19.03.2013

Czterdzieści cztery

Renesmee
Otworzyłam oczy z poczuciem, że spałam naprawdę długo. Często zdarzało się, że miałam takie przeczucie – wymęczona, właściwie już nie rozróżniałam poszczególnych dni, świadoma jedynie wszechogarniającego zmęczenia – ale tym razem było zupełnie inaczej i ta różnica momentalnie rzuciła mi się w oczy.
Pierwszy raz od wielu dni mogłam powiedzieć, że czuję się… dobrze.
To odkrycie całkowicie mnie oszołomiło i na moment znieruchomiałam, bojąc się ruszyć z obawy, że wszystkie objawy momentalnie powrócą. To było bardzo podobne do tego, jak czułam się, powoli wracając do siebie po tym, jak rozbiłam sobie głowę, kiedy próbowałam gonić Michaela, bezpośrednio po tym, jak przeniósł mnie w czasie – wtedy też obawiałam się, że przeszywający ból wróci, kiedy tylko odważę się wykonać jakikolwiek gwałtowniejszy ruch.
Zamknęłam oczy, próbując się wyciszyć i przypomnieć sobie, co działo się, kiedy przebudziłam się po raz ostatni. Wszystkie wspomnienia związane z chorobą były zamazane i strasznie mi się plątały, sprawiając, że w głowie miałam istny chaos. Czy możliwe było, żeby Isabeau, Carlisle i Esme wrócili, a ja tego nie zapamiętałam? Niemożliwe; nie mogłabym przegapić ich powrotu, tym bardziej gdyby znaleźli lekarstwo…
Pamiętałam za to coś innego i to na tym spróbowałam skupić całą uwagę. Moment, kiedy moje ciało nagle postanowiło się poddać, a ja poczułam, że powoli pogrążam się w pustkę, zmierzając do miejsca z którego się nie wraca. Już nie raz byłam bliska tego, żeby umrzeć, dlatego momentalnie zorientowałam się, co się dzieje, ale nie czułam potrzeby, żeby cokolwiek z tym robić. Tak było łatwiej.
Umieranie było proste, ciemność zaś tak zachęcająca i znajoma, jak wtedy, kiedy powoli odpływałam podczas porodu. Wtedy przynajmniej pojawiła się Alessia, która w porę zawróciła mnie z drogi, którą wybrałam i zmusiła do otwarcia oczu, ale tym razem nie było nikogo, kto mógłby tego dokonać. Wydawało mi się, że mogę spokojnie odejść.
Przynajmniej do momentu, w którym nie usłyszałam mentalnego głosu Gabriela. Nigdy nie słyszałam go tak stanowczego i przerażanego jednocześnie, jak wtedy, kiedy wręcz błagał mnie o to, żebym go nie zostawiała. Byłam bardzo zmęczona, ale jak mogłam odmówić komuś, kogo tak bardzo kochałam?
Zadrżałam na to wspomnienie. Wtedy omal nie umarłam – wiedziałam, że moje serce po prostu się zatrzymało, a ja byłam bliska tego, żeby nigdy się nie obudzić. Pamiętałam co było dalej; kiedy zachłystnęłam się powietrzem, wręcz zderzając się z rzeczywistością i będąc w stanie otworzyć oczy, Gabriel mnie reanimował, a ja czułam, że muszę jak najszybciej otrząsnąć się z resztek snu.
Później było już tylko jedno, wielkie zamieszanie. Zdezorientowana krzykami i moim szlochem Alessia, zaczęła płakać, przez co i ja jeszcze bardziej się rozkleiłam, bo uświadomiłam sobie, że każdej chwili coś podobnego mogło spotkać ją. Już raz omal jej nie straciłam i bez trudu przypomniałam sobie moment, w którym to jej serduszko się zatrzymało – i to, jak się poczułam, kiedy uświadomiłam sobie, że w jej przypadku było aż konieczne użycie defibrylatora.
Trudno było, żebym wspominając coś podobnego, a chwilę wcześniej ocierając się o śmierć, była w stanie się uspokoić. Drżałam, łkałam i krztusiłam się powietrzem, walcząc z tym, żeby nie stracić przytomności, a Gabriel tulił mnie i małą tak kurczowo, jakbyśmy w każdej chwili mogły wymknąć mu się z rąk. Tak długo, aż Ali znów zasnęła, a ja przestałam szlochać i już po prostu siedziałam oszołomiona oraz całkowicie pewna tego, że nie mogę zasnąć, bo mogę więcej się nie obudzić.
Więc po prostu czuwaliśmy – ja i Gabriel, splecieni w ciasnym uścisku. Wiedziałam, że mój narzeczony bardzo niechętnie wyswobodził naszą córeczkę ze swoich objęć, pozwalając jej wygodnie ułożyć się na łóżku, ale oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że tak będzie jej zdecydowanie wygodniej. A potem już tylko siedzieliśmy – on wsłuchując się w moje serce i oddech, a ja skupiona na tych samych czynnościach życiowych, ale dotyczących malutkiej; nie mogłam stracić Alessi.
Tak właśnie zastał nas Edward. Byłam już wtedy na granicy wytrzymałości, ale wciąż uparcie odmawiałam sobie snu, kiedy nagle Gabriel wyprostował się i wbił wzrok w drzwi. Zmęczona, już dawno przywykłam do tego, że zmysły mnie zawodzą, dlatego wcale nie zdziwiło mnie, że najwyraźniej wrócili Edward i Damien.
Nie byłam pewna, czy to moje myśli krążyły swobodnie, bo nie byłam już w stanie ich blokować, czy może to Gabriel podzielił się swoimi wspomnieniami z moim ojcem, ale ten pojawił się na górze tak szybko, że aż zdziwiło mnie, że podłoga za nim nie zajęła się ogniem. Postawił Damiena na podłodze w korytarzu i wpadłszy do mojego pokoju, zatrzasnął drzwi tuż przed nosem swojego zaskoczonego i nieco urażonego wnuka.
Widziałam strach w jego złotych tęczówkach, chwilę zaś później to już nie Gabriel trzymał mnie w ramionach, ale właśnie Edward. Zawsze cieszyłam się, kiedy mogłam się przekonać, że tata naprawdę odnalazł się w roli mojego ojca i zachowywał się jak Edward, którego znałam, ale w tym momencie zdecydowanie bardziej wolałam, żebym była mu obojętna – i żeby nie musiał z mojego powodu cierpieć.
– Ja… Nie powinniśmy byli… Nigdzie więcej się stąd nie ruszam – powiedział stanowczo, tuląc mnie do siebie i kołysząc, jakbym była małą dziewczynką. Dotyk jego lodowatej skóry jak zwykle przynosił mi ulgę.
Gabriel spojrzał na niego ponuro.
– A co to da? – zapytał. – Zrobiłbyś tyle samo, ile ja. A wiesz dobrze, że nie pozwolę, żeby którejkolwiek z nich stała się krzywda – przypomniał, chociaż teraz obietnica ta brzmiała zdecydowanie mniej pewnie, niż kiedy składał ją po raz pierwszy.
Wiedziałam, że zaczynali wątpić, chociaż jednocześnie wciąż odrzucali od siebie myśl o tym, że grypa będzie w stanie zabrać życie moje albo Alessi. Jeśli choroba jednak miała zebrać śmiertelne żniwo, miałam jedynie nadzieję, że wybór padnie na mnie.
– Może – przyznał niechętnie Edward, mocniej mnie przytulając. Gabriel obserwował go jakby z goryczą, że został ode mnie odsunięty, nawet jeśli emocje wampira rozumiał. – Niepotrzebnie przystaliśmy na pomysł twojej siostry – stwierdził ze złością. – Gdzie oni są? Jeśli nawet miała trochę racji, powinienem był pójść zamiast Carlisle’a. Prawda jest taka, że wyzbywając się z domu jedynego lekarza, któremu można było je powierzyć, właściwie zgodziliśmy się na to, żeby umarły.
Mówił, nie zastanawiając się nad słowami. Wcześniej sama wzmianka o śmierci przyprawiłaby mnie od dreszcze, ale wtedy nawet nie drgnęłam, bo jakby nie patrzeć, myślałam to samo. Zaczynałam się już powoli godzić z tym, że prędzej czy później coś jednak pójdzie nie tak, a moje serce ostatecznie się zatrzyma i nie będą w stanie mnie uratować.
Właśnie o to chodziło. Grypa powoli wyniszczała układ oddechowy, przez co coraz trudniej się oddychało, i co ostatecznie prowadziło do śmierci. Idealny dowód mieliśmy dopiero co, kiedy bez powodu przestałam oddychać.
Chwile później, jakby na potwierdzenie swoich przypuszczeń, rozkaszlałam się tak ostro, że ledwo udało mi się ponownie uchwycić oddech.
Gabriel i Edward wymienili niemal bezradne spojrzenia.
– Spokojnie, maleńka. Dziadek pewnie niedługo wróci – powiedział troskliwie Edward, chociaż pewnie sam w to nie wierzył. – Wciąż mamy sprzęt. Nie chcę cię straszyć, Nessie, ale może lepiej byłoby, gdybyśmy spróbowali podłączyć cię do respiratora… – zaproponował z wahaniem, wzmacniając uścisk wokół mnie, zupełnie jakby się spodziewał, że zaraz wpadnę w panikę i spróbuję uciec.
Owszem, na samo wspomnienie rurki w gardle żołądek mi się skręcał, chociaż nie miałam czym wymiotować. Ale teraz był ważniejszy powód, dla którego nie zamierzałam się zgodzić.
Albo raczej dla kogo.
– Nie ma mowy – powiedziałam nieco słabym i zachrypniętym, ale przy tym wystarczająco stanowczym głosem.
– Nessie…
Pokręciłam głową, nie zamierzając dać tacie skończyć.
– Mnie nic nie będzie. A sprzęt może być potrzebny dla Alessi – ucięłam stanowczo.
Zerknęli krótko na pogrążoną we śnie małą. Wyglądała całkiem spokojnie i jedynie jej zaczerwienione od szalejącej gorączki policzki zdradzały, że coś jest nie tak. Ciemne loczki miała rozrzucone wokół głowy, jej pierś zaś swobodnie unosiła się i opadała…
Przynajmniej na razie.
Nie musiałam mówić, że skoro ja omal nie umarłam, Alessi może przydarzyć się coś podobnego. Choroba postępowała z każdym dniem, a Ali zaraziła się później ode mnie i jakby nie patrzeć, była dzieckiem. Po jej stanie mogliśmy się spodziewać wszystkiego, dlatego nie zamierzałam pozwolić, żeby nagle zabrakło dla niej sprzętu, którego mogła potrzebować. Przecież oczywiste było, że – podobnie jak podczas porodu – gdyby musieli wybierać pomiędzy ratowaniem mnie i małej, całą uwagę mieli poświęcić mojej córeczce.
Poznałam po ich minach, że doskonale zdają sobie z tego sprawę i że ta świadomość ich przeraża. Żaden z nich jednak nie zamierzał się ze mną kłócić i to trochę mnie uspokoiło – przynajmniej miałam pewność, że zapewniłam Alessi najlepszą ochronę na jaką było mnie stać. Co mogłam zrobić więcej, skoro nawet nie byłam w stanie się nią zaopiekować.
Znów zapadła cisza i zorientowałam się, że Edward i Gabriel prawdopodobnie liczą na to, że jednak uda mi się zasnąć. Obaj już panowali nad emocjami i chcieli za wszelką cenę uniknąć rozmawiania na temat całej tej sytuacji przy mnie, ja jednak nie zamierzałam dać im tej sposobności, żeby podejmowali jakiekolwiek decyzje za moimi plecami. Może byłam osłabiona, ale chyba miałam coś do powiedzenia, tym bardziej że nie chodziło już jedynie o mnie, ale również o moją córkę.
Milczenie zaczynało mnie przytłaczać i coraz trudniej było mi zmusić się do otwierania oczu – fakt, że skóra taty działała na mnie kojąco i cały czas delikatnie mnie kołysał, wcale mi nie pomagały – uparcie jednak nie zamierzałam zasnąć.
Z tym większą ulgą przyjęłam to, że drzwi mojej sypialni nagle się uchyliły, chociaż serce omal mi nie stanęło, kiedy przez szparę zajrzał do środka Damien.
Chciałam momentalnie kazać synkowi wyjść – nie mogłam pozwolić, żeby skończył tak, jak jego siostra – słowa jednak zamarły mi na ustach. W tym samym momencie Edward i Gabriel poderwali się jednocześnie, zanim jednak którykolwiek z nich podjął jakąś sensowną decyzję, Damien odezwał się z wahaniem:
– Dlaczego dziadek Edward zostawił mnie na korytarzu? – zapytał spokojnie, szczerze tym faktem zadziwiony. – To jakaś gra? Nie rozumiem tylko, dlatego wciąż nie pozwalacie mi naprawić tego, co jest nie tak z mamą i Alessią – poskarżył się.
Zmarszczył czółko, wciąż się nam przypatrując i najwyraźniej nie rozumiejąc, dlaczego wpatrujemy się w niego w bezruchu, szeroko rozszerzonymi oczami. Po prostu spokojnie stał w progu, czekając, ale przynajmniej nie ruszając się z miejsca.
Gabriel pierwszy otrząsnął się z szoku i ruszywszy się z miejsca, w ułamku sekundy znalazł się przy naszym synku. Powoli – jakby niedowierzając i nie chcąc robić sobie płonnych nadziei – przykucnął przy nim, po czym spojrzał wprost w jego czekoladowe tęczówki.
Mały obserwował go z zainteresowaniem.
– Co właśnie powiedziałeś, skarbie? – zapytał cicho, chyba ledwo panując nad głosem. – Chciałem zrobić… Co? – Pokręcił głową, najwyraźniej wciąż nie będąc w stanie zrozumieć.
Damien uśmiechnął się w ten swój charakterystyczny, nieco roztargniony sposób i wzruszył ramionkami.
– Mama i Ali źle się czują. Wiem to – powiedział i jasne było, że nie chodziło mu o to, co słyszał na temat naszego stanu. On po prostu to odczuwał, dokładnie tak samo, jak wtedy, kiedy zorientowałam się, że posiada zdolność empatii. Wiedział wtedy, że boli mnie głowa, dlatego nie powinnam się dziwić, że i emocje związane z grypą nie były mu obce. – Myślałem, że to jakaś dziwna gra. Nie rozumiem jej – przyznał.
Gabriel wpatrywał się w niego coraz bardziej zszokowany, wciąż jednak zachowywał na tyle zdrowego rozsądku, żeby być w stanie zadawać sensowne pytania.
– To nie jest… gra – powiedział, ostrożnie dobierając słowa. Jakby nie patrzeć, to było wciąż dziecko, obojętnie jak szybko się rozwijało. Damien był inteligentny na swój sposób i musieliśmy o tym pamiętać. – Damien, mam rozumieć, że jesteś w stanie pomóc swojej mamie i siostrze? – wypalił. Chciał zadać to pytanie spokojnym i beznamiętnym tonem, ale i tak wyczułam w nim narastającą, ostrożną nadzieję.
Wpatrywał się w Damiena tak intensywnie, że mały aż się speszył; jego policzki na moment przybrały czerwony kolor, dziwnie współgrający z jego rudymi włosami.
– Myślałem, że tego nie chcecie – przyznał i jasne było, że to była jedna z tych rzeczy, które nie miały dla niego sensu w „grze”. – Cały czas mówiliście, żebym tutaj nie przychodził. Ale ja nie chcę już się bawić, bo zbliża się to złe – skrzywił się.
Gabriel chyba ledwo kontrolował siłę z jaką zaciskał obie dłonie na drobnych ramionkach Damiena.
– „To złe”? – powtórzył.
Damien energicznie pokiwał głową.
– To złe. Bez życia. Śmierć – powiedział poważnie; słowa te zawisły w powietrzu, tym bardziej przerażające, że przecież właśnie padły z ust małego dziecka. – Czuję, że coś jest źle i jeszcze mogę to naprawić. Ale kiedy przyjdzie złe, już nie będę w stanie – wyjaśnił ze smutkiem, kręcąc główką. Najwyraźniej nie do końca docierało do niego to, jakie konsekwencje niosło ze sobą to, co czuł.
Zapadła długa cisza, dawno jednak nie czułam wśród swoich bliskich takiego pobudzenia. Wystarczyło, żebym spojrzała na twarz Gabriela, żebym była w stanie sobie wyobrazić, jak trybiki w jego głowie pracują, powoli składając wszystko w całość i tworząc coraz wyraźniejszy plan. Plan, którego był coraz bardziej pewien.
Edward nieświadomie zaciskał ramiona wokół mnie z coraz większą siłą, wpatrzony w stojącą przy drzwiach dwójkę. Dopiero kiedy poczułam, że moje żebra zaczynają protestować i wyrwał mi się cichy jęk, udało mu się nad sobą zapanować i rozluźnił uścisk.
Spojrzał wprost na Gabriela.
– Myślisz…? – zaczął.
Gabriel podniósł się z klęczka i mocno chwycił rączkę Damiena.
– Tak – powiedział zdecydowanie. Zerkną na synka. – Damien, skarbie… – zaczął, ja jednak nie zamierzałam dać mu skończyć.
– Gabrielu, nie! – zaprotestowałam stanowczo, próbując znaleźć w sobie dość siły, żeby samodzielnie siedzieć. – Nie pozwolę, żeby tak ryzykować. Nie mamy pewności, a ja nie zamierzam pozwolić, żeby Damien się ode mnie zaraził! – niemalże wrzasnęłam.
– Ależ, kochanie moje… – zaczął, najwyraźniej zamierzając się spierać, ja jednak nie zamierzałam słuchać.
Nie rozumiał, jak ja się z tym wszystkim czułam? Pozwoliłam Alessi zostać, kiedy dostrzegłam jej łzy i tęsknotę, a teraz zmuszona była walczyć o życie, mierząc się z tą samą chorobą co ja. Poczucie winy, które z tego powodu czułam, wręcz doprowadzało mnie do szaleństwa. Jak mogłam zaryzykować zdrowiem również drugiego ze swoich dzieci?
Gabriel musiał to zrozumieć – to, że gdybym którekolwiek z nich straciła, nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. Wiedziałam, że on również, ale przynajmniej nie żyłby ze świadomością, że to on zaraził śmiertelną grypą bliźnięta.
Dostrzegłam w oczach ukochanego rezygnację, ale również zrozumienie; ulżyło mi, przynajmniej chwilowo, póki nie uświadomiłam sobie fatalnej pomyłki.
Nie, to nie było po prostu rozumienie.
To była prośba o to, żebym to ja zrozumiała.
Kiedy Damien wyrwał Gabrielowi rączkę, ten nawet nie próbował go powstrzymywać. Zesztywniałam cała, ale zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć albo chociaż się ruszyć, Damien już wskakiwał na moje łóżko. Chwilę później poczułam jego ciepłe rączki na swojej rozgrzanej skórze, kiedy mnie dotknął.
– Ja chcę wszystko naprawić, mamusiu – powiedział z entuzjazmem, wyraźnie podekscytowany myślą o tym, że na cokolwiek może się w końcu przydać.
– Damien… – zaczęłam spanikowana, chcąc go odgonić, ale wtedy uświadomiłam sobie, że to nie będzie konieczne.
Damien położył obie rączki wprost na mojej piersi, a ja poczułam się tak, jakby nagle zdjęto ze mnie olbrzymi ciężar. Spojrzałam wprost w czekoladowe oczy mojego synka – moje oczy – oszołomiona mocą, która wręcz emitowała z jego drobnego ciała, porażając mnie i dosłownie we mnie wnikając. Niosło to ze sobą przyjemne ciepło, absolutnie różne od gorączki i powoli rozchodzące się po całym ciele.
Zawirowało mi w głowie. Czułam wypełniającą mnie moc, inną niż ta, którą przekazywaliśmy sobie z Gabrielem w intymnych momentach. Lecznicza energia, która wypełniała Damiena i która składała się na jego dar, przypominała wodę czystego strumienia, równie ciepłą i niewinną jak mój synek. Wypełniała mnie, oszołamiając i przyprawiając o zawroty głowy, ale i przynosząc nieopisaną ulgę.
Ciężko było mi przypomnieć sobie, co było dalej. Wszystko składało się na mieszankę tego, co odczuwałam oraz sprzecznych emocji. Wciąż bałam się o to, że coś stanie się Damienowi i jednocześnie miałam żal do Gabriela, że w porę go nie zatrzymał, narażając na to, że mały zarazi się czymś, co powoli zabijało mnie i Ali.
Wszystkie te uczucia jednak nie miały znaczenia w obliczu fali ciepła, która miała swoje źródło gdzieś w spoczywających na mojej piersi rączkach Damiena i powoli wypełniała każdą komórkę mojego ciała. A wraz z przepływem tej mocy, czułam jak moje mięśnie się rozluźniają, a objawy stają się bardziej znośne.
Cokolwiek robił Damien, zdawało się działać, dodając mi siły i ułatwiając oddychanie.
A potem wszystko zniknęło. Wspomnienia urywały się i podejrzewałam, że oszołomiona nadmiarem bodźców i emocji, musiałam w którymś momencie po prostu stracić przytomność. To wyjaśniałoby, dlaczego nie pamiętałam niczego więcej i obudziłam się dopiero teraz.
Zrozumienie przyszło nagle, a mnie serce przyśpieszyło, zdradzając zdenerwowanie. Czy to możliwe, żeby…? Otworzyłam oczy i zdenerwowana rozejrzałam się po pokoju, uświadamiając sobie, że jestem sama. Alessi również nie było i to zaniepokoiło mnie najbardziej, przywykłam bowiem do tego, że moja córeczka cały czas jest u mojego boku i mogę mieć przynajmniej złudne wrażenie, że się nią opiekuję.
Fakt, że nie było jej przy mnie, podziałał pobudzająco. Bez zastanowienia usiadłam i przyszło mi to zaskakująco łatwo, chociaż wciąż czułam się dość marnie. Byłam wymęczona, ale poza tym czułam się zdecydowanie lepiej, niż w ciągu ostatnich dni i ta różnica była wręcz porażająca. Czułam, że temperatura chociaż trochę mi spadła i jestem dość silna, żeby próbować wstawać.
Niewiele myśląc, zsunęłam się z łóżka i stanęłam na nogi. W pierwszej chwili odmówiły mi posłuszeństwa, jednak po przejściu kilku kroków, udało mi się uchwycić równowagę. Bez problemu dotarłam na korytarz i wyszedłszy nań, pośpiesznie dopadłam ze schodów.
Wcześniej strome stopnie były dla mnie wyzwaniem, teraz jednak udało mi się je pokonać. Co prawda cały czas kurczowo przytrzymywałam się poręczy, ale poza tym bez większych trudności zeszłam na dół. Przez moment stałam, nasłuchując i wciąż kurczowo zaciskając palce na barierce schodów, nagle jednak usłyszałam głosy dochodzące z salonu i udałam się wprost tam.
Gabriel siedział na kanapie, karmiąc Alessię krwią i raz po raz zerkając na Damiena, który zajadał się czymś, co zidentyfikowałam jako naleśniki. Na samą myśl o jedzeniu poczułam się głodna, co ostatecznie sprawiło, że mój żołądek zaczął głośno domagać się posiłku. To bez trudu ściągnęło uwagę Gabriela, który poderwał głowę spojrzał wprost na mnie.
Jego oczy zabłyszczały, kiedy mnie zobaczył. Uśmiechnęłam się niepewnie, wciąż nieco oszołomiona tym, co się działo, kiedy zaś ukochany odwzajemnił gest, byłam już absolutnie pewna, że wszystko będzie dobrze.

9 komentarzy:

  1. Juhu!! Nareszcie Nessie zdrowa!! ^^ Cieszę się. Wciągnie sobie naleśniki? Ja też ^^
    Nie mogę się doczekać następnego. ^^
    Weny

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaglądam na Twojego bloga już od dłuższego czasu i staram się śledzić w miarę uważnie to, co dzieje się u Twoich bohaterów. Muszę powiedzieć, że ten rozdział jakoś wyjątkowo przypadł mi do gustu. Zastanawiałam się dlaczego. Jeśli nie masz nic przeciwko, a podkreślałaś kilka razy, że chętnie czytasz opinie, postaram się to zgrabnie ująć w słowa.
    Spotykałam się już w komentarzach z opiniami, że czytelnikom nieco bardziej przypada do gustu postać Beau. Mnie osobiście podobało się to, że jej charakter wydawał się być bardziej złożony. W przypadku Ness mam wrażenie, że wiem co za chwilę się stanie. Jeżeli ktoś ma odnieść uraz, będzie to ona i od razu wszyscy rzucą się na ratunek. Proszę, nie zrozum mnie źle, ale zarówno ona, jak i Gabriel, a powoli też Carlisle, stają się przewidywalni. Chciałabym widzieć w nich odrobinę "pazura", niech czasem oni też postąpią nieszablonowo, niech mają drugie oblicze. Niech doktor nie będzie wiecznie poprawny.
    W tym z rozdziałów czułam, że coś jest inaczej. Podobało mi się to, że Renesmee była jakby silniejsza, że miała w sobie determinację, a nie czekała na ratunek i ślepo poddawała się innym, dając się pocieszać, czekając na leki i obserwując załamujących nad nią ręce bliskich.
    Warto też czasem przemilczeć niektóre sprawy. Ta moja uwaga odnosi się do innych rozdziałów. To, że ktoś mi powie, że Mary kocha Johna jest dla mnie po prostu wiadomością. Jeżeli Mary co chwila wzdychałaby do Johna, zachwycając się nawet najdrobniejszymi szczegółami np. tym jak on wiąże sznurowadła, sprawiłoby, że uznałabym ich za niedojrzałych, a nie zakochanych. Tutaj pojawiło się coś innego. Ness wcale nie protestowała, kiedy Edward wpadł i na moment odciągnął ją od Gabriela. Jeśli jej pierwszą myślą byłoby coś w stylu "spojrzałam tęsknie w kierunku Gabriela, marząc, by to on teraz mnie tulił", przewróciłabym oczami. Tak się nie stało, a ja i tak wiedziałam, że on ją kocha i to z wzajemnością. Rozumiesz co mam na myśli? Wcale nie trzeba wpadać w schematy Meyer, dając wszystko jak na tacy. Niech coś dzieje się za zamkniętymi drzwiami; taka "prywatność" w moich oczach sprawia, że myślę "wow, to jest prawdziwe, oni nie robią nic na pokaz". Taki minimalizm, bo mniej znaczy czasem więcej. Jeżeli kończysz rozdział w zaskakujący sposób, z większą niecierpliwością czekam na kolejny, ale jeśli każdy kończy się tak samo, traci się gdzieś ten efekt. Pozostawienie bohaterów podczas prozaicznych czynności wcale nie zniechęca. I tak mam gdzieś z tyłu głowy, że prędzej czy później coś się wydarzy, bo dałaś się poznać od tej strony :)
    Chcę Ci jeszcze powiedzieć, że mało jest blogów, które rozwijają się tak prężnie, jak Twój. Masz duży talent i smykałkę, a moje uwagi nie są złośliwe, ale chciałam podzielić się z Tobą moimi spostrzeżeniami. Czasem samemu autorowi jest trudno wychwycić takie drobiazgi. Życzę Ci weny i wielu pomysłów. Mimo że bazujesz na częściowo kanonowych postaciach, to tło z całym światem telepatów, a teraz dodatkowo Miastem Nocy jest naprawdę dobre i wciąga. Masz predyspozycje do tego, żeby stworzyć niesamowitą rzeczywistość. Nie patrz szablonowo, skomplikuj czasem charaktery postaci, zagłęb się w nich i zaskocz nas. To Ty nimi rządzisz, baw się tym!
    Jeszcze raz życzę wszystkiego dobrego i gorąco Ci kibicuję. Lekkiego pióra, serdecznie pozdrawiam!
    Jeśli będziesz chciała jakkolwiek skomentować moje uwagi, chętnie to przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zaglądam na Twojego bloga już od dłuższego czasu i staram się śledzić w miarę uważnie to, co dzieje się u Twoich bohaterów. Muszę powiedzieć, że ten rozdział jakoś wyjątkowo przypadł mi do gustu. Zastanawiałam się dlaczego. Jeśli nie masz nic przeciwko, a podkreślałaś kilka razy, że chętnie czytasz opinie, postaram się to zgrabnie ująć w słowa.
    Spotykałam się już w komentarzach z opiniami, że czytelnikom nieco bardziej przypada do gustu postać Beau. Mnie osobiście podobało się to, że jej charakter wydawał się być bardziej złożony. W przypadku Ness mam wrażenie, że wiem co za chwilę się stanie. Jeżeli ktoś ma odnieść uraz, będzie to ona i od razu wszyscy rzucą się na ratunek. Proszę, nie zrozum mnie źle, ale zarówno ona, jak i Gabriel, a powoli też Carlisle, stają się przewidywalni. Chciałabym widzieć w nich odrobinę "pazura", niech czasem oni też postąpią nieszablonowo, niech mają drugie oblicze. Niech doktor nie będzie wiecznie poprawny.
    W tym z rozdziałów czułam, że coś jest inaczej. Podobało mi się to, że Renesmee była jakby silniejsza, że miała w sobie determinację, a nie czekała na ratunek i ślepo poddawała się innym, dając się pocieszać, czekając na leki i obserwując załamujących nad nią ręce bliskich.
    Warto też czasem przemilczeć niektóre sprawy. Ta moja uwaga odnosi się do innych rozdziałów. To, że ktoś mi powie, że Mary kocha Johna jest dla mnie po prostu wiadomością. Jeżeli Mary co chwila wzdychałaby do Johna, zachwycając się nawet najdrobniejszymi szczegółami np. tym jak on wiąże sznurowadła, sprawiłoby, że uznałabym ich za niedojrzałych, a nie zakochanych. Tutaj pojawiło się coś innego. Ness wcale nie protestowała, kiedy Edward wpadł i na moment odciągnął ją od Gabriela. Jeśli jej pierwszą myślą byłoby coś w stylu "spojrzałam tęsknie w kierunku Gabriela, marząc, by to on teraz mnie tulił", przewróciłabym oczami. Tak się nie stało, a ja i tak wiedziałam, że on ją kocha i to z wzajemnością. Rozumiesz co mam na myśli? Wcale nie trzeba wpadać w schematy Meyer, dając wszystko jak na tacy. Niech coś dzieje się za zamkniętymi drzwiami; taka "prywatność" w moich oczach sprawia, że myślę "wow, to jest prawdziwe, oni nie robią nic na pokaz". Taki minimalizm, bo mniej znaczy czasem więcej. Jeżeli kończysz rozdział w zaskakujący sposób, z większą niecierpliwością czekam na kolejny, ale jeśli każdy kończy się tak samo, traci się gdzieś ten efekt. Pozostawienie bohaterów podczas prozaicznych czynności wcale nie zniechęca. I tak mam gdzieś z tyłu głowy, że prędzej czy później coś się wydarzy, bo dałaś się poznać od tej strony :)
    Chcę Ci jeszcze powiedzieć, że mało jest blogów, które rozwijają się tak prężnie, jak Twój. Masz duży talent i smykałkę, a moje uwagi nie są złośliwe, ale chciałam podzielić się z Tobą moimi spostrzeżeniami. Czasem samemu autorowi jest trudno wychwycić takie drobiazgi. Życzę Ci weny i wielu pomysłów. Mimo że bazujesz na częściowo kanonowych postaciach, to tło z całym światem telepatów, a teraz dodatkowo Miastem Nocy jest naprawdę dobre i wciąga. Masz predyspozycje do tego, żeby stworzyć niesamowitą rzeczywistość. Nie patrz szablonowo, skomplikuj czasem charaktery postaci, zagłęb się w nich i zaskocz nas. To Ty nimi rządzisz, baw się tym!
    Jeszcze raz życzę wszystkiego dobrego i gorąco Ci kibicuję. Lekkiego pióra, serdecznie pozdrawiam!
    Jeśli będziesz chciała jakkolwiek skomentować moje uwagi, chętnie to przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Cóż ja Ci mogę, kobieto, powiedzieć? Po pierwsze, mam ochotę cię uściskać za to, że jako jedyna napisałaś coś, co można określić mianem PRAWDZIWEJ opinii. O czymś takim marzę od dawna i chociaż każdy komentarz moich czytelników - pozdrawiam serdecznie - dodaje mi skrzydeł, czasami po prostu trzeba czegoś takiego, tym bardziej, że sama lubuję się w takich wyszukanych opiniach, jeśli oczywiście autor daje mi sposobność do zwrócenia uwagi na tak liczne szczegóły.
    Twoje uwagi są jak najbardziej trafione, ale (o, tak, zawsze jest jakieś "ale") tak naprawdę nie wiesz, co dzieje się w mojej głowie. Ta historia jest od dawna napisana w mojej głowie, każdy najdrobniejszy szczegół i ma dokładnie taki kształt, jakiego oczekiwałam. Wątek choroby, telepatów i cieni (mam na myśli to, co dzieje się z Laylą) nie jest przypadkowy. Z założenia wiem, że ludzie - i nieśmiertelni - nie zmieniają się ot tak i na to trzeba czasu. Jak najbardziej tak ma być, że każde z nich kręci się wokół czegoś, co do tej pory było mu obce, próbując się z tym na swój sposób oswoić. Takie wydarzenia nie pozostają bez echa i, jak zaznaczyłam to wyraźnie ustami Michaela, wszyscy zapłacą za zmiany, które się dokonają.
    Już widzę, że moje zabiegi przynoszą skutki, dlatego tym trudniej uznać mi Twoje uwagi za słuszne. Owszem, zgadzam się z tym, co napisałaś, ale to wnioski wyciągnięte z tego, że nie znasz moich planów - bo i skąd miałabyś znać? =) Sama już zauważyłaś, że w tym rozdziale Nessie była inna - silniejsza, bardziej zdecydowana. Bo ona już się zmienia i to będzie coraz wyraźniejsze, zwłaszcza bacząc na to, co już ją spotkało i jeszcze spotka. Choroba to przełom, tym bardziej, że teraz ma powody do walki - jej własne dzieci.
    Gabriel... On już się zmienił, co nie raz wytknęła mu Isabeau. Ta miłość go odmieniła i to niekoniecznie na dobre, bo robi się nadopiekuńczy. To Renesmee go zmieniła, więc i ona będzie musiała sprawić, żeby stał się takim, jakim do tej pory był. Że jest równie silna, co jego siostry i może ją traktować na równi ze sobą. A znajdzie kilka osób, które pomogą jej to udowodnić.
    Jeżeli chodzi o Carlisle'a... Hm, najwięcej stanie się w ostatniej księdze (powiedzmy, że mam ciekawe plany na dar przemienionej przez Nessie Anny, na Esme i oczywiście na doktora), ale tutaj również COŚ się wydarzy. Zaczynając od rozdziału, który pojawi się jeszcze w tym tygodniu i który domiesza do wszystkiego Drake'a i Bliss. Pewne tajemnice wyjdą na jaw, coś się wydarzy i to zdecydowanie Carlisle będzie musiał być tym, który porządnie nią potrząśnie. Zaręczam, że dostaniesz to czego chciałaś, tak jak miałam od początku zaplanowane.

    OdpowiedzUsuń
  5. Cieszę się, że zwróciłaś mi uwagę na to, co sądzisz o bohaterach, bo to jedynie utwierdza mnie w przekonaniu, że idę w najlepszym możliwym kierunku. Że zmiany, które zamierzam wprowadzić, będą jak najbardziej zaskakiwać i zaplanowałam je na odpowiedni moment. Właśnie sęk w tym, że to historia zmian - wszystko się zmieniło, kiedy Lorena przeniosła Angela i Laylę do Londynu. Reakcja łańcuchowa, pełna konsekwencji i sytuacji, które zdecydowanie muszą nieść za sobą istotne zmiany.
    Raz jeszcze dziękuję na komentarz i mam nadzieję, że jeszcze nie raz napiszesz, bo twoje słowa sprawiają, ze mam ochotę latać. Ta krytyka to dla mnie jedynie przekonanie, że to, co piszę, ma sens - bo tak powinno w tym momencie się wydarzyć. Być może mam skłonności do rozwlekania pewnych wydarzeń w czasie, ale uwielbiam skupiać się na emocjach i nie uznaję nierealnych nagłych zmian charakterów. Słusznie czy nie, nie mam pojęcia, ale wierzcie mi, że nie wzrouję się na Stephanie Meyer. Owszem, wykorzystuje jej postacie i to odrobinę mnie ogranicza, ale zdaje sobie sprawę, jakie wydarzenia naprawdę zmieniają człowieka (wampira/hybrydę/zmiennokształtnego/wilkołaka - niepotrzebne skreślić) i jak najbardziej mam wszystko zaplanowane.
    Sądzę, że po tempie w jakim pisze, dało się zorientować, że to nie jest niezaplanowana historia, która powstała pod wpływem chwili. Chodziłam z tą historią od roku, zanim zdecydowałam się napisać pierwszy rozdział, a i tak opowiadanie to cały czas rozrasta się, sięgając monstrualnych rozmiarów. To trudne zadanie, żeby to wszystko poukładać we właściwy sposób i bardzo możliwe, że dla niektórych w pewnych momentach może nie być to tak idealne, jakby oczekiwali, ale ja jestem zadowolona z każdej linijki - bo jest dokładnie taka, jak ją planowałam. I moje postacie są takie, jakie miały być od samego początku. A to jest tym trudniejsze, że żaden charakter nie został nakreślony przypadkiem - te postacie mają żyć, mając swoją historię i uczucia, a także rolę do odegrania. Próbuję też zrobić to, czego zabrakło mi o pani Meyer - skupić się na innych postaciach, dlatego bohaterami nie są jedynie Renesmee i Gabriel.
    Dobrze, wystarczy - chyba napisałam dość. Mam nadzieję, że dalsza część mojej historii przypadnie do gustu wszystkim tym, którzy śledzą mojego bloga regularnie - zachęcam, żebyście częściej dawali o sobie znać, bo uwielbiam dyskutować na temat swoich planów i historii. LITT wciąż żyje własnym życiem, a wkrótce posunę się do czegoś naprawdę nietypowego i mam nadzieję, że zaspokoję niedosyt wszystkich czytających, jeśli chodzi o akcje i zmiany charakterów.

    Pozdrawiam i zapraszam na kolejny rozdział, który pojawi się jeszcze dzisiaj.
    Nessa.

    OdpowiedzUsuń
  6. gdzie można złapać z tobą kontakt? :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Na e-male'a: justyna1062@op.pl. Pisać śmiało ;)

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń
  8. a gadu gadu czy też inny komunikator? :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Niestety, już nie. Mój internet chodzi zdecydowanie zbyt słabo ostatnimi czasy, żeby sobie poradził z GG. Jedynie male =)

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa