25.02.2013

Dwadzieścia cztery

Isabeau
Ktoś zarechotał. Isabeau poczuła na twarzy gorący, stęchły oddech, który omal nie zwalił jej z nóg – połączenie zeschniętej krwi i czegoś, co przypominało rozkładające się mięso, omal nie wywróciło jej pustego żołądka na drugą stronę.
Uduszenie w tej sytuacji wydawało się wręcz wybawieniem i miała ochotę ułatwić sprawę, wstrzymując oddech, ale to i tak by nic nie dało. Intruz trzymał ją za szyję zbyt słabo, nie mając na celu tego, żeby jej zabić – przynajmniej na razie.
– Spójrz, Riley, cóż to nam się dzisiaj trafiło – wycharczał ten, który ją trzymał. Znów poczuła, że jej się robi niedobrze. – Cześć, piękna – dodał, przysuwając twarz jeszcze bliżej. W jego głosie było coś, co upodobniało go do zwierzęcia.
Wilkołaki, uświadomiła sobie. Zaczęła liczyć, żeby przekonać się, że jest tuż po pełni. Jak mogła wcześniej nie wsiąść tego pod uwagę? Gdyby przyprowadziła ich tu trochę wcześniej, prawdopodobnie zginęliby. Nigdy wcześniej nie popełniała takich błędów.
– Nie pozwalaj sobie! – zaprotestowała, bo poczuła na swoim udzie spoconą, gorącą dłoń.
Spróbowała go spoliczkować, ale ręką, którą nie trzymał jej za szyję, wprawnie unieruchomił jej nadgarstki. Przynajmniej chwilowo nie miał jak się do niej dobierać, co jakby nie patrzeć, można było uznać za plus.
Wilkołak znów się roześmiał.
– Waleczna – ocenił. Nie widziała jego twarzy, ale mogła sobie wyobrazić, że uśmiecha się lubieżnie. – Coraz bardziej mi się podobasz, wiesz kotku?
Chyba suczko, pomyślała z przekąsem. Nie spotkała jeszcze psa, który byłby zainteresowany kocicą. Nie powiedziała mu tego, ale jedynie dlatego, że wciąż próbował zmiażdżyć jej krtań.
– Ja tam wolę, kiedy nie próbują walczyć – odparł spokojnie ten, który wcześniej został nazwany Rileyem. Głos miał bardzo podobny i wyróżniała go jedynie mniejsza kpina, niż ta słyszalna w tonie napastnika Isabeau.
Więc było ich dwóch. Zakładała, że Riley musiał dorwać Esme – to jej krzyk słyszała wcześniej. Nie była pewna co z Carlisle'm, ale dla nich wszystkich lepiej było, żeby milczeli i…
Esme znów wydała z siebie cichy okrzyk. Isabeau usłyszała odgłos szarpaniny, ale nie trwał długo – wilkołaki bywały silniejsze nawet od nowo narodzonych, zwłaszcza kiedy były syte. Doszło ją coś jakby uderzenie o ścianę – korytarz był ciasny i raczej nie dawał pola manewru – syknięcie Rileya (jeśli trafiła go w twarz, Beau żałowała, że tego nie zobaczyła), a potem zapanowała cisza.
– Zostaw ją! – Carlisle'owi najwyraźniej puściły nerwy, chociaż na całe szczęście nie był na tyle głupi, żeby próbować atakować. – Powiedziałem…
Teraz już oba wilkołaki chichotały.
– Derek, on powiedział „zostaw” czy „ugryź”? – zapytał Riley scenicznym szeptem.
Derek chwycił Isabeau nieco mocniej, żeby nie próbowała wykorzystać chwili jego nieuwagi.
– Moim zdaniem to brzmiało jak „ugryź” – stwierdził. Przynajmniej przestał trzymać twarz przy Isabeau i mogła zapanować nad mdłościami. – Chcesz się rozerwać? Możemy się podzielić tą drugą – zaproponował rozochocony perspektywą rzezi.
Wtedy Isabeau nie wytrzymała. Do tej pory oszołomiona, teraz poczuła naturalną wściekłość, która rozpaliła jej ciało, uniemożliwiając dalsze bierne obserwowanie rozwoju sytuacji. Chociaż widziała zaledwie zarysy postaci, a miejscami nic, nagle wszystko przysłoniła krwiste mgiełka.
Dosyć!, ryknęła, uwalniając moc. Siła jej mentalnego sprzeciwu dosłownie odrzuciła Dereka, którego palce zsunęły się z jej szyi.
Miała dość ciemności. Bez zastanowienia skumulowała energię i zmrużyła oczy w srebrzystej podejście, którą emitowała zawieszona w powietrzu świetlista kula. Stało się dość jasno, żeby mogła zobaczyć wszystko czego chciała.
– Co, do cholery… – jęknął ktoś. 
Derek właśnie podnosił się z klęczka, zaledwie metr od niej. Kiedy rozbłysło światło, zamarł, a jego oczy rozszerzyły się w geście niedowierzania, kiedy rozpoznał Isabeau.
Gdzieś z boku Riley, który obejmował od tyłu Esme, cały zesztywniał. Z satysfakcją zauważyła, że krwawił z wargi, chociaż bardziej zadowolona by była, gdyby wampirzyca trafiła go w inne miejsce.
– Co słychać, chłopcy? – zapytała pozornie spokojnym i ociekającym słodyczą głosem. Palce nerwowo zginała tak, że wyglądały jak szpony. Wilkołaki nerwowo obserwowały każdy jej ruch. – Riley, idioto, jeśli zaraz jej nie puścisz… – zaczęła, zwracając się do napastnika Esme, ale nie musiała kończyć groźby, bo mężczyzna zaraz jej posłuchał.
Riley powoli przesunął się w stronę Dereke, któremu w końcu udało się podnieść. Isabeau zrobiła malutki kroczek do przodu, więc natychmiast się cofnęli, wpadając plecami na ścianę.
Uśmiechnęła się, bez trudu wyobrażając sobie, jak to musi wyglądać dla postronnego obserwatora. Derek i Riley wyglądali niemal jak bracia – obaj ciemnowłosi i barczyści, byli w stanie jednym uściskiem połamać jej kości. A jednak cofali się przed nią w popłochu, zupełnie jakby była większa i silniejsza od nich.
– Panienka Licavoli! – Riley pierwszy odważył się otwarcie przyznać, że ją rozpoznał. Momentalnie zgiął się przed nią w pasie, ale wyszło mu to niezgrabnie i dość sztywno, bo cały czas starał się nie spuszczać jej z oczu. – Wieszczko, myśmy nie chcieli...
Uciszyła go samym spojrzeniem.
– Nie chcieli? Odniosłam inne wrażenie, kiedy, kretyni, próbowaliście się rozerwać – zauważyła lodowatym tonem. Na jej ustach pojawił się mściwy uśmiech, tym bardziej przejmujący, że słabe światło rzucało długie cienie na jej chorobliwie bladą twarz. – Moim zdaniem Dimitr będzie bardzo ciekaw, kiedy dowie się, jak powitanie spotkało mnie i moich... hm, gości – dokończyła, ostrożnie dobierając słowa i starannie cedząc kolejne sylaby.
Wiedziała, że trafiła w sedno – Ridley i Derek, te dwa półgłówki, których miała już nieprzyjemność poznać, robili dużo hałasu, ale jeśli wiedziało się, gdzie uderzyć... W tym momencie przypominali jej dwa wystraszone szczeniaki, które najchętniej zaczęłyby się o nią ocierać i lizać ją po twarzy, gdyby tylko pozwoliła im się udobruchać. W tym, że w tej dwójce nie było niczego, co byłoby w stanie zapewnić im jakąkolwiek taryfę ulgową.
– Dimitr? – Derek zaczynał śpiewać zupełnie inaczej niż wtedy, gdy usiłował ją obmacywać. Swoją drogą, nie sądziła, że ktoś o tak pokaźnych gabarytach, mógłby być w stanie mówić tak cienkim głosem. – Panienko... – zaczął znowu.
Sapnęła rozdrażniona.
– „Pani”, jeśli już musisz, a najlepiej zostań przy „wieszczce” – poprawiła go zniecierpliwionym tonem. No cóż, jakby nie patrzeć tytuły miały swoje znaczenie, jeśli chciało się utrzymać pozycję i zachować należny szacunek. – A ja zostanę przy pieszczotliwych „kretynach” i wszyscy będziemy szczęśliwy – dodała z sarkazmem.
– Ma się rozumieć, wieszczko – zapewnił potulnie Riley, mając być może nadzieję, że jeśli zacznie jej słodzić, jakimś cudem uda mu się uratować tyłek.
Zmierzyła go wzrokiem, coraz bardziej rozdrażniona. Czego jak czego, ale podlizywania się nienawidziła, ale co innego mogła otrzymać od dwóch kundli, którzy bynajmniej nie grzeszyli rozumem? Gdyby byli inteligentni, staliby zdecydowanie wyżej w całej hierarchii – i z pewnością nie zaatakowaliby nikogo, gdyby wcześniej się nie upewnili kim jest.
– Chcielibyśmy, pani... – zaryzykował raz jeszcze Derek. Tym razem głos miał nieco bardziej opanowany i mniej piskliwy.
Znów poczuła narastającą złość, a potem po prostu wybuchła. Moc wciąż pulsowała, krążąc po jej ciele i wcale nie zdziwiłaby się, gdyby wszyscy byli w stanie zobaczyć mocny blask, który w tym momencie emitowała jej aura. Jej zdolności naprawdę się rozwinęły i teraz była tego absolutnie świadoma, chociaż zanim Lilianne o tym wspomniała, jakoś nie zwracała na to uwagi.
– Zupełnie nie interesuje mnie, czego chcieliście! – wrzasnęła, zaskakując tym wybuchem nawet samą siebie. Jej głos odbił się echem od ścian ciasnego korytarza, dodatkowo polepszając efekt. – Gdybym chciała, mogłabym was zabić i nikt nawet nie miałby mi tego za złe! Powiem o wszystkim Dimitrowi i to jeszcze dzisiaj, chociaż to nie jego, a mnie powinniście się obawiać! Możecie mi wierzyć, są gorsze rzeczy niż śmierć, a jeśli jeszcze raz mi podpadniecie, osobiście się o tym przekonacie – dodała już ciszej, pod koniec przechodząc w szept.
Zacisnęła dłonie w pięści i zwiesiła ramiona wzdłuż ciała. Mięśnie miała napięte; drżała na całym ciele i ledwo była w stanie złapać oddech. Wciąż dostrzegała resztki czerwonej mgiełki, która otaczała wilkołaki przed nią, ale ta na całe szczęście zaczynała się cofać. Wolała nawet nie wyobrażać sobie, co stałoby się w innym wypadku.
Właściwie instynktownie wyczuła, że ktoś poruszył się po jej prawej stronie, a chwilę później poczuła na ramieniu dłoń Carlisle'a. Zerknęła na niego na chwilę, napotykając spojrzenie złocistych tęczówek, które w jakimś stopniu podziałały na nią uspokajająco.
– Isabeau? – wyszeptała stojąca tuż przy wampirze Esme. Doktor starał się ją sobą osłonić, najwyraźniej nie ufając wilkołakom...
A może i samej Isabeau.
Potrząsnęła głową, po czym ponownie wbiła wzrok w Dereka i Rileya.
– Jeszcze nie skończyłam – usprawiedliwiła się, strząsając z ramienia dłoń Carlisle'a. Niczego nie rozumiał, jeśli sądził, że mogłaby tak po prostu sobie darować. To już nie było Forks, gdzie nawet ze zmiennokształtnymi dało się porozumieć dyplomatycznie. – Mówię do was i do wszystkich dzieci nocy – powiedziała z mocą, jednocześnie wysyłając swoje słowa mentalnie na wszystkie strony, żeby usłyszał ją każdy uzdolniony w promieniu kilku kilometrów. – Te wampiry są ze mną i nikt nie ma prawa ich tknąć, obojętnie czy akurat będę w pobliżu, czy nie. Jeśli ktokolwiek chociaż spróbuje albo podniesie rękę na mnie, postaram się, żeby pochłonął go ogień piekielny. A zawsze słowa dotrzymuję – podkreśliła wzmocnionym przez telepatię głosem, dosłownie przeszywającym i przenikającym do każdej komórki ciała. Jej ostrzeżenia nie dało się zignorować.
Zamilkła na moment, aż echo jej przekazu ostatecznie ucichło. Dopiero wtedy ponownie skupiła się na wilkołakach.
– Derek, Riley. Wynocha – dodała już normalnie, spoglądając na obu z wyższością. Uniosła palec wskazujący i zakręciła nim w powietrzu; świetlista kula, którą wytworzyła, zaczęła posłusznie wokół niego krążyć. – Możecie trochę poplotkować, w tym akurat jesteście dobrzy – stwierdziła, robiąc jeszcze jeden krok do przodu.
Patrzyli na nią w osłupieniu. Znów uśmiechnęła się drapieżnie, a potem jednym ruchem ręki cisnęła skumulowaną moc w ich stronę. Machinalnie zakryli twarze ramionami, ale kula nawet ich nie musnęła – rozbiła się tuż nad ich głowami.
Jaskinia na powrót pogrążyła się w ciemności.
– Powiedzcie wszystkim, że wróciłam – powiedziała cicho, wiedząc, że doskonale ją słyszą. – Mówcie, że córka Allegry Del Vecchio znów jest w mieście.

Milczenie zaczynało doprowadzać ją do szału. Od kilku minut po prostu szli, zupełnie jak wcześniej, ale wiedziała, że coś się zmieniło. Wcześniej nie rozmawiała z Cullenami, bo nie chciała, ale teraz sprawy prezentowały się inaczej. Teraz to oni nie chcieli, a przynajmniej nie do momentu, w którym jednak zdecydowałaby się wytłumaczyć im wszystko.
Miała świadomość, że cały czas jej się przypatrują, chociaż starali się tego nie robić w jakiś natrętny sposób. Ale tak po prostu się nie dało po tym, co zobaczyli i była tego świadoma. Jak mogliby udawać, że nie zauważyli, że jest w stanie wzbudzić strach niemal w każdym – że ma w tym miejscu wpływy, których się nie spodziewali?
Oczywiście byli na tyle taktowni, że podobnie jak na początku, nie pytali o nic. Ale chcieli wiedzieć, a uczciwym z jej strony byłoby, gdyby opowiedziała im o sobie przynajmniej trochę. Wiedziała, że tak powinna zrobić, ale oczywiście nie zamierzała, bo to po prostu ją przerastało. Gdyby sobie na to pozwoliła – dopuściła ich do tajemnicy i swojego życia – wtedy ostatecznie musiałaby zmierzyć się ze wspomnieniami, których za nic w świecie nie mogła uwolnić.
Wyszli z korytarza wprost do lasu. Drzewa w tym miejscu rosły gęsto, poza tym przeważały sosny i świerki, więc pozostawały wiecznie zielone. Blade, przytłumione przez ciężkie chmury światło, ledwo przebijało się przez plątaninę gałęzi nad ich głowami, wprawiając zalegający na ziemi śnieg w delikatne lśnienie. Tutaj nie padało, co dało Isabeau do zrozumienia, że śnieżyca w którą wpadli była aktualnym zabezpieczeniem Miasta Nocy przed intruzami.
Nagle poczuła się tak, jakby dostała skrzydeł. Odrobinę przyśpieszyła, wydłużając krok i z zachwytem rozglądając się dookoła, jak zawsze, kiedy znajdowała się w tym lesie. Znała go doskonale – w końcu jako mała dziewczynka nie raz biegała tędy, wspinając się na drzewa i bawiąc w licznych miejscach, które skrywały drzewa. Pełno było tu urokliwych zakątków, które udawało się znaleźć jedynie pod warunkiem, że wiedziało się czego szukać.
Carlisle i Esme musieli wyczuć zmianę w jej zachowaniu i emocjach, bo po chwili zastanowienia, przyszła żona doktora zrównała się z Isabeau.
– Isabeau? – zaczęła ostrożnie, nie wiedząc czego się spodziewać. Beau spojrzała na nią z zainteresowaniem. Doprawdy, chyba ich nie wystraszyła? – Mogę cię o coś zapytać? – zaryzykowała w końcu, zaplatając ręce za plecami.
Na twarzy Isabeau pojawił się cień uśmiechu.
– Jakby nie patrzeć, właśnie to zrobiłaś – zauważyła przytomnie.
Esme zorientowała się, że emocje upadły i również się uśmiechnęła. Isabeau zauważyła, że wampirzyca nieznacznie się rozluźniła i doszła do wniosku, że może sytuację da się jeszcze naprawić i to bez konieczności spowiadania się Cullenom ze wszystkiego.
– Dobrze, ale mam jeszcze jedno pytanie – oznajmiła spokojnie, po czym uniosła wzrok. – Więc co to jest? – zapytała, jak urzeczona wpatrując się w jakiś punkt przed sobą.
Isabeau podążyła za jej spojrzeniem i poczuła, że coś przewraca się jej w żołądku. Ścieżka, którą szli, powoli dobiegała końca, a spomiędzy drzew zaczynały wyłaniać się fragmenty kamiennego, solidnego muru, wysokiego na jakieś trzy metry i grubego – jak dobrze wiedziała Isabeau – na jakieś półtora. Nie to jednak przykuło uwagę Esme; wampirzycy chodziło raczej o olbrzymi, zdobiony łuk pod którym biegła dalej ścieżka.
Beau przystanęła; dotarli do miasta.
– Jesteśmy na miejscu – powiedziała cicho, jakby to miało wszystko wyjaśnić. Ponurym wzrokiem wpatrywała się w wejście.
Carlisle bez pośpiechu dołączył do nich z zainteresowaniem przyjrzał się murom, zwłaszcza tej części, która zaintrygowała Esme. Isabeau musiała przyznać, że dla nich to miejsce musiało być doprawdy fascynująco. Gdyby była na ich miejscu, również czułaby się jak w innym świecie i namiętnie chłonęłaby każdy detal, ale nie po wszystkim, co w tym miejscu przeżyła.
Las była w stanie znieść, nawet poczuć się w nim swobodnie, ale wkroczenie do Miasta Nocy, oznaczało ostateczny powrót do przeszłości. Jeszcze większa ilość znajomych miejsc, może nawet twarzy, była już zbyt trudna i wiedziała, że po prostu nie będzie w stanie nie myśleć o Aldero.
Aldero...
Wzdrygnęła się i jednak postanowiła skupić na rozmowie z Carlisle'm i Esme. Może jeśli zabawi się w przewodniczkę i historyczkę jednocześnie, będzie jej łatwiej to wszystko znieść. W końcu zawsze, kiedy odwiedzała to miejsce, robiła wszystko, byleby zająć czymś myśli i nie mieć czasu na to, żeby zatracać się we wspomnieniach.
– Isabeau, wszystko w porządku? – zapytał dla zasady Carlisle, obserwując ją.
Skinęła głową, z ulgą odnotowując, że po wcześniejszym niezręcznym milczeniu nie było już ani śladu. Jeśli ktoś w tej trójce był pamiętliwy, to zdecydowanie był to ona – Carlisle i Esme najwyraźniej nie potrafili zmienić sposobu, w jaki ją traktowali, skoro dla nich była już częścią rodziny.
– Nic mi nie jest – powiedziała na głos, żeby zabrzmiało to bardziej przekonująco. – To po prostu... No cóż, wróciłam do domu – westchnęła. Podeszła do łuku i położyła dłoń na wewnętrznej jego stronie, badając palcami wytłoczone wzory, które zdobiły kamień w tym miejscu. – To główne wejście, najpiękniejsze ze wszystkich. Dla zabawy nazywamy je Piekielną Bramą, chociaż to naturalnie wyolbrzymienie faktów – zapewniła, wywracając oczami.
– Dość specyficzne poczucie humoru – zauważyła mimochodem Esme, nie odrywając wzroku od zdobień łuku.
Isabeau uśmiechnęła się.
– Dość specyficzni mieszkańcy – dopowiedziała. – Nie wszyscy to idioci. Ale część owszem – przyznała nieco niechętnie, krzywiąc się demonstracyjnie. Osobiście miałam ochotę zrobić coś więcej niż tylko zrobić Rileyowi wargę, ale to też na początek dobre – pochwaliła, nie mogąc powstrzymać się od roześmiana na samo wspomnienie.
Esme spojrzała na nią speszona, bez wątpienia z premedytacją unikając spoglądania na Carlisle'a. Isabeau mogłaby przysiąc, że gdyby wampirzyca mogła się zarumienić, w tym momencie policzki by jej płonęły.
– Uderzyłam go przypadkiem – mruknęła.
Isabeau znów się roześmiała.
– Oczywiście, że przypadkiem – zgodziła się, kiwając głową. – Gdyby to było specjalnie, celowałabyś niżej – stwierdziła, odsłaniając w uśmiechu równe białe zęby.
Miała ochotę jeszcze podrażnić się z Esme – to zdecydowanie rozluźniało atmosferę, poza tym działało na nią kojąco – ale wtedy jej uwagę postanowił zwrócić Carlisle.
– To po łacinie? – zapytał ją, zwracając uwagę na czterowierszowy tekst, który pięknym charakterem pisma ktoś wyrył na zakrzywieniu łuku tuż nad ich głowami. – Kiedyś się tego uczyłem, ale tych słów akurat nie poznaję.
Isabeau nawet nie musiała patrzeć na pozłacane, zdobione kwiatowymi motywami litery; znała je na pamięć.
– To nie łacina. To język pierwotnych – sprostowała. Westchnęła, widząc ich zdezorientowane spojrzenia. – Proszę, to oczywiste, że wampiry cywilizacyjnie zawsze wyprzedzały ludzi. To, że się o pierwszych nie słyszy, nie znaczy, że już ich nie ma – przypomniała. – Mogliśmy przetrwać jedynie pod warunkiem, że nikt się o nas nie dowie. Jesteśmy mistrzami kamuflażu i to do tego stopnia, że ostatecznie znamienita część naszych pobratymców nie ma pojęcia o naszej kulturze i osiągnięciach – stwierdziła cicho, zastanawiając się, jak najlepiej im wszystko opowiedzieć.
Uniosła głowę i jednak spojrzała na napis.
A potem wyrecytowała:

Dzieci nocy
Wybrani, ocaleni
Na wieczność w ciemności
Ku chwale Selene

Westchnęła, po czym ponownie spojrzała na Cullenów. Dopiero zamierzała im wszystko wytłumaczyć, ale na to potrzebowała więcej czasu, dlatego skupiła się na tym, co w tym momencie było najważniejsze.
– To nie jest świat, jaki znacie. Tak po prawdzie, gdybym wam nie towarzyszyła, to byłoby jak misja samobójcza. W tym miejscu liczy się hierarchia, a ta takich jak wy stawia niestety niemal na równi z ludźmi. Teoretycznie jako hybryda jestem po środku, ale praktycznie wygląda to nieco inaczej, bo liczą się przede wszystkim znajomości i pozycja, a ja – uśmiechnęła się blado – mam w tym miejscu coś do powiedzenia.
Carlisle powoli skinął głową.
– Zmierzasz do tego, że raczej nie mamy oczekiwać przyjaźnie nastawionych wampirów, które mają awersję do zabijania – stwierdził zaskakująco spokojnie.
– Otóż to. Tutaj podstawą jest właśnie zabijanie – poprawiła go. – Zresztą, sami zobaczycie. Nie ma teraz na to czasu – przypomniała i chciała ruszyć się z miejsca, ale doktor ją zatrzymał.
– Wszystko rozumiem, ale mogłabyś mi jeszcze wyjaśnić, co to jest? – zapytał, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać.
Isabeau ponownie spojrzała na łuk, a konkretnie na jego prawą stronę, gdzie dostrzegła wytłoczone cztery charakterystyczne symbole. Na samej górze znajdowała się okazała róża, której – jak wiedziała – płatki w rzeczywistości powinny być niemal czarne. Kolejnym symbolem był sierp księżyca – na skale praktycznie bezosobowy, ale potrafiła wyobrazić sobie jego smukły kształt i srebrną barwę. Tuż pod nim znajdowała się wilcza łapa, a jeszcze niżej – przeszyte strzałą serce.
Dziewczyna westchnęła; musiała im powiedzieć, ale absolutnie nie czuła się na to gotowa. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa