1 lipca 2026

Sto osiemdziesiąt cztery

Jocelyne

– Jocelyne, stój!

Głos Edwarda doszedł do niej jakby z oddali, ostry i stanowczy. Później Jocelyne nie potrafiła sobie przypomnieć, które z nich rzuciło się w pogoń za nią pierwsze – on czy Bella. Liczyło się, że sama bez chwili zastanowienia popędziła za znikającą pomiędzy drzewami duszą, aż nazbyt świadoma, że nikt poza nią nie miał prawa je dostrzec. To było niczym impuls, któremu nie mogła się oprzeć, choć z pewnością powinna.

Pamiętała, że usłyszała przekleństwo, które wyrwało się Edwardowi. Mogła się tylko domyślać, że właśnie wtedy wyklął w duchu impulsywność, którą podobno odziedziczyła po babci, choć gdyby miała polemizować, bez wahania wskazałaby również na niego. Najwyraźniej to, żeby działać, a dopiero później myśleć, jednak było dziedziczne.

Już w chwili, w której wpadła pomiędzy drzewa, poczuła, że popełniła błąd. Uczucie niepokoju przybrało na sile. Chłód przemknął wzdłuż kręgosłupa gwałtownym dreszczem. Raz po raz potykała się na nierównościach terenu, w duchu wyklinając niezdarność, którą akurat jak nic zawdzięczała Belli. Choć odruchowo chciała podążyć wydeptaną ścieżką, była gotowa przysiąc, że jasne włosy Mii zniknęły gdzieś na uboczu, z daleka od wytartego szlaku.

Wtedy potknęła się po raz pierwszy.

– Joce?

Lodowata dłoń Belli spoczęła na jej ramieniu, chroniąc przed upadkiem. Dziewczyna drgnęła, ale nie cofnęła się, jedynie na ułamek sekundy oglądając na stojącą za nią wampirzycę. Zauważyła, że Edward podążał za nimi niczym cień, wyglądając na gotowego skomentować to, co sądził o szaleńczym biegu bez wyjaśnienia, ale nie miał okazji. Jocelyne aż nazbyt wyraźnie wychwyciła moment, w którym jego oczy pociemniały, a on sam zatrzymał się gwałtownie, jakby nagle zderzył się z niewidzialną ścianą.

Wtedy też to poczuła, choć zapach krwi wydawał się odległy i jakby nierealny.

Wyprostowała się powoli, spoglądając na swoich towarzyszy, ale nic nie wskazywało na to, by zauważyli to samo, co ona. W normalnym wypadku ludzka krew powinna od razu podrażnić wampirze zmysł, ale nic podobnego nie miało miejsca. Jocelyne zamrugała, próbując się skoncentrować i stwierdzić, czy jakimś cudem właśnie się nie pomyliła, ale szybko odrzuciła taką możliwość. Przecież czuła. Choć bliżej było jej do człowieka niż w pełni nieśmiertelnej, nie wyobrażała sobie, by cokolwiek mogło ją zwieść w takiej sytuacji. Nie, jeśli chodziło o coś tak oczywistego.

Więc dlaczego…?

– Jocelyne Esme Licavoli – wycedził Edward, chwytając ją za rękę, ale to nie był zdecydowany uścisk. Przypominał raczej odruchową potrzebę zapanowania nad sytuacją.

– Muszę za nią iść.

Jeszcze jakiś czas temu podobne wyznanie zabrzmiałoby co najmniej niedorzecznie. Co mieli jednak powiedzieć jej teraz, gdzieś w środku lasu Virginii i to chwilę po tym jak odwiedziła rodzinę zmarłej kobiety na prośbę ducha…?

– Za kim ty znowu…? – Edward skrzywił się, ale poluzował uścisk.

Bez zastanowienia ruszyła przed siebie nim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać. Znów zachwiała się, kiedy nogą zahaczyła o wystający korzeń, ale tym razem zdołała sama uchwycić równowagę. Odetchnęła i wyprostowała się, ostrożnie stawiając stopy pomiędzy wystającymi korzeniami i kępami krzaków, obojętna na to, że najpewniej miała wyjść z nich pokiereszowana bardziej niż wypadałoby w przypadku istoty nieśmiertelnej. Liczyło się tylko to, że z oddali dalej czuła krew i… coś jeszcze.

Wypuściła drżący oddech, próbując się uspokoić. Oczami wyobraźni widziała wszystko, od zakrwawionych ciał, przez… Och, sama nie potrafiła określić co. Wiedziała jedynie, że wcale nie chciała zobaczyć tego, co tak naprawdę miało miejsce w głębi lasu. Z drugiej strony, dlaczego Mia po długiej nieobecności miałaby pojawić się akurat tu?

Zrobiła kilka kolejnych kroków.

W chwili, w której potknęła się po raz drugi, zmieniło się wszystko.

Cudze dłonie zacisnęły się na jej ramionach. Zimne, zdecydowane, a jednak zupełnie inne niż te, których mogłaby spodziewać się po Belli czy Edwardzie. W zasadzie Jocelyne nagle zwątpiła, czy towarzysząca jej dwójka wciąż była gdzieś obok, zupełnie jakby nagle wyparowali, pochłonięci przez gęstwinę. Dziewczyna nie potrafiła pojąć, kiedy zrobiło się aż tak ciemno, od kiedy drzewa rosły aż tak gęsto, a ścieżka…

Och, ścieżki nie było. Nie było niczego znajomego, czego mogłaby się uchwycić. Zupełnie jakby w chwili, w której odważyła się podążyć za Mią, świat się rozsypał. Wtedy właśnie poczuła się tak, jakby nagle zanurzyła się w lodowatej wodzie. Dźwięki ucichły, wszelakie bodźce ustąpiły, a Jocelyne po prostu zamarła, rozszerzonymi oczami wpatrując się w postać, która tak nagle wyrosła tuż przed nią.

Mia stała przed nią bez słowa, zaciskając drobne dłonie na ramionach zaskoczonej dziewczyny. To ona ją trzymała. Ona nie pozwoliła jej upaść.

Joce w oszołomieni uświadomiła sobie, że może poczuć jej dotyk, zupełnie jakby dusza nagle stała się częścią tego świata.

Co ty…?

Myśl urwała się, nigdy niewypowiedziana. Jocelyne zadrżała i instynktownie spróbowała się cofnąć, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Przez chwilę była świadoma wyłącznie dotyku, przenikliwego spojrzenia i obecności Mii, która nagle przysłoniła wszystko inne.

Wtedy spadła. Już nie tyle czuła się tak, jakby znajdowała się w wodzie.

Ona tonęła.

Powietrze uciekło jej z płuc, ciało skurczyło w nagłym odruchu paniki. Uścisk zniknął, tak jak i drobna sylwetka Mii. Ciemność zamknęła się wokół niej, nieubłagana i coraz gęstsza. Jocelyne wyraźnie poczuła jak jej własne ciało poddaje się, coraz bardziej ciągnąć ją w dół, nie dając choćby szansy na chwycenie się czegokolwiek. Joce nie była już pewna, gdzie znajduje się góra, a gdzie dół. Próbowała sięgnąć przed siebie, ale palcami natrafiła na pustkę.

I było jej zimno, tak bardzo zimno…

– Jocelyne!

Głos Edwarda przypominał wystrzał. Ciemność wypluła ją równie gwałtownie, co wcześniej pociągnęła w pustkę. Jocelyne poderwała się do siadu, choć nie miała pojęcia jak i kiedy w ogóle znalazła się na ziemi. Płuca paliły ją żywym ogniem, a oddech zaczął rwać w urywanych spazmach, gdy rozpaczliwie zaczęła chwytać powietrze. Kaszląc tak gwałtownie, jakby w istocie dopiero co tonęła w lodowatych odmętach, odtrąciła dłonie pochylonego nad nią wampira, przekręcając się na bok i próbując odkrztusić to, co zalegało w jej gardle. Tyle że nic tam nie było.

Słyszała głosy, ale to wydawały się odległe, jakby poza nią. Wciąż roztrzęsiona, oparła dłonie na rozmokłej ziemi i niespokojnie rozejrzała się dookoła. Mia już jej nie dotykała, ale wciąż była obok. Teraz stała kilka metrów dalej, obserwując skuloną na leśnym podszyciu Jocelyne z wyraźnym zainteresowaniem.

– Miał rację – stwierdziła tak cicho, że gdyby nie wyostrzone zmysły, Joce nie miałaby szansy jej usłyszeć. – Zobaczyłaś.

– C-co…?

– Szkoda, że nie możesz zabrać tego wspomnienia. Oddałabym je.

Dopiero wtedy do Jocelyne dotarło, że w Mii również coś się zmieniło. Dotychczas dusza odwiedzała ją w swojej radosnej, ujmująco uroczej formie. Dla postronnego obserwatora mogłaby wyglądać jak każde inne dziecko, gdyby oczywiście pominąć fakt, że była martwa. Co więcej, zarzekała się, że nie potrzebuje pomocy i jest ciekawa, ale…

Tyle że teraz było inaczej.

Jocelyne przez chwilę była w stanie wyłącznie patrzeć, chłonąc każdy szczegół drobnej sylwetki. Mia wyglądała na przemoczoną. Posklejane włosy otaczały jej twarz jasną aureolą, przylegając do policzków. Ubranie oblepiało całe ciało, podkreślając to, jaka była drobna i młoda w chwili śmierci. Skóra nie tyle wydawała się przeźroczysta, co wręcz sina – jak u kogoś, komu bardzo brakowało powietrza albo…

Albo utonął.

Zrozumienie przyszło nagle. Joce zadrżała i wycofała się w panice, wpadając plecami na tors próbującego podtrzymać ją Edwarda. Otoczył ją ramieniem w obronnym geście, choć nie miał prawa dostrzec tego, co ona.

– Tak umarłaś – wykrztusiła, nie odrywając wzroku od Mii. – Ale…

– Powiedział mi, że poczuję ulgę… Dlaczego dalej nie czuję ulgi, Joce?

Zadała to pytanie tak żałośnie, że przez moment naprawdę przypominała rozczarowane dziecko. Wraz z jej słowami rozległ się trzask, a Jocelyne aż podskoczyła ze strachu, próbując namierzyć źródło dźwięku. W tym samym momencie poczuła jak ramiona Edwarda oplatają ją ciaśniej, a wampir odciąga ją w tył na ułamek sekundy przed tym, jak potężny konar zwalił się dokładnie w miejsce, w którym dopiero co się znajdowała. Zaraz po tym kolejne drzewo złamało się wpół, nie dosięgając podłoża tylko dlatego, że w drodze napotkało na opór o wiele masywniejszego pnia.

Gdzieś w pobliżu spłoszone ptaki poderwały się do lotu. Cisza wróciła chwilę później, ciężka i gęsta, przerywana tylko jej przyspieszonym oddechem. Bezradnie zacisnęła palce na obejmującym ją ramieniu. Uniosła głowę, by spojrzeć na Edwarda i potrząsnąć głową.

– Idziemy – zadecydował, podrywając ją na nogi. – Joce…

– Pomóż mi – rozbrzmiało w tej samej chwili.

Mia stała w samym środku tego zamieszania z opuszczona głową, dziwne zagubiona i wciąż przemoczona. Powietrze wokół niej zdawało się falować, jakby coś kryło się w cieniach albo…

Nie, to nie było tak.

Jocelyne już to widziała, o wiele częściej niż mogłaby sobie tego życzyć. Kiedy ostatnim razem obserwowała coś podobnego, nie skończyło się dobrze. Wciąż pamiętała gniew Dallasa, własne przerażenie i moment, w którym niewiele brakowało, by połamała się, kiedy wypadła przez okno. To i poczucie beznadziei, które ogarnęło ją w chwili, w której zrozumiała, że nie jest w stanie zrobić niczego, by powstrzymać to, co się z nim działo.

Teraz doświadczała tego po raz kolejny.

Głos uwiązł jej w gardle. Znów zakaszlała, bezskutecznie próbując pozbyć się ucisku w piersi. Chwiejnie stanęła na nogi, próbując utrzymać pion i jakkolwiek wesprzeć się na Edwardzie. W jego ramionach przypominała szmacianą laleczkę, ale z uporem próbowała zachować samodzielność. To, że wampir z uporem odciągnął ją w tył, ani trochę nie pomagało.

Kątem oka wychwyciła ruch, kiedy Bella podeszła bliżej. Edward od razu przesunął się na tyle, by choć próbować ją osłonić, choć oboje musieli zdawać sobie sprawę, że w spotkaniu z pękającymi drzewami żadne z nich by nie ucierpiało. Ba! Że oboje mogliby zrównać z ziemią cały teren, jeśli mieliby na to ochotę. Jocelyne wątpiła, by nawet najbardziej wściekły duch miałby szansę z wampirem, o ile akurat nie miałby pod ręką porzuconego palnika.

– Jocelyne, idziemy – usłyszała raz jeszcze przy uchu.

Chciała odpowiedzieć, ale znów poczuła się tak, jakby miała zacząć się dusić. Powietrze wydawało się zbyt gęste, zbyt wilgotne, a może to po prostu ona myślami wciąż była przy tym, czego doświadczyła. Raz jeszcze spojrzała na Mię, próbując doszukać się w jej spojrzeniu czegokolwiek, co pozwoliłoby jej zrozumieć. Gdyby był tam gniew, chociaż cień nienawiści, wtedy może…

Na moment zabrakło jej tchu, kiedy Edward bezceremonialnie przerzucił ją sobie przez ramię.

– Ej! – zaprotestowała, a przynajmniej próbowała, bo wyszedł jej z tego jęk. To, że żebrami uderzyła o jego ramię ani trochę nie pomogło.

Pentagram na łańcuszku niebezpiecznie zakołysał się na jej szyi, więc w pośpiechu pochwyciła go, nie chcąc ryzykować, że się zerwie. Z jakiegoś powodu wydawał się ciepły.

Nim ostatecznie została zabrana z lasu, ostatni raz spojrzała na Mię.

W spojrzeniu duszy doszukała się wyłącznie pustki.

 

Edward był wściekły i wyraźnie nie zamierzał tego ukrywać. Jocelyne miała wrażenie, że w ciągu zaledwie kilku minut pokonali całe miasteczko wzdłuż i wszerz nim wampir dosłownie wparował do pokoju hotelowego. Chyba tylko cudem udało mu się opanować na tyle, by po drodze nie zwrócić na siebie uwagi żadnego z mieszkańców, choć dziewczyna miała wrażenie, że recepcjonistka rzuciła im podejrzliwe spojrzenie, kiedy wchodzili do środka. A może po prostu chodziło o to, że wciąż wisiała przewieszona przez jego ramię, podskakując przy każdym bardziej zdecydowanym ruchu.

Bella milczała, sprawiając wrażenie co najmniej zdezorientowanej. I bardzo, bardzo zmartwionej.

– Puść ją w końcu – rzuciła, ledwo zamknęły się za nimi drzwi.

Reakcja była natychmiastowa, jakby do wampira dopiero wtedy dotarło, co takiego robił. Jocelyne odetchnęła, kiedy w końcu przestał traktować ją jak worek ziemniaków i postawił przed sobą. Jego dłonie zacisnęły się na jej ramionach, a pociemniałe od nadmiaru emocji oczy zmierzyły ją od góry do dołu. Dostrzegła frustrację w jego spojrzeniu, jak zawsze, gdy napotykał na właściwą telepatom pustkę. Aż za dobrze wiedziała jak bardzo irytowało go, że już od wielu lat spora część myśli otaczających go istot pozostawała poza jego zasięgiem.

Zawahała się. Chciała coś powiedzieć, ale wciąż miała wrażenie, że się dusi. Co prawda uczucie zniknęło, kiedy opuścili las i oddalili się od Mii, jednak nadal pozostawało obecne – niczym cień czegoś nieuniknionego.

Coś w spojrzeniu Edwarda zmiękło kiedy nabrał pewności, że nie wygląda na ranną.

– Nigdy więcej tego nie rób. Słyszysz, Jocelyne? – Bezceremonialnie przygarnął ją do siebie. – Naprawdę musisz przestać.

Niewiele brakowało, by parsknęła na te słowa. Wiedziała, że to nie pierwszy raz, kiedy wplątywała się w coś, czego żadne z nich nie rozumiała. Gdyby jeszcze miała na to wpływ…

– Postaram się – mruknęła. Własny głos wydał jej się zachrypnięty i przytłumiony.

Przez twarz Edwarda przemknął cień.

– Mówię poważnie. – Z niedowierzaniem potrząsnął głową. – Kto tam był? Mówiłaś, że ktoś, kogo znasz, ale… – Zacisnął usta. – Dallas chyba nie…

– Dallasa nie ma – przypomniała cicho.

– Mówiłaś o kobiecie – wtrąciła Bella.

Jocelyne potrząsnęła głową.

– O dziewczynce – poprawiła, a wyraz twarzy wampirzycy momentalnie się zmienił. Edward jedynie uniósł brwi. – Ma na imię Mia. Poznałam ją jakiś czas temu.

– A teraz próbowała cię zabić.

Nie powstrzymała grymasu, słysząc ostateczność tych słów. Niepewnie odsunęła się od Edwarda tylko po to, by ciężko opaść na stojącą tuż za nią sofę. Na moment ukryła twarz w dłoniach, nagle uświadamiając sobie, że drżą. W zasadzie cała drżała, jakby jej ciało wciąż nie oswoiło się z tym, co się wydarzyło.

– To nie tak – mruknęła.

Tyle że wcale nie była tego taka pewna.

Dlaczego Mia przyszła aż tutaj? Zniknęła jakiś czas temu, ale to nadal nie tłumaczyło nagłego pojawienia się duszy w takich okolicznościach. Obserwowała ją? Zmieniła zdanie, widząc, że Jocelyne odważyła się pomóc komuś innemu? Wcześniej zarzekała się, że niczego nie chce i wszystko jest w porządku, ale jej słowa z lasu wyraźnie temu przeczyły. I jeśli faktycznie potrzebowała pomocy, dlaczego zrobiła coś takiego? Dlaczego była taka zła, jeśli wcześniej nie okazała choćby cienia wrogości. Jocelyne nie czuła, by zrobiła coś złego – nie tak jak było z Dallasem czy duchami w kostnicy – więc…

Więc czemu?

Znów odruchowo zacisnęła palce na łańcuszku. A później przesunęła je na gardło, wciąż mając wrażenie, że coś tam zalega.

– Jocelyne? – Głos Belli wyrwał ją z zamyślenia. – Joce, co tam masz?

Nie zrozumiała. Spojrzała zdezorientowana na wampirzycę, kiedy ta nagle ujęła jej dłonie, odciągając je od szyi.

Złote oczy rozszerzyły się w geście niedowierzania.

– Boże.

– Co? – obruszyła się, nagle zaniepokojona. – To tylko łańcuszek od Claire, więc…

– Nie o to chodzi – zaoponowała natychmiast Bella.

– Sama zobacz – zadecydował w tym samym momencie Edward.

Odruchowo ujęła go za rękę, kiedy wyciągnął ją ku niej. Pozwoliła, by zaprowadził ją do łazienki, choć ustanie na nogach nagle okazało się wyzwaniem. Potrzebowała chwili, by odzyskać równowagę i dotrzymać mu kroku.

A potem zamarła, już tylko wpatrując się we własne odbicie.

Nie zdziwiło ją to, że wyglądała jak siódme nieszczęście. Włosy miała w nieładzie, ubranie poszarpane i brudne od leżenia na ziemi. Była blada i wciąż chwiała się na nogach, wciąż z trudem chwytając oddech.

Nic z tego jednak nie tłumaczyło coraz wyraźniejszych sińców na szyi.

– Co do…?

Przestąpiła naprzód, chcąc znaleźć się bliżej lustra. Syknęła, kiedy biodrem uderzyła o umywalkę, ale ból niemal natychmiast zszedł na dalszy plan. Całą jej uwagę pochłonęły odcinające się na bladej skórze siniaki – i to na dodatek takie, które kształtem z łatwością dopasowałyby się do cudzych dłoni.

Wyczuła ruch za plecami. Bella stanęła tuż za nią, łagodnie odsuwając jej włosy z szyi. Chłodnymi palcami musnęła skórę wnuczki, jakby chciała osobiście przekonać się, że siniaki były prawdziwe.

– Boli cię to? – zapytała i tym razem to w jej głosie pojawił się gniew. – Ona to zrobiła? Upadłaś, ale…

– N-nie.

Tylko na tyle było ją stać. Nie miała nawet pewności, na które pytanie próbowała odpowiedzieć.

Bella zacisnęła usta. Ramiona bez słowa owinęła wokół Jocelyne, przyciągając ją bliżej. Dziewczyna potrząsnęła głową, pozwalając, by włosy choć częściowo przysłoniły ślady.

W lustrze zauważyła zaciśnięte usta wciąż tkwiącego w progu Edwarda. Wpatrywał się w nią w skupieniu, wciąż skupiony, choć myślami wydawał się być gdzieś daleko. Zupełnie jakby w całym tym szaleństwie przynajmniej próbował zrozumieć, co właśnie się wydarzyło.

– Jocelyne?

Poderwała głowę. Zaskoczyło ją to, że tym razem jego głos zabrzmiał… zaskakująco łagodnie.

– Hm?

– Ta twoja Mia… Jak ona umarła?

Aż zamrugała słysząc to pytanie. Uświadomiła sobie, że przecież słyszał to, co mówiła do Mii w lesie, nawet jeśli nie miał jak usłyszeć odpowiedzi albo chociaż zobaczyć duszy. A przecież wygląd mówił wszystko.

– Nie jestem pewna – przyznała zgodnie z prawdą. – Myślałam, że utonęła. W lesie tak wyglądała, ale…

– W lesie? – powtórzyła Bella. – Mówiłaś, że znałaś ją wcześniej.

– Wcześniej nie przychodziła do mnie w takim stanie. Ale teraz myślę, że…

Urwała. Bez słowa uniosła dłoń do gardła, pocierając ślady, choć nie miała już odwagi spojrzeć w lustro, by upewnić się, że tam były. Czuła na sobie przenikliwe spojrzenia dwójki wampirów i choć nie przynosiły jej pełnej ulgi, cieszyła się, że nie została z tym sama. Mogła tylko zgadywać, co wydarzyłoby się w lesie, gdyby Edward jej stamtąd nie zabrał. Nawet jeśli Mia potrzebowała pomocy, zdecydowanie nie była w nastroju do rozsądnej rozmowy.

– W porządku. Już dobrze, wampirku. – To Edward odezwał się jako pierwszy. – Idź się położyć. Załatwię bilety powrotne.

– Ale…

– Wracamy do domu – powtórzył z naciskiem. Spojrzenie, które jej rzucił, było tak wymowne, że nagle nabrała pewności, że nie spuści jej z oczu póki wszyscy nie znajdą się w samolocie. I to choćby miał warować pod drzwiami jej pokoju przez kolejne godziny. – Bez dyskusji. Zajmiemy się tym w Seattle.

– Mia przecież… – Urwała, nagle pojmując pełnie jego słów. – Zajmiemy się?

Przez twarz wampira przemknął cień. Wyglądał jakby sam nie był zachwycony własną decyzją.

– Nie pozwolę byś biegała po lesie i szukała kłopotów, to na pewno. Mówiłaś, że poznałaś ją wcześniej, więc najwyraźniej przyszła tutaj za nami. Skoro tak, musi być po niej jakiś ślad. – Jego spojrzenie raz jeszcze przesunęło się po szyi Jocelyne. Zacisnął usta. – Obawiam się, że będziemy musieli pomówić z Charliem. Może zna kogoś, kto zajmuje się sprawami zaginięć. Zwłaszcza jeśli chodzi o dziecko.

Bella drgnęła, wyraźnie mając ochotę zaprotestować, ale ostatecznie powstrzymało ją samo tylko spojrzenie na Jocelyne. Na moment zawahała się, po czym niechętnie skinęła głową.

– Ja spróbuję z nim porozmawiać. Albo z Sue.

– Świetnie. – Edward wycofał się. Jeszcze w drodze do aneksu wyjął telefon i zerknął na wyświetlacz. – Alice właśnie załatwiła nam powrót. Nie wiem, ile zobaczyła, ale lot mamy wieczorem.

Jocelyne ze świstem wypuściła powietrze. Ciężko oparła się plecami o umywalkę, wciąż niedowierzając. Ucisk w piersi wciąż jej towarzyszył, ale zszedł na dalszy plan, gdy znów musnęła palcami nagrzany pentagram.

I nagle zwątpiła.

Bo mogła tylko zgadywać, co wydarzyłoby się, gdyby nie łańcuszek od Claire.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa