06.03.2013

Trzydzieści dwa

Isabeau
Bieg miał w sobie coś kojącego. Isabeau przyspieszyła i zaraz zaklęła pod nosem, kiedy omal nie zderzyła się z zamkniętą bramą. Złość i żal, które czuła i które przywołały cień dawnego bólu, dały o sobie znać w postaci kolejnego wybuchu mocy. Solidna brama chyba jedynie cudem utrzymała się na zawiasach, kiedy uderzenie zniszczyło zamki i otworzyło ją na roścież.
Wypadła na zewnątrz i bez zastanowienia – niemal instynktownie – ruszyła w kierunku jedynego miejsca, które wydało jej się odpowiednie. Chyba dawno nie poruszała się tak szybko; nawet dla zwykłego nieśmiertelnego musiała być jedynie smugą, która z zawrotną prędkością pokonywała kolejne metry, coraz bardziej oddalając się od Niebiańskiej Rezydencji.
Tak bardzo zła...
Jak Dimitr mógł jej to zrobić?! Dlaczego niby nie wspomniała nikomu ani słowa o Aldero albo o tym, co się stało? Bo nie ufała im, jak to uroczo określił Carlisle i to po tym wszystkim, co zrobiła; po tym jak została? Nie. Milczała, bo sama chciała od tego uciec, a im mniej osób wiedział o jej przeszłości, tym łatwiejsze miało to być.
Jedynymi osobami, którym opowiedziała wszystko, byli oczywiście Gabriel i Layla. Ale chyba nie było w tym nic dziwnego – oni mieli prawo wiedzieć, bo przecież chodziło po części również o ich brata. To nic, że nie znali go, że nie byli z nim związani i nie cierpieli nawet w jednej setnej tak, jak ona – liczył się fakt, że to wciąż pozostawał ich przyrodni brat.
Isabeau chciało się wyć. Pragnęła zatrzymać się i coś rozwalić, może nawet połamać część tych drzew, które otaczały ją ze wszystkich stron. Wciąż czuła pulsowanie mocy i ledwo utrzymywała ją w ryzach, dlatego była pewna, że zniszczenie wszystkiego dookoła byłoby równie proste, co oddychanie. I nawet jeśli miałaby później tego żałować, być może chociaż cień ulgi był wart odrobiny wyrzutów sumienia. W końcu doprowadziła już bibliotekę Dimitra – wszystkie te jego cenne książki – do ruiny, dlaczego więc nie mogła pozwolić sobie na więcej?
Odpowiedź była prosta – bo mimo wszystko nie taki był jej charakter. Podejrzewała, że wybuchy złości mają swoje źródło gdzieś w szalejących hormonach, które teraz w zawrotnym tempie wytwarzało jej szalejące z powodu przystosowania do ciąży ciało. Oczywiście gdzieś tam w głębi jej podświadomości kołatały się wypowiedziane przez Dimitra słowa, które tyczyły się nagłego wzrostu agresji wśród nieśmiertelnych, doprowadzające nieśmiertelnych do szaleństwa, ale za żadne skarby nie chciała wziąć tego pod uwagę. W końcu ciąża to nie choroba, a zmiany nastrojów i nagły wzrost mocy wydawały się tym normalniejsze, że podobnie w tym okresie zachowywała się Renesmee.
Isabeau zatrzymała się nagle, chociaż na moment będąc w stanie przestać zadręczać się wszystkim tym, co bez ustanku zaprzątało jej umysł. Uniosła głowę i spojrzała przed siebie – wprost na stromy klif, który od samego początku był jej celem. Było to jedyne miejsce w okolicy Miasta Nocy, jakieś pół kilometra od dworu; płaski, do tej pory pnący się lekko pod górę teren, raptownie przechodził w uskok. Kiedy podeszłą bliżej, była w stanie zobaczyć okazałe, głębokie jezioro, które w świetle nadchodzącego zmierzchu (było dość wcześnie, ale zimną słońce zachodziło zdecydowanie zbyt wcześnie) zaczynało przybierać kolor rozlanego atramentu.
Nie odważyła się podejść bliżej niż do punktu oddalonego jakieś pięć metrów od krawędzi przepaści. W tym momencie była tak wzburzona, że zupełnie nie bała się śmierci, ale nie mogła zapomnieć, że teraz nie chodzi wyłącznie o jej życie, ale i jej dzieci. Wątpiła co prawda, żeby jej wizja spełniła się w tym momencie – i to z tak błahego powodu, jak na przykład potknięcie – ale skoro miała zostać matką, musiała zachowywać się rozsądnie i najlepiej dmuchać na zimne.
Odnalazła wąską ścieżkę, którą pokonywała nie raz. Wiedziała, gdzie prowadzi ta droga – do najważniejszego punktu zaraz po Niebiańskiej Rezydencji: do świątyni Selene. Serce zabiło jej szybciej na samo wspomnienie niewielkiego, idealnie kwadratowego budynku, gdzie wśród najcudowniejszych zdobień i złota, znajdował się kamienny stół, niezależnie od pory roku obłożony wonnymi kwiatami i zapalonymi świecami. Posąg, który znajdował się przed świątynią był jeszcze bardziej żywy i piękniejszy od tego, który zdobił ogród przed domem matki Isabeau.
Zastanowiła się, czy po tym jak wyszła, Dimitr opowie Cullenom również o tym, kim była. A może już to zrobił? Czemu by i nie, skoro już powiedział im o Aldero – o tym, że straciła brata, swojego bliźniaka? To, czym zajmowała się matka Isabeau i kim była ona sama (gdyby tylko zapragnęła, a kiedyś, kiedy to jeszcze zdawało się mieć jakikolwiek sens, bardzo tego chciała), było niczym w porównaniu z sekretem, którym stała się śmierć Aldero.
Isabeau westchnęła i pomyślała o Allegrze i Selene. Chyba prawdą było to, co mawiali ludzie – że każdy czuł potrzebę, żeby w coś wierzyć. Dzieci nocy czciły boginię księżyca i jak w przypadku każdej religii, mieli swoich przedstawicieli. Allegra była jednym z nich – była kapłanką. A po niej miała przejąć to jej jedyna córka, wraz z całą wiedzą – nie tylko dotyczącą Selene, ale i również zielarstwa oraz wszystkiego innego, co przez wieki cenili nieśmiertelni. Chociaż wszystko poszło nie tak, a Isabeau zrezygnowała z pełnienia jakiejkolwiek funkcji w społeczeństwie, wciąż zachowywała należny szacunek i pozycję, którą zapewniał jej symbol sierpa księżyca – najważniejszego po reprezentującej dwór róży.
Westchnęła i w końcu stanęła przed świątynią. Spojrzała krótko na kwadratowy budynek, którego wnętrze znała aż nazbyt dobrze – i które prawdopodobnie się przez ostatnie cztery wieki niewiele zmieniło – po czym podeszła do marmurowego posągu bogini i usiadła pod nim, nie zwracając uwagi na zalegający na ziemi śnieg. Oparła się o piedestał, po czym uniosła głowę, wpatrując się wprost w poczerniałe i diametralnie różne od tego w przedsionku rezydencji niebo; to prawdziwe zdawało się odzwierciedlać jej nastrój, wszystko bowiem wskazywało na to, że w każdej chwili znów może zacząć padać śnieg.
Lubiła tutaj przychodzić, kiedy chciała pobyć sama, zdecydowanie bardziej jednak preferowała to miejsce wiosną albo latem. Wtedy wszystko dookoła kwitło, a ją – prócz kojącego wiatru – otaczały cudowne zapachy roślin, chociażby bzu czy rosnącej w okolicy lawendy. Wtedy naprawdę był w stanie odciąć się od wszelakich problemów.
Ale teraz też było dobrze. Kiedy zamknęła oczy i spróbowała wyciszyć myśli, przez kilka chwil była niemal całkowicie pewna, że jej się to uda. Przynajmniej do momentu, w którym nie usłyszała cichych, niemal bezszelestnych kroków.
Mimo upływu lat, rozpoznała je.
– Dlaczego wcale mnie dziwi mnie to, że po tak długim okresie znajduję cię tutaj, kapłanko? – zapytał spokojnie kobiecy głos, melodyjny i kojący.
Nie musiała otwierać oczu, żeby wiedzieć, kto przy niej stoi.
– Nie nazywaj mnie tak – zdenerwowała się, po czym niechętnie uniosła powieki i spojrzała na stojącą przy niej wampirzycę. – Tiah, proszę – dodała po chwili, próbując zapanować nad emocjami.
Kobieta była smukła i piękna, jak każda wampirzyca. Z wyglądu musiała mieć nie więcej niż trzydzieści lat, Isabeau jednak wiedziała, że jest zdecydowanie starsza. Pociemniałe z głodu a może zmartwienia oczy wpatrywały się w nią intensywnie, twarz nieśmiertelnej zaś otaczała aureola kruczoczarnych loków, sięgającej jej niemal do pasa. Skórę miała idealnie bladą i mocno kontrastującą z ciemnymi włosami, to jednak sprawiało, że wyglądała jeszcze piękniej i bardziej poważnie.
Wyraz jej twarzy nie zdradzał niczego. Tiah była absolutnie opanowana, cała zaś jej postawa wzbudzała szacunek. Isabeau znała ją; była to najważniejsza zaraz po Allegrze kapłanka i jednocześnie jej przyjaciółka – o ile oczywiście zdystansowana Allegra traktowała kogokolwiek jak przyjaciela. Poza tym jedna z nauczycielek Isabeau, która pomagała jej się przygotować do stania się kolejną służebnicą Selene, kiedy to pragnienie miało jeszcze jakikolwiek sens.
Tiah miała swoistą zdolność do pojawiania się akurat wtedy, kiedy Isabeau potrzebowała samotności. Irytowało ją to, nawet jeśli czasami wypadało, żeby wampirzyca przywołała ją do pionu i zmusiła do działania, zamiast użalania się nad sobą. Teraz jednak Isabeau naprawdę marzyła o tym, żeby zostać samą, nie była więc w stanie wykrzesać ani odrobiny entuzjazmu na widok nieśmiertelnej.
– Dlaczego? – Chociaż Isabeau całą sobą dawała znać, że nie jest w nastroju do rozmów, Tiah oczywiście to zignorowała. – Nie ma chyba niczego złego w nazywaniu rzeczy i ludzi po imieniu. Gdyby każdy tak robił, świat zdecydowanie byłby prostszy – zauważyła inteligentnie, taktownie udając, że nie widzi, że Isabeau najchętniej wywróciłaby oczami.
– Nie byłam i nie będę kapłanką. Przerabiałyśmy to cztery wieki temu i jak na razie nic się nie zmieniło – przypomniała chłodno.
Znów poczuła narastającą złość, ale tym razem udało jej się nad nią zapanować. Nie mogła pozwolić sobie na chwilę dekoncentracji, bo jeszcze byłaby zdolna znów wywołać trzęsienie ziemi albo nawet coś zdecydowanie gorszego.
Nawet jeśli Tiah cokolwiek zauważyła, wciąż udawała, że niczego niepokojącego nie dostrzega; zresztą jako wampirzyca raczej nie musiała się martwić, że skrzywdzi ją cokolwiek prócz ognia.
– Och, ależ oczywiście, że jesteś. Odeszłaś, ale co to właściwie zmienia? – zapytała, wzruszając ramionami. – Gdybyś naprawdę nie chciała być tym, kim jesteś, nie przyszłabyś tutaj z problemem – stwierdziła.
Isabeau spojrzała na nią niemal wyzywająco.
– A kto powiedział, że mam jakiś problem? – zapytała zbyt ostro i zbyt szybko, żeby kłamstwo zabrzmiało wiarygodnie. Zresztą nie było po prostu sposobu na to, żeby oszukać Tiah i zdążyła się o tym przekonać.
– A nie masz? – Wampirzyca spojrzała na nią z powątpieniem. – Beau, znam cię odkąd byłaś dzieckiem. A teraz całą sobą aż krzyczysz, że masz z czymś problem – powiedziała po prostu, wzruszając ramionami.
Drgnęła, kiedy usłyszała przezwisko, którym do tej pory posługiwało się jedynie jej rodzeństwo i sporadycznie Cullenowie. Zdążyła już pogodzić się z tym, że prawdopodobnie nigdy więcej Tiah nie zobaczy, dlatego w jej towarzystwie czuła się teraz co najmniej nieswojo. Znów zapragnęła zerwać się na równe nogi i zacząć biec, chociaż jednocześnie nie widziała w tym żadnego sensu.
Zrobiła więc to, co robiła zawsze, kiedy ktoś ją denerwował albo chciała zakończyć rozmowę – najzwyczajniej w świecie zaczęła wampirzycę ignorować. Przyszło jej to ławo, bo zdążyła przez wieki wyrobić w sobie zdolność skupiania uwagi na innych rzeczach, nawet tych najbardziej błahych. Jednym, czego nauczyła ją matka i śmierć brata, była umiejętność ukrywania emocji, którą teraz postanowiła wykorzystać.
Tiah patrzyła na nią przez kilka sekund, po czym wzruszyła ramionami. Isabeau ledwo powstrzymała tryumfalny uśmiech, kiedy zorientowała się, że wampirzyca najprawdopodobniej w końcu odejdzie.
– Zaglądam na jego grób regularnie – rzuciła jeszcze, a Isabeau omal serce nie stanęło. – Kiedy umarł, położyłaś na jego grobie niemal idealnie czarną różę, mylę się? Black Magic – westchnęła z rozmarzeniem. – Nie wiem, czy to ma dla ciebie znaczenie, ale udało mi się zdobyć sadzonkę. Rośnie tuż obok jego… – urwał w porę. – Zimą co prawda nie rosną, ale latem… – Znów tylko wzruszyła ramionami, po czym zaplotła ręce za plecami i bez pośpiechu ruszyła w stronę świątyni.
Isabeau wpatrywała się w nią, chcąc przekonać się, że wampirzyca nagle nie rozmyśli się i nie wróci. Uparcie próbowała nie dopuścić do podświadomości wspomnienia o Aldero, zwłaszcza o wspomnianym grobie i czarnych różach, chociaż wcale nie było to takie łatwe. Przeklęta Tiah! Że też akurat teraz musiała o tym mówić…
Nie dało się jednak ukryć, że jej gest był jakby nie patrzeć wspaniały. Aldero zawsze pragnął zobaczyć czarną różę – nie sztucznie barwioną, ale prawdziwą. Wiedziała, że taka nie istnieje, dlatego z bratem szukali takiej rośliny, której kolor byłby najbardziej zbliżony do czerni. Black Magic była prawdziwym ewenementem i Isabeau po prostu czuła, że to ten kwiat powinien znaleźć się na grobie Aldero, kiedy…
Łzy jak na zawołanie napłynęły jej do oczu i musiała zagryźć wargę aż do krwi, żeby nie pozwolić im popłynąć. Już dawno minął okres, kiedy płakała na samo wspomnienie o Aldero; wtedy ból był tak ogromny, że nie była w stanie nawet złapać oddechy, nie wspominając już o normalnym funkcjonowaniu. Z czasem jednak nauczyła się to znosić i teraz potrafiła nawet zapomnieć o ciągłym cierpieniu, nawet jeśli to zawsze było obecne.
Jednak powrót do Miasta Nocy wszystko zmienił. W tym miejscu każdy zakamarek wydawał się być wręcz przesycony wspomnieniami i mimo starań, Isabeau coraz trudniej było zapanować nad emocjami. Tym bardziej cieszyła się, że już następnego dnia miała w końcu na dobre się z tego miejsca wynieść, nawet jeśli w jakimś stopniu tęskniła za miejscem, które przez długi okres czasu nazywała domem i za… Dimitrem.
Nie mogła o tym myśleć.
Powoli podniosła się i otrzepawszy ubranie ze śniegu, niechętnie doszła do wniosku, że najwyższa pora wracać. Isabeau nie należała do osób, które się ukrywają, a skoro już się uspokoiła, musiała wrócić do rezydencji. Miała jedynie nadzieję, że po drodze nie natknie się na Dimitra albo doktora i jego partnerkę, bo wtedy naprawdę nie ręczyłaby za siebie, a zależało jej na tym, żeby w najbliższym czasie niczego nie zniszczyć.
Machinalnie pogłaskała powiększony brzuch i jakoś udało jej się wysilić na uśmiech. Wystarczyła do tego jedna jedyna myśl, ograniczająca się do dwóch prostych słów: moje dzieci. Bliźnięta były chyba jedynymi żywymi istotami, których obecność nie sprawiała jej przykrości, a wręcz napawała czymś, co można by wręcz uznać za euforię.
Ruszyła szybkim, ale wciąż ludzkim krokiem, w stronę ścieżki, która prowadziła na klif; to była najkrótsza droga do Niebiańskiej Rezydencji i nawet jeśli nie śpieszyło jej się do tego miejsca, zamierzała wrócić przed zmrokiem. Już teraz robiło się ciemno, dlatego nie miała zbyt wiele czasu, skoro zamierzała obrać ludzie spacerowe tempo.
Nie uszła nawet kilku kroków, kiedy wszystko potoczyło się błyskawicznie. Wizja uderzyła w nią z siłą rozpędzonego pociągu, dosłownie zwalając z nóg. Poczuła, że upada na kolana i chwyta się za głowę, porażona pojawieniem się widzenia bez jakiegokolwiek wcześniejszego ostrzeżenia, ale to nie miało żadnego znaczenia – liczyły się jedynie obrazy, które nagle wypełniły jej głowę i które wkrótce miały stać się rzeczywistością.
Poczuła pulsującą złość, ale ta nie należała do niej. Nie była pewna czyimi oczami obserwuje całą scenę, ale to również nie było istotne. Wszelakie bodźce przysłaniała złość i determinacja, żeby… zabić? Chronić, chronić… Tak, musiała kogoś chronić. Kogoś, kto był dla niej bardzo ważny – jedyna osoba, którą kochała i która miała dla niej jakiekolwiek znaczenie. Mogła ją stracić, jeśli czegoś zaraz nie zrobi.
Dookoła było ciemno, ale widziała doskonale. W ręku ściskała zapaloną pochodnię; płomienie raz po raz strzelały w górę i czuła na twarzy ciepło ognia. Nie bała się, że się poparzy, to zresztą nie miało żadnego znaczenia – liczył się cel, który miała i który za wszelką cenę zamierzała wypełnić. Szła szybkim krokiem, ledwo powstrzymując się od biegu. Obserwowała, ale była tak rozproszona, że nie skupiała się na żadnym konkretnym szczególe, wszystko zresztą było poza zasięgiem światła rzucanego przez latarnię.
Wiedziała, że jej cel gdzieś tutaj był – musiała jedynie cierpliwie szukać, żeby być w stanie go odnaleźć. Teraz już biegła, ale na tyle cicho, że nikt nie powinien być w stanie jej usłyszeć. A nawet jeśli – wampirów nie dało się oszukać – miała przynajmniej nadzieję, że nikt nie skojarzy jej szybkich kroków z potencjalnym zagrożeniem. Była słaba, jak na marnego człowieka przystało, dlatego jedynie działanie z zaskoczenia i spryt mogły przynieść jakikolwiek efekt. A ona nie brała pod uwagi tego, że cokolwiek się nie uda.
Wtedy ich zobaczyła. Przyśpieszyła i zamachnąwszy się pochodnią, zaatakowała bez większego zastanowienia…
Isabeau nagle wróciła do siebie, oszołomiona i drżąca. Leżała twarzą do ziemi, zaraz jednak pośpiesznie podparła się na łokciach. Kręciło jej się w głowie, żołądek zaś dosłownie podchodził jej do gardła, co nigdy wcześniej nie zdarzało się, kiedy doświadczała wizji. Nie miała pojęcia, co o tym myśleć, teraz zresztą liczyło się coś zupełnie innego.
Pomyliła się.
Esme nie miała wcale zginąć z rąk Layli, kiedy ta spotkała Carlisle’a w lesie.
Wizja miała spełnić się dopiero teraz, napastnikiem zaś był ktoś zupełnie inny i całkowicie niepozorny.
Chociaż wciąż ledwo łapała oddech i musiała walczyć z mdłościami, zerwała się na równe nogi i najszybciej jak potrafiła, ruszyła biegiem w stronę centrum miasta.
Lilianne
Lilianne jęknęła, kiedy wylądowała plecami na podłodze. Drake stał nad nią, spoglądając weń pogardliwie i będąc coraz bliższym wybuchu. Gniew malował się na jego przystojnej twarzy, ciemne oczy zaś błyszczały w taki sposób, że nie było niczego dziwnego w tym, że wszyscy cofali się przed nim w popłochu.
Znów wściekle zamachnął się w stronę Lilly, a ta skuliła się, próbując uniknąć ciosu; jego ręka w ostatniej chwili się wycofała, mężczyzna zaś przykucnął przy obolałej dziewczynie, po czym ujął ją pod brodę i zmusił żeby na niego spojrzała.
– Lilianne – odezwał się niemal łagodnie – przecież wcale nie musimy się bawić w ten sposób. Kiedyś byliśmy po jednej stronie i sama musisz przyznać, że całkiem dobrze się dogadywaliśmy – przypomniał jej.
Lilly pomyślała, że to zdecydowanie zbyt przesadne słowa, jeśli chciał opisać ich relacje. Ciężko było mówić o dobrych stosunkach, kiedy on wydawał jej rozkazy, które posłusznie wykonywała i kiedy Drake nie przepadał za nią, bo cały czas rywalizował z Taylor o pozycję i uznanie w oczach Lawrence’a.
Taylor, jej siostra…
Chyba jedynie z obawy przed daniem nieśmiertelnemu satysfakcji, udało jej się powstrzymać łzy.
Drake wciąż się jej przyglądał.
– Dobrze, więc jeszcze raz – zaczął cierpliwie, chociaż sporo musiało go to kosztować. – Gdzie byłaś? Czuję na tobie zapach Isabeau i tych cholernie irytujących wampirów, dlatego nie wmawiaj mi, że przez cały czas siedziałaś gdzieś, odbywając żałobę – zażądał z wyraźną nutą groźny w głosie.
– Mówiłam już, że… – zaczęła Lilianne.
Uderzył ją w twarz. To nie był zwyczajny policzek, a prawdziwy silny cios, który sprawił, że odleciała na kilka metrów i dodatkowo uderzyła głową w ścianę. Przed oczami zatańczyły jej ciemne plamy, ale nie straciła przytomności.
– Przecież prosiłem cię, żebyś nie kłamała! – zdenerwował się Drake; jedyne okno w niewielkiej sypialni rozpadło się z trzaskiem.
Skąd mogła wiedzieć, że kiedy wróci po przeniesieniu Isabeau i Cullenów w okolice Miasta Nocy, zastanie Drake’a we własnym domu? Była głupia, kiedy sądziła, że Devile pozwoli jej tak po prostu odejść – miała zbyt przydatne zdolności, żeby zrezygnował z nakłonienia jej do pomocy. I jak na złość, musiał wyczuć na niej zapach Isabeau.
Obiecała sobie, że będzie ją chronić, ale teraz powoli jej wewnętrzny opór pękał. Drake Devile był szalony i przekonała się o tym już dawno, nie doceniła jednak tego, jak bardzo jest przy tym okrutny.
Oszołomiona, spróbowała się zdematerializować i przenieść gdzieś daleko, ale napotkała się z tym samym wewnętrznym oporem, co wcześniej. Nie wiedziała skąd brała się ta bezsilność, ale podejrzewała, że Drake musiał zabezpieczyć jej małe mieszkanko srebrem, żeby jej dar okazał się bezużyteczny.
Drake znów znalazł się przy niej.
– Zapytam jeszcze raz… – oznajmił, tym razem nawet nie próbując sprawiać pozorów tego, że da się z nim załatwić cokolwiek polubownie. – Jeśli odmówisz, wyciągnę to wspomnienie siłą. I przysięgam, że postaram się, żeby bolało – zagroził.
Wiedziała, że nie żartuje, jeśli zaś chodziło o zadawanie cierpienia, zdążyła się już przekonać, że jest w tym znakomity. Spojrzała na niego w nienawistny sposób, ale nie zaprotestowała – jej wewnętrzny opór zniknął.
– Kapłanka poprosiła mnie, żebym przeniosła ją i jej znajomych do Miasta Nocy. Więcej nie wiem. Na litość bogini, przysięgam, że nic więcej nie wiem! – zawołała niemal błagalnie, przygotowując się na pierwsze uderzenie bólu.
Ale to nie nadeszło, Drake za to uśmiechnął się niemal w przyjazny sposób.
– Sama widzisz, że to nie takie trudne – powiedział z kpiną, po czym podniósł się. Jedno jego szarpnięcie wystarczyło, żeby i Lilianne zmuszona była stanąć na nogi. – No, ruszaj się królewno. Nie mamy całej wieczności, a chyba najwyższa pora odwiedzić stare śmieci…

1 komentarz:

  1. Ślicznie piszesz , na prawdę ;>
    Domyślam się że Drake przyjdzie się spotkać z Isabeau.
    Pozdrawiam Anja ;*

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa