05.03.2013

Trzydzieści jeden

Dimitr
Dimitr siedział na blacie długiego stołu w pokoju, który od biedy można było nazwać salą konferencyjną. Faktycznie była to dalsza część okazałej biblioteki, która zaczynała się w salonie i ciągnęła aż do tego miejsca. Pomijając regały z książkami, stół był jedynym meblem w całym pomieszczeniu.
Wpatrywał się w wampiry, które ze sobą przyprowadziła Isabeau. Zdążył ich polubić i teraz całkiem dobrze mu się z nimi rozmawiało – i to nie tylko dlatego, że widział w rozmowie z nimi szansę na to, żeby chociaż trochę dowiedzieć się o przeszłości Isabeau, nawet jeśli znali ją krótko i niewiele byli w stanie powiedzieć.
Zaczęło się od tego, że zaproponował im spacer po rezydencji, a oni się zgodzili. Miał wrażenie, że jego propozycja była dla nich wręcz wybawieniem, bo po prostu potrzebowali czegoś, co pozwoliłoby im nie myśleć o problemach i sytuacji, która czekała na nich w domu, a której w żaden sposób nie byli w stanie zaradzić.
Podejrzewał, w jaki sposób musieli się czuć; był dobry w rozpoznawaniu emocji innych i zwykle przeżywał je równie mocno, co ich właściciele. Zastanawiał się nawet wielokrotnie, czy to nie jest rodzaj daru, ale nigdy nie udało mu się tego podejrzenia potwierdzić.
Tak czy inaczej, polubił Cullenów. Wampirzyca była sympatyczna i miała w sobie coś, co nie pozwalało nie darzyć jej sympatią, jeśli zaś chodziło o jej partnera (albo prawie partnera?), nie tylko roztaczał wokół siebie aurę zaufania, ale i był inteligentny. A Dimitr to doceniał – sam cały czas odczuwał potrzebę poszerzania swojej wiedzy.
I z rozczarowaniem oraz niejaką frustracją przekonał się, że jest równie bezradny wobec ich nietypowego problemu. Nie słyszał o grypie – ba! O żadnej ludzkiej chorobie! – która byłaby w stanie zaatakować pół-wampira. Znał na pamięć wszystkie swoje książki, ale i w tych nie było niczego, co mogłoby się przydać…
Nie mógł pomóc ani im, ani – co za tym szło – Isabeau i czuł się z tym okropnie.
– Wiesz, że doceniamy to, że chociaż chciałeś spróbować – przypomniał mu Carlisle, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że najwyższa pora zmienić temat. Przyjął to niemal z ulgą, chociaż jednocześnie nie był zadowolony z tego, że musi unikać rozmowy o czymkolwiek. – Coś wymyślimy. Isabeau miała rację, chcąc przynajmniej zaryzykować – przyznał.
Jej imię podziałało na niego jak porażenie prądem. Wzdrygnął się i momentalnie zdwoił czujność, nie chcąc pominąć ani słowa, które mogłoby się jej tyczyć – mniej czy bardziej.
– Isabeau za rodzinę oddałaby życie – powiedział stanowczo, jakby to wyjaśniało wszystko. A może i wyjaśniało; Isabeau była Isabeau i to nigdy nie miało się zmienić.
– To prawda – przyznał doktor w zamyśleniu. – To zabawne, bo przez cały czas daje nam do zrozumienia, że nie chce mieć z nami nic wspólnego.
Dimitr wzruszył ramionami. Isabeau to Isabeau – nic dodać, nic ująć.
– Beau jest dość ostrożna, jeśli chodzi o zawieranie znajomości. A już na pewno w kwestiach rodziny – powiedział po prostu. – To chyba nikogo nie dziwi – dodał w zamyśleniu.
Niechętnie pomyślał o tym, co było. O tak, ktoś taki jak Isabeau miał prawo zachowywać się w ten sposób. Nie mógł w końcu nie pamiętać, dlaczego Isabeau stała się tym, kim była teraz.
– Martwię się o nią – wtrąciła się Esme. – Zawsze miała dość… specyficzny charakter – przyznała, ostrożnie dobierając słowa – ale ostatnio zachowuje się naprawdę dziwnie. Zwłaszcza odkąd zadecydowała się nas tutaj przyprowadzić, ale wcześniej też.
Spojrzał na nią z zaciekawieniem.
– Co masz na myśli? – zapytał. – Co było z nią nie tak wcześniej? – dodał, żeby swoje wcześniejsze pytanie uściślić. To, że Isabeau źle czuła się w Mieście Nocy zaobserwował bez niczyjej pomocy i wcale go to nie dziwiło.
– Isabeau zaczęła się dziwnie zachowywać, kiedy Gabrielowi udało się pomóc Renesmee uciec od telepatów – wyjaśnił Carlisle. Już wcześniej zdążyli z Esme opisać wszystko, co miało miejsce w ciągu ostatnich kilku miesięcy, od pojawienia się przyszłej szwagierki Beau zaczynając. – Nie wiem co o tym sądzić. Może nawet miała jakąś wizję o której nam nie mówi…
– Isabeau nigdy o swoich wizjach nie mówi, jeśli nie ma w tym interesu – przerwał mu Dimitr. – No dobrze, przesadziłem. Nie mówi, jeśli jej wizje nie tyczą się konkretnej osoby albo nie ma pewności, że to może się odbić na niej i innych osobach. Poza tym jednak wszystkie widzenia zwykle zachowuje dla siebie – zakończył spokojnie.
– W takim razie to wiele by wyjaśniało – stwierdził Carlisle. – Zdążyłem zauważyć, że jest dość… skryta – przyznał, ostrożnie dobierając słowa. Dimitr prychnął na to niedociągnięcie. – No dobrze, specyficzna – sprostował, chyba ledwo powstrzymując się od wywrócenia oczami. – Ale w ostatnim czasie to coś innego.
Dimitr zamyślił się.
– Mówiliście, że kto był w tej grupie telepatów? – mruknął, wystukując jakiś nerwowy rytm, uderzając palcami o blat stołu.
– Nie wszystkich znamy – zastrzegł Carlisle. – Z tego, co mówili Gabriel i Isabeau na pewno rozpoznali rodzeństwo Glass, Devile…
Gdyby Dimitr był człowiekiem, w tym momencie najprawdopodobniej by się zakrztusił i zrobiwszy przewrót w tył, spadł ze stołu.
– Devile? – Jego głos zabrzmiał tak nienaturalnie wysoko, że sam go nie rozpoznał. – Drake i Bliss Devile?!
Carlisle i Esme patrzyli się na niego tak, jakby się zastanawiali, czy nie powinni się pośpiesznie ewakuować albo przynajmniej go unieruchomić.
– Tak – powiedziała niepewnie Esme, chyba nieco poirytowana tym, że Carlisle próbował ją nieznacznie sobą zasłonić. – Coś nie tak?
Dimitr zapragnął się gorzko roześmiać, ale nie był w stanie. W zamian poderwał się na równe nogi i zaczął nerwowo krążyć po pokoju, co było o tyle trudne, że wypełniony książkami, ciasny pokój nie dawał zbyt wielkiego pola manewru.
– A niech to szlag! Niech to diabli… – Zaczął wyklinać, po czym przeszedł na mieszaninę włoskiego i francuskiego. Przez wieki dało się nauczyć wielu języków, chociaż w tym momencie jak na ironię przypomniał sobie wyłącznie przekleństwa. – Po tym wszystkim, po tym jak Aldero… Ten sukinsyn znów się pojawił i to na drodze Isabeau… – mamrotał bez ładu i składu, dosłownie trzęsąc się ze złości.
Miał ochotę w coś uderzyć. Isabeau! Obojętnie jak twarda i beznamiętna potrafiła być – co udawała, nieświadomie już chyba – on dostrzegał w niej zranione, kruche stworzenie, pogrążone w wiecznej depresji po stracie jednej najważniejszych osób w swoim życiu. To sprawiało, że nade wszystko chciał ją chronić, chociaż ona sama za wszelką cenę starała się przed tym bronić.
A teraz znów w jej życiu pojawił się Drake – obojętnie czy chciał jej zaszkodzić, czy też był to jedynie przypadek. Tak czy inaczej, Dimitr na samą myśl dostawał szału i pragnął dorwać pół-wampira i w dość bolesny sposób zakończyć jego żywot, nawet gdyby Isabeau miała go z tego powodu znienawidzić.
Nerwowym gestem przeczesał palcami włosy, po czym w końcu się zatrzymał. Obiema dłońmi podparł się o blat stołu i wbił wzrok w przestrzeń, starając się uspokoić myśli i nie dać ponieść się złości. To nie miało żadnego sensu, tym bardziej, że Drake’a nie było nigdzie w pobliżu, a on niepotrzebnie robił z siebie wariata.
Cullenowie przez cały czas mu się przypatrywali, ale nie mówili nic; nie wiedział, czy powinien być im za to wdzięczny, czy raczej czuć się zażenowanym.
– Przepraszam – mruknął – ale chyba ciężko, żebym reagował inaczej. Niby minęło czterysta lat, ale przecież z naszą pamięcią…
Dalej patrzyli się na niego, najwyraźniej nie mając pojęcia o czym mówi. Wyprostował się powoli, po czym udał, że musi strzepnąć ze swojej nienagannie czarnej marynarki faktycznie nie istniejący pyłek. Cokolwiek, byleby zająć czymś ręce i nie musieć ryzykować, że jednak go poniesie i coś zniszczy.
– Dimitrze? – Esme odezwała się z wahaniem. Wzdrygnął się na dźwięk jej głosu i chyba nie jako jedyny, bo Carlisle wyglądał na zaniepokojonego. Być może słusznie, bo Dimitr teraz już zupełnie nie był pewien, jak może zareagować w sytuacji, kiedy ktoś nagle naruszy jego ledwo odzyskany spokój. Cisza była bezpieczna. – Kim jest Aldero? – zapytała wprost wampirzyca, ostatecznie decydując się zadać to pytanie, chociaż wcześniej przez moment wyglądała, jakby jeszcze się nad tym wahała.
Dimitr zamrugał zaskoczony, po czym spojrzał na nią tak, jakby zastanawiał się, czy sobie z niego żartuje. Jeżeli tak, była to najmniej odpowiednia pora na to, żeby w tak marny sposób próbować rozluźnić atmosferę.
Z tym, że Esme wyglądała na całkowicie poważną.
– Kim… jest Aldero? – powtórzył ostrożnie, bo chociaż niemożliwe było, żeby się przesłyszał, nie potrafił zrozumieć tego, że mogli nie wiedzieć. Przecież Isabeau traktowała ich jak rodzinę, dlatego sądził, że przełamała się i zdradziła im swoją historię. – Nie wiecie kim jest Aldero? – zapytał, kręcą z niedowierzaniem głową.
Esme zaprzeczyła, a Carlisle postanowił usprawiedliwić ich oboje:
– Isabeau bardzo rzadko z nami rozmawia, mówiliśmy już. Wydaje mi się, że jest tutaj bardziej ze względu na swojego brata niż na którekolwiek z nas, chociaż mogę się mylić. Pewne jest jedyne, że odnalazła brata, a później jedynie z sobie znanych sposobów została – wyjaśnił doktor. Po jego tonie oczywiste było, że nie jest poirytowany obecnością Beau i nie mam jej za złe tego, że cokolwiek ukrywa; po prostu się martwił i był ciekawy. – Nie wiem czy Gabriel opowiadał Nessie coś więcej o swoich siostrach, bo nigdy jej o to nie pytałem. Isabeau też nie zamierzaliśmy do czegokolwiek przymuszać. Gdyby chciała, pewnie sama o wszystkim by nam powiedziała, ale najwyraźniej jeszcze nie dość nam ufa.
– Kilka razy słyszałam to imię, Aldero – wtrąciła Esme. – Słyszałam je zanim pokłóciła się z Renesmee, ale później o tym zapomniałam, sądziłam zresztą, że to sprawa Beau. Później też je wspominała. Czasami kiesy jest zamyślona, szepce je do siebie, chociaż chyba nie zdaje sobie z tego sprawy – dodała, po czym spojrzała Dimitrowi w oczy. – Zrozumiemy, jeśli nie możesz nam tego powiedzieć, ale mimo wszystko… – zaczęła.
Dimitr jednak nie słuchał.
– Co? Wy nie wiecie? Wy naprawdę nic o niej nie wiecie… – wyszeptał poruszony, ale przede wszystkim całkowicie wstrząśnięty.. – Och, na litość bogini, to była dla niej straszna tragedia. Aldero to przecież jej brat…
Powiedział to, zanim zdążył się nad czymkolwiek zastanowić, a teraz już nic nie mógł na to poradzić. Zauważył, że Carlisle i Esme zamarli, co wcale go nie zdziwiło, skoro do tej pory wierzyli, że była jedynie trójka rodzeństwa Licavoli. Teraz faktycznie tak było, ale kto by się spodziewał, że Isabeau przed wszystkimi przemilczy tak istotny fakt – tym bardziej, że Cullenowie stali się dla niej rodziną.
Doszedł do wniosku, że skro już zaczął mówić, musi dokończyć, nawet gdyby Isabeau miała być później na niego zła. Odczekał moment, po czym odezwał się ponownie, tym razem zdecydowanie bardziej rzeczowym głosem, ostrożnie dobierając słowa. Jakoś udawało mu się zapanować nad emocjami, a to już był postęp.
– Nie wiem, czy Licavoli wam o tym wspominali, ale w rodzinach telepatów zazwyczaj rodzą się… – zaczął, wtedy jednak dostrzegł błysk zrozumienia w złocistych tęczówkach Carlisle’a.
– Bliźnięta, no tak… – zreflektował się wampir. – Gabriel o tym wspominał, kiedy Nessie zaciążyła, ale jakoś nie przyszło mi wtedy do głowy, że w takim wypadku i Isabeau powinna mieć nie tylko przyrodnie rodzeństwo. Wydawało mi się, że mogła być jednym z wyjątków od reguły – wyjaśnił w zamyśleniu.
Dimitrowi udało się wysilić na uśmiech.
– O, nie Licavoli. U nich zwykle to działało idealnie szablonowo, zawsze brat i siostra. Może dlatego, że matkami były siostry Del Vecchio, nie mam pojęcia, ale Allegra jak najbardziej wydała na świat dwójkę dzieci – powiedział stanowczo. Westchnął, po czym bardzo niechętnie wrócił do przeszłości. – Isabeau, którą ja znałem, była zupełnie inna od tej, którą mamy teraz. Nie chodzi mi o to, że nie była sarkastyczna i cholernie… Jak to nazwałeś? – Zerknął na Carlisle’a. – A, tak. „Specyficzna” – zacytował w końcu, uśmiechając się nieco gorzko. Musiał przyznać, że to określenie pasowało idealnie: Isabeau Licavoli zdecydowanie była specyficzna. – Była inna, ale pod względem podejścia do świata. Tamta Isabeau potrafiła kochać i czerpać radość z życia, zamiast kryć się za maską dystansu i chłodu.
Odkąd Isabeau wróciła, czuł się tak, jakby raz po raz wpadał na solidny, wykuty z lodu i kamienia mur, który ją otaczał. Kiedy wydawało mu się, że dostrzega niewielką szczelinę, która pomoże mu przez niego przeniknąć albo przynajmniej naruszyć jego konstrukcję, mur nagle się odnawiał i stawał jeszcze bardziej niedostępny. Isabeau trwała w środku, absolutnie nieczuła i niechętna dopuścić do siebie kogokolwiek, nawet Dimitra, którego – wiedział, po prostu to wiedział! – musiała wciąż kochać.
Dawnej go kochała. Jego i Drake’a – zdawał sobie z tego sprawę – liczył się jednak sam fakt istnienia tej miłości. Skoro jego uczucie przetrwało tak długi okres czasu, miłość Beau również musiała gdzieś tam być – a przynajmniej jej mały ślad.
Dimitr otrząsnął się i ciągnął dalej, zanim padłoby jakiekolwiek niewygodne pytanie, które mogłoby zakłócić względną równowagę, którą zdołał złapać, wstępnie układając sobie w głowie wszystko to, co zamierzał powiedzieć.
– Isabeau i Aldero byli nierozłączni. Beau była młodsza i często sprzeczali się z tego powodu, ale to przecież normalnie w przypadku rodzeństwa. Nie zmieniało to jednak faktu, że mało kiedy dostrzega się taką bliskość, jak w przypadku tej dwójki. Aldero był nie tylko jej odrobinę starszym bratem, ale i najlepszym przyjacielem oraz powiernikiem. Czasami, kiedy ich obserwowałem, miałem wrażenie, że gdyby nie mieli jednej matki i nie łączyły ich bratersko-siostrzane więzy, byliby sobie pisani. – Urwał na moment. Nawet kiedy Isabeau była jeszcze sobą, chyba z nikim nie była w stanie nawiązać takich relacji, jak z własnym bratem. – Tacy jak my… No cóż, w tym miejscu bardzo cenimy więzy rodzinne. Bliźnięta telepatów łączy taka więź, której chyba nikt z nas nigdy nie zrozumie i którą zerwać może chyba jedynie znalezienie prawdziwej miłości, naszej drugiej połówki. Dwie osoby połączone do tego stopnia jakby stają się jednym, czasami nawet będąc w stanie odbierać swoje emocje, zwłaszcza te skrajne jak euforia czy ból.
Carlisle i Esme wymienili krótkie spojrzenia, a Dimitr domyślił się, że musieli się z czymś podobnym spotkać. Nie dziwiło go to nawet, jeśli brać pod uwagę sposób w jaki opisali to, co było pomiędzy bratem Isabeau a jego partnerką.
Na moment przymknął oczy; sam nigdy czegoś podobnego nie zaznał i być może nigdy nie miał doświadczyć. Bo jeśli Isabeau nie była mu pisana, to kto tak naprawdę był?
Pośpiesznie wrócił do opowiadania.
– Nie ma większego bólu niż strata bliźniaka albo pisanego partnera. I nie chodzi jedynie o sam ból straty, który czujemy po śmierci kogoś bliskiego, ale o prawdziwe cierpienie. To tak, jakby nagle wyrwano nam kawałek serca albo rozbito duszę… – Nie potrafił tego lepiej opisać, bo nigdy przez coś podobnego nie przeszedł, kilka razy jednak słyszał, jak opowiadali o tym ci, którzy to przeżyli.
Esme była bledsza niż na początku, chociaż to w przypadku wampira wydawało się wręcz niemożliwe. Podejrzewał, że zarówno ona jak i Carlisle domyślili się, gdzie jego wywód zmierza; mógł przysiąc, że złociste oczy wampirzycy były nienaturalnie suche.
– Co się stało z bratem Isabeau? – zapytała cicho i chociaż bardzo się starała, głos nieznacznie jej zadrżał.
Carlisle musiał zareagować chyba machinalnie, bo zaraz objął ją ramieniem. Była drobna, kiedy zaś ją przytulił, wydała się Dimitrowi jeszcze bardziej delikatna. Isabeau również wydawała mu się krucha, nigdy jednak nie tak bardzo bezbronna.
Chciał odpowiedzieć, ale wtedy drzwi do pokoju otworzyły się gwałtownie i uderzyły w drzwi z taką siłą, że ze ściany posypało się odrobinę tynku. Isabeau stanęła w progu, blada, z zaczerwienionymi oczami i – co najważniejsze – wściekła.
Nie, to nawet nie była wściekłość – to była furia.
– Jak… Jak śmiałeś? – wyszeptała głosem tak zmienionym przez emocje, że aż go nie rozpoznał. – Jak śmiałeś komukolwiek o tym powiedzieć?! – zawołała, nagle podnosząc głos i to do tego stopnia, że aż zabolało.
Coś trzasnęło i pokój nagle zadrżał gdzieś u podstaw. Książki posypały się z półek i niczym nietypowy grad, wylądowały na podłodze. Isabeau już nie krzyczała, a nawet jeśli, wszystko zostało zagłuszone przez szelest papieru i huk regału, który nagle upadł na ziemię. Drewno rozpadło się na kawałki, chociaż gdyby to było zwyczajne uderzenie, mebel z pewnością nie uległby zniszczeniu tak łatwo.
Powietrze wręcz wibrowało od nadmiaru mocy; nawet pozbawiony zdolności Dimitr był w stanie ją wyczuć i mógł się założyć, że Esme i Carlisle również nie mieli z tym problemu. To był tak potężny wybuch – eksplozja wręcz – że nie potrzeba było wyczulonych parapsychologicznie zmysłów, żeby go wyczuć.
A w samym środku burzy, który nagle się rozpętała, stała Isabeau. Musiał przyznać, że wyglądała nieziemsko w otoczeniu spadających książek i kawałków powyrywanych kartek. Była wyprostowana i pewnie trzymała się na nogach, nawet mimo raz po raz powracających wstrząsów, za każdym razem coraz słabszych. Zorientował się, że Isabeau jest zdezorientowana równie mocno, co oni wszyscy tym, czego nieświadomie dokonała, ale jak zwykle dobrze ukrywała emocje i nie dała nic po sobie poznać.
Wszystko uspokoiło się równie nagle, co się zaczęło, zupełnie jakby Isabeau zabrakło nagle siły. Stała tam po prostu, oddychając ciężko i patrząc na niego w taki sposób, że zapragnął skulić się w sobie i zniknąć jej z oczu.
– Dlaczego?
To pytanie go zaskoczyło, zwłaszcza zawarta w nim gorycz. Podejrzewał, że będzie mogła być na niego zła za to, że wspomniał o Aldero, ale nie sądził nawet, że wpadnie w furię. Gdyby tylko wiedział…
Sam miał ochotę nazwać to pytanie.
– Isabeau… – zaczął miękko, chcąc znaleźć jakiś sposób na to, żeby ratować sytuację, ale wtedy znów wszystko zadrżało, więc zamilkł.
– To ode mnie zależy o czym i komu będę opowiadać – oznajmiła lodowatym tonem. Wciąż trzęsła się ze złości, ale teraz już nie czuł mocy, poza tym wszystko pozostawało nieruchome. – Nie miałeś prawa powiedzieć… O, tak. Słyszałam wszystko, każde słowo – dodała, widząc jego zaskoczone spojrzenie. A może chodziło jej o wyrazy twarzy Carlisle’a i Esme? Nie miał pewności. – Nikogo nie powinno obchodzić to, co się wtedy wydarzyło. To moja sprawa! – zawołała, przy końcu znów podnosząc głos.
Dimitr odczekał chwilę, obawiając się kolejnych wstrząsów albo czegokolwiek innego, co mogłyby spowodować złość i utrata koncentracji, ale Isabeau najwyraźniej trzymała już swoje zaskakująco olbrzymie zdolności na wodzy, bo nic się nie wydarzyło. Mimo wszystko kiedy się odezwał, zważał na każde swoje słowo, nie chcąc przypadkiem dziewczyny sprowokować.
– Przecież wiesz dobrze, że nigdy nie byłaś z tym sama. Zawsze miałaś mnie – powiedział cicho. – Teraz też, gdybyś tylko zechciała z tego skorzystać. Oni również się o ciebie dbają i wydaje mi się, że powinni…
Urwał, kiedy zobaczył wyraz jej oczu. Był absolutnie pewien, że teraz Isabeau znów wpadnie w furię, ale się pomylił. Dziewczyna po prostu patrzyła na niego pustym wzrokiem, kręcąc głową; otaczający ją mur jakby nagle stał się jeszcze grubszy i do tego uzbrojony. Jeśli istniały jakiekolwiek szanse na to, żeby go jednak przebił, właśnie stracił je bezpowrotnie.
Isabeau patrzyła na niego jeszcze przez moment, a potem odwróciła się na pięcie i wybiegłszy we zniszczonej biblioteki, zniknęła mu z oczu.

1 komentarz:

  1. Piękne *_*
    ciekawe czy Isabeau ucieknie, czy co się stanie ?
    czekam ;*
    Anja

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa