16.01.2013

Sto dwadzieścia siedem


Renesmee
Powrót do ciała był jednym z najgorszych doświadczeń, pomijając oczywiście tortury Jane i rozchodzący się po ciele jad. Obudziłam się gwałtownie i chociaż leżałam, w głowie mi wirowało i było mi niedobrze. Imię Gabriela cisnęło mi się na usta i siłą musiałam się powstrzymywać przed szlochem i wzywaniem ukochanego; to pożegnanie sprawiało niemal fizyczny ból.
Spróbowałam otworzyć oczy, ale udało mi się to dopiero przy którymś z kolei podejściu. Nie wiedziałam, czy to gorączka, czy efekt uboczny tego, co doświadczyłam, ale ciało miałam jak z ołowiu i nie byłam w stanie się ruszyć. To odkrycie omal nie przyprawiło mnie o atak paniki, zamknęłam więc na powrót oczy i wzięłam kilka głębszych wdechów. Dziadek kazał mi odpoczywać, a w tej sytuacji pewnie kazałby mi się uspokoić i nie spieszyć, bo to chwilowe i wszystko jest w porządku. Przynajmniej chciałam w to wierzyć.
Byłam wykończona, więc sama wkrótce opadłam z sił i przestałam walczyć o podniesienie się. Leżałam po prostu z zamkniętymi oczami, nasłuchując, nic jednak do mnie nie dochodziło – w promieniu kilometrów z pewnością nie było żadnej ruchliwej drogi, czego mogłam się spodziewać.
Musiałam gromadzić informacje, żeby jakoś się bliskim przydać, jeżeli chciałam się stąd wydostać – jeśli nie dla siebie, to przynajmniej dla dzieci, póki jeszcze Lawrence nie był w stanie mi ich odebrać. Myśl o Alessi i Damienie zadziałała w jakimś stopniu mobilizująco, bo – choć z trudem – udało mi się unieść dłoń i położyć ją na brzuchu; poczułam pocieszające, delikatnie kopnięcie, jakby maluchy wiedziały, co przeżywam i chciały zapewnić mnie, że będzie dobrze.
Zastanawiałam się właśnie, czy to znaczy, że są na tyle rozwinięte, żeby tacie albo Gabrielowi udało dowiedzieć się o czym myślą, kiedy usłyszałam dźwięk przekręcanego klucza w zamku. Zamarłam i zdwoiłam czujność, kiedy ktoś wszedł do mojego – z braku lepszego określenia – „pokoju”.
– Pobudka, śpiąca królewno – zagruchała Taylor, a mnie serce zamarło. – Lawrence uważa, że powinnyśmy przejść się na spacer – oznajmiła i po tonie poznałam, że niezbyt jej się ten pomysł podoba.
– Nie bądź złośliwa, Taylor – skarcił ją ktoś, jakiś obcy głos. – Hej, wszystko gra? Wiem, że nie śpisz, ale nie wydajesz się być w dobrej formie – przyznał męski głos, który mógłby zabrzmieć nawet przyjaźnie, gdyby nie sytuacja.
Usłyszałam, że Taylor wzdycha i prawdopodobnie wywraca oczami, po czym mamroce coś o tym, żebyśmy robili co chcemy i wychodzi. Nieco uspokojona zniknięciem tej sadystki, zmusiłam się do otwarcia oczy; zaledwie metr od mojej twarzy napotkałam spojrzenie zielonych tęczówek, dziwnie smutnych. Nieznajomy z pewnością był przystojny, poza tym miał rude włosy, co upodabniało go nieco do mojego ojca i sprawiało, że czułam się przy nim pewniej.
– Cześć. – Odsunął się nieco speszony, nagle uświadamiając sobie niewielką odległość która nas dzieliła. – Jestem Dylan – dodał, wysilając się na niepewny uśmiech.
Miałam mu odpowiedzieć, ale ledwo spróbowałam się podnieść, czy wykrztusić chociaż słowo, znów wróciły do mnie mdłości. Dylan w porę podsunął mi miskę do której zaraz zwymiotowałam – widać nie było szans, żebym inaczej uspokoiła swój żołądek.
– Przepraszam – westchnęłam, ocierając usta. Czułam się okropnie nawet jak ktoś z mojej rodziny czy Gabriel musiał przyglądać się jak zmagam się z porannymi mdłościami, a co dopiero ktoś obcy. – Nie powinieneś tego oglądać. Masz rację, nie jestem w formie – przyznałam, prostując się na łóżku niczym struna i uspokajająco głaskając wzdęty brzuch.
– Nic się nie stało – zapewnił mnie Dylan, odstawiając gdzieś na bok miskę, żebym nie zwymiotowała raz jeszcze. – To co, mam przekazać Lawrence'owi coś w stylu: „pieprz się, szaleńcu”? Chyba nawet by się nie zdziwił, skoro cię porwaliśmy – stwierdził, wzruszając ramionami.
Parsknęłam nieco wymuszonym śmiechem. Perspektywa była bardzo kusząca, podobnie jak dalszy odpoczynek – kojarzące mi się ze szpitalem czy nie, łóżko było bardzo wygodne, a dziadek kazał mi odpoczywać – ale nie mogłam przecież rozeznać się w sytuacji, siedząc w pokoju i posłusznie czekając aż dzieci spróbują wygryźć się na zewnątrz albo któryś z telepatów postanowi sprawdzić, czy jest mi w stanie zrobić cesarskie cięcie.
– Nie, wolę go nie denerwować – usprawiedliwiłam się przed Dylanem, niezdarnie próbując się podnieść; nawet siadanie było trudne, o wstaniu zaś nie miałam nawet co marzyć.
– Widać, że masz związek z Licavolimi – zachichotał Dylan, bez pytania biorąc mnie na ręce. – Niezdrowy upór i niezależność – ocenił, a ja powstrzymałam się od pytania, czy któregokolwiek z nich zna.
Dylan wyszedł na korytarz, a ja nieco przytomniej niż za pierwszym razem, zaczęłam rozglądać się dookoła. Mój pokój musiał być zaopatrzony w ogrzewania, bo różnica temperatur była wyraźna; skuliłam się i owinęłam kurtką Gabriela, którą wciąż miałam na sobie, co bardzo mnie cieszyło, bo przesiąknięta jego zapachem, pozwalała mi wyobrażać sobie, że ukochany mnie obejmuje i cały czas jest obok.
Był kolejnym powodem, dla którego musiałam walczyć. Kochał mnie, tak mocno jak jego ojciec Gabriellę – widziałam to, kiedy tak na mnie patrzył i byłam boleśnie świadoma, że jeśli coś mi się stanie, Gabriel stanie się taki, jakim go widziałam, kiedy polował na ludzi. Szalony i potężny; niebezpieczny.
Nie byłam na niego za to zła, chociaż chyba nigdy nie miałam zapomnieć masakry, jaką zorganizował w lesie. Potrzebował mnie, a ja jego – i nie mogłam dopuścić, żeby skończył jako pozbawiona duszy istota, maszyna do zabijania. Musiałam się stąd jakoś wydostać i to za wszelką cenę.
Dylan był zaskakująco pozytywnie nastawiony do mojej osoby, chociaż coś mi podpowiadało, że gdybym spróbowała go zaatakować albo uciec, byłby zdolny nawet zabić, nieczuły na to, że jestem w ciąży. Był jednym z nich i wierzył w ideały Lawrence'a, więc usposobienie nie miało związku – był moim wrogiem, tak jak inni.
A jednak obserwując go zaczęłam się zastanawiać, czy pozostali również są tak bardzo ludzcy. Drake miał swoje zasady obchodzenia się z kobietami – potwór czy nie, był dla mnie dobry. Dylan także – nawet teraz niósł mnie delikatnie, świadom każdego ruchu. A może po prostu bał się, że znów mnie zemdli i na niego zwymiotuję.
Tym razem w korytarzach panował większy ruch. Przypominały nieco labirynt drzwi i parawanów, niektóre pomieszczenia bowiem zostały poprzedzielane pasmami materiałów. Telepaci w różnych miejscach zorganizowali sobie własne pokoje, wyposażone lepiej bądź gorzej – tyle zdążyłam wywnioskować, zerkając do tych pomieszczeń, które nie były zamknięte albo zasłonięte parawanami.
Zrobili tutaj sobie mieszkanie, uświadomiłam sobie. Każde z nich miało jakiś swój kąt; mieszkali pojedynczo albo grupkami, jak w internacie czy czymś podobnym. To było tak nieprawdopodobne, że aż wydawało mi się dziwne, z drugiej jednak strony, to przecież były dhampiry, takie jak ja czy Gabriel, i potrzebowały warunków do spania i egzystowania.
Niestety, takie zmiany tym bardziej utrudniały mi stwierdzenie do czego stary budynek mógł kiedyś służyć, więc szpiegiem byłam marnym i ogólnie wróciłam do punktu wyjścia. To odkrycie było frustrujące, ale przecież nie mogłam pozwolić sobie na łzy – nie teraz, w towarzystwie.
Minęliśmy z pięć różnych osób, pół-wampiry i pół-wampirzyce; większości z nich nie znałam, ale twarz jednej dziewczyny wydała mi się znajoma i chyba widziałam ją w jednym ze swoich dziwnych snów, kiedy wraz z Drake'm atakowała mnie na odległość. Nie zwróciła na mnie i Dylana większej uwagi, co było miłą odmianą, bo pozostali zwykle zerkali na mnie z ukosa i uśmiechali się tryumfalnie – najwyraźniej kolejne nieudane próby dostania się do mnie tak dały im w kość, że cieszyli się ze spokoju.
– To Becca – wyjaśnił mi na ucho Dylan; przedstawiał mi wszystkich mijanych, ale z powodu gorączki i tak zaraz zapominałam ich imiona i twarze. – Była trochę rozczarowana, jak bliźniaczki cię przyprowadziły. Zwykle koordynowała każdą akcję z udziałem kropli astralnych, bo robi to z nas najlepiej, a teraz czuje się niepotrzebna.
– Mhm – mruknęłam jakże inteligentnie, starając się ukryć, że wzmianka o kroplach astralnych jakkolwiek na mnie działa; nie chciałam na razie myśleć o tym, że to dzięki dzieciom byłam zdolna zrobić coś tak wymagającego.
Dylan na szczęście nie należał do osób spostrzegawczych, a nawet jeśli, taktownie o nic nie pytał, woląc milczeć. Ogólnie wyglądał mi na samotnika i miałam wrażenie, że czuje się osaczony, mieszkając pod jednym dachem z tyloma nieśmiertelnymi.
Minęliśmy cześć budynku, którą Dylan określił „dzielnicą mieszkalną”, na powrót znajdując się w miejscu, w którym obudziłam się po raz pierwszy – olbrzymiej hali, przenikliwie zimnej i nieprzyjaznej. Materac i łańcuch wciąż leżały na swoim miejscu i cała zesztywniałam, bo wolałam już nawet swoje szpitalne łóżko, niż to miejsce; nie zamierzałam po dobroci dać się znów do tego przykuć, chociaż raczej mój głos się w tym miejscu nie liczył.
– Hej, wycziluj. – Dylan zauważył moje zdenerwowanie. – Ty jesteś w porządku, więc my też. Po prostu pokazuję co naszą salę główną. – Wzruszył ramionami, po czym okręcił się ze mną tak, że chcąc nie chcąc rozejrzałam się dookoła. – To największe pomieszczenie i jakoś mieściły się tutaj razem, więc teoretycznie można by to uznać za miejsce zebrań, ale mamy też tutaj coś na kształt sali gimnastycznej, bo jest dość miejsca, żeby sobie powalczyć.
Słuchałam go, ale bez zainteresowania, próbując stwierdzić, czy któryś z odbiegających od tego miejsca korytarzy, może prowadzić do wyjścia. Oczywiście Dylan nie był idiotą, żeby pokazać mi drzwi, ale liczyłam, że dostrzegę cokolwiek, co można by uznać za pomocną wskazówkę, gdybym miała sposobność, żeby się stąd wydostać.
Dylan westchnął, zwracając na siebie moją uwagę. Jego zielone oczy powędrowały ku górze, jakby nade mną ubolewając.
– Dam ci dobrą radę: nie szukaj wyjścia – powiedział spokojnie. – I nie próbuj uciekać, bo to się źle skończy. Lawrence'owi zależy głównie na twoich dzieciach, ale nie zamierza ci zabić. A możesz mi wierzyć, że są rzeczy gorsze niż śmierć – oznajmił i zminy dreszcz przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa.
– Ja nie… – zaczęłam.
Uśmiechnął się smutno.
– Nie szukasz wyjścia, jasne – dokończył za mnie. – To po prostu drobna sugestia z mojej strony, bo naprawdę szkoda by było, gdybyśmy musieli cię skrzywdzić. A tak przynajmniej wiesz, co ryzykujesz i może głupie pomysły nie przyjdą ci do głowy. – Obrócił się w stronę z której przyszliśmy. – Dobra, to może teraz…
– Dylan! – Znajomy głos dobiegł nas od strony jednego z obcych mi korytarzy. Twarz chłopaka pierwszy raz rozjaśnił szczery uśmiech, który objął rownież jego wiecznie smutne oczy, ja z kolei zamarłam, całkowicie wytrącona z równowagi. – Szukałam cię – oznajmiła Layla, w ułamku sekundy pokonując dzielącą nas odległość.
Wyglądała znakomicie, zupełnie jakby przejście na złą stronę doszło jej energii. Długie włosy miała spięte ozdobną spinką w luźny kucyk, kilka niesfornych kosmyków opadało jej na twarz. Z jej błękitnych oczu i całej smukłej sylwetki zdawał się emitować ogień, wydawała się poza tym być tak bardzo pewną siebie, jak chyba nigdy jej nie widziałam. Wyglądała groźnie i pięknie jednocześnie, chociaż określenia te pasowały jak do tej pory jedynie do młodszej siostry Gabriela.
Najkrócej mówiąc, przypominała mi jaśniejący płomień, który zwykle był jej posłuszny. Nie byłam pewna czy to dobrze, czy źle.
– Och… – wyrwało jej się, bo w końcu mnie dostrzegła. – Cześć – mruknęła nieco speszona, co być może znaczyło, że w jakimś stopniu czuje się winna tego, że zwróciła się przeciwko nam. Byłabym naiwna, gdybym liczyła na więcej. – Lawrence kazał mi cię znaleźć – zwróciła się do Dylana, a ja pojęłam, że to nie tyle moja osoba, ale obecność rudzielca ją peszy.
– Już do niego idę – zapewnił Dylan. – Dzięki, Lay – dodał, nie spuszczając oczu z blond włosej pół-wampirzycy. – Mówił, co z nią? – zapytał, zerkając przelotnie na mnie.
– Szukał cię, bo ona miała być z tobą – sprostowała Layla szorstkim, profesjonalnym tonem. – Jest gdzieś przy tych pustych salkach, których jeszcze nie zagospodarowaliśmy, więc go znajdziesz – stwierdziła i spróbowała go wyminąć, ale niby to przypadkowo zastąpił jej drogę. – Co? – zirytowała się; widać było, że chce jak najszybciej znaleźć się z dała od niego.
– Ja… – Dylan westchnął zrezygnowany, widząc, że nie wygra z jej wrogością. – Ładnie dzisiaj wyglądasz, Laylo – powiedział w końcu.
Nie odpowiedziała, a po prostu przepchnęła się obok nas i niemal biegiem zniknęła w korytarzu, odwracając twarz. Chociaż widziałam ją przez zaledwie ułamek sekundy, mogłabym przysiąc, że policzki jej płonęły, a w błękitnych oczach zebrały się łzy.
Dylan przez chwilę patrzył za nią, chyba całkowicie zapominając o tym, że ma mnie na rękach, w końcu jednak, zawiedziony, wymamrotał coś o tym, że musimy się pośpieszyć i ruszył w kierunku korytarza, którym przyszła siostra Gabriela. Nieco zdezorientowana, w myślach przeanalizowałam całą scenę, dochodząc do dość oczywistych wniosków.
Między Laylą a Dylanem coś było – i chyba o coś się pokłócili albo po prostu coś stało im na przeszkodzie. Lay unikała Dylana i chłopak wyraźnie z tego powodu cierpiał. To odkrycie w jakimś stopniu mnie zaskoczyło, bo cały czas zapominałam, że telepaci nie są tak bezdusznymi istotami za jakie je uważałam. Rownież kochali.
Przestałam o tym myśleć, na powrót skupiając się na obserwacji. Ta część budynku wydawała się opustoszała i bardziej prawdopodobne było, że uda mi się zorientować do czego miejsce to pierwotnie wykorzystywano. Niestety, niewiele miałam szczęścia, bo wszystkie przedmioty, jakie udało mi się dostrzec, były albo nowe, albo przykryte olbrzymimi białymi płachtami, które utrudniały rozpoznawanie kształtów, nie mogłam więc nawet zgadywać.
Lawrence dosłownie zmaterializował się przed nami, a przynajmniej tak mi się na początku wydawało, bo nie zauważyłam uchylonych drzwi po jego lewej stronie. Na nasz widok jego twarz rozjaśnił uśmiech, chociaż widać było, że coś wcześniej musiało go zdenerwować.
U jego boku stała niska dziewczyna o dość nieprzeciętych krągłościach i czarnych, lśniących włosach, sięgających jej do pasa. Oczy miała szare i bez wyrazu, trochę jak krople astralne, które atakowały mnie w snach.
Tuż za dziewczyną i byłym pastorem stała… Shelby. Indianka rzuciła mi krótkie spojrzenie, po czym dumnie odwróciła głowę. Wiedziałam, że jedynie zgrywa opanowaną – wśród licznych nieśmiertelnych czuła się osaczona.
– Witaj, Kristin – mruknął cicho Dylan, stawiając mnie na ziemi i podtrzymując, żebym przypadkiem nie zasłabła. Ciemnowłosą mrugnęła do niego porozumiewawczo. – Layla… – zaczął, zwracając się do Lawrence'a, ale wampir przerwał mu niecierpliwym machnięciem ręki.
– Tak, tak, szybko się usunęła – rzucił, chociaż raczej nie było w tym pochwały, a po prostu stwierdzenie faktu. – Dobrze znów cię widzieć, Renesmee – dodał, zwracając się do mnie. – Chociaż chyba wciąż nie jesteś w formie – zauważył.
– Nic mi nie jest – odpowiedziałam machinalnie. – To ciąża, już się przyzwyczaiłam – dodałam, chcąc uciąć temat mojego zdrowia i nie wdawać się z nim w jakiekolwiek dyskusje.
– Wiem. – Skinieniem głowy nakazał towarzyszącym mu dziewczynom się oddalić. Przechodząc obok, Shelby rzuciła mi znaczące spojrzenie, którego nie zrozumiałam. – Ach ta Kristin, trochę jej to zeszło – westchnął w zamyśleniu, po czym zamrugał i ponownie skupił wzrok na mnie. – Mówiłem ci już, że nie chcę twojej krzywdy. Dzieci też nie – dodał. – Sądzisz, że nie braliśmy różnych rozwiązań pod uwagę? Trzeba przyznać, mój syn ma tę zaletę, że jest lekarzem i byłby w stanie zminimalizować zagrożenia porodu, ale ja rownież nie jestem głupi. W końcu chodzi tu o moją… prawnuczkę i jej dzieci. – Zachichotał. – Ach, czas jest taki nieubłagany… Dziękuje ci, Dylanie. Poradzimy sobie – dodał, sprawnie przejmując mnie od chłopaka; lodowate ramiona owinęły się wokół mojej talii, a ja doznałem małego szoku termicznego.
Dylan skinął głową i pospiesznie się oddalił, nawet się na mnie nie oglądając. Nie miałam mu tego za złe – w końcu miał swoje problemy, a ja nie musiałam go obchodzić – co jednak nie zmieniało faktu, że wraz z nim zniknęły resztki poczucia bezpieczeństwa, które miałam; pragnęłam za nim zawołać, ale oczywiście się powstrzymałam.
– Chodź, chodź… – Lawrence zdawał się nie dostrzegać, że jestem zaniepokojona. Podtrzymując mnie, stanowczo wepchnął mnie do pokoju, w którym do tej pory był z Shelby oraz Kristin. – Chcę, żebyś kogoś poznała – oświadczył.
Nie miałam większego wyboru, poza tym wampir dawał mi oparcie, a upadek w moim stanie mógłby się źle skończyć. Posłusznie weszłam do środka, pośpiesznie rozglądając się dookoła. Pokój faktycznie należał do tych niezagospodarowanych, jak określiła Layla, bo nie było w nim jak na razie nic, prócz nagich ścian i wyjątkowo czystej podłogi. Wszystko wskazywało na to, że telepaci są w trakcie organizowania tego miejsca, chociaż nie miałam pojęcia, co też mogli planować.
Przywykłam już do tego, że otaczają mnie bijące serca i oddechy, dlatego wcześniej nie zorientowałam się, że po tym, jak zostałam sama z Lawrence'm, wciąż słyszę więcej niż tylko puls należący do mnie. W pokoju był człowiek, mężczyzna ściślej mówiąc – natychmiast się zorientowałam, pokój bowiem był wypełniony zapachem ludzkiej krwi od której momentalnie zapiekło mnie w gardle. Dzieci były głodne i mnie się to udzielało, bliscy bowiem zdążyli rozpieścić mnie na tyle, że dostarczałam maluchom krwi nawet dwa razy dziennie.
Nieznajomy uniósł głowę i mogłam dokładniej mu się przyjrzeć. Miał może ze trzydzieści lat, nie więcej; jak na swój wiek wyglądał zaskakująco młodo. Wyglądał trochę jak szkielet – to było pierwsze skojarzenie, jakie nasunęło mi się na widok jego szczupłej sylwetki. Wydawał się bardzo kruchy, chociaż spojrzenie piwnych oczu miał zdecydowane, kiedy zaś weszłam, spojrzał na mnie z niejaką fascynacją i machinalnie przeczesał palcami ciemne, gęste włosy.
– To jest Sebastien – wyjaśnił mi Lawrence, zaciskając dłoń na moim ramieniu, żeby nie ryzykować, że przypadkiem mężczyznę zaatakuję. – Nie mamy zbyt wielu możliwości, jeśli chodzi o medycynę – większość tutaj to dzieciaki, którym wydaje się, że kilkaset lat życia czyni ich nie wiadomo jak doświadczonymi. Każde z nich zabiłoby cię i dzieci, gdyby pojawiło się chociaż trochę krwi, więc na pomoc z naszej strony nie masz nawet co liczyć. – Westchnął. – Ale Sebastien to już inna bajka. Nie zna się na wampirach, więc będziesz musiała mu to i owo wyjaśnić, ale przynajmniej jest lekarzem. Wiesz, dziecko, jak wie się, gdzie szukać, można znaleźć bardzo wielu zwykłych ludzi, którzy zrobią wszystko, żeby nam się jakoś zasłużyć – szepnął mi do ucha, tak, żeby mężczyzna nas nie usłyszał.
Nie wiele zastanawiałam się nad jego słowami. Człowiek, lekarz na dodatek, to nie było najlepsze połączenie, jeśli oczekiwał, że będę posłuszną pacjentką. Nie pozwalałam nawet, żeby tknął mnie Carlisle – przynajmniej początkowo – nie było więc nawet mowy, żebym dała tknąć się komuś, kto samym spojrzeniem zdradzał, że to dla niego bardzo ciekawy przypadek naukowy. O nie, zdecydowanie zamierzałam się bronić – chyba musiałby mnie przymusić siłą, żebym chociaż pozwoliła się dotknąć.
Lawrence zwrócił się do Sebastien'a, jak gdyby nigdy nic:
– Wiesz, jaka jest umowa, więc sadzę, że nie ma nic do dodania – stwierdził. – Starczy słowo i zorganizujemy ci tutaj wszystko, co będzie potrzebne, w miarę możliwości oczywiście. Ona wszystko ci wyjaśni, a przynajmniej mam nadzieję, że jest na tyle rozsądna, żeby to zrobić. Pamiętaj tylko, że pomyłka nie wchodzi w grę – przypomniał takim tonem, że przeszły mnie ciarki, chociaż jego słowa nie były przeznaczone dla mnie. – Sądzę, że teraz was zostawię, żebyście mogli porozmawiać. Ktoś potem tutaj przyjdzie – obiecał, wycofując się w stronę drzwi.
Zamknął je za sobą na klucz, ale nie byłam pewna, czy to dlatego, że oboje byliśmy tutaj uwięzieni, czy raczej obawiał się, że bez trudu obezwładnię człowieka i ucieknę. Nie wiedziałam i nie obchodziło mnie to; czułam się zagrożona i jedyne, czego pragnęłam, to móc bronić dzieci.
Mimo zawrotów głowy i pieczenia w gardle, stanęłam w pozycji obronnej, a spomiędzy moich warg wyrwało się ciche warknięcie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa