18.03.2013

Czterdzieści trzy

Isabeau
Isabeau już dawno nie czuła się tak cudownie. Wrażenie było takie, jakby przynajmniej na jeden wieczór zrzuciła z siebie wszystkie troski; zapomniała o problemach i w końcu mogła się naprawdę bawić, zajmując się tym do czego była stworzona. Unikała wszystkiego, co wiązało się z przeszłością, więc i obowiązków kapłanki, którą przecież miała zostać, w obawie, że wspomnienia ją zniszczą.
Nic bardziej mylnego. Decyzja o tym, żeby jednak pozostać i pomóc Dimitrowi okazała się najlepszą, jaką mogła podjąć. Tańczyła, śmiała się i zachowywała jak mała dziewczynka, chyba idealnie wcielając się w rolę kapłanki Selene – przecież dokładnie tak powinna się czuć w Noc Pojednania, czyż nie?
Nieskromnie musiała przyznać, że pomysł z zabawą ciemnością i iluzją, którą tworzyli Pavarotti, był znakomity. Hm, musiała poprosić Lucasa, żeby na stałe został jej bardem i recytował, jeśli kiedyś jeszcze zdecyduje się wziąć udział w podobnym przedsięwzięciu. Fakt, że w ogóle o tym myślała, był niejako przełomem i sama była nim zaskoczona.
Z kolei mina Aquy była bezcenna. To jeszcze bardziej poprawiło nastrój Isabeau. Musiała kogoś wybrać i w pierwszym momencie pomyślała właśnie o dziewczynie, która prawdopodobnie zostałaby skatowana na samym środku placu i to przez ludzi, gdyby Carlisle i Esme w porę ich nie powstrzymali. Jeśli ktoś bardziej zasłużył na nieśmiertelność i związane z nią przywileje, była to bez wątpienia Aqua.
Obserwując oszołomienie na twarzy dziewczyny, przy której nagle dosłownie zmaterializował się Matthew i teraz właściwie na wpół niósł, a na wpół ciągnął blondynkę w stronę Dimitra i Isabeau, dziewczyna myślała o tym, że istniał jeszcze jeden istotny powód. Aqua, podobnie ja Maya, była podopieczną Tiah i miała olbrzymią wiedzę, którą w przyszłości mogła wykorzystać. Kiedy Isabeau odejdzie, Dimitr będzie miał materiał na nową kapłankę… Uznała, że zostawienie mu takiej „furtki” było uczciwe, bacząc na sytuację.
Aqua omal nie wywróciła się, próbując wspiąć się na podwyższenie. Kiedy w końcu jej się to udało, omal nie wpadła na Isabeau, chyba ledwo powstrzymując się od rzucenia się jej na szyję.
– Panienko Isabeau, ja… – zaczęła, ale Isabeau jedynie mrugnęła do niej porozumiewawczo, po czym wyminęła ją i lekko zeskoczywszy z podwyższenia, zniknęła w tłumie; swoje zrobiła, a tera wszystko zależało od Dimitra. – Dziękuję… – usłyszała jeszcze oszołomiony szept Aquy, chociaż równie dobrze mógł jej się jedynie przywidzieć.
To drugie nie było nawet takie nieprawdopodobne. Odkąd stojąc na placu i wypowiadając słowa, które nagle pojawiły się w jej głowie, a które pomogły jej uratować życie Heatha, Isabeau miała wrażenie, że powoli zaczyna tracić zmysły. Teraz mówiła dokładnie to, co chciała i nie było w tym nic niezwykłego, ale cały czas nachodziły ją dziwne myśli, których nie rozumiała i które sprawiały, że miała prawdziwy mętlik w głowie.
Kiedy się nad tym zastanawiała, nie była w stanie przypomnieć sobie, czego dotyczyły te myśli, ale miała absolutną pewność, że nie należały do niej. Kilka razy podczas tańca miała niejasne wrażenie, że jest obserwowana – nic dziwnego, bacząc na cały tłum gapiów, ale uczucie to nie było czymś normalnym i przez cały czas była go świadoma. Obserwowana przez kogoś, kogo nie potrafiła nazwać i kto był obecny, chociaż za żadne skarby nie mogła go dostrzec.
I jakby tego było mało, moment w którym bawiła się ciemnością… Kiedy sprawiała, że ta tańczyła wokół niej, dając niezwykły efekt, jednocześnie czuła coś, czego nie potrafiła nazwać. Było to niczym dzika satysfakcja, płynąca właśnie z tego, że może tańczyć i rozkazywać ciemności. Isabeau już dawno zauważyła, że od jakiegoś czasu zdecydowanie lepiej czuje się po zachodzie słońca, ale teraz zaczynało być to coraz bardziej uciążliwie i trochę ją niepokoiło.
Bo ciemność zdawała się ją wołać. Tajemnicza, niebezpieczna i pociągająca. Isabeau pożądała jej, chociaż zupełnie nie wiedziała, czego powinna oczekiwać.
Spróbowała skupić się na przeciskaniu przez tłum. Mieszkańcy – wampiry, hybrydy, zmiennokształtni, ludzie… – wszyscy ci ustępowali jej miejsca, kłaniając się z szacunkiem albo posyłając jej przyjazne uśmiechy. Jedynie wilkołaki uparcie ją ignorowali, większość pewnie przez wzgląd na autorytet Yves’a i ich znane wszystkim relacje, ale zupełnie jej to nie interesowało. Tak naprawdę przecież nie była kapłanką – nie została nią oficjalnie – dlatego nie zamierzała wymagać szacunku od wszystkich.
A jednak to było miłe i czuła się mile połechtana. Szła dumnie, wyprostowana i pewna siebie, uśmiechając się do mijanych osób i odwzajemniając ich przyjazne gesty. Była to miła odmiana po tym, jak reagowali na nią, kiedy stanęła w obronie człowieka.
Coś przykuło jej uwagę – burza kasztanowych loków, która mignęła jej gdzieś w tłumie. Przyśpieszyła nieco, pośpiesznie przepychając się w stronę, gdzie zobaczyła charakterystyczne włosy Loreny – pół-wampirzycy i byłej członkini szeregów Volturi oraz przyjaciółki Layli. To właściwie przez niezwykły dar dziewczyny (albo raczej to, że dhampirzyca nie miała określonego daru i nigdy nie było wiadomo, co mogła spowodować) mieli problemy z Lawrence’m i telepatami, przez to też Isabeau musiała doprowadzić do tego, żeby z pomocą Michaela ściągnąć do dwudziestego wieku Renesmee.
Isabeau właściwie jej nie znała, bo spotkały się zaledwie razy i praktycznie nie zamieniły ze sobą ani słowa, ale obecność kogoś znajomego była pocieszająca. Miała zresztą naiwną nadzieję, że Lorena może wiedzieć cokolwiek na temat Layli.
Lorena zniknęła jej z oczu, ale Isabeau była niemal całkowicie pewna, w którym kierunku podążała. W tym miejscu tłum był nieco rzadszy i łatwiej było się poruszać, a jednak i tak aż się wzdrygnęła, kiedy nagle pojawili się przy niej Carlisle i Esme.
– Isabeau, była cudowna – oznajmiła z entuzjazmem wampirzyca i chyba się nad tym nie zastanawiając, po prostu ją uściskała. Zaraz zorientowała się co robi i pośpiesznie się odsunęła. – Wybacz, ale to było takie niezwykłe… – westchnęła, uśmiechając się przepraszająco.
Isabeau skinęła ze zniecierpliwieniem głową, wciąż obserwując tłum i starając się dostrzec jakikolwiek ślad Loreny.
– Mówiłam, że się bawimy. Postanowiłam nieco wykorzystać Pavarottich, kiedy zorientowałam się, że regularnie przesiadują pod moją komnatą – powiedziała, zerkając na nich. Zaczynała godzić się z tym, że Lorena zniknęła gdzieś w mieszaninie ciał. – Ach, tak na przyszłość, Dimitr po prostu nie wie, jaki bywa czarujący – dodała, mrugając porozumiewawczo do Carlisle’a. – Ale do Esme nic nie ma. Ja wystarczę mu w zupełności – zapewniła i ledwo powstrzymała się od śmiechu, widząc ich speszone miny.
– Zapamiętam… Coś się stało, Isabeau? – zapytał pośpiesznie Carlisle, decydując się zmienić temat.
Pokiwała głową, nie przestając się rozglądać. Chociaż miała na sobie wysokie szpilki, dodatkowo stanęła na palcach, żeby lepiej widzieć, chociaż to i tak nic nie dawało.
– Mogłabym dać sobie rękę uciąć, że właśnie widziałam Lorenę – wyjaśniła; wcale nie zdziwił ją cień, którzy przebiegł przez twarz doktora, bo jakby nie patrzeć to z winy jej i towarzyszącego jej wampira Angela, jego ojciec był teraz nieśmiertelnym.
– Lorenę? – dziwiła się Esme. – Tę, która…? – zaczęła, żeby się upewnić, ale Isabeau nie dała jej skończyć, ucinając dyskusję machnięciem ręki.
– Nie wiem jak wy, ale ja znam tylko jedną Lorenę – powiedziała po prostu, znów zaczynając się przepychać przez tłum. – Idziecie? – zapytała obojętnie, zbyt pochłonięta rozglądaniem się dookoła.
Nic nie powiedzieli, ale ruszyli za nią. Isabeau nieco drażniło, że musi pilnować, żeby czasem się nie rozdzielili, ale starała się o tym nie myśleć. Słyszała gwar rozmów, muzykę i śmiechy – zwłaszcza charakterystyczny, niewinny i jak najbardziej dziecinny śmiech Sunny, która najwyraźniej doskonale bawiła się, mogąc tańczyć – a także głos Dimitra, który właśnie mówił coś na temat Aquy i podjętego przez Isabeau wyboru.
Beau zdawała sobie sprawę, że blondynka chyba do tej pory nie otrząsnęła się z szoku, chociaż miała nadzieję, że będzie coś podejrzewała i psychicznie jakoś się przygotuje, kiedy Isabeau posłała po nią Pavarottich i dała jej jedną z najlepszych sukni wieczorowych, jaką udało jej się znaleźć. Cóż, Aqua najwyraźniej była przekonana, że to po prostu prezent, żeby się jakoś prezentowała albo oznaka litości po tym, jakby zginęła Tiah – jej mentorka i opiekunka.
Przestała o tym myśleć, koncentrując się na odpowiednim kierowaniu mocy. Rozesłała ją na wszystkie strony, umysłem badając okolicę i próbując odszukać coś, co naprowadziłoby ją na ślad Loreny. Zdążyła zapoznać się z jej aurą, kiedy widziała ją po raz ostatni, dlatego mniej więcej zdawała sobie sprawę z tego, czego powinna szukać.
Odpowiedź przyszła szybko, a Isabeau uśmiechnęła się tryumfalnie. Najwyraźniej okres, kiedy moce wymykały się jej spod kontroli, miała już za sobą – nic nie wybuchło, ziemna nie zaczęła drżeć, woda zaś nagle nie pojawiła się w najmniej spodziewanym momencie i miejscu. Ruszyła pośpiesznie w kierunku, gdzie wyczuwała obecność Loreny i – o ile się nie pomyliła – Angela, w głowie powoli układając sobie, czego chciała się od nich dowiedzieć.
Wtedy to poczuła, chociaż nie miała pewności, czym jest i jako to nazwać. Było niczym niepozorny punkt, który wyczuła i który zaraz znikł, zanim zdążyłaby go namierzyć. Dookoła było mnóstwo niezwykłych, uzdolnionych istot, więc to mogła być każda z nich, a jednak coś w tym, co poczuła, ją zaintrygowało.
A jednak postanowiła to zignorować, szybko wyrzucając to z pamięci i być może w tamtym momencie popełniając jeden z największych błędów swojego życia.
Lorena i Angel znajdowali się w mniej zatłoczonej części placu. Wampir właściwie pozwalał siedzieć dziewczynie na swoich plecach, żeby miała lepszy widok. Pochylała się nisko, opierając brodę na jego ciemnej czuprynie; jej loki raz po raz muskały jego blade policzki, co chyba sprawiało mu całkiem sporo przyjemności.
Isabeau uśmiechnęła się pod nosem; już kiedy widziała ich po raz ostatni, miała wrażenie, że pomiędzy tą dwójką prędzej czy później coś będzie i najwyraźniej się nie pomyliła.
– Dobry wieczór, Rosyjska Ruletko – rzuciła z rozbawieniem, nawiązując do nieobliczalnych zdolności Loreny.
Zaskoczony jej głosem Angel odwrócił się tak gwałtownie, że dziewczyna omal nie spadła na ziemię. W porę pochwycił ją i bezpiecznie odstawił na ziemię, po czym machinalnie wepchnął ją za siebie, gotowy bronić się przed ewentualnym atakiem.
Isabeau wywróciła oczami i uniosła obie ręce w poddańczym geście; zorientowała się po oczach, że udało im się ją rozpoznać i znacznie się uspokoili.
– Wrzuć na luz. Nie jesteś księciem na białym koniu, ona nie jest księżniczką w opałach, a ja nie jestem złą czarownicą, która was wszystkich pozabija. Pomyliłeś mnie z moją złą siostrą. To ta od ognia – mruknęła nieco ponuro, niechętnie wspominając o zdradzie Layli.
Angel zmierzył ją wzrokiem.
– Nie mamy pojęcia, co dzieje się z Lay, jeśli o to chciałaś zapytać – powiedział zamiast powitania, postanawiając zagrać w ostatnie karty. Doskonale wiedział, czego może od nich chcieć młodsza z sióstr Licavoli. – Isabeau, tak? – upewnił się.
Lorena wychyliła się zza pleców Angela, po czym zrównała się z nim, nie zamierzając się chować. Po wyrazie jej twarzy Isabeau zorientowała się, że dziewczyna jest bardziej pozytywnie nastawiona, chociaż w obecności Beau wydawała się zagubiona.
– Angel, nie bądź niemiły – skarciła go, uśmiechając się niepewnie. – Byłam zaskoczona, kiedy cię tutaj zobaczyłam. Lay niewiele o tobie opowiadała, więc nie wiedziałam…
Isabeau machnęła ręką, żeby jej przerwać.
– Tymczasowe zastępstwo. Powiedzmy, że mam predyspozycję – powiedziała pośpiesznie, zanim Lorena czy Angel zaczęliby się szykować do tego, żeby się przed nią kłaniać. – Tak z czystej ciekawości… Mogę wiedzieć, co tutaj robicie?
Po spojrzeniu Angela zorientowała się, że w końcu dołączyli do niej Carlisle i Esme. Nie musiała się oglądać, żeby podejrzewać, jaka musi być reakcja doktora na widok Angela – atmosfera nagle tak zgęstniała, że bez trudu można było ją kroić nożem albo zawiesić w powietrzu siekierę. Isabeau mogła się tego spodziewać, chociaż nie spodziewała się, że będzie aż źle aż do tego stopnia.
Angel przemienił Lawrence’a – przypadkiem, ale jednak. Kiedy Carlisle się o tym dowiedział, był szoku i po prostu wyszedł, nie będąc w stanie ani o tym rozmawiać, ani dowiedzieć się od Loreny i Angela czegoś więcej. Wychodziło na to, że nawet mimo tych wszystkich tygodni i tego, co się wydarzyło, wciąż nie do końca sobie z tym radził.
Zapadła chwila zdecydowanie nieprzyjemnej ciszy, a Isabeau przeszło przez myśl, że poziom testosteronu w powietrzu jest zdecydowanie zbyt wysoki. Tym bardziej jej ulżyło, kiedy Angel w końcu drgnął, postanawiając zareagować.
– Może pójdę poszukać czegoś do picia, co Lo? – zagadnął, decydując się na pierwszy temat, jaki przyszedł mu do głowy. – O ile oczywiście mogę cię na moment zostawić? – dodał i jasne było, że pytanie nie jest skierowane do dziewczyny.
– Oczywiście, że możesz – obruszyła się Lorena. – Co najwyżej przypadkiem coś wysadzę, próbując się bronić – zażartowała, a sądząc po spojrzeniu wampira, wcale go to nie przekonało.
– Nie, wcale nie jesteś dzieckiem – powtórzył z sarkazmem, przelotnie muskając wargami usta Loreny. – Poza tym, nie z tobą w tym momencie rozmawiam – dodał, całkiem skutecznie ją drażniąc.
Isabeau doszła do wniosku, że zdecydowanie mogliby się ze sobą dogadać; już go lubiła.
– Czy wystarczy ci fakt, że mam na swoje skinienie całą straż Dimitra? – zapytała spokojnie, uśmiechając się.
Na ustach Angela pojawiło się coś, co można było określić mianem słabego uśmiechu.
– W zupełności – zgodził się.
Oddalił się tak szybko, jakby się kurzyło, ale nikt chyba nie miał mu tego za złe. Atmosfera stała się bardziej znośna, tym bardziej, że Lorena należała do kategorii osób, których w zasadzie nie dało się nie lubić – niezależnie od tego, co miały na sumieniu.
Isabeau szybko zorientowała się, że jeśli chodzi o Laylę, Lorena wie jeszcze mniej od niej, przez co ostatecznie stanęło na tym, że to Beau dostarczyła jej najświeższych informacji. Dziewczyna była w szoku – jakby nie patrzeć, nie na co dzień najlepsza przyjaciółka staje się nagle swoim całkowitym przeciwieństwem – ale obiecała, że gdyby tylko o czymś się dowiedziała, natychmiast da Isabeau znać.
Jak się okazało, ona i Angel bezustannie byli w ruchu. Po ucieczce od Aro, który przez lata utrzymywał ją w przekonaniu, że on i Sulpicia są biologicznymi rodzicami dziewczyny, obawiała się tego, że Volturi będą jej szukać i spróbują zmusić do powrotu. Miasto Nocy wydawało się być dla dziewczyny wybawieniem – dar Dimitra nie obejmował tego miejsca, dzięki czemu miała być bezpieczna.
– Angel uważa, że nie możemy nigdzie się zbytnio zatrzymywać, ale ja bardzo chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o sobie – wyznała, powoli rozkręcając się w swojej opowieści. Isabeau doszła do wniosku, że Lorena od dawna nie rozmawiała z kimś innym niż Angel i teraz bardzo dobrze czuje się, mogąc się wygadać. – Próbowaliśmy jednocześnie podróżować i szukać informacji na mój temat, ale to było trudne. Opieraliśmy się na wiadomościach o rodach, które Volturi rozbili w ciągu ostatnich kilku wieków, bo najprawdopodobniej pochodziłam z jednego z nich, ale jak na razie nic nie znaleźliśmy – westchnęła. – Wszyscy, którzy mogą coś wiedzieć albo nie żyją, albo nie chcą się ujawnić. Sama już nie wiem, ale to bardzo frustrujące – przyznała.
Isabeau potrafiła sobie wyobrazić, że tak jest, ale podejrzewała, że Lorena raczej nie chce usłyszeć mających przynieść ukojenie słów o tym, że pewnie jeszcze jej się uda. Pewnie od Angela nasłuchała się tego nie raz, prędzej więc miała się zdenerwować niż poczuć lepiej.
Ostatecznie wdała się w dłuższą dyskusję z Esme i – co Isabeau zaskoczyło – z Carlise’m. Wampir najwyraźniej postanowił spróbować się przełamać i rozmawiać z Loreną całkiem swobodnie, próbując dowiedzieć się czegoś więcej na temat jej życia na dworze. Fakt, że przez tak długi okres czasu była przez Aro ukrywana, faktycznie wzbudzał zainteresowanie i zaskakiwał, tym bardziej, że doktor miał o Włochach mimo wszystko pozytywne zdanie, bacząc na to, co robili. Sam mieszkał z nimi jakiś czas, więc tym bardziej nie rozumiał postępowania Aro.
W przeciwieństwie do Isabeau. Co prawda, gdyby nie Volturi, istnienie wampirów już dawno wyszłoby na jaw, ale to nie zmieniało faktu, że dla Isabeau była to banda oszustów, którym faktycznie zależało na władzy i wcieleniu do straży wszystkich tych, których ze względu na dary warto było mieć po swojej stronie. Fakt, że mieli jakieś swoje mroczne tajemnice w najmniejszym stopniu ich nie dziwił, podobnie zresztą jak to, że faktycznie bali się każdego, kto mógł zagrażać ich pozycji.
Przysłuchiwała się temu przez jakiś czas, ostatecznie jednak postanowiła zostawić Lorenę z Cullenami. Emocje związane z ceremonią, którą miała poprowadzić, w końcu opadły i teraz czuła wyłącznie narastające zmęczenie, które sprawiało, że dosłownie padała z nóg. Podejrzewała, że w jakimś stopniu mogła być to wina ciąży, dlatego po prostu oddaliła się, mrucząc, że wraca do rezydencji. Chyba nawet nie zwrócili na nią większej uwagi, co w normalnym wypadku by ją uraziło, ale w tym momencie jak najbardziej było jej na rękę – nie chciała obstawy.
Nikt nie zwracał na nią większej uwagi, dlatego bez trudu wymknęła się z placu i już po kilku minutach, pędziła pustą drogą w stronę Niebiańskiej Rezydencji. Brama i drzwi wejściowe były otwarte, bowiem trzeba by było być prawdziwym szaleńcem, żeby próbować włamać się do posiadłości Dimitra; zresztą po co ktoś miałby tutaj wchodzić, skoro wampir w najlepsze bawił się podczas Nocy Pojednania?
A jednak kiedy Isabeau weszła do swoje sypialni, naszło ją niejasne przeczucie, że coś zdecydowanie jest nie tak. Panująca cisza i opustoszałe korytarze wydały jej się nagle zupełnie nie na miejscu, kiedy zaś rozglądała się po zacienionym pokoju, po prostu czuła, że coś jest nie tak i że to uparcie umyka jej uwadze.
Spięła się cała i czujnie rozejrzała dookoła. Powoli weszła do środka i starannie zamknęła za sobą drzwi, po czym zapaliła światło. Ostry blask oślepił ją – biegnąc przez noc, odwykła od jasności – szybko jednak przyzwyczaiła tęczówki i skupiła się na dokładnym analizowaniu tego co widziała i słyszała.
Wszystko wydawało się być w porządku. Meble stały na swoich miejscach, łóżko było starannie zasłane, a ubrania porozrzucane po całym pokoju – dokładnie tak, jak je zostawiła, kiedy w pośpiechu przeglądała stroje, starając się wybrać ten odpowiedni.
Co prawda drzwi balkonu były uchylone, chociaż zdawało jej się, że przed wyjściem je zamknęła, ale przecież mogła się mylić. Śpieszyła się, więc mogła jednak zapomnieć albo zrobić coś źle…
Serce jej przyśpieszyło, zdradzając narastające napięcie i odczuwane z całą mocą zdenerwowanie.
Coś było nie tak.
Nagły ruch gdzieś po lewej stronie przykuł jej uwagę. Spięła się cała i raz jeszcze rozejrzała się dookoła, ale nie zobaczyła niczego, prócz swojego okazałego, przesadnie zdobionego łóżka i akwamarynowej pościeli, idealnie wkomponowanej w kolorystykę komnaty.
Nerwowo przeczesała włosy palcami i zaraz doskoczyła do komody, gdzie leżał ciężki, srebrzysty nóż z długim ostrzem. Służył co prawda do otwierania listów (jakież to staroświeckie!) i teraz traktowała go jako dziwaczną ozdobę, ale w gruncie rzeczy, w tym momencie potrzebowała jakiejkolwiek broni, nawet jeśli na nieśmiertelnych nie zawsze bywała skuteczna.
Znów coś się poruszyło. Isabeau podeszła do łóżka, w końcu dostrzegając, skąd brał się ten dziwny ruch – z jednej poduszek. Jakby tego było mało, w końcu poczuła dziwny, przyprawiający o mdłości zapach, którym wypełnione było powietrze w komnacie…
Poduszka znów się poruszyła – teraz widziała to doskonale. Zła i wystraszona jednocześnie, Isabeau szybkich ruchem przecięła poszewkę nożem.
A potem zaczęła krzyczeć.

2 komentarze:

  1. Co to? Co to! Powiedz!!! W pierwszej chwili pomyślałam, że to Drake, ale niby jak taki duży mężczyzna, ma się zmieścić w poduszce? ^^ Nie.. to nie on. Chyba. To nie będzie człowiek, nie? :P Nie zmieści się w poduszce! Dobra, nie będę gdybać.
    Czekam na kolejny!! Niecierpliwie ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. no właśnie co to , pierwsze co mi przyszło na myśl to jakiś żart tych braci ;> ciekawe ciekawe.
    Anja ; *

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa