04.03.2013

Trzydzieści

Isabeau
Isabeau nie była pewna, kiedy Dimitr zerwał się z miejsca. Nagle po prostu zsunęła się z podłokietnika i wylądowała w skórzanym fotelu, a on kucał przy nie, patrząc jej w oczy z taką intensywnością, że aż się zarumieniła.
Ujął jej dłonie w swoje.
– Twój brat – wyszeptał, po czym uśmiechnął się niepewnie. – Znalazłaś ich, twoje rodzeństwo… To dobrze – stwierdził i poznała po wyrazie jego twarzy, że mówi szczerze.
– O, tak. – Czuła się dziwnie pod jego spojrzeniem. – Chociaż Gabriel i Layla pewnie dużo powiedzieliby ci na temat tego, czy to naprawdę tak dobrze – powiedziała, próbując rozluźnić atmosferę żartem, ale wyszło jej to wyjątkowo marnie.
Dimitr pokręcił głową.
– Jak nic przesadzasz – stwierdził spokojnie. – Ale teraz powiedz mi, mi bella, jak mogę ci pomóc – nalegał, mocniej ściskając jej dłonie.
Uświadomiła sobie, że nie ma nic przeciwko temu, żeby jej dotykał. Wróciły wspomnienia słodkich pocałunków i muśnięć jego lodowatej skóry na jej ciele; to było przyjemne i zupełnie różne od tego, czego doświadczała kiedy dotykał ją Drake. Przebywanie z Dimitrem zawsze było po prostu… przyjemne.
Drake Devile to była zupełnie inna sprawa. Kiedy on jej dotykał, było to jak spotkanie dwóch huraganów albo płomienia i jakiejś łatwopalnej substancji. Sprzeczne emocje, namiętność i ból, miłość i nienawiść – pragnęli się i jednocześnie nie mogli być razem po wszystkim, co wydarzyło się w przeszłości. Już nie, bo Drake zniszczył wszystko, kiedy…
A teraz nosiła pod sercem jego dziecko…
Dimitr sobie na to nie zasłużył; już raz go zraniła i wydawało jej się, że łatwo będzie teraz traktować go z rezerwą, a jednak teraz miała okazję do tego, żeby przekonać się, że tak naprawdę nic się nie zmieniło. On wciąż coś do niej czuł, a ona nie była w stanie się temu oprzeć.
Wzdrygnęła się i skupiła na nim wzrok. Musiała pamiętać, że nie są sami, chociaż odkąd po raz pierwszy od dawna ujrzała jego krwiste tęczówki, zachowywali się tak, jakby jednak tak było.
– Bardzo dużo się zmieniło – zaczęła, ostrożnie dobierając słowa.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– W to nie wątpię – stwierdził. – Czterysta lat. Przez ten czas wszystko się zmieniło – zauważył przytomnie, chociaż w jego głosie wychwyciła nitkę fałszu.
Oczywiście, że skłamał – nie wszystko się zmieniło. Mimo tak długiego okresu czasu, jego uczucia nie zmieniły się wcale; co najwyżej jeszcze bardziej się wzmocniły, chociaż to wydawało się niemożliwe.
A niech to szlag…, pomyślała oszołomiona; nagle zapragnęła znaleźć się gdzieś daleko, gdzie będzie mogła poczuć się swobodnie.
Odchrząknęła się i wyprostowała; podobnie jak przed bramą, Dimitr jakby nagle wrócił na ziemię i speszony odsunął się nieznacznie.
– Mój brat w końcu znalazł sobie żonę – oznajmiła bez ogródek, natychmiast przechodząc do rzeczy. – No dobrze, jak na razie jeszcze narzeczoną, ale to kwestia czasu – poprawiła, zerkając wymownie na Cullenów. – Swoją drogą, zostałam już ciocią. Bliźnięta, naturalnie – dodała i ledwo powstrzymała się od machinalnego położenia dłoni na swoim lekko wzdętym brzuchu.
– Dalej nie widzę problemu – przyznał Dimitr, wyraźnie lekko zaskoczony. – Masz rodzinę – zauważył z nutką goryczy w głosie. Wiedziała, że chciał być jej częścią, nawet jeśli nie powiedział tego na głos.
Zacisnęła usta w wąską linijkę.
– Jeszcze – sprostowała.
Nie była w stanie skupić się na rozmowie z nim. Jej myśli non stop uciekały – do przeszłości, do jego ust, do wspomnienia dotyku…
– Problem jest w tym, że moja wnuczka jest chora. – Carlisle zdecydował się ją poratować. Spojrzał krótko na nią, najwyraźniej nie mając pojęcia, co o dziwnym zachowaniu jej i Dimitra myśleć. – Jej córeczka też. Jestem lekarzem, ale z czymś takim nigdy się nie spotkałem – przyznał i Isabeau uświadomiła sobie, że to dręczy go bardziej niż mogłaby przypuszczać.
Dimitr nie wyglądał na zdziwionego tym, że wampir mógłby interesować się medycyną – po tych wszystkich latach i to na dodatek spędzonych w tym mieście nic już zbytnio nie dziwiło.
Powoli podniósł się, zamyślony i cały czas wpatrzony w Isabeau.
– Dhampir i choroba w jednym zdaniu? – upewnił się, a Beau kiwnęła głową, żeby wyzbył się wątpliwości co do rasy Renesmee i Alessi. – Kolejne? To się robi doprawdy szalone – stwierdził i zaplótłszy ręce za plecami, zaczął krążyć po pokoju.
Zapadła długa cisza, którą dopiero po chwili był w stanie przerwać Carlisle.
– Kolejna? – powtórzył. – To znaczy, że takich przypadków było więcej? – zapytał jednocześnie zaniepokojony i podekscytowany, bo to mogło znaczyć, że wiadome było coś więcej na ten temat.
– O, najdelikatniej mówiąc – skrzywił się. – Ludziom strach wyjść na ulice w niektórych miejscach. Pół-wampiry jakby poszalały, przynajmniej niektóre. Ta agresja… – zaczął.
Isabeau poderwała się, unosząc obie ręce.
– O czyn tym mówisz? – przerwała mu. – Co się dzieje w mieście? Jaka agresja? – zapytała poirytowana, zaciskając dłoń na jego ramieniu i zmuszając go, żeby się zatrzymał.
Mógłby bez trudu wyszarpnąć ramię z jej uścisku, a jednak tego nie zrobił.
– A wy o czym mówicie? – zdziwił się. – Isabeau, nie zauważyłaś tej pustki na ulicach? Przygotowania do nowiu to jedno, ale mam na myśli ludzi – uściślił, bo otworzyła usta, żeby coś powiedzieć. Odczekała chwilę, po czym mówił dalej: – Ludzie się boją. Coś się dzieje i to nie przypomina tego, co czasami atakuje dhampiry. To coś gwałtowniejszego – nagle po prostu wybuchają złością i zaczynają zabijać, zupełnie jakby postradały zmysły. I jakby tego było mało, sprawia im to przyjemność – westchnął.
Isabeau zesztywniała, nie jako jedyna zresztą. Mogła się założyć, że zarówno ona, jak i Carlisle z Esme myślą o tym samym – o Layli i jej grupie. O wszystkich podopiecznych Lawrence'a. A i sama Isabeau nie mogła zignorować tego, że od jakiegoś czasu trudno jej nad sobą zapanować…
Dimitr zlustrował wzrokiem jej twarz.
– Wiesz o co mi chodzi, ale to nie o to wam chodziło – domyślił się.
– Nie – przyznała. – Moją bratanicę i jej matkę zaatakowało coś innego. Prawdziwa choroba, przypominająca grypę, ale zupełnie oporna na leczenie – wyjaśniła.
– Grypa? – Zmrużył oczy. – Nie, tego tutaj nie było. Doprawdy, jesteście aż tak bezradni? – zdziwił się, jak każdy na początku wszystko bagatelizując.
– Inaczej bym tutaj nie przyszła – powiedziała, zanim zdążyła ugryźć się w język. Jego oczy pociemniały z ledwo skrywanego bólu. – Potrzebuję Rufusa, Dimitrze – powiedziała łagodnym tonem, patrząc na niego niemal błagalnie.
Ból w tęczówkach Dimitra stał się bardziej wyraźny, ale nie dlatego, że znów zabolały go jej słowa – to były rezygnacja i poczucie winy.
– Nawet gdybym wiedział, gdzie on się podziewa… A nie wiem – podkreślił. – Tak czy inaczej, nawet gdybym wiedział, to i tak bym ci nie pozwolił do niego pójść – zapowiedział stanowczo i oczywiste stało się, że nie żartuje. – Rufus jest szalony, Isabeau.
Dziewczyna prychnęła.
– Też mi nowina! – żachnęła się, poirytowana tym, że ktokolwiek próbował podejmować za nią decyzje. – Rufus był, jest i prawdopodobnie zawsze będzie szalonym. Ale to nie zmienia faktu, że to geniusz, a ja potrafię o siebie zadbać – przypomniała mu. – Gdzie on jest? – zapytała, wręcz żądając odpowiedzi.
Przez twarz Dimitra przemknął cień, ale tym razem nie związany z tym, że próbowała mu rozkazywać. To było coś innego.
– Mówiąc, że jest szalony, miałem na myśli to, że jest gorzej niż do tej pory – wyjaśnił, ostrożnie dobierając słowa. – Najkrócej mówiąc, prędzej was wszystkich pozabija niż się zastanowi, kto i po co przyszedł. Nie rozpozna ani ciebie, ani mnie, ani nikogo innego. Mówiłem, że w mieście dzieje się coś niedobrego. I obawiam się, że kilka miesięcy temu na stałe straciliśmy Rufusa – dokończył, starając się żeby jego głos zabrzmiał łagodnie, ale mu nie wyszło.
Isabeau poczuła się tak, jakby właśnie z całej siły kopnął ją w brzuch. Cofnęła się o krok i potknąwszy o fotel, bezradnie na nim usiadła. W głowie jej wirowało i to raczej nie miało tym razem żadnego związku z ciążą. Tym razem było to czyste przerażenie, połączone z poczuciem absolutnej beznadziejności.
Nie było Rufusa.
Nie było nadziei.
Wszystko, co do tej pory zrobili, nie miało żadnego sensu.

Dimitr przekonał ich wszystkich, żeby zostali w rezydencji na noc. Bez sensu wydawało się wracać do pustego domu matki Isabeau, skoro następnego dnia i tak planowali wracać do domu. Kiedy tylko okazało się, że najzwyczajniej w świecie zmarnowali czas, próbując dostać się do Miasta Nocy, Carlisle natychmiast zasugerował powrót i nikt nie zamierzał się z nim spierać. I tak nie mieli nic zdziałać, a może pod jego opieką dziewczyny miały pożyć chociaż troszeczkę dłużej.
To zabawne, jak łatwo czasami pogodzić się z niektórymi faktami, pomyślała nieco otępiała, leżąc na łóżku w sypialni, którą na życzenie Dimitra pokazali jej Pavarotti. Nawet ich przekomarzania i komentarze tym razem nie poprawiły jej nastroju. Najprawdopodobniej umrą, skoro nie mamy lekarstwa. Ja być może też. Znów zawiodłam Gabriela.
To było proste. Niebo jest niebieskie. Nocą jest zimno. Isabeau zawiodła. Najzwyczajniejsze w świecie stwierdzenia oczywistych faktów, którym nie dało się tak po prostu zaprzeczyć. Trzeba było się z nimi pogodzić, obojętnie jak trudne to się wydawało.
Skoro już o tym myślała, mogła posunąć się nawet trochę dalej. Chociażby przyznać przed samą sobą, że w równym stopniu nienawidzi i kocha Drake’a Devile. Dlaczego niby nie, skoro taka była prawda? Kochała go, zanim stał się tym, kim był teraz – kochała nawet po tym, jak to się stało się stało, a cały jej świat się rozpadł – i za nic w świecie nie była w stanie wyzbyć się tego uczucia; może nawet nie chciała, chociaż tego akurat nie mogła być pewna. Wiedziała jedynie, że jedna chwila nieuwagi i jego dotyk wystarczyły, żeby wszystkie złe rzeczy poszły w zapomnienie, a ona poczuła się tak, jak czterysta lat temu.
Przeszłość tak nagle upomniała się o nią, chociaż przez czterysta lat udawało jej się przed nią uciekać. Najpierw wróciły jej uczucia do Drake’a i zaszła w ciążę, a teraz była tutaj – w Mieście Nocy, w Niebiańskiej Rezydencji czy też Pałacu Iluzji, zależnie od nazwy, którą się preferowało. I znów miała przy sobie Dimitra, który zachowywał się tak, jakby lata rozłąki zupełnie nie miały miejsca – jego uczucia nie zmieniły się ani odrobinę.
Stary dylemat powrócił, a ona znów miała mętlik w głowie. Nigdy nie chciała żadnego z tych uczuć, bo miłość wydawała się nie być jej pisana, a jednak za każdym razem znów znajdowała się pomiędzy dwoma nieśmiertelnymi, których pragnęła na różny sposób. Uczucie do Drake’a było zawsze szalone, teraz już zdecydowanie, jeśli zaś chodziło o Dimitra, zdecydowanie zasłużył na kogoś lepszego od chłodnej, sarkastycznej manipulantki, którą była.
Pomyślała z ulgą, że na całe szczęście jutro znów się od tego wszystkiego odetnie. Wrócą do domu, do Forks, dzięki czemu znów będzie mogła oderwać się od Dimitra i może w końcu na dobre zerwać z nim jakiekolwiek kontakty – oczywiście dla jego dobra. Może jeśli zobaczy, że bez żalu odchodzi i nie zamierza więcej wracać, wtedy ostatecznie pojmie, że pamiętanie o niej przez kolejne wieki nie ma żadnego sensu.
Postanowiła sobie również, że już nigdy więcej nie wróci do Miasta Nocy. Do tej pory była w stanie regularnie je odwiedzać, ale przecież tak naprawdę nie było w tym żadnego sensu. Jej matki tutaj nie było, poza tym dlaczego miała się przejmować tym, co mogła być ewentualnie temu miejscu winna, skoro tak naprawdę nikt jej z tego nie rozliczał? Robiła to jedynie po to, żeby uspokoić swoje sumienie, ale na dłuższą metę mogła się obejść i bez tego.
Koniec. Jutro to wszystko naprawdę się skończy, a jedynym jej problemem na powrót stanie się choroba, jej brat, ciąża i wizja śmierci, która wciąż nad nią ciążyła. W końcu będzie tak, jak być powinno.
Podniosła się z gracją i podeszła do rozsuwanych oszklonych drzwi, które prowadziły na balkon. Przez moment wahała się nad tym, czy ich nie rozsunąć i nie wyjść na zewnątrz, ale ostatecznie się rozmyśliła. Wycofała się w głąb swojego tymczasowego pokoju, po czym z westchnieniem raz jeszcze rozejrzała się dookoła.
To przerażające, jak dobrze Dimitr ją znał. Sypialnia wydawała się być urządzona z myślą o niej i byłaby idealna, gdyby Isabeau zechciała w tym miejscu zostać i zamieszkać w Niebiańskiej Rezydencji. Była jednocześnie ciepła i zimna, co stanowiło swoisty paradoks, ale jej odpowiadało. Bo czyż nie taka właśnie była Isabeau Licavoli?
Ściany miały barwę indygo, miejscami jednak rozjaśniały je złociste kwiatowe motywy. Pościel, zasłony i puszysty dywan, który czuła pod bosymi stopami, utrzymane były w podobnej kolorystyce. Do tego dochodziły skromne, ale idealnie dopasowane do całości meble z drewna, którego nie rozpoznała, ale które bardzo przypadło jej do gustu. O tak, zdecydowanie jej się w tym miejscu podobało.
Znów wyrwało jej się ciche westchnienie. Teraz, kiedy była sama i miała pewność, że nikt jej nie zobaczy ani nie usłyszy, mogła trochę po użalać się nad sobą. Skierowała się prosto do łazienki, gdzie zdecydowała się na długi, gorąco prysznic, który podobnie jak rano pomógł jej się trochę rozluźnić. Tym razem pozwoliła, żeby emocje dodatkowo z niej uleciały, kiedy rozpłakała się z bezsilności i strachu, który odczuwała od jakiegoś czasu; zawsze płakała jedynie pod prysznicem, kiedy nawet samą siebie mogła oszukać, że to nie prawda, a spływające po policzkach łzy to w rzeczywistości krople wody.
Poczuła się odrobinę lepiej, kiedy owinięta ręcznikiem w końcu wróciła do pokoju. Wytarła się z przesadną starannością, skupiając się na każdym swoim kolejnym ruchu, żeby zająć czymś ręce. Tym razem zrezygnowała z czarnej sukni, którą ubrała na spotkanie z Dimitrem, w zamiar decydując się na coś, co znalazła w szafie swojej tymczasowej sypialni – wygodnego czarnego stroju, który trochę przypominał mundur. To dziwne, ale zarówno przylegające do ciała spodnie, jaki i skórzana kurtka z posrebrzanymi klamrami leżały na niej zaskakująco dobrze.
Wysuszone włosy upięła wysoko na czubku głowy, po czym z braku lepszych pomysłów, opuściła komnatę. Na nogach miała ciężkie, ale wygodne buty, które również znalazła w szafie i które idealnie uzupełniały jej strój. W pierwszej chwili narobiły naprawdę sporo hałasu, uderzając o posadzkę korytarza, Isabeau jednak szybko przypomniała sobie podstawy tego, co kiedyś uczył ją Marco i zaczęła poruszać się absolutnie bezszelestnie.
Odmówiła Lucasowi i Matthew, kiedy chcieli oprowadzić ją po rezydencji, dlatego teraz zamierzała rozejrzeć się w pojedynkę. Tak było nawet lepiej, bo nigdy nie przepadła za towarzystwem, a samotny spacer wydawał się być czymś, czego w tym momencie potrzebowała. Dimitr jasno dał jej i Cullenom do zrozumienia, że mogą czuć się w tym miejscu naprawdę swobodnie, dlatego wcale nie czuła się winna i nie obawiała się, że wpadnie w kłopoty, jeśli ktoś gdzieś ją przyłapie.
Być może powinna była sprawdzić, jak sobie radzą Carlisle i Esme albo Sunny, ale doszła do wniosku, że nie ma takiej potrzeby, poza tym zależało jej na samotności. Podejrzewała zresztą, że doktor i jego przyszła żona są pewnie gdzieś razem, rozmawiając albo raczej umartwiając się nad tym, co trzeba zrobić dalej, skoro wciąż nie mieli lekarstwa. Jeśli zaś chodziło o Sunny, to urocze dziecko od razu podbiło serca Pavarottich i Dimitra, więc pewnie dobrze się bawiła w towarzystwie ekscentrycznych braci.
Isabeau jakimś cudem udało się uśmiechnąć. Jedno było dobre w tym, że jednak zdecydowała się wrócić do Miasta Nocy – mogła mianowicie polepszyć życie Sunny, którą przez ostatnie pięć lat zaniedbywała. Kiedy brała ją i Heatha pod swoją opiekę, zupełnie nie przyszło jej do głowy, że przecież dzieciaki potrzebują opieki, skoro straciły matkę. To i tak był cud, że do tej pory jakoś sobie radziły i poniekąd czuła się winna tego, co musiały przejść.
Dodała sobie zapewnienie obojgu bezpieczeństwa do listy rzeczy, które musiała zrobić przed odejściem. Oczywiście wpierw musiała dowiedzieć się od Sunny, gdzie podziewa się jej brat, ale tym mogła zająć się później.
Jeśli chodziło o samą listę, była ona naprawdę krótka i tak po prawdzie, ograniczała się jedynie do Sunny i jej brata. No, ewentualnie do pożegnania się z Dimitrem, chociaż to pewnie i tak miało pójść inaczej niż planowała; jak nic miała stchórzyć i ostatecznie nie powiedzieć mu niczego z tego, co chodziło jej po głowie. Miała zostawić go dokładnie tak, jak czterysta lat temu, chociaż teraz i tak zachowałaby się o niebo lepiej, bo nie zamierzała odejść bez słowa.
Ostatnią rzeczą, która chodziła jej po głowie, była wizyta na cmentarzu, ale na tą z pewnością nigdy nie miała się zdobyć. Nie była na grobie Aldero od czasu jego pogrzebu i nie była w stanie wyobrazić sobie, że jednak mogłaby się tam znaleźć. To było zbyt trudne, zbyt bolesne – i nigdy nie miało stać się czymś, co byłaby w stanie spokojnie znieść.
Pokręciła głową, nie chcąc o tym myśleć i przyśpieszyła, chociaż przecież nie było możliwości ucieczki od wspomnień. A jednak w ruchu czuła się pewniej – miała przynajmniej wrażenie tego, że posuwa się do przodu, chociaż faktycznie najprawdopodobniej stała miejscu, wciąż uczepiona niechcianych wspomnień oraz emocji. Od tego nie dało się tak po prostu odciąć, a ona nie wiedziała nawet jak spróbować tego dokonać.
Zbiegła po schodach; znalazła się na samym środku przedsionka do którego wprowadził ich Dimitr, kiedy weszli do rezydencji. Iluzja prawdziwego nieba wciąż rozciągała się nad jej głową, chociaż tym razem niebo było zachmurzone. Gdyby nie to, że za jego stan najprawdopodobniej odpowiadali Pavarotti, Isabeau pomyślałaby, że niebo oddaje nastrój Dimitra.
Mimo wszystko chmury i szary kolor pasowałyby do tego, jak teraz musiał czuć się wampir. Jednocześnie z pewnością cieszył się z jej powrotu, ale też był świadom, że wkrótce odejdzie – że tym razem zniknie na zawsze. Znał ją doskonale, dlatego była absolutnie pewna, że zorientował się już, że ona podjęła decyzję.
Nie mogła też nie zauważyć, że chyba nikt z taką empatią nie podchodził do tego, co czuła. Nie tylko ją znał, ale cierpiał wraz z nią, kiedy uświadomił sobie, że nie jest w stanie udzielić jej pomocy przy problemie z którym do niego przyszła…
Zdwoiła czujność, kiedy nagle doszły ją głosy. Wahała się nad ucieczką i sprawdzeniem ich źródła, ostatecznie decydując się na to drugie. Rozejrzawszy się dookoła, uchyliła masywne drzwi, które prowadziły do wypełnionymi książkami salonu, po czym wślizgnęła się do środka.
W pokoju nikogo nie było, ale to jej nie zwiodło. Poruszając się ciszej niż szept, dopadła do niepozornych drzwi, które widziała już wcześniej i zamarła, nasłuchując. Teraz nie miała już wątpliwości, że ktoś był w pobliżu.
– Co? Wy nie wiecie? Wy naprawdę nic o niej nie wiecie… – wyszeptał poruszony Dimitr. – Och, na litość bogini, to była dla niej straszna tragedia. Aldero to przecież jej brat…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa