
– Jocelyne, stój!
Głos
Edwarda doszedł do niej jakby z oddali, ostry i stanowczy. Później Jocelyne nie
potrafiła sobie przypomnieć, które z nich rzuciło się w pogoń za nią pierwsze –
on czy Bella. Liczyło się, że sama bez chwili zastanowienia popędziła za
znikającą pomiędzy drzewami duszą, aż nazbyt świadoma, że nikt poza nią nie
miał prawa je dostrzec. To było niczym impuls, któremu nie mogła się oprzeć,
choć z pewnością powinna.
Pamiętała,
że usłyszała przekleństwo, które wyrwało się Edwardowi. Mogła się tylko
domyślać, że właśnie wtedy wyklął w duchu impulsywność, którą podobno
odziedziczyła po babci, choć gdyby miała polemizować, bez wahania wskazałaby
również na niego. Najwyraźniej to, żeby działać, a dopiero później myśleć,
jednak było dziedziczne.
Już w
chwili, w której wpadła pomiędzy drzewa, poczuła, że popełniła błąd. Uczucie
niepokoju przybrało na sile. Chłód przemknął wzdłuż kręgosłupa gwałtownym
dreszczem. Raz po raz potykała się na nierównościach terenu, w duchu wyklinając
niezdarność, którą akurat jak nic zawdzięczała Belli. Choć odruchowo chciała
podążyć wydeptaną ścieżką, była gotowa przysiąc, że jasne włosy Mii zniknęły
gdzieś na uboczu, z daleka od wytartego szlaku.
Wtedy
potknęła się po raz pierwszy.
– Joce?
Lodowata
dłoń Belli spoczęła na jej ramieniu, chroniąc przed upadkiem. Dziewczyna
drgnęła, ale nie cofnęła się, jedynie na ułamek sekundy oglądając na stojącą za
nią wampirzycę. Zauważyła, że Edward podążał za nimi niczym cień, wyglądając na
gotowego skomentować to, co sądził o szaleńczym biegu bez wyjaśnienia, ale nie
miał okazji. Jocelyne aż nazbyt wyraźnie wychwyciła moment, w którym jego oczy
pociemniały, a on sam zatrzymał się gwałtownie, jakby nagle zderzył się z
niewidzialną ścianą.
Wtedy też
to poczuła, choć zapach krwi wydawał się odległy i jakby nierealny.
Wyprostowała
się powoli, spoglądając na swoich towarzyszy, ale nic nie wskazywało na to, by
zauważyli to samo, co ona. W normalnym wypadku ludzka krew powinna od razu podrażnić
wampirze zmysł, ale nic podobnego nie miało miejsca. Jocelyne zamrugała,
próbując się skoncentrować i stwierdzić, czy jakimś cudem właśnie się nie
pomyliła, ale szybko odrzuciła taką możliwość. Przecież czuła. Choć bliżej było
jej do człowieka niż w pełni nieśmiertelnej, nie wyobrażała sobie, by cokolwiek
mogło ją zwieść w takiej sytuacji. Nie, jeśli chodziło o coś tak oczywistego.
Więc
dlaczego…?
– Jocelyne Esme
Licavoli – wycedził Edward, chwytając ją za rękę, ale to nie był zdecydowany
uścisk. Przypominał raczej odruchową potrzebę zapanowania nad sytuacją.
– Muszę za
nią iść.
Jeszcze
jakiś czas temu podobne wyznanie zabrzmiałoby co najmniej niedorzecznie. Co
mieli jednak powiedzieć jej teraz, gdzieś w środku lasu Virginii i to chwilę po
tym jak odwiedziła rodzinę zmarłej kobiety na prośbę ducha…?
– Za kim ty
znowu…? – Edward skrzywił się, ale poluzował uścisk.
Bez
zastanowienia ruszyła przed siebie nim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać. Znów
zachwiała się, kiedy nogą zahaczyła o wystający korzeń, ale tym razem zdołała
sama uchwycić równowagę. Odetchnęła i wyprostowała się, ostrożnie stawiając
stopy pomiędzy wystającymi korzeniami i kępami krzaków, obojętna na to, że
najpewniej miała wyjść z nich pokiereszowana bardziej niż wypadałoby w
przypadku istoty nieśmiertelnej. Liczyło się tylko to, że z oddali dalej czuła
krew i… coś jeszcze.
Wypuściła
drżący oddech, próbując się uspokoić. Oczami wyobraźni widziała wszystko, od
zakrwawionych ciał, przez… Och, sama nie potrafiła określić co. Wiedziała
jedynie, że wcale nie chciała zobaczyć tego, co tak naprawdę miało miejsce w
głębi lasu. Z drugiej strony, dlaczego Mia po długiej nieobecności miałaby pojawić
się akurat tu?
Zrobiła
kilka kolejnych kroków.
W chwili, w
której potknęła się po raz drugi, zmieniło się wszystko.
Cudze
dłonie zacisnęły się na jej ramionach. Zimne, zdecydowane, a jednak zupełnie
inne niż te, których mogłaby spodziewać się po Belli czy Edwardzie. W zasadzie
Jocelyne nagle zwątpiła, czy towarzysząca jej dwójka wciąż była gdzieś obok,
zupełnie jakby nagle wyparowali, pochłonięci przez gęstwinę. Dziewczyna nie
potrafiła pojąć, kiedy zrobiło się aż tak ciemno, od kiedy drzewa rosły aż tak
gęsto, a ścieżka…
Och,
ścieżki nie było. Nie było niczego znajomego, czego mogłaby się uchwycić.
Zupełnie jakby w chwili, w której odważyła się podążyć za Mią, świat się
rozsypał. Wtedy właśnie poczuła się tak, jakby nagle zanurzyła się w lodowatej
wodzie. Dźwięki ucichły, wszelakie bodźce ustąpiły, a Jocelyne po prostu
zamarła, rozszerzonymi oczami wpatrując się w postać, która tak nagle wyrosła
tuż przed nią.
Mia stała
przed nią bez słowa, zaciskając drobne dłonie na ramionach zaskoczonej
dziewczyny. To ona ją trzymała. Ona nie pozwoliła jej upaść.
Joce w
oszołomieni uświadomiła sobie, że może poczuć jej dotyk, zupełnie jakby dusza
nagle stała się częścią tego świata.
Co ty…?
Myśl urwała
się, nigdy niewypowiedziana. Jocelyne zadrżała i instynktownie spróbowała się
cofnąć, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Przez chwilę była świadoma
wyłącznie dotyku, przenikliwego spojrzenia i obecności Mii, która nagle
przysłoniła wszystko inne.
Wtedy
spadła. Już nie tyle czuła się tak, jakby znajdowała się w wodzie.
Ona tonęła.
Powietrze
uciekło jej z płuc, ciało skurczyło w nagłym odruchu paniki. Uścisk zniknął,
tak jak i drobna sylwetka Mii. Ciemność zamknęła się wokół niej, nieubłagana i
coraz gęstsza. Jocelyne wyraźnie poczuła jak jej własne ciało poddaje się,
coraz bardziej ciągnąć ją w dół, nie dając choćby szansy na chwycenie się
czegokolwiek. Joce nie była już pewna, gdzie znajduje się góra, a gdzie dół.
Próbowała sięgnąć przed siebie, ale palcami natrafiła na pustkę.
I było jej
zimno, tak bardzo zimno…
– Jocelyne!
Głos
Edwarda przypominał wystrzał. Ciemność wypluła ją równie gwałtownie, co
wcześniej pociągnęła w pustkę. Jocelyne poderwała się do siadu, choć nie miała
pojęcia jak i kiedy w ogóle znalazła się na ziemi. Płuca paliły ją żywym
ogniem, a oddech zaczął rwać w urywanych spazmach, gdy rozpaczliwie zaczęła
chwytać powietrze. Kaszląc tak gwałtownie, jakby w istocie dopiero co tonęła w
lodowatych odmętach, odtrąciła dłonie pochylonego nad nią wampira, przekręcając
się na bok i próbując odkrztusić to, co zalegało w jej gardle. Tyle że nic tam
nie było.
Słyszała
głosy, ale to wydawały się odległe, jakby poza nią. Wciąż roztrzęsiona, oparła
dłonie na rozmokłej ziemi i niespokojnie rozejrzała się dookoła. Mia już jej
nie dotykała, ale wciąż była obok. Teraz stała kilka metrów dalej, obserwując
skuloną na leśnym podszyciu Jocelyne z wyraźnym zainteresowaniem.
– Miał
rację – stwierdziła tak cicho, że gdyby nie wyostrzone zmysły, Joce nie miałaby
szansy jej usłyszeć. – Zobaczyłaś.
– C-co…?
– Szkoda,
że nie możesz zabrać tego wspomnienia. Oddałabym je.
Dopiero
wtedy do Jocelyne dotarło, że w Mii również coś się zmieniło. Dotychczas dusza
odwiedzała ją w swojej radosnej, ujmująco uroczej formie. Dla postronnego
obserwatora mogłaby wyglądać jak każde inne dziecko, gdyby oczywiście pominąć
fakt, że była martwa. Co więcej, zarzekała się, że nie potrzebuje pomocy i jest
ciekawa, ale…
Tyle że
teraz było inaczej.
Jocelyne
przez chwilę była w stanie wyłącznie patrzeć, chłonąc każdy szczegół drobnej
sylwetki. Mia wyglądała na przemoczoną. Posklejane włosy otaczały jej twarz
jasną aureolą, przylegając do policzków. Ubranie oblepiało całe ciało,
podkreślając to, jaka była drobna i młoda w chwili śmierci. Skóra nie tyle
wydawała się przeźroczysta, co wręcz sina – jak u kogoś, komu bardzo brakowało
powietrza albo…
Albo
utonął.
Zrozumienie
przyszło nagle. Joce zadrżała i wycofała się w panice, wpadając plecami na tors
próbującego podtrzymać ją Edwarda. Otoczył ją ramieniem w obronnym geście, choć
nie miał prawa dostrzec tego, co ona.
– Tak
umarłaś – wykrztusiła, nie odrywając wzroku od Mii. – Ale…
– Powiedział
mi, że poczuję ulgę… Dlaczego dalej nie czuję ulgi, Joce?
Zadała to
pytanie tak żałośnie, że przez moment naprawdę przypominała rozczarowane
dziecko. Wraz z jej słowami rozległ się trzask, a Jocelyne aż podskoczyła ze
strachu, próbując namierzyć źródło dźwięku. W tym samym momencie poczuła jak
ramiona Edwarda oplatają ją ciaśniej, a wampir odciąga ją w tył na ułamek
sekundy przed tym, jak potężny konar zwalił się dokładnie w miejsce, w którym
dopiero co się znajdowała. Zaraz po tym kolejne drzewo złamało się wpół, nie
dosięgając podłoża tylko dlatego, że w drodze napotkało na opór o wiele
masywniejszego pnia.
Gdzieś w
pobliżu spłoszone ptaki poderwały się do lotu. Cisza wróciła chwilę później,
ciężka i gęsta, przerywana tylko jej przyspieszonym oddechem. Bezradnie
zacisnęła palce na obejmującym ją ramieniu. Uniosła głowę, by spojrzeć na
Edwarda i potrząsnąć głową.
– Idziemy –
zadecydował, podrywając ją na nogi. – Joce…
– Pomóż mi
– rozbrzmiało w tej samej chwili.
Mia stała w
samym środku tego zamieszania z opuszczona głową, dziwne zagubiona i wciąż
przemoczona. Powietrze wokół niej zdawało się falować, jakby coś kryło się w
cieniach albo…
Nie, to nie
było tak.
Jocelyne
już to widziała, o wiele częściej niż mogłaby sobie tego życzyć. Kiedy ostatnim
razem obserwowała coś podobnego, nie skończyło się dobrze. Wciąż pamiętała
gniew Dallasa, własne przerażenie i moment, w którym niewiele brakowało, by
połamała się, kiedy wypadła przez okno. To i poczucie beznadziei, które
ogarnęło ją w chwili, w której zrozumiała, że nie jest w stanie zrobić niczego,
by powstrzymać to, co się z nim działo.
Teraz
doświadczała tego po raz kolejny.
Głos uwiązł
jej w gardle. Znów zakaszlała, bezskutecznie próbując pozbyć się ucisku w
piersi. Chwiejnie stanęła na nogi, próbując utrzymać pion i jakkolwiek wesprzeć
się na Edwardzie. W jego ramionach przypominała szmacianą laleczkę, ale z uporem
próbowała zachować samodzielność. To, że wampir z uporem odciągnął ją w tył,
ani trochę nie pomagało.
Kątem oka
wychwyciła ruch, kiedy Bella podeszła bliżej. Edward od razu przesunął się na
tyle, by choć próbować ją osłonić, choć oboje musieli zdawać sobie sprawę, że w
spotkaniu z pękającymi drzewami żadne z nich by nie ucierpiało. Ba! Że oboje
mogliby zrównać z ziemią cały teren, jeśli mieliby na to ochotę. Jocelyne
wątpiła, by nawet najbardziej wściekły duch miałby szansę z wampirem, o ile
akurat nie miałby pod ręką porzuconego palnika.
– Jocelyne,
idziemy – usłyszała raz jeszcze przy uchu.
Chciała
odpowiedzieć, ale znów poczuła się tak, jakby miała zacząć się dusić. Powietrze
wydawało się zbyt gęste, zbyt wilgotne, a może to po prostu ona myślami wciąż
była przy tym, czego doświadczyła. Raz jeszcze spojrzała na Mię, próbując
doszukać się w jej spojrzeniu czegokolwiek, co pozwoliłoby jej zrozumieć. Gdyby
był tam gniew, chociaż cień nienawiści, wtedy może…
Na moment
zabrakło jej tchu, kiedy Edward bezceremonialnie przerzucił ją sobie przez
ramię.
– Ej! –
zaprotestowała, a przynajmniej próbowała, bo wyszedł jej z tego jęk. To, że
żebrami uderzyła o jego ramię ani trochę nie pomogło.
Pentagram
na łańcuszku niebezpiecznie zakołysał się na jej szyi, więc w pośpiechu
pochwyciła go, nie chcąc ryzykować, że się zerwie. Z jakiegoś powodu wydawał
się ciepły.
Nim
ostatecznie została zabrana z lasu, ostatni raz spojrzała na Mię.
W
spojrzeniu duszy doszukała się wyłącznie pustki.
Edward był wściekły i wyraźnie
nie zamierzał tego ukrywać. Jocelyne miała wrażenie, że w ciągu zaledwie kilku
minut pokonali całe miasteczko wzdłuż i wszerz nim wampir dosłownie wparował do
pokoju hotelowego. Chyba tylko cudem udało mu się opanować na tyle, by po drodze
nie zwrócić na siebie uwagi żadnego z mieszkańców, choć dziewczyna miała
wrażenie, że recepcjonistka rzuciła im podejrzliwe spojrzenie, kiedy wchodzili
do środka. A może po prostu chodziło o to, że wciąż wisiała przewieszona przez
jego ramię, podskakując przy każdym bardziej zdecydowanym ruchu.
Bella
milczała, sprawiając wrażenie co najmniej zdezorientowanej. I bardzo, bardzo
zmartwionej.
– Puść ją w
końcu – rzuciła, ledwo zamknęły się za nimi drzwi.
Reakcja
była natychmiastowa, jakby do wampira dopiero wtedy dotarło, co takiego robił. Jocelyne
odetchnęła, kiedy w końcu przestał traktować ją jak worek ziemniaków i postawił
przed sobą. Jego dłonie zacisnęły się na jej ramionach, a pociemniałe od
nadmiaru emocji oczy zmierzyły ją od góry do dołu. Dostrzegła frustrację w jego
spojrzeniu, jak zawsze, gdy napotykał na właściwą telepatom pustkę. Aż za
dobrze wiedziała jak bardzo irytowało go, że już od wielu lat spora część myśli
otaczających go istot pozostawała poza jego zasięgiem.
Zawahała
się. Chciała coś powiedzieć, ale wciąż miała wrażenie, że się dusi. Co prawda
uczucie zniknęło, kiedy opuścili las i oddalili się od Mii, jednak nadal pozostawało
obecne – niczym cień czegoś nieuniknionego.
Coś w
spojrzeniu Edwarda zmiękło kiedy nabrał pewności, że nie wygląda na ranną.
– Nigdy
więcej tego nie rób. Słyszysz, Jocelyne? – Bezceremonialnie przygarnął ją do
siebie. – Naprawdę musisz przestać.
Niewiele
brakowało, by parsknęła na te słowa. Wiedziała, że to nie pierwszy raz, kiedy
wplątywała się w coś, czego żadne z nich nie rozumiała. Gdyby jeszcze miała na
to wpływ…
– Postaram
się – mruknęła. Własny głos wydał jej się zachrypnięty i przytłumiony.
Przez twarz
Edwarda przemknął cień.
– Mówię
poważnie. – Z niedowierzaniem potrząsnął głową. – Kto tam był? Mówiłaś, że
ktoś, kogo znasz, ale… – Zacisnął usta. – Dallas chyba nie…
– Dallasa
nie ma – przypomniała cicho.
– Mówiłaś o
kobiecie – wtrąciła Bella.
Jocelyne
potrząsnęła głową.
– O
dziewczynce – poprawiła, a wyraz twarzy wampirzycy momentalnie się zmienił.
Edward jedynie uniósł brwi. – Ma na imię Mia. Poznałam ją jakiś czas temu.
– A teraz próbowała
cię zabić.
Nie
powstrzymała grymasu, słysząc ostateczność tych słów. Niepewnie odsunęła się od
Edwarda tylko po to, by ciężko opaść na stojącą tuż za nią sofę. Na moment ukryła
twarz w dłoniach, nagle uświadamiając sobie, że drżą. W zasadzie cała drżała,
jakby jej ciało wciąż nie oswoiło się z tym, co się wydarzyło.
– To nie
tak – mruknęła.
Tyle że
wcale nie była tego taka pewna.
Dlaczego
Mia przyszła aż tutaj? Zniknęła jakiś czas temu, ale to nadal nie tłumaczyło nagłego
pojawienia się duszy w takich okolicznościach. Obserwowała ją? Zmieniła zdanie,
widząc, że Jocelyne odważyła się pomóc komuś innemu? Wcześniej zarzekała się,
że niczego nie chce i wszystko jest w porządku, ale jej słowa z lasu wyraźnie
temu przeczyły. I jeśli faktycznie potrzebowała pomocy, dlaczego zrobiła coś
takiego? Dlaczego była taka zła, jeśli wcześniej nie okazała choćby cienia
wrogości. Jocelyne nie czuła, by zrobiła coś złego – nie tak jak było z Dallasem
czy duchami w kostnicy – więc…
Więc
czemu?
Znów
odruchowo zacisnęła palce na łańcuszku. A później przesunęła je na gardło,
wciąż mając wrażenie, że coś tam zalega.
– Jocelyne?
– Głos Belli wyrwał ją z zamyślenia. – Joce, co tam masz?
Nie
zrozumiała. Spojrzała zdezorientowana na wampirzycę, kiedy ta nagle ujęła jej
dłonie, odciągając je od szyi.
Złote oczy rozszerzyły
się w geście niedowierzania.
– Boże.
– Co? –
obruszyła się, nagle zaniepokojona. – To tylko łańcuszek od Claire, więc…
– Nie o to
chodzi – zaoponowała natychmiast Bella.
– Sama
zobacz – zadecydował w tym samym momencie Edward.
Odruchowo
ujęła go za rękę, kiedy wyciągnął ją ku niej. Pozwoliła, by zaprowadził ją do
łazienki, choć ustanie na nogach nagle okazało się wyzwaniem. Potrzebowała
chwili, by odzyskać równowagę i dotrzymać mu kroku.
A potem
zamarła, już tylko wpatrując się we własne odbicie.
Nie zdziwiło
ją to, że wyglądała jak siódme nieszczęście. Włosy miała w nieładzie, ubranie
poszarpane i brudne od leżenia na ziemi. Była blada i wciąż chwiała się na nogach,
wciąż z trudem chwytając oddech.
Nic z tego
jednak nie tłumaczyło coraz wyraźniejszych sińców na szyi.
– Co do…?
Przestąpiła
naprzód, chcąc znaleźć się bliżej lustra. Syknęła, kiedy biodrem uderzyła o
umywalkę, ale ból niemal natychmiast zszedł na dalszy plan. Całą jej uwagę
pochłonęły odcinające się na bladej skórze siniaki – i to na dodatek takie,
które kształtem z łatwością dopasowałyby się do cudzych dłoni.
Wyczuła
ruch za plecami. Bella stanęła tuż za nią, łagodnie odsuwając jej włosy z szyi.
Chłodnymi palcami musnęła skórę wnuczki, jakby chciała osobiście przekonać się,
że siniaki były prawdziwe.
– Boli cię
to? – zapytała i tym razem to w jej głosie pojawił się gniew. – Ona to zrobiła?
Upadłaś, ale…
– N-nie.
Tylko na
tyle było ją stać. Nie miała nawet pewności, na które pytanie próbowała odpowiedzieć.
Bella
zacisnęła usta. Ramiona bez słowa owinęła wokół Jocelyne, przyciągając ją
bliżej. Dziewczyna potrząsnęła głową, pozwalając, by włosy choć częściowo
przysłoniły ślady.
W lustrze
zauważyła zaciśnięte usta wciąż tkwiącego w progu Edwarda. Wpatrywał się w nią
w skupieniu, wciąż skupiony, choć myślami wydawał się być gdzieś daleko.
Zupełnie jakby w całym tym szaleństwie przynajmniej próbował zrozumieć, co
właśnie się wydarzyło.
– Jocelyne?
Poderwała
głowę. Zaskoczyło ją to, że tym razem jego głos zabrzmiał… zaskakująco
łagodnie.
– Hm?
– Ta twoja
Mia… Jak ona umarła?
Aż
zamrugała słysząc to pytanie. Uświadomiła sobie, że przecież słyszał to, co
mówiła do Mii w lesie, nawet jeśli nie miał jak usłyszeć odpowiedzi albo
chociaż zobaczyć duszy. A przecież wygląd mówił wszystko.
– Nie
jestem pewna – przyznała zgodnie z prawdą. – Myślałam, że utonęła. W lesie tak
wyglądała, ale…
– W lesie? –
powtórzyła Bella. – Mówiłaś, że znałaś ją wcześniej.
– Wcześniej
nie przychodziła do mnie w takim stanie. Ale teraz myślę, że…
Urwała. Bez
słowa uniosła dłoń do gardła, pocierając ślady, choć nie miała już odwagi
spojrzeć w lustro, by upewnić się, że tam były. Czuła na sobie przenikliwe spojrzenia
dwójki wampirów i choć nie przynosiły jej pełnej ulgi, cieszyła się, że nie została
z tym sama. Mogła tylko zgadywać, co wydarzyłoby się w lesie, gdyby Edward jej
stamtąd nie zabrał. Nawet jeśli Mia potrzebowała pomocy, zdecydowanie nie była
w nastroju do rozsądnej rozmowy.
– W
porządku. Już dobrze, wampirku. – To Edward odezwał się jako pierwszy. – Idź
się położyć. Załatwię bilety powrotne.
– Ale…
– Wracamy
do domu – powtórzył z naciskiem. Spojrzenie, które jej rzucił, było tak
wymowne, że nagle nabrała pewności, że nie spuści jej z oczu póki wszyscy nie
znajdą się w samolocie. I to choćby miał warować pod drzwiami jej pokoju przez
kolejne godziny. – Bez dyskusji. Zajmiemy się tym w Seattle.
– Mia
przecież… – Urwała, nagle pojmując pełnie jego słów. – Zajmiemy się?
Przez twarz
wampira przemknął cień. Wyglądał jakby sam nie był zachwycony własną decyzją.
– Nie
pozwolę byś biegała po lesie i szukała kłopotów, to na pewno. Mówiłaś, że poznałaś
ją wcześniej, więc najwyraźniej przyszła tutaj za nami. Skoro tak, musi być po
niej jakiś ślad. – Jego spojrzenie raz jeszcze przesunęło się po szyi Jocelyne.
Zacisnął usta. – Obawiam się, że będziemy musieli pomówić z Charliem. Może zna
kogoś, kto zajmuje się sprawami zaginięć. Zwłaszcza jeśli chodzi o dziecko.
Bella
drgnęła, wyraźnie mając ochotę zaprotestować, ale ostatecznie powstrzymało ją
samo tylko spojrzenie na Jocelyne. Na moment zawahała się, po czym niechętnie
skinęła głową.
– Ja spróbuję
z nim porozmawiać. Albo z Sue.
– Świetnie.
– Edward wycofał się. Jeszcze w drodze do aneksu wyjął telefon i zerknął na
wyświetlacz. – Alice właśnie załatwiła nam powrót. Nie wiem, ile zobaczyła, ale
lot mamy wieczorem.
Jocelyne ze
świstem wypuściła powietrze. Ciężko oparła się plecami o umywalkę, wciąż
niedowierzając. Ucisk w piersi wciąż jej towarzyszył, ale zszedł na dalszy
plan, gdy znów musnęła palcami nagrzany pentagram.
I nagle
zwątpiła.
Bo mogła tylko zgadywać, co wydarzyłoby się, gdyby nie łańcuszek od Claire.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz