuła, jak całym jej ciałem wstrząsnął nagły dreszcz. Słowa wypowiedziane przez Rufusa natychmiast nasunęły jej wspomnienia związane chociażby z Gabrielem i Renesmee. Sama również doświadczyła czegoś podobnego kilka razy, bo więź, która łączyła ją z bliźniakiem, była niemal materialna. Zanim pojawiła się Nessie, wraz z Gabrielem odbierali swoje skrajne uczucia, co było w pełni normalne, skoro byli ze sobą tak blisko.
Z tym, że w przypadku Rufusa takie połączenie nie było normalne. Jego oczy błyszczały intensywnie, w ten charakterystyczny sposób, który zawsze podpowiadał jej, kiedy naukowiec był zafascynowany. Tym razem jego uczucia miały związek z czymś, co na pewno znał, ale czego nigdy nie doświadczył, nawet mimo setek, a może wręcz tysięcy lat, które przeżył. Nigdy nie zapytała go wprost o wiek i jego przeszłość, ale coś podpowiadało jej, że naukowiec jest równie dojrzały, co Michael; na pewno był dużo starszy od niej, a jeśli spojrzeć na jego wiedzę i doświadczenie… Ten upływ czasu wydawał się wręcz nierealny, a jednak Rufus wydawał się całkowicie niezaznajomiony z czymś tak ważnym, jak miłość.
Z drugiej strony, co sama Layla wiedziała o tym uczuciu. To, co żywiła do rodzeństwa czy Cullenów, to była zupełnie inna forma miłości, przeznaczona wyłącznie dla rodziny. Uczucie do Rufusa było czymś zdecydowanie bardziej złożonym, a Layla dopiero uczyła się doświadczać tego, co przez tak długi okres czasu było dla niej niczym zakazany owoc. Umarła jako dziecko, zabita czynami ojca, ale teraz wracała do życia za sprawą jednej jedynej osoby i nie wolno było jej tego ignorować.
Spojrzała na Rufusa okrągłymi ze zdumienia oczami. Błękit jej oczu odbijał się w jego czekoladowych tęczówkach, a Layla niemal z niedowierzaniem odkryła, że można dostrzec w jej spojrzeniu swego rodzaju niewinność. Jak to w ogóle mogło być możliwe, skoro czystość i jej podobne uczucia zostały gwałtem odebrane jej ponad pięć wieków wcześniej, kiedy jeszcze była dzieckiem? Nie zdążyła nawet rozkwitnąć, a teraz…
– Laylo, porozmawiaj ze mną – odezwał się nagle Rufus, coraz bardziej zaniepokojony przeciągającym się milczeniem. – Wiem, że cię zraniłem. Przepraszam cię za to, ale już nic nie jestem w stanie poradzić na to, co się stało. Ale zrób dla mnie przynajmniej tyle i ze mną porozmawiaj – nalegał, równie zaniepokojony, co rozdrażniony.
Layla zamrugała, po czym skoncentrowała na nim wzrok.
– Już nic mi nie jest. Wszystko w porządku – zapewniła, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że taka odpowiedź go nie satysfakcjonuje. Ją zresztą też nie, ale nie miała ochoty rozmawiać o Lawrence'ie. – Jesteś tutaj. Odrzuciłeś mnie. Odrzuciłeś, a jednak tutaj jesteś – westchnęła cicho, całkowicie oszołomiona.
Jej dłonie prawie bezwiednie przesunęły się po torsie wampira, jakby nie mogła uwierzyć w to, że mógł być prawdziwy. Layla czuła bijące od ciała naukowca ciepło, mieszające się z żarem jej jak zawsze rozpalonego ciała. Kiedy się dotykali, jej skóra wydawała się płonąć, chociaż jednocześnie dręczył ją znajomy niepokój, który aż nazbyt dobrze znała, bo towarzyszył jej od przeszło pięciu wieków, za każdym razem, kiedy jakikolwiek mężczyzna jej dotykał. Sztywniała nawet w objęciach brata, będąc w stanie rozluźnić się dopiero po dłuższej chwili, więc również w objęciach Rufusa rozluźnienie się przychodziło dopiero po kilkunastu sekundach, a jednak nawet wtedy dało się wyczuć typową dla niej rezerwę za którą czasami się nienawidziła.
Dłonie Rufusa zacisnęły się na jej nadgarstkach, kiedy stanowczo unieruchomił jej ręce. Layla spojrzała na niego okrągłymi ze zdumienia oczami, zaskoczona goryczą, która wkradła się do spojrzenia wampira.
– Odrzuciłem cię? – zapytał z niedowierzaniem. – Na litość bogini, Laylo, o czym ty mówisz? Przecież ja nigdy bym tego nie zrobił, nawet jeśli czasami wydawało mi się to jedynym słusznym rozwiązaniem, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo. Z daleka ode mnie.… Ale jestem egoistą, a ty jesteś uparta. Wciąż trwałaś, a ja nigdy nie byłem zdolny do tego, żeby kazać ci odejść. – Popatrzył na nią zagniewanym wzrokiem. – Jak możesz mówić takie rzeczy?
Layla spuściła wzrok. Czy dalej nie rozumiał?
– Kłamstwa to również odrzucenie – wyszeptała, uparcie wpatrując się w ziemię. Poczuła, że zesztywniał, ale to nie powstrzymało jej przed tym, żeby mówiła dalej. – Ja poczułam się odrzucona. Tym bardziej, że pozwalałeś, żeby te ataki i wspomnienia cię niszczyły. A ja nie potrafię trwać już w tej walce sama, Rufusie… Nie potrafię o ciebie walczyć, skoro ty tego nie chcesz.
– Ależ chcę – zaoponował natychmiast. Momentalnie wzmógł uścisk wokół niej, bardziej stanowczo przyciągając ją do siebie. – Jesteś moja. Jak mogłoby być inaczej?
– Ty mi odpowiedz – zaproponowała, raz jeszcze próbując wyplątać się z jego objęć.
Jęknął i pozwolił jej na to, jakby nagle opuściły go wszelakie siły. Poczuła się zraniona, kiedy z ciężkim sercem odsunęła się od niego. Nie rozumiała, dlaczego tak się czuła, bo przecież sama chciała, żeby przestał jej dotykać… A przynajmniej wmawiała sobie, że właśnie tego chciała.
Popatrzyła na Rufusa, ale on nawet nie spoglądał w jej stronę, wzrok utkwiwszy w jakimś punkcie w przestrzeni. Layla poczuła, że jej serce po raz kolejny rozpada się na miliony kawałeczków, jakby w ogóle po raz kolejny było to możliwe, ale zmusiła się do tego, żeby zachować spokój i silną wolę. Powoli podniosła się o chwiejnie stanąwszy na nogi, zdołała jakoś przywołać mięśnie do współpracy i niepewnym krokiem ruszyć w noc, decydując się zostawić wampira samego. Jej serce krwawiło, ale co innego mogła zrobić w sytuacji, kiedy tak naprawdę nic się nie zmieniło; nawet jeśli ją uratował, mogli co najwyżej wrócić do punktu wyjścia, tak długo, jak Rufus nie podejmie decyzji, napędzają spiralę bólu, który wzajemnie sobie zdawali.
Uszła zaledwie kilka kroków, kiedy silne dłonie zacisnęły się na jej talii, kolejny raz zamykając ją w silnym uścisku. Szarpnęła się instynktownie, ale nie była w stanie się oswobodzić, zaraz też całkowicie oszołomił ją słodki zapach, który wdarł się do jej płuc, kiedy tylko zdecydowała się zaczerpnąć powietrza.
– Puści mnie! – zaoponowała i raz jeszcze spróbowała się oswobodzić, ale w efekcie wampir uniósł ją tak, że już nie dotykała stopami podłoża.
– Naprawdę sądzisz, że po tym wszystkim tak po prostu pozwolę co odejść, Laylo Grace Licavoli?
Zesztywniała, pierwszy raz słysząc, żeby zwrócił się do niej pełnymi imionami i nazwiskiem. Natychmiast wykorzystał to, żeby szarpnięciem odwrócić ją w swoją stronę, tak, że nie miała innego wyjścia, jak tylko popatrzeć mu w oczy. Spróbowała raz jeszcze zaprotestować, ale powstrzymała się, nagle odkrywając, że ich usta są niepokojąco blisko; był od niej nieznacznie wyższy, ale i tak czuła ciepły oddech na policzku i to przyprawiało ją o palpitacje serca.
– Rufus…
Potrząsnął głową. Oczy miał zamknięte, a oddech dziwnie płytki, chociaż wcześniej zupełnie nie zwróciła na to uwagi. Czuła, że mięśnie ma napięte do granic możliwości; drżał lekko i w pewnym momencie to ona zaczęła się niepokoić o to, czy z nim wszystko jest w porządku.
– Miała na imię Rosa i pochodziła z Florencji – odezwał się cicho, zaskakująco niepewnym głosem. Rufus rzadko się czegoś bał, więc tym bardziej zmartwił ją ton jego głosu. Instynktownie zesztywniała jeszcze bardziej, czekając na dalsze wyjaśnienia, chociaż jednocześnie bała się je poznać. – Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek spotkałem bardziej kruche i niewinne stworzenie. Nie nadawała się na to, żeby być nieśmiertelną, nawet w połowie. Na litość bogini, jeśli istniała większa nieprawidłowość, to wyłącznie widok jej ust zbroczonych krwią! – westchnął i skrzywił się. Layla wtuliła się w niego mocniej, zastanawiając się, czy wciąż był świadom jej obecności, czy może w pełni koncentrował się na przeszłości. – Miała szesnaście lat, kiedy po raz pierwszy pojawiła się w Mieście Nocy. To było dawno… Ale w naszym przypadku czas nie ma żadnego znaczenia, prawda? Jedyne czego możemy się obawiać, to brak doświadczenia i to, że nie będziemy mieli dość czasu, żeby je zdobyć. Rosa nie była głupia, ale wciąż pozostawała na swój sposób dzieckiem, niedoświadczona i naznaczona swoją niezwykłą ufnością. W zasadzie mogłaby być uosobieniem niewinności, piękna i jakże niezwykle delikatna, nie tylko za sprawą imienia, ale również wyglądu. Nigdy nie przepadała za słońcem, więc jej skóra była nieskazitelnie blada, niemal alabastrowa, co czyniło ją tym bardziej wyjątkową, rownież w miejscu, w którym się wychowała… No i jej włosy. Czy domyślasz się, Laylo, jakie musiały być jej włosy? – zapytał cicho, niespodziewanie znów zwracając się do niej.
Layla czuła, że sama zaczyna drżeć.
– Jak płomienie… Miała rude włosy, prawda? – upewniła się, powoli zaczynając łączyć ze sobą fakty. Rufus sztywno skinął głową. – Dobra bogini, Renesmee…
– Nie. Nie myśl o moim stosunku do Renesmee w ten sposób – przerwał jej natychmiast. – Tak, przypomina mi Rosę, ale nic poza tym. Ja po prostu… To nie tak, że traktuję ją tak, jakby była ponownym wcieleniem Rosy. Nie jest, nie jest aż tak niewinna, w końcu przebiła mnie kołkiem – na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, który jednak zginął równie nagle, co się pojawił – ale to wciąż nie zmienia faktu, że są bardzo do siebie podobne. Odkąd ją zobaczyłem, walczę z wspomnieniami… Nie mogę powstrzymać się od tego, żeby nie próbować jej chronić. Czy rozumiesz mnie? Po prostu nie potrafię inaczej. Nie potrafię…
Mruczał coś jeszcze, ale Layla już tego nie zrozumiała. Wciąż kuliła się w jego ramionach, pustym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń i myśląc o wszystkim tym, co wcześniej wydawało jej się niezrozumiałe. Teraz powoli się klarowało, chociaż dalej czuła niezrozumiały niepokój, kiedy wspominała spojrzenie, jakim zdarzało mu się obdarowywać Renesmee… I ten moment, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, wpadł w szał i stał się tak bardzo zaborczy…
– Opowiedz mi więcej o Rosie – poprosiła, postanawiając zachować pewne uwagi dla siebie. Czuła, że to wciąż nie jest koniec tej historii.
– Ja… No dobrze – zgodził się niechętnie, chyba do samego końca mając nadzieję, że ta konieczność jednak zostanie mu zaoszczędzona. – No dobrze, ale proszę… Nie oceniaj mnie, niezależnie od tego, co usłyszysz. Teraz jesteśmy tutaj, a ja… I ty jesteś inna. Na każdym kroku widzę to, że jesteś inna…
Patrzył na nią tak błagalnie, jak nigdy dotąd. Chyba pierwszy raz widziała to w takim stanie, na granicy szaleństwa, ale przy tym przytomnego jak nigdy dotąd. Ten widok sprawił, że przeszedł ją dreszcz i zapragnęła go pocałować, jakkolwiek pocieszyć, ale…
Powoli skinęła głową. Rufus odetchnął, chociaż utrzymując odstęp pomiędzy nimi, najwyraźniej sprawiła mu ból.
– Kiedyś Miasto Nocy było równie znane, co obecnie Volterra. Z tym, że od zawsze było… niezwykłe. Sama pomysł. To miasto, jedyne miasto, który kontrolują wampiry i gdzie nieśmiertelni nie muszą się kryć. Przecież rocznie przez szeregi Volturi przewijają się dziesiątki wampirów, które pojawiają się i znikają. Niektórzy zostaną, ale to w tym momencie najmniej istotne – stwierdził obojętnie; Volturi nie robili na nim żadnego wrażenia, zupełnie jakby byli nikim. – Jeśli plany Dimitra się powiodą, wkrótce historia się powtórzy. Miasto znów zatętni życiem, stanie się centrum, równie znakomitym, co wieki temu. Wiele rodów wyginęło, ale wciąż istnieją potomkowie tych, którzy mogliby być naszą nadzieją. Rosa była właśnie kimś takim, ostatnia w swojej rodzinie, chociaż chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, jak wielkie ma to znaczenie. Pojawiła się w Niebiańskiej Rezydencji na zaproszenie Dimitra. Król wtedy często urządzał uroczystości, podczas których gromadził tych najbardziej znanych, nieśmiertelną elitę… Oczywiście za każdym razem również i ja otrzymywałem zaproszenie. – Kolejny blady uśmiech. – Wciąż mam w mieście pozycję, nawet jeśli większość boi się, że się na nich rzucę, kiedy tylko powiedzą coś nie tak. Wtedy też nie przekazałem za towarzystwem, ale zawsze pojawiałem się, przede wszystkim z szacunku dla Dimitra… Uznaj to za swego rodzaju poczucie obowiązku. Właśnie podczas jednego z tych wieczorów poznałem Rosę, a że od zawsze traktowałem dobre wychowanie za coś oczywistego, nie mogłem odejść, kiedy nas sobie przedstawiono.
Nie powinna była tego czuć, ale Layla i tak z niedowierzaniem uświadomiła sobie, że jest zazdrosna. Pokręciła głową, całkowicie oszołomiona tym uczuciem, zaraz też spróbowała je w sobie zdusić, w nadziei, że Rufus niczego nie zauważył.
Nawet jeśli wyczuł jej obawy, nie dał nic po sobie poznać. Myślami wciąż będąc gdzieś w przeszłości, po prostu mówił dalej, chyba nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co dzieje się tuż obok.
– Nie do końca pamiętam o czym rozmawialiśmy tamtej nocy. Pamiętam, że była zabawna i bezpośrednia, a przy tym tak uroczo niewinna. No i była mądra. Wydawała się zafascynowana tym, co robiłem dla miasta, pracą naukową i moją pozycją… Głupie pytania mnie irytują, ale kiedy zdarzało je się zadać Rosie, bez wahania byłem w stanie jej to wybaczyć. Czasami mówiłem ja, a czasami ona i praktycznie tak minął nam cały wieczór, póki nie zaczęła przysypiać na stojąco… To wtedy odprowadziłem jej do komnaty, wcześniej dowiadując się jeszcze tego, że zamierzała tu zostać. – Pośpiesznie zamrugał, jakby dopiero teraz uświadomił sobie gdzie jest. – Oczywiście nie zamierzałem spędzić z nią nocy. Byłem nią zafascynowany, poza tym nigdy nie czułem się w taki sposób, ale wciąż była dla mnie kimś niewiele więcej niż niedoświadczone dziecko. Inteligentna, jak na pół-wampirzycę przystało wciąż dorosła, ale wciąż dziecko. Do rana zresztą przestałem o tym myśleć, biorąc raczej pod uwagę to, że tak szybko się nie spotkamy, bo rzadko pojawiałem się w Niebiańskiej Rezydencji, chyba, że na rozkaz Dimitra. Miałem ważniejsze sprawy, ale chyba niespecjalnie cię to dziwi, bo również teraz najlepiej czuję się w laboratorium. Tak czy inaczej, nie brałem pod uwagę tego, że Rosa postanowi mnie zaskoczyć. Od Pavarottich bez trudu dowiedziała się, gdzie powinna mnie szukać i bez wahania zakradła się do laboratorium. Możesz sobie wyobrazić, jak bardzo mnie tym zaskoczyła, tym bardziej, że nikt nigdy nie zaglądał do miejsca, w którym pracowałem… – Urwał. Czuła jego rosnące napięcie i chciała nawet zaproponować, że już nie musi dalej mówić, że to jej wystarczy, ale oboje wiedzieli, że to byłoby kłamstwem. – Wyglądała niezwykle, zupełnie niepasująca do laboratorium i otaczającego ją sprzętu. Kiedy zapytałem ją, co tutaj robi, wyznała, że mnie szukała. Trochę się w pierwszym momencie zdenerwowałem, ale nie potrafiłem gniewać się na kogoś tak niezwykłego. Ostatecznie ustaliliśmy, że nigdy ma nie przychodzić, kiedy pracuję. Nie widziała w tym problemu, więc… nawet nie jestem pewien kiedy… ale zaczęliśmy spędzać ze sobą więcej czasu. Przychodziła do mnie, odciągała mnie od pracy i sprawiała, że coraz częściej czułem się jak we śnie. Potrafiła mówić całymi godzinami, a ja słuchałem jej, stopniowo ją poznając i pozwalając jej poznać siebie. Wszystko oczywiście odbywało się z zachowaniem zasad, w których ona i ja zostaliśmy wychowani. Była damą, pod każdym względem, więc potrafiła panować nad emocjami. Pokochałem ją i to ze wzajemnością, chociaż to wciąż nie było uczucie, które byłbym w stanie zrozumieć. W obecności wciąż czułem się nieswojo, ale przy Rosie byłem w stanie się rozluźnić… Spotykaliśmy się przez następne miesiące, dzień w dzień, wciąż na tych samych zasadach. Za każdym razem rzucała mi się w ramiona, kiedy tylko decydowałem się wyjść z laboratorium. Niemal siłą ciągnęła mnie za sobą, a ja poddawałem się jej entuzjazmowi, niezmiennie nią zafascynowany. Kilka razy pojawiliśmy się w Niebiańskiej Rezydencji, na wieczorach podobnych do tego z naszego pierwszego spotkania. Chciała przebywać i tańczyć tylko ze mną, ja zaś byłem obojętny na to, czy ktokolwiek zobaczy nas razem. Wiedziałem, że Rosa mnie zmienia i to na lepsze… I inni też to widzieli. No cóż, Lucas i Matthew byli zachwyceni – stwierdził z nieco gorzkim uśmiechem, niemal całkiem pozbawionym wesołości.  – Allegra nas dopingowała, podobnie zresztą jak i Isabeau. Znałem je już wtedy i obie były mi dość bliskie. Wiem, że chciały, żebym był z Rosą, być może mając nadzieję, że to właśnie ona będzie w stanie wyciągnąć moją duszę z mroku samotności, który sam sobie wybrałem. Do tej pory uczucia były mi obce, bez znaczenia… Unikałem ich, uważając je za słabość, bo nie dało się ich przeanalizować w naukowy sposób. Nauka była moją miłością, ale Rosa zaczęła to zmieniać, czynić mnie bardziej ludzkim… A ja tego chciałem. Och, jak ja bardzo tego chciałem!
Wszystko to brzmiało niczym sen. Piękny sen, w którym nie ma miejsca na to, żeby stało się coś złego. Layla czuła się jak intruza, który bezlitośnie wniknął w prywatność kogoś innego. Odbierała mu wspomnienia do których nie miała prawa, czując, że powoli ogarnia ją rozpacz.
– Brzmi piękne, prawda? Było piękne. Ale nic co piękne nie może trwać wiecznie, ja jednak o tym zapomniałem… Już nie pamiętam, dlaczego byłem wtedy tak bardzo zapracowany. Wiem jedynie, że pracowałem wtedy nad czymś, co było dla mnie bardzo ważne… Chodziło o geny, tak sądzę. Od Michaela wiem, że pełnię kodu genetycznego odkryto koło roku dwutysięcznego, ale ludzie od zawsze byli sporo za wampirami. Sam znajdowałem sobie problemy, które namiętnie rozwiązywałem, czasami zarywając po kilka nocy z rzędu, zwłaszcza kiedy byłem bliski odkrycia. Rosa nie przywykła do tego, że musi na mnie czekać, ale przez trzy pierwsze dni cierpliwie znosiła to, że tymczasowo jestem nieosiągalny. Myślałem o niej, ale wierzyłem w to, że rozumiała i nie będzie miała mi za złe tego, co robiłem… W istocie nie była, ale to już inna sprawa. – Poczuła, że ramiona Rufusa jeszcze mocniej zacieśniają się wokół niej. Na moment zabrakło jej tchu, ale nie odważyła się zaprotestować, zbyt oszołomiona, żeby jakkolwiek się ruszyć. – Nie miałem czasu polować, ale przywykłem do nasilającego się pragnienia. Kiedy byłem sam, nie musiałem dbać o to, żeby panować nad głodem. Nie musiałem dbać o nic… Ale tamtej nocy nie miałem być sam. Rosa nie wytrzymała, złamała zasady – tę jedyną zasadę, która zapewniała jej bezpieczeństwo. Przyszła do laboratorium i… Pamiętam bardzo niewiele z tego, co wydarzyło się później. Wiem, że bardzo się zdenerwowałem, wpadłem w szału. A byłem przy tym tak bardzo spragniony, do tego stopnia spragniony...
Teraz już drżał na całego. Głos mu się załamał i Layla przez moment miała wrażenie, że nie zdoła dokończyć.
Nie musiał – ale to zrobił.
– Kiedy się opamiętałem, było cicho. Dookoła panował chaos, a ja… Ja klęczałem pośród zniszczeń, mocno tuląc do siebie Rosę. Tuliłem ją do siebie, ale tak naprawdę już jej nie było… Wyglądała jakby spała, blada jak zwykle i nieruchoma, ale to nie była prawda. – Jego oczy spojrzały wprost w błękitne tęczówki Layli, nieznośnie świadome i pełne bólu. – Zdenerwowałem się na nią tylko ten jeden raz. A kiedy się ocknąłem, ona już nie żyła. Czy rozumiesz? Zabiłem ją. To ja zabiłem moją małą Rosę…

1 komentarz:

  1. Takie rozdziały to ja rozumiem <3 Nareszcie się doczekałam tego rozdziału jak i wyjaśnienia o Rosie. Cóz wina nie lezy tylko po jego stronie. Widze ja po obu. (Przepraszam za brak polskich znaków, ale cos znowu z komputerem O_O) Rufus mógl wyrwac sie na chwile, aby zapolowac, a ona mogla poczekac jeszcze chwile na to spotkanie. Jak mysle, gdybys tak zrobila to nie byloby to w twoim stylu. A, ze ja bardzo go lubie, wiec nie mam sie o co wsciekac. Layla chyba bedzie przerazona czynem Rufusa, ale sama chciala wiedziec! Tak samo jak i wszyscy, ktorzy to czytaja chcieli wiedziec. Coz; moze i Rosa nie byla ni zona ani dziewczyna Rufusa, ale jakby zgadlam xD byla kims waznym kto nagle znikal z jego zycia. Cieszs sie, ze juz sobie wszystko wyjasnili, bo zaczynalo mnie troche przytlaczac ten brak wiedzy =) Pochlonelam rozdzial w kilkanascie minut i zachwycalam sie kolejne iles tam minut xD chyba musze powiedziec, ze ta para ma rowniez ciekawa historie co Isabeau i Drake ;) z tym, ze... W tej historii, to ktos kogos zabil.
    Nie moge uwierzyc, ze to juz prawie koniec tej ksiegi. Piec rozdzialow i epilog? Szybko zleci <3
    Zycze ci weny na dalsze rozdzialy i ksiegi, i obys nie stracila weny na pisanie oraz checi ;**
    Twoje Gabrysia <3

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa