
Claudii nie
było w mieszkaniu. W pierwszym odruchu Claire poczuła się tym zaniepokojona,
póki nie nabrała pewności, że ciotka nie zabrała żadnych swoich rzeczy.
Przeciwnie – wyglądało na to, że w zapasach pojawiło się więcej ziół i wciąż zapakowane
świece z metkami, co świadczyło dobrze. To uspokoiło dziewczynę na tyle, by z
ulgą opuściła kamienicę, planując wrócić później.
Pomyślała,
że w końcu powinna wymóc na wampirzycy noszenie telefonu. Co prawda sama
Claudia już raz oburzyła się na podobny pomysł, a teraz Claire znalazła
porzuconą, wyłączoną komórkę na kanapie, ale przecież musiał istnieć jakiś
sposób, by wampirzycę przekonać. Claire pomyślała, że mogła zaryzykować
argument, że powinny być w kontakcie na wypadek, gdyby Isabeau znów zaczęła jej
szukać. Po wszystkim, co wydarzyło się ostatnio, trzymanie ręki na pulsie
wydawało się rozsądne. Nawet trwająca w przeszłości, konserwatywna wiedźma
musiała przyznać jej w tym rację.
Był jeszcze
Oliver, choć i jego Claire nie zastała na miejscu. Jeśli ciotka okazałaby się
wyjątkowo oporna, podrzucenie komórki jemu brzmiało jak dobry plan. Wciąż mogli
wymieniać SMS-y, zresztą wydawał się idealną osobą, by mieć wampirzycę na oku.
Jakby w
odpowiedzi na te rozważania, telefon Claire zawibrował. Jeszcze nim zerknęła na
wyświetlacz, dobrze wiedziała czyje imię zobaczy.
Westchnęła,
nie od razu decydując się odpowiedzieć. Na moment przystanęła, opierając się
plecami o ścianę pobliskiego budynku i wymownie spoglądając w zachmurzone
niebo. Zbierało się na deszcz, co w przypadku Seattle nie było niczym nowym,
choć przynajmniej na razie pogoda pozostawała znośna. Miała nadzieję, że zdąży
wrócić przed ulewą, zwłaszcza że nie zabrała ze sobą parasola. W końcu
planowała spędzić popołudnie z Claudią, nim ta ostatecznie popsuła jej plany.
Wiedziała,
że Razjel chciał się z nią zobaczyć. Sama również tego pragnęła, choć na
wspomnienie ostatniego spotkania wciąż robiło jej się gorąco. Uświadomiła
sobie, że… wyczekiwała tego, tym bardziej że miała mu wiele do powiedzenia.
Chciała pożalić się na Claudię, na ojca, na wszystko co się wydarzyło. W
którymś momencie stał się jej bezpieczną przystanią, nawet jeśli nie był w
stanie magicznie załagodzić wszystkiego, co ją dręczyło.
Była
jeszcze Jocelyne i wyjazd do Virginii, o którym wiedziała jedynie tyle, że nie
poszedł tak, jak kuzynka sobie założyła. W krótkiej rozmowie przez telefon
jedynie podziękowała za łańcuszek z pentagramem i Claire czuła, że chciała
powiedzieć coś więcej, ale nawet bez pytania dało się wyczuć, że to był temat
na rozmowę w cztery oczy. Wiedziała, że kuzynka miała wrócić do domu dzisiaj
wieczorem, ale dręczenie jej zaraz po przyjeździe wydawało się niewłaściwe.
Tym
bardziej mogła spotkać się z Razjelem. Z drugiej strony…
„Nie jesteś
mi obojętna…”
Usta
zapiekły ją na samo wspomnienie. Serce zabiło szybciej, jakby pragnąc wyrwać
się na zewnątrz. Jednocześnie poczuła jak coś przewraca jej się w żołądku.
Wsunęła telefon do kieszeni, w pośpiechu ruszając się z miejsca, byleby tylko
pozostać w ruchu. Z jakiegoś powodu czuła się jakby uciekała, choć wcale nie
chciała tego robić. A jednak znów to robiła, choć mogła przysiąc, że wszelakie
wątpliwości zniknęłyby, gdyby stanęła oko w oko z Razjelem.
Nie chciała
tego robić. Wystarczyłaby jedna wiadomość, by Razjel pojawił się przy niej
choćby zaraz, a jednak…
Niebo
otworzyło się. Pierwsze krople deszczu spadły na ziemię, jedynie nieznacznie
zmieniając dynamikę wiecznie tętniącego życiem Seattle. Ludzie wciąż tłoczyli
się na ulicach, przyspieszając kroku; niektórzy wyjęli parasole, przyzwyczajeni
do niepewnej pogody stanu Waszyngton. Claire lawirowała między nimi, bez
większego skupienia podążając znaną już drogą, przez co z opóźnieniem
uświadomiła sobie, że jest bardzo blisko klubu Alice. Mogła się tam schować,
jeśli rozpadałoby się na dobre, ale wcale nie była pewna, czy ma na to ochotę.
Telefon
zawibrował ponownie.
Znów
przystanęła, w zamyśleniu stukając paznokciem w ekran. Zawsze stawiasz na
swoim, co?, pomyślała z przekąsem. Razjel nie należał do najbardziej
cierpliwych osób. Oczywiście, że nie podobało mu się to, że zwlekała z
odpowiedzią.
Mogła się z
nim spotkać. Jasne, że tak, ale…
Nagły ruch
za plecami wyrwał ją z zamyślenia. Zaraz po tym wszystko potoczyło się
błyskawicznie, nie dając dziewczynie choćby sekundy na reakcję.
Lodowate
dłonie owinęły się wokół jej talii. Nie zdążyła nawet krzyknąć, kiedy została
odciągnięta do tyłu, wprost do bocznej uliczki. Natychmiast szarpnęła się,
gotowa walczyć. Telefon wypadł jej z ręki, ale z jakiegoś powodu nie upadł na
chodnik.
Zacisnęła
dłonie w pięści. Bez zastanowienia zamachnęła się na swojego przeciwnika,
gwałtownie okręcając na tyle, by stanąć z nim twarzą w twarz.
A potem już
tylko stała i patrzyła na zmieszanego Lucasa, który jak gdyby nigdy nic oddał
jej pochwycony w powietrzu telefon.
– Ciebie
też miło widzieć – stwierdził i zabrzmiało to niemal pogodnie.
– Lucas…
Ciało
zareagowało szybciej niż umysł. Zamiast go uderzyć, zwiesiła ramiona,
bezceremonialnie zarzucając rzucając mu się na szyję. Natychmiast odwzajemnił
gest, zamykając ją w zdecydowanym, pewnym uścisku.
Zrozumienie
pojawiło się dopiero chwile później – wystarczające, by odskoczyła od niego jak
oparzona, odtrącając obejmujące ją ręce.
–
Zwariowałeś?! Co ty robisz i…? – Urwała, z niedowierzaniem potrząsając głową. –
Co tu robisz?! – dodała i zabrzmiało to niemal oskarżycielsko.
– Wiesz…
spodziewałem się trochę większego entuzjazmu.
Aż
parsknęła, wciąż niedowierzając temu, co słyszy. Cofnęła się o krok, nerwowo rozglądając
dookoła, by upewnić, że nikt nie zwrócił na nich uwagi. Z ulgą przyjęła to, że przechodnie
wydawali się absolutnie nieczuli na to, że ktoś dosłownie wciągnął ją do
zaciemnionej alejki z głównej ulicy. Nie żeby ktokolwiek miał szansę zauważyć
błyskawicznie poruszającego się wampira, ale wciąż – ryzyko było ostatnim,
czego w tej chwili potrzebowali.
Przed nią
zaś w istocie stał Lucas. Wyglądał niemal zwyczajnie, nonszalancko opierając
się o ścianę. Uśmiechnął się przepraszająco, nadal ściskając jej komórkę.
Jedynie lśniące w półmroku czerwone oczy zdradzały, że cokolwiek było nie tak.
To i obojętność z jaką reagował na coraz intensywniej padający deszcz.
Instynktownie
sięgnęła po telefon. Wampir uniósł ręce w obronnym geście, jakby podejrzewając,
że jednak mogłaby rzucić się na niego z pięściami. Dopiero wtedy Claire
uświadomiła sobie, że wciąż zaciskała dłonie i z trudem zmusiła się, by nad tym
zapanować.
–
Przestraszyłeś mnie – mruknęła, spuszczając z tonu. – Ja… Nie rób tak więcej.
– Ach…
Przekrzywił
głowę. Było coś dziwnego w sposobie, w jaki na nią patrzył – zbyt
przenikliwego, jakby coś zmieniło się od ich ostatniego spotkania twarzą w
twarz. Wystarczająco, by poczuła się nieswojo i odruchowo cofnęła, niemal
wpadając plecami na ścianę. Dopiero to wyrwało Lucasa z zamyślenia na tyle, by
dziwne wrażenie zniknęło, kiedy w końcu odwrócił wzrok.
– Więc? –
Claire odchrząknęła, tym razem siląc się na łagodniejszy ton. – Co tutaj
robisz? I to jeszcze w środku miasta. Ludzie tutaj nie są przyzwyczajeni do
widoku czerwonych oczu, więc…
– Myślisz,
że o tym nie pomyślałem? Daj spokój Claire.
Ze świstem
wypuściła powietrze, uświadamiając sobie jak to zabrzmiało. Zupełnie jakby nie
miała przed sobą iluzjonisty! Oczywiście, że wiedział jak ukryć się pośród
ludzi.
– No, tak…
– Też się
cieszę, że cię widzę. Tak, chętnie się przejdę. Tak, jest mi przykro, że cię
przestraszyłem. – Wciąż się uśmiechając, skinął głową w stronę głównej drogi. –
Przejdziemy się czy postoimy na deszczu.
– Dalej nie
powiedziałeś mi, co tutaj robisz – zauważyła, ale ruszyła przed siebie.
Padało
coraz bardziej, ale przestała zwracać na to uwagę. Kiedy z Lucasem u boku
ruszyła wzdłuż zatłoczonej uliczki, poczuła wyłącznie ulgę, nagle czując się
niemal jak w Mieście Nocy, kiedy czasem spacerowali bez celu. Co prawda to
wciąż nie wyjaśniało jego obecności, ale przestała pytać, dochodząc do wniosku,
że to nieistotne. Przebywanie z Lucasem od zawsze było proste i równie
oczywiste, co i oddychanie. Połączenia na kamerkach od czasu do czasu nawet w
połowie nie przynosiły jej aż takiej ulgi.
Uświadomiła
sobie, że potrzebowała… Och, nawet nie potrafiła tego nazwać! Stałości? W
ostatnim czasie z pewnością. Lucas był niczym namiastka dawnego spokoju,
którego potrzebowała. Jego obecność niosła ze sobą wyłącznie spokój, co Claire
przyjęła z ulgą, choć miała swoje podejrzenia.
– Tata
kazał ci mnie pilnować? – wypaliła pod wpływem impulsu.
Lucas
parsknął z niedowierzaniem.
– Ranisz
moje ego, wiesz? – A potem coś w jego tonie złagodniało, kiedy dodał: –
Ostatnio przestałaś się odzywać. Wiem to i owo, choć Dimitr nie był zbyt
wylewny. Ja po prostu… chciałem tutaj być. Wiesz dlaczego.
Zaskoczyła
ją pobrzmiewająca w jego głosie łagodność. Ta sama, z jaką rozmawiali wtedy w
szklarni. Ta sama, z jaką pocieszał ją na weselu Alessi, kiedy w przypływie
słabości wypłakiwała sobie oczy.
Przypomniała
sobie ostatnią rozmowę, kiedy wykorzystał okazję, by zamienić z nią choć kilka
zdań, kiedy zdzwoniła się z Marissą. Oczywiście, że się martwił, zwłaszcza ze
był w stanie wyczuć, że coś się dzieje. Co prawda nie sądziła, że zdecyduje się
przyjechać, ale może nie powinna się dziwić. Sama też nie potrafiłaby siedzieć
z założonymi rękami, gdyby wiedziała, że komuś, kogo zna, może dziać się krzywda.
Założyła
ramiona na piersi. Przez chwilę po prostu szli w ciszy. Claire poczuła się
nieswojo, początkowo próbując przekonać samą siebie, że to chłód deszczu, a nie
to dziwne, przenikliwe spojrzenie, które nagle wróciło. Jakby Lucas wiedział
coś, czego nie powinien albo…
– Mogę mieć
pytanie? – usłyszała własny głos. Zabrzmiał o wiele spokojniej niż w
rzeczywistości się czuła.
–
Strzelasz.
– Trafiłeś
na mnie przypadkiem czy jakimś cudem wiedziałeś, że tutaj będę?
To pierwsze
wydawało się prawdopodobne. Wszyscy wiedzieli o klubie Alice, więc namierzenie
go wcale nie byłoby wyzwaniem. Ona z kolei znajdowała się dość blisko. Co
prawda deszcz utrudniał to i owo, ale przy wampirzych zmysłach…
Tym
bardziej zaskoczyło ją, że Lucas wyraźnie się zawahał. Przenikliwe spojrzenie
wróciło, tak jak i nienaturalna dla niego powaga.
– Claire?
– Hm?
Nagle
znalazł się bliżej. Nie zaprotestowała, kiedy otoczył ją ramieniem. Jego dotyk
był znajomy, ale z jakiegoś powodu sprawił, że poczuła się nieswojo.
– Pada
coraz bardziej – zauważył. – Znasz jakieś dobre miejsce, byśmy mogli
porozmawiać. Mam wrażenie, że będzie tego sporo.
Otworzyła i
zaraz zamknęła usta. Jeśli dotychczas wydawało jej się, że coś w jego
zachowaniu się zmieniło, teraz już nie miała co do tego wątpliwości.
Gdzieś w
jej kieszeni znów zawibrował telefon, ale nawet na niego nie spojrzała. W
zamian odwzajemniła uścisk Lucasa i pociągnęła go za sobą.
Alice nie było, kiedy dotarli
do klubu. W zamian wewnątrz zastali Rosalie, co w dużej mierze Claire
uspokoiło, zwłaszcza że wampirzyca okazała się obojętna jak zawsze. Co prawda
przywitała ich i nawet się uśmiechnęła, ale ta z ciotek Renesmee nigdy nie była
zbyt wylewna i nie pałała do nich aż taką sympatią, by skakać dookoła i zadawać
niewygodne pytania. Nie miała też nic przeciwko, że ulokowali się przy
najdalszym stoliku.
Lucas z
zaciekawieniem rozejrzał się dookoła. Kilka miejsc było zajętych, wszystkie
przez ludzi, ale nic nie wskazywało na to, by wampirowi to przeszkadzało.
Goście zresztą zajmowali się sobą, więc jedynym potencjalnym słuchaczem
pozostawała Rose. Claire nie była pewna, czy jej ufa, ale wampirzyca nawet nie
spoglądała w ich stronę, a wkrótce później zniknęła na zapleczu z telefonem w
ręce.
Z drugiej
strony, czy wciąż miała coś do ukrycia po tym jak wszyscy dowiedzieli się o
Claudii? Nie miała pewności, ile wie Lucas, ale to było teraz bez znaczenia.
Nie miała mu do powiedzenia niczego ponadto, czego wszyscy dowiedzieli się w
ostatnim czasie.
– Ładnie
się to urządzili – zauważył Lucas, przeczesując wilgotne od deszczu włosy
palcami. – Michael mógłby pozazdrościć.
– Alice
pewnie się ucieszy jak jej to powiesz. Nie wiesz ile serca włożyła w to
miejsce.
Wampir
uśmiechnął się w nieco pobłażliwy sposób.
– Wciąż
lepsze niż kolejne podejście do liceum. Dalej nie rozumiem czemu tyle czasu
sobie to robili…
Jedynie
wzruszyła ramionami. Słuchała go tylko częściowo, dobrze wiedząc, że nie o tym
chciał rozmawiać.
I najwyraźniej
dobrze zdawał sobie z tego sprawę.
– Claire?
Wyprostowała
się, słysząc zmianę w jego tonie. Nie, poważny Lucas nie był tym, do czego mogłaby
przywyknąć. Poza tym zwykle nie zwiastował niczego dobrego.
Mruknęła w
odpowiedzi, nerwowo zaciskając palce na zawieszce od bransoletki.
– Mogę być
bezpośredni?
Niemal
parsknęła. A czy kiedykolwiek nie był?
– Jeśli to
wyjaśni dlaczego patrzysz na mnie tak dziwnie…
– Ponieważ
lśnisz w sposób, którego nie widziałem od bardzo dawna i nie sądziłem, że
jeszcze kiedykolwiek zobaczę. Wcześniej nie byłem pewien. Dlatego przyjechałem.
– Zawahał się. – No, prawie dlatego.
– Lśnię…?
Urwała. W
gruncie rzeczy nie potrzebowała wyjaśnienia. Jego spojrzenie – to samo, którym
pierwszy raz obdarował ją, kiedy rozmawiali przez kamerki – było wystarczająco
wymowne. I choć nie miała pojęcia, co powinna o tym sądzić, nagle poczuła jak
robi jej się gorąco.
Domyślała
się co, takiego mógł wyczuć. Z drugiej strony, to wydawało się niemożliwe, by
akurat Lucas…
– Nie
musisz mi mówić, jeśli nie chcesz. Ale wierz mi… To, co teraz mówię, zabrzmi
dziwnie, ale potrafię wyczuć magię – przyznał i znów się zawahał. Claire aż
syknęła, kiedy przypadkiem uderzyła biodrem w kant stołu. Z opóźnieniem
uświadomiła sobie, że poderwała się z krzesła, choć wcale tego nie planowała. –
Hej…
Nie
zaprotestowała, kiedy dłoń Lucasa owinęła się wokół jej nadgarstka. Wciąż
obserwowała go, kiedy przesunął ją niżej, w najzupełniej naturalnym geście
ujmując ją za rękę. Jego dłonie były lodowate, ale znajome i to w sposób, który
niezmiennie sprawiał, że czuła się bezpiecznie.
Miała mu
tak wiele do powiedzenia. Gdyby jeszcze potrafiła stwierdzić od czego w tej
sytuacji zacząć…
– Coś…
zmieniło się jakiś czas temu – przyznała, ostrożnie dobierając słowa. – Swoją
drogą, znaleźliśmy Claudię. Dimitr o tym wspomniał?
– Nie. – Brwi
Lucasa powędrowały ku górze. – Ale to wyjaśnia dlaczego Isabeau podobno nosi.
– Obawiam
się, że to nie wszystko. I nie chodzi tylko o to, że jesteśmy spokrewnione –
przyznała. Sama nie potrafiła stwierdzić jakim cudem mogła mówić o tym tak
spokojnie, niemal pogodnie. – Wiesz, Claudia jest wiedźmą. I tak, mówię ci to
ja.
Zmierzyła
jego twarz wzrokiem, próbując ocenić, co zaskoczyło go bardziej – wzmianka o
magii, pokrewieństwie czy fakt, że wciąż nie wyjaśniła mu wszystkiego. Tyle że
nie była w stanie. Twarz Lucasa pozostawała nieprzenikniona, choć jego oczy
wydawały się lśnić. I pociemniały, bynajmniej nie za sprawą kręcących się w
pobliżu, niczego nieświadomych ludzi. Cóż, przynajmniej taką miała nadzieję.
Przesunęła
się na tyle, by znów usiąść naprzeciwko niego, choć miała wielką ochotę
poderwać się i zacząć krążyć. Powstrzymało ją wyłącznie to, że żadne z nich nie
chciało zwracać na siebie większej uwagi.
– Claudia… –
Lucas zamyślił się. Raz jeszcze zmierzył Claire wzrokiem, jakby chciał połączyć
to, co od niej słyszał, ze swoimi dotychczasowymi przekonaniami. – Cholera, jej
akurat nie podejrzewałem. Ale ty też się zmieniłaś, więc może…
– Nie wierzę,
że to mówię, ale chyba nie rozumiem.
Lucas
westchnął i nagle ją puścił, jakby dopiero teraz zrozumiał, co robi. Claire
odruchowo przyciągnęła dłoń do siebie, nerwowo pocierając palce.
– Okej, jakby
to… Telepatia zostawia ślady, nie? Uznajmy, że magia trochę też – wyjaśnił i
raz jeszcze zmierzył ją wzrokiem. – Znaczy…
– Wiem, o
czym mówisz – zniecierpliwiła się.
Otworzył i
zaraz zamknął usta. Nerwowym gestem przeczesał włosy palcami, wytrząsając z
nich resztki deszczu. Wyglądał na zagubionego, nie pierwszy raz zresztą, choć
zwykle wolała go zaskakiwać kolejną ciekawostką czy znajomością jakiegoś dawno
zapomnianego wiersza.
Nie, to
nie tak…, pomyślała, bo to nagle wydało jej się oczywiste. Jeśli czymś
mogłaby zaskoczyć Lucasa, to na pewno nie tym. Prawda była taka, że jeszcze pół
roku temu zbagatelizowałaby wszystkie jego wzmianki o magii. Na pewno nie
pomyślałaby, że będą siedzieć naprzeciwko siebie i próbować poruszyć temat czarów.
W gruncie rzeczy nawet nie potrafiła sobie wyobrazić, jak miałaby rozmawiać z nim
o czymś takim, choć od jakiegoś czasu oczywistym było, że prędzej czy później musiało
do tego dojść. Odkąd Claudia przestała być tajemnicą, to było wręcz
nieuniknione.
Nie wyjaśniało
jednak tego, co mówił Lucas. I dlaczego patrzył na nią tak świadomie, wydając
się rozumieć o wiele więcej niż mogłaby go podejrzewać.
– Nie wiem
jak zacząć – przyznał, wydając się wręcz przenikać jej myśli. – Więc może po
prostu zapytam… Claire, o bogini, czy ty zrobiłaś ostatnio coś… hm,
nietypowego? Znaczy…
Omal się
nie roześmiała i to bynajmniej nie w przypływie rozbawienia. Nietypowego? Nagle
uświadomiła sobie, że łatwiej mogłaby mu wymienić, kiedy ostatnim razem doświadczyła
czegoś, co mieściło się w granicach tego, co mogła uznać za normalne. A może
raczej co Claire sprzed kilku miesięcy by za takie uznała.
Czy jakiś
dziwny rytuał z Claudią się liczy…? Poza tym właśnie wypisuje do mnie demon…
Z jakiegoś
powodu wcale nie chciała mówić Lucasowi o tym drugim. Jak i o tym, że Razjel najpewniej
właśnie wychodził z siebie ze zniecierpliwienia, skoro nadal mu nie odpisała.
– Myślę, że
tak – przyznała wymijająco, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. – Pamiętasz Lily
Anne? Jesteśmy spokrewnione. Wygląda na to, że tu nie chodziło tylko o pisanie
wierszy.
– No tak,
ale…
– Co ty tak
naprawdę czujesz, Lucas? – wypaliła, nachylając się w jego stronę. Wcale nie
chciała zabrzmieć oschle, ale w przypływie frustracji trudno było jej dalej
krążyć wokół wyjaśnień. Czuła, że oboje mieli sobie równie wiele do powiedzenia,
ale nie miała siły znów czekać na odpowiedzi. – Wyczuwasz we mnie magię? To
chcesz mi powiedzieć?
Nie odpowiedział,
ale tak naprawdę nie musiał – jego spojrzenie mówiło samo za siebie. Claire
odetchnęła i odchyliła się na krześle, częściowo tylko uspokojona. Zwłaszcza że
to wciąż nie wyjaśniało najważniejszego…
– Claire… Pamiętasz
nasz rozmowę w szklarni? – usłyszała i serce zabiło jej szybciej na samą
wzmiankę. Oczywiście, że pamiętała. – Wydaje mi się, że… nie powiedziałem ci
wtedy wszystkiego. Zwłaszcza o mojej matce.
– … słucham?
Nie tego
się spodziewała. Choć zwykle łączenie faktów przychodziło jej z łatwością, tym
razem poczuła się tak, jakby zderzyła się ze ścianą. Co prawda od razu
pomyślała o jedynych sensownych wnioskach, ale uznanie ich za prawdę nagle
wydało się nieprawdopodobne.
A jednak
jego zdolności… Wampirze dary miały swoją podstawę gdzieś w ludzkim życiu.
Lucas twierdził, że niewiele pamiętał, co nie było takie dziwne, ale wciąż
potrafił przywołać przeszłość. Wystarczająco, by opowiedzieć jej o swojej
przemianie, Alexandrze i życiu pod jej dachem. No i jego dar… w końcu iluzja i
magia wcale nie wydawały się szczególnie odległe, więc…
Bez
żartów.
Ale nie
powiedziała tego na głos. Może po wszystkim, czego już się dowiedziała, nie
powinna mieć oporów przed uznaniem go za częścią tego świata. Może to wcale nie
było aż tak nieprawdopodobne…
– Nie mam w sobie nic z wiedźmy, żeby nie było. – Lucas zaśmiał się nerwowo. Jej nie było do śmiechu, więc po chwili spoważniał i podjął temat. – To chyba bardziej domena kobiet. Zresztą to nie tak, że moja matka miała w sobie coś aż tak wyjątkowego. No, nie do końca i… Bredzę, prawda? – Potrząsnął głową. – Wciąż nie wierzę, że opowiadam to akurat tobie… Ale widzisz, Claire, po mamie zostało mi dość, bym mógł wyczuć, kiedy siedzi przede mną wiedźma. I uwierz mi, że odkąd ostatni raz widziałem Amelie na oczy, nie czułem czegoś takiego…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz