18.12.2013

Sto czterdzieści sześć

Layla
Layla zadrżała, oszołomiona. Słowa Rufusa wciąż odbijały się echem gdzieś w jej umyśle, ale prawie nie była tego świadoma. Czuła przejmujący chłód i żal, a przede wszystkim pretensje, ale uczucie to nie było skierowane do Rufusa. Była zła na siebie – i na to, że mogła w ogóle pomyśleć o tym, żeby zmusić wampira do tego, żeby raz jeszcze musiał przejść przez wszystko, co spotkało w go w przeszłości.
Rufus zastygł, teraz nieruchomy niczym posąg. Jego oczy były puste i chociaż na nią patrzył, Layla była pewna, że jej nie widział. Myślami wciąż był gdzieś daleko, być może w Mieście Nocy sprzed kilku wieków… Albo w swoim laboratorium, raz jeszcze doświadczając tego, co przed chwilą jej opowiedział. Aż nazbyt dobrze znała ten stan, kiedy przeszłość praktycznie przenikała rzeczywistość; wiedziała, że teraz nie może mu pomóc, obojętnie jak bardzo by tego chciała.
Ramiona wampira kurczowo zaciskały się wokół dziewczyny. Layla czuła, że dłonie naukowca przesuwają się po jej plecach, muskając włosy i raz po raz wyznaczając krzywiznę jej kręgosłupa. Przynajmniej zaczął się ruszać, ale było w tym coś niepokojącego, tym bardziej, że wampir kołysał się miarowo, chyba w ogóle nie zdając sobie sprawy z tego, co dzieje się wokół niego.
– Zabiłem ją. Nie chciałem tego, a jednak to zrobiłem. I wciąż mogę zrobić… Czuję, że mogę – mamrotał nerwowo, coraz bardziej roztargnionym tonem. Oddalał się od niej i to było przerażające. – To wciąż we mnie jest, Laylo. Wciąż we mnie jest… Och, przecież ja wcale nie chcę cię skrzywdzić i…
– O czy my mówisz? – przerwała mu, czując, że dłużej nie będzie w stanie tego słuchać. W pośpiechu wyprostowała się, po czym stanowczo ujęła jego twarz w obie dłonie. – Rufusie… Rufusie, proszę, spójrz na mnie – nakazała mu, spuszczając z tonu dopiero wtedy, kiedy skoncentrował na niej wzrok. – Już wszystko dobrze. Powiedziałeś mi i… Już jest wszystko dobrze – powtórzyła z takim przekonaniem, że sama we własne słowa uwierzyła.
Rufus patrzył na nią, dziwnie zagubiony i bezbronny. Dawno nie widziała go w takim stanie, nigdy zresztą nie wydawał jej się aż do tego stopnia… bezradny. Nie potrafiła opisać słowami uczuć, które malowały się na jego twarzy i które dostrzegała w spojrzeniu ciemnych, czekoladowych oczu. Ta mieszanka ją przytłaczała, tym bardziej, że Layla była świadoma tego, iż odpowiada za wszystko, co nieśmiertelny w tym momencie przeżywał.
Rufus uniósł dłoń i przykrył jej drżącą dłoń swoją. Zamknęła oczy, pozwalając żeby jej dotykał, chociaż jednocześnie coś przewróciło jej się w żołądku, jak zawsze kiedy znajdowała się w podobnej sytuacji. Szybko wzięła się w garść, po czym wyciągnęła ramiona, żeby mocno objąć wampira. Wtuliła się w jego tors, wcześniej zarzucając mu obie ręce na szyję i wplatając mu palce w jasne włosy.
W jego ramionach poczuła się lepiej. Nie miała pewności, ale coś podpowiadało jej, że również Rufus nieznacznie rozluźnił się pod jej dotykiem. Wciąż czuła skrajne emocje, bo te wręcz z niego emitowały, ale przynajmniej trochę się uspokoił, a właśnie to było dla niej najważniejsze. Ona również musiała przez to przejść, kiedy opowiadała mu o swoim ojcu, dlatego wiedziała, że musiał przez to przejść. Oboje musieli oswoić się z tymi wspomnieniami; musieli przestać uciekać przed przeszłością, żeby zaznać ukojenia – i Rufus na pewno zdawał sobie z tego sprawę.
– Już dobrze – powtórzyła raz jeszcze. – Jestem tutaj przy tobie. Rosa… To wszystko, to już przeszłość. Słyszysz? Wszystko to już się wydarzyło, a teraz jesteś przy mnie – zapewniła, czule przeczesując jego jasne włosy palcami.
Jego oczy błyszczały w nienaturalny sposób, kiedy raz jeszcze zdecydował się spojrzeć jej w oczy. Czekoladowe tęczówki były rozszerzone do granic możliwości i zdradzały czyste przerażenie. Rufus się bał i najwyraźniej nie zamierzał udawać, że jest inaczej.
– Jak w ogóle możesz tak myśleć? – zapytał z niedowierzaniem w głosie. – Jak w ogóle… Laylo, na litość bogini, czy nie słyszałaś, co takiego dopiero co ci powiedziałem? Jak możesz po tym wszystkim tak ufnie się do mnie tulić? – Pokręcił z niedowierzaniem głową, ale najwyraźniej nie potrafił zmusić się do tego, żeby spróbować odsunąć ją od siebie. – To był zaledwie jeden raz. Jeden jedyny raz i… A ciebie zaatakowałem już niejednokrotnie. Zaatakowałem i mogę zrobić to znowu, bo to wciąż jest we mnie. Wciąż balansuję na krawędzi i nawet nie chcę myśleć o tym, co mogę ci zrobić, kiedy po raz kolejny stracę nad sobą panowanie. Czy w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, jak ryzykujesz? Ja w każdej chwili…
Zmusiła go do tego, żeby zamilkł, wyprężając się i zamykając mu usta pocałunkiem. Jego oczy rozszerzyły się, a potem zaszły mgłą, kiedy poddał się jej desperackiej próbie doprowadzenia do tego, żeby nareszcie przestał się obwiniać. Jego dłoń wylądowała na jej lędźwiach, kiedy lekko przyciągnął ją do siebie, chcąc jeszcze bardziej zmniejszyć dzielącą ich odległość.
Pocałunek był długi, pełen tęsknoty i skrajnych emocji. Rufus wydawał się niemal błagać ją o zrozumienie, chociaż sama nie była pewna dlaczego. Przecież wszystko rozumiała, więc nie istniało nic, co musiałaby mu wybaczyć. Być może zranił ją i to więcej niż raz, ale już wszystko odpokutował, kiedy tylko zdecydował się przyjść jej z pomocą. Ocalił ją – a teraz mógł pomóc sobie, nareszcie otwierając się przed nią w pełni. Dopiero teraz mogła w pełni cieszyć się jego uczuciem, świadoma tego, że między nimi nie stoją już żadne tajemnice; nic nie było w stanie zniszczyć tego, co czuła, zwłaszcza teraz, kiedy przez moment stanowili jedność, całując się i tuląc do siebie.
– Wystarczy! – To Rufus pierwszy odepchnął ją od siebie. Dyszał ciężko, zupełnie jakby przebiegł maraton, a jego oczy lśniły intensywnie, zdradzając wszystkie targające nim emocje. – Już… Proszę, już wystarczy. Ja nie mogę i…
– Cii – wyszeptała, znów przysuwając się do niego. Drgnął, ale nie odsunął się, po prostu biernie ją obserwując. – Nic złego się nie dzieje. Ciągle tutaj jestem i nie zamierzam odchodzić.
– Ale…
Stanowczo pokręciła głową.
– To nie ma znaczenia – oznajmiła stanowczo. – To, co było, nie ma żadnego wpływu na przyszłość. Wiem kim jesteś teraz i wciąż się ciebie nie boję. Co więcej nie zapominaj o tym, że cię kocham i że jestem uparta… Nie chcesz pozwolić mi odejść, więc ja tym bardziej ci na to nie pozwolę, Rufusie Prime. – Kąciki jego ust drgnęły nieznacznie, kiedy uświadomił sobie, że parodiowała jego wcześniejsze słowa, ale nie uśmiechnął się. – Powiedziałeś, że mam cię nie oceniać, póki nie wysłuchał do końca. Wysłuchałam, ale wciąż tego nie robię, No przeszłość nie ma znaczenia – powtórzyła po raz wtóry, coraz pewniejsza własnych słów. – Zostałam. To moja decyzja, a ty nie możesz jej zmienić… Chyba, że sam każesz mi odejść. – Zmarszczyła brwi. – No już. Powiedz, że mnie nie chcesz.
Jego tęczówki rozszerzyły się jeszcze bardziej.
– Nawet ja nie potrafię kłamać aż do tego stopnia – zaoponował, wyraźnie poruszony tym, co kazała mu zrobić. – Ale Laylo, zrozum mnie… Ja nad tym nie panuję. Już dawno powiedziałem ci, że nie jestem w stanie zapewnić ci bezpieczeństwa. Teraz rozumiesz dlaczego… Wiesz wszystko.
– Tak… Wiem wszystko – powtórzyła. Dlaczego to wciąż brzmiało niczym kłamstwo? – Ale ja również już dawno temu powiedziałam ci, że nie obchodzi mnie, czy jesteś niebezpieczny. I że sobie poradzę – dodała, zaciskając dłonie w pięści; fala ciepła przeszła przez całe jej ciało, jakby krążący w jej żyłach ogień zapragnął się z nią należycie przywitać.
Rufus westchnął zrezygnowany, po czym wyciągnął dłoń, żeby czule pogładzić ją po policzku. Zachowywał się tak, jakby nie był pewien, czy to, co działo się wokół niego, było prawdziwe, czy też miał do czynienia ze snem, który w każdej chwili mógł rozpłynąć się w powietrzu. Właśnie to czuła, kiedy ją dotykał, niepewny i zafascynowany jednocześnie.
– Jestem tutaj – zapewniła go cicho. – Jestem i nigdzie się nie wybieram… Wrócimy do laboratorium, dobrze? Nie chcę tutaj zostawać – wyznała cicho, spuszczając wzrok.
– Ach… Nikogo nie skrzywdzisz. Poza tym… Chyba nie sądziłaś, że Dimitr pozwoli ci się chociażby tknąć, prawda? – rzucił z nutką sarkazmu. Ulżyło jej, że dochodził do siebie, chociaż wciąż wyczuwała, że nie jest w pełni sobą. – Laylo…
– Wolę nie ryzykować – ucięła stanowczo. – Poza tym widziałam Lucasa. Chcesz czekać aż razem z Matt'em urządzą sobie widowisko naszym kosztem? – zapytała z bladym uśmiechem, próbując za wszelką cenę rozluźnić atmosferę.
Rufus uniósł brwi, ale w żaden sposób jej zachowania nie skomentował. Powoli, ale przy tym z zaskakującą lekkością podniósł się, ciągnąc dziewczynę za sobą. Wpadła mu w ramiona, w pełni rozluźniona, w przeciwieństwie do Rufusa, który wciąż wydawał się jej dziwnie rozkojarzony i spięty.
– Wszystko w porządku? – zapytała z wahaniem. Sztywno skinął głową. – Rufusie…
– Nic mi nie jest -  przerwał jej pospiesznie. Nie spodobał jej się ten ton, ale zdecydowała się jego zachowania nie komentować, dobrze wiedząc, że miał powodu do tego, żeby czuć się niezręcznie. – Nic mi… Dobra bogini, co ja mówię? Czuję się fatalnie, jeśli wiesz, co takiego mam na myśli – wyznał, a Layla zesztywniała. – Proszę, po prostu na razie nic do mnie nie mów. Muszę dojść do siebie i… Po prostu potrzebuję chwili – wyjaśnił.
Nie odzywali się do siebie, kiedy już wracali do miasta, ale Layla nie miała mu tego za złe. Mocno trzymała go za ramię, chociaż była boleśnie świadoma tego, że nie utrzyma go, kiedy straci kontrolę. Znów był na krawędzi, poniekąd z jej winy, ale wierzyła w to, że skoro już wiedziała – wiedziała o Rosie – wszystko jakoś się ułoży.
Rufus wyprzedził ją w wąskiej, ukrytej uliczce, gdzie znajdowało się jego laboratorium. Natychmiast zniknął na klatce schodowej, nawet na nią nie czekając. Teoretycznie rozsądek podpowiadał jej, że takie zachowanie powinno wystarczyć, żeby zniechęcić ją do ruszenia za nim, ale i tak bez wahania weszła do środka, szybko pokonując schody. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że zachowuje się jak Rosa – równie nieodpowiedzialna i niecierpliwa – ale przecież nie mogła zostawić go samego, zwłaszcza w takim stanie.
Naukowca znalazła przy jednym z głównych stołów w laboratorium. Nerwowo krążył, jakby poprzez ruch liczył na to, że jakoś zapanuje nad emocjami i jednak zdoła nad sobą zapanować. Oddychał szybko, poza tym raz po raz musiał palcami świeże notatki, które musiał w pośpiechu zrobić podczas jej nieobecności. Layla nachyliła się i mrużąc oczy, spróbowała odczytać jego drobne, pełne zawijasów pismo, ale porwał jej papiery tuż sprzed nosa, w pośpiechu mnąc je i odrzucając na bok.
– To nie ma sensu – oznajmił, kiedy spojrzała na niego zszokowana. – Próbowałem… Sama najlepiej wiesz, czym ostatnio się zajmowałem. Wciąż mam wrażenie, że coś mi umyka. Jedynie tracę czas, ale to już najmniej istotne w obecnej sytuacji. – Oparł się obiema dłońmi o blat stołu, po czym ciężko westchnął. – Nie rozumiem. Sądziłem, że chodzi o uczucia. Że potrzeba czyjejś bliskości, ludzkich uczuć, żeby to zatrzymać… Chciałem nawet uwierzyć w to, że miałaś rację i kolejny atak to efekt działania srebra, ale to nie wyjaśnia dlaczego później potraktowałem cię w taki sposób… Ba! Dlaczego wciąż jestem dla ciebie zagrożeniem! – Zamyślił się, a Layla po raz kolejny zwątpiła w to, czy jest świadom jej obecności. – Chyba, że to Allegra miała rację… Że to tajemnice, to jak się czułem, kiedy mnie zostawiłaś… Ale w takim razie, Laylo, wyjaśnij mi, dlaczego wciąż to czuję? -  zapytał z goryczą, rzucając jej udręczone spojrzenie.
Layla westchnęła i bez słowa podeszła do niego, żeby móc otoczyć ją ramionami. Drgnął, ale nie odepchnął jej, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że najchętniej by ją dla jej dobra odesłał. Stanowczo przed tym oponowała i miała nadzieję, że Rufus czuł jej protest w dotyku, którym go obdarzała.
– Nie wiem – wyznała cicho, nie zamierzając robić mi żmudnych nadziei. – Nie wiem, ale to niczego nie zmienia. To dotyczy nas oboje, a ty nie masz obowiązku, żeby znaleźć rozwiązanie. Po prostu musisz zaufać w to, że jakieś istnieje i… Hej! Spójrz na mnie, skoro do ciebie mówię! – zaoponowała, ujmując jego twarz w dłonie. – To, co się dzieje… Nie ma dla mnie znaczenia, czy stanowisz dla mnie jakiekolwiek zagrożenie. Ja też tego nie rozumiem, tego, jak to działa… Ale to najmniej istotne, tak? Coś wymyślimy.
Naukowiec rzucił jej pełne powątpienia spojrzenie.
– Tak… Coś wymyślony – powtórzył bezbarwnym tonem, ale coś podpowiadało jej, że sam w to nie wierzy.
Jeśli miała być szczera, sama również miała wątpliwości.
Słusznie, ale o tym dopiero miała się przekonać.

Layla powoli otworzyła oczy. Oddychała szybko, czując jak serce trzepoce jej się w piersi, a mięśnie machinalnie napinają się do granic możliwości. Instynkt podpowiadał jej, że powinna uciekać, ale nie zamierzała pozwolić mu przejąć nad sobą kontroli; nie mogła, bo przecież zdawała sobie sprawę, że On nie jest w stanie jej skrzywdzić.
Nasłuchiwała przez kilka sekund, zanim odważyła się wyczołgać spod blatu pod którym zdecydowała się przeczekać kolejny atak gniewu. Zmrużyła oczy w ostrym świetle jarzeniówek i rozejrzała się po laboratorium. Książki i liczne notatki były porozrzucane po podłodze, podobnie jak liczne sprzęty i kawałki mebli. Jeden z laboratoryjnych stołów leżał na boku; staromodny mikroskop nadawał się już wyłącznie na złom, zaś liczne probówki zamieniły się w setki drobnych odłamków. Podnosząc się z ziemi, musiała uważać, żeby się nie pokaleczyć, a i tak zahaczyła barkiem o rączkę skalpela, który został w furii ciśnięty i głęboko utkwił w jednej ze ścian. Ogólnie wyglądało to tak, jakby przez pomieszczenie przeszło tornado, chociaż pogoda nie miała żadnego związku z powstałymi zniszczeniami. Gdyby nie brzmiało to dziwnie, powiedziałaby nawet, że taki stan rzeczy jest najzupełniej normalny.
Znalazła go w samym centrum powstałego chaosu, roztrzęsionego i na krawędzi załamania. Klęczał w otoczeniu odłamków i skrawków papieru, ciężko dysząc i błędnym wzrokiem rozglądając się dookoła. Gdyby go nie znała, pomyślałaby, że jest bliski tego, żeby się rozpoznać, ale oczywiście tego nie zrobił. Mało kiedy widziała go aż do tego stopnia rozemocjonowanego i pokonanego, poza tym nie mogła odsunąć od siebie myśli o tym, że tym razem jest gorzej niż zazwyczaj.
Nawet się nie poruszył, kiedy się zbliżyła. Po prostu klęczał, mnąc w rękach i drąc na kawałki plik zapisanych kartek papieru. Jego notatki, jak sobie uświadomiła, dostrzegając ślady czarnego atramentu, układającego się w drobne, niedbałe pismo. Nie raz widziała, jak łapiąc się wszystkiego na raz, starał się robić kilka rzeczy jednocześnie i zapisywał rezultaty na tym, co akurat miał pod ręką. Wtedy jego oczy błyszczały w jakiś niezdrowy, szalony sposób, który jednak tym razem wyparła pustka. Ta pustka była gorsza niż nawet największe szaleństwo.
Odchrząknęła, żeby oczyścić gardło. Nareszcie drgnął i przeniósł na nią to swoje na wpół szalone, na wpół martwe spojrzenie od którego przeszły ją dreszcze. Jasne włosy miał w nieładzie, a i tak przeczesał je nerwowo palcami, robiąc sobie na głowie jeszcze większy bałagan. Dostrzegła, że jego oczy lśnią tym niepokojącym, czerwonym blaskiem, który jednak zaczął przygasać, kiedy udało mu się ją rozpoznać.
– Ciągle tutaj jesteś – zauważył cichym, nieswoim głosem. – Nie powinnaś. To już i tak nie ma sensu – stwierdził i przez kilka sekund wpatrywał się w zapiski w swoich rękach, jakby dopiero teraz uświadomił sobie co robi.
– Potrzebujesz mnie – zaoponowała i podeszła bliżej, chociaż wydawało się to lekkomyślne; nie miała pewności, czy atak minął i ponownie nie będzie musiała szukać kryjówki, żeby przeczekać ewentualny nawrót. – To nic. Coś wymyślimy – obiecała z pewnością większą niż w rzeczywistości. – Coś…
Przerwał jej, nagle wybuchając śmiechem. Był to pozbawiony emocji, szalony wręcz chichot, który gwałtownie się urwał. Na moment oczy zabłysły mu czerwienią, zmuszając ją do gwałtownego cofnięcia się o krok.
– Wymyślimy? Naprawdę uważasz, że dasz radę jakkolwiek mi pomóc, skoro ja sam nie jestem w stanie tego dokonać? – zapytał gniewnie, przeszywając ją wzrokiem. Nie lubiła, kiedy był w takim nastroju, bo to nigdy nie wróżyło czegoś dobrego. – Zapominasz chyba, kim jestem. Naiwna istoto, naprawdę chcesz żebym w końcu cię zabił? – zapytał, zaskakując ją gniewem i nutką goryczy, która pobrzmiewała w jego głosie. Nagłe zmiany nastrojów w jego przypadku były co najmniej przerażające.
Rozsądek podpowiadał jej, że najlepiej byłoby w tym momencie wyjść i poczekać aż dojdzie do siebie, ale przecież nie mogła tego zrobić. Jak miałaby go zostawić samego, kiedy był tak nieprzewidywalny i zdolny do wszystkiego? Poza tym nie kłamała mówiąc, że jej potrzebuje.
– Przestań – powiedziała stanowczym, nieznoszącym sprzeciwu głosem. Podeszła bliżej i osunęła się na kolana, żeby móc spojrzeć mu w oczy. – Po prostu przestań.
Popatrzył na nią smutno i nagle już nie wydawał jej się szalony, ale jedynie zrezygnowany i bardzo zmęczony. Westchnęła i niemal z czułością dotknęła jego ramienia, drgnął i szarpnął się, ale ostatecznie pozwolił na to, żeby go dotknęła. Na sobie miał znajomy już lekarski kitel, ale rozpięty, więc widziała czarny, przylegający sweter, który podkreślał walory jego sylwetki. Delikatnie dotknęła jego torsu, a kiedy nie zaprotestował, spróbowała go objąć. Nie odwzajemnił uścisku, ale i nie zaczął protestować, co już można było uznać za sukces.
Zorientowała się, że najgorszy etap mają już za sobą, kiedy poczuła, jak jego mięśnie zaczynają się rozluźniać. Ułożyła głowę na jego ramieniu i mocno się w niego wtuliła, pragnąc zrobić cokolwiek, żeby do niego dotrzeć. To, co zaczął Jacques – choroba czy cokolwiek to było – próbowało ich wykończyć, ale przecież nie mogli się tak po prostu poddać. Wierzyła w jego wiedzę, w jego medyczne i naukowe zdolności, a to, że coraz częściej zdarzało mu się nie być sobą nic nie zmieniało. Nie dla niej.
Wsunęła palce w jego jasne, potargane włosy i w końcu doczekała się jakiejś reakcji. Delikatnie ją odsunął, żeby na moment zajrzeć jej w oczy, po czym ujął kosmyk jej złocistych włosów i podsunął sobie do oczu.
– Jesteś inna niż ona – stwierdził w zamyśleniu. – Była delikatna. I nic nie rozumiała… Dlatego umarła – powiedział cicho.
Chwyciła go za nadgarstek i odczekała chwilę, póki nie puścił jej włosów, pozwalając im łagodnie opaść na jej policzek. Spojrzał na nią w roztargnieniu, jakby zdążył już zapomnieć, że jest  obok i że praktycznie trzyma ją w ramionach.
– Jestem sobą – powiedziała Layla, jakby to wszystko wyjaśniało. Jej zdaniem jak najbardziej tak było.
Skinął głową, po czym przekrzywił ją lekko, żeby przyjrzeć się jej pod innym kątem. Kiedyś to spojrzenie wydawało jej się niepokojące, teraz jednak nawet się nim nie przejęła.
– Jesteś – zgodził się, ujmując jej twarz w obie dłonie. Spojrzał jej w oczy i pierwszy raz tego dnia wydał w pełni świadom tego, co zamierza zrobić.  Serce zabiło jej mocniej, dobrze przewidując to, co miało się za chwilę wydarzyć.
Kiedy nachylił się, żeby ją pocałować, czuła się jak we śnie; powietrze między nimi zdawało się lśnić…

4 komentarze:

  1. No tak, jak widać, powoli zbliżamy się do końca tej księgi. I tak oto historia zatoczyła krąg - wróciliśmy do prologu. A co będzie dalej? To się okaże...
    Z dedykacją dla wszystkich czytających, zwłaszcza mojej niecierpliwej Gabrysi :*

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło bo już zaczęłam bać się o Dimitra. Mam nadzieje, że w końcu dojdą do przyczyn tych ataków Rufusa bo szczerze zaczyna to mnie powoli irytować, ale bez tego znowu byłoby nudno:) Niestety jednak miałam racje, że to przez Rufusa zginęła Rosa.Dobrze, że Layla okazała się na tyle wyrozumiała i nie obwinia go, wręcz trwa przy nim i to jest piękne:)
    Szkoda, że to już koniec tej księgi, ale z drugiej strony się cieszę bo nie mogę doczekać się następnej.
    Pozdrawiam :)
    Renesmee

    OdpowiedzUsuń
  3. Jejku...miałam juz dawno u ciebie skomentować, ale mam skleroze w wieku 14 lat. Przerażające. Piszesz cudownie. Masz własny pomysł na wszystko. Hehehe...przeczytałam wszystkie rozdziały i jestem zachwycona. Też nie rozumiem czemu ten Rufus atakuje. Pozdrawiam i życzę weny
    PS.u mnie pojawiła się nn

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiem jak skomentować. Żadne słowa nie przychodzą mi do głowy. Jedynie to : Zajebiście <3 Powrót do prologu oznacza tyle, że zaraz koniec =/ Huh, Rufus niepotrzebnie się zadręcza. Było minęło :p czasu nic nie cofnie - i nagle sobie przypominam, że tutaj jest ekspert od cofania w czasie ;x - no, ale chyba jej uratować, by się nie dało. A przeżycie Rosy oznaczałoby, że Layla nie miałaby w życiu Rufusa miejsca=(
    Hipnoza minęła, czas zająć się przyjemnymi rzeczami^^ Liczę, że z tej końcówki wyniknie coś więcej,a ty chyba wiesz co^^ Pozostaje mi życzyć weny, bo więcej chyba się nie da jej mieć ile masz jej ty :*
    Twoja Gabi ;*

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa