2019/04/19

Dwieście siedemdziesiąt jeden

Layla
Odprowadziła Claire wzrokiem, w ostatniej chwili rezygnując z zatrzymania jej. Czuła, że powinny porozmawiać, ale działo się zbyt wiele, by mogły sobie na to pozwolić. W zasadzie uważała, że to przede wszystkim Rufus powinien w końcu się wypowiedzieć, ale to przypominało trochę czekanie na cud. Jak znała tego wampira, zamierzał udawać, że nic wartego nie miało miejsca i że wcale po raz kolejny nie ukrył przed Claire czegoś, co było istotne.
Chwilami nie miała do niego siły. I to najdelikatniej rzecz ujmując.
Poczuła muśnięcie na ramieniu, co skutecznie przypomniało jej o obecności Renesmee. Uśmiechnęła się blado, w tamtej chwili nie potrzebując wyjaśnień Joce, by zorientować się, co dziewczyna chciała jej przekazać.
– Dzięki – mruknęła, jakoś nie wątpiąc, że bratowa była w stanie ją usłyszeć. – Wszystko gra. Chociaż zaczynam żałować, że nie możemy normalnie porozmawiać.
To był jeden z tych momentów, kiedy naprawdę miała ochotę się komuś zwierzyć. Pomyślała o Isabeau, ale nie sądziła, by wspominanie siostrze o Claudii było dobrym pomysłem. Tak naprawdę potrzebowała Nessie, ale…
– Jestem tutaj – przypomniała ze swojego miejsca Jocelyne.
Layla jedynie się uśmiechnęła. Wciągnięcie w to jeszcze bratanicy byłoby przesadą, a przynajmniej miała takie wrażenie. Rufus już i tak wyglądał, jakby miał ochotę kogoś zabić, kiedy zdecydowała się wtajemniczyć córkę.
– To nic ważnego – stwierdziła wymijającym tonem. Trudno było jej stwierdzić, czy którakolwiek z obecnych kobiet uwierzyła w takie tłumaczenie. – Już wszystko jest w porządku.
– Z Claire też? – zapytała z wahaniem Bella. – Wciąż martwię się o Alessię. Skoro to był ten sam wilkołak…
– Nic jej się nie stało – ucięła stanowczo, nawet nie chcąc brać pod uwagę innej możliwości. Już raz przez to przechodziła i nie zamierzała doprowadzić do sytuacji, w której miałaby to powtarzać. – Wystraszyła się… I ja zresztą też. Tego się trzymajmy.
Naprawdę chciała w to wierzyć. Claire była cała i to się liczyło, ale Layla wcale nie czuła się dzięki temu pewniej. Nie, skoro ostatecznie obie wylądowały z powrotem w Seattle, którego zdecydowanie nie utożsamiała z bezpiecznym miejscem. Nie chodziło tylko o łowców, ale przede wszystkim istotę, o której wiedziała, że mogłaby polować na Beatrycze i Elenę. Musiała wyjaśnić to Claire, w pamięci wciąż mając zasadę, by trzymać się razem – i to najlepiej w towarzystwie telepatów. Problem polegał na tym, że nie miała pewności, w jaki sposób ująć sprawy tak, by zabrzmiały sensownie. O wytłumaczeniu, dlaczego nikt słowem nie zająknął się na temat komplikacji wcześniej, nie wspominając.
Bycie matką wychodzi mi świetnie.
– Naprawdę musisz już iść? Obiecałaś, że zostaniesz!
Poderwała głowę, słysząc pobrzmiewające w głosie Jocelyne rozczarowanie. Dziewczyna spoglądała w przestrzeń, a przynajmniej tak wyglądało to na pierwszy rzut oka. W rzeczywistości musiała wpatrywać się w miejsce, w którym stała… No cóż, Rosa. Do Layli wciąż to nie docierało, a jeśli miała być ze sobą szczera, traktowała dotychczasowe wyjaśnienia bratanicy z dość sporą dozą rezerwy.
Z niedowierzaniem potrząsnęła głową. Spodziewała się wielu rzeczy, ale nie tego, że temat tej dziewczyny powróci w takich okolicznościach. Jakby tego było mało, wszystko wskazywało na to, że Rosa znajdowała się gdzieś na wyciągnięcie ręki, a na dodatek jak gdyby nigdy nic oferowała pomoc.
– To moja wina? – wyrwało jej się. To było pierwszym, co przyszło jej do głowy. – Nie mam nic przeciwko twojej obecności! Ja…
– Rosa lubi znikać. – Joce wywróciła oczami. – No i nie wierzę. Dobrze zrozumiałam, że chodziłaś z wujkiem?
Coś w tym pytaniu sprawiło, że Layla poczuła się nieswojo. To nie była zazdrość, a przynajmniej wampirzyca nie chciała jej czuć. Trudno było obawiać się zmarłej, a jednak…
Brwi Jocelyne powędrowały ku górze, a chwilę później dziewczyna parsknęła nieco nerwowym śmiechem.
– To było wredne.
– Co mówi? – zniecierpliwiła się Layla. Przysłuchiwanie się rozmowie w takiej formie zaczynało być frustrujące.
– Że „chodzenie” to zbyt mocne słowo – wyjaśniła usłużnie Joce. – I że bardziej dziwi ją, że kogokolwiek sobie później znalazł. I że cieszy się, że padło na ciebie.
Ostatnie słowa sprawiły, że poczuła się jeszcze dziwniej. Pamiętała, co Rufus mówił jej o Rosie, ale i tak nie była pewna, na ile mogła zawierzyć słowom przekazywanym przez Jocelyne. Choć od momentu, w którym w końcu poznała tożsamość dziewczyny, minęły całe dekady, aż za dobrze pamiętała tamtą rozmowę – każde słowo, zwłaszcza że mało kiedy widywała męża aż tak wytrąconego z równowagi jak wtedy. Zgodnie z tym, co powiedział, Rosa była delikatna, pełna życia i słodka, co zdecydowanie nie pasowało do kogoś, kto byłby w stanie w razie potrzeby zabić, a tym bardziej należał do nieśmiertelnych.
Jakkolwiek by nie było, wspomnienie dawnej miłości w najmniejszym stopniu nie wzbudzało takich emocji jak możliwość porozmawiania z nią – i to nawet przy pomocy pośrednika. Nie rozumiała, co dusza wciąż tutaj robiła, a tym bardziej dlaczego kręciła się przy Jocelyne. Tym bardziej niejasne było dla Layli to, czemu w ogóle oferowała pomoc.
– Powinnam… sprawdzić, co z Ryanem. Czeka na mnie, tak? – zmieniła temat, dla pewności nerwowo zerkając na Bellę. – Naprawdę nie musisz odchodzić, Roso. Raz jeszcze ci dziękuję.
Miała wrażenie, że jej słowa nie zabrzmiały nawet w połowie tak entuzjastycznie, jak planowała. Co więcej czuła, że wszystko w niej aż krzyczało, że szukała pretekstu, żeby uciec. Podchwyciła nieco niepewne spojrzenie Joce, wiec po prostu wysiliła się na uśmiech, ale szczerze wątpiła, by dziewczyna dała się nabrać. Tym bawet nie miała pewności, jakiej reakcji spodziewać się po Rosie, w gruncie rzeczy błogosławiąc fakt, że nie mogła dziewczyny zobaczyć.
Nikt nie odezwał się nawet słowem, kiedy podążyła w ślad za Claire, w pośpiechu dopadając na schody. Siląc się na zachowanie ludzkiego tempa, weszła na górę, na moment przystając w opustoszałym korytarzu. Wyczuła córkę w sypialni, którą ta zajmowała przed wyjazdem do Florencji, ale nie zdecydowała się do niej pójść. Nie próbowała również szukać Ryana, w gruncie rzeczy nie mając głowy do tego, by kolejny raz tłumaczyć mu się z bezradności. Chciała pomóc jemu i Cassandrze, a jednak wciąż kończyło się na tym, że nie miała pojęcia, co zrobić. O tym, że wciąż nie wiedziała, gdzie podziewała się dziewczyna, nie wspominając.
Aż wzdrygnęła się, kiedy coś bez jakiegokolwiek ostrzeżenia otarło się o jej ramię. Zamrugała nieco nieprzytomnie, natychmiast prostując się niczym struna i dla pewności wodząc wzrokiem dookoła, choć przecież wiedziała, że nie będzie w stanie swojej towarzyszki zobaczyć.
– Nessie – wyrwało jej się.
Jakoś nie była zaskoczona tym, że bratowa nie zostawiła jej samej. W zasadzie poczuła ulgę, kiedy przekonała się, że dziewczyna była tuż obok. Bliskość przyjaciółki była tym, czego najbardziej potrzebowała.
Jedynie wywróciła oczami, gdy Renesmee bezceremonialnie wyjęła jej telefon z kieszeni, najwyraźniej znów zamierzając bawić się w pisanie SMS-ów.
Rosa jest naprawdę miła
Z trudem powstrzymała sfrustrowany jęk. Aż tak było po niej widać, co tak naprawdę czuła? Tego też mogła się spodziewać, ale reakcja bratowej wystarczyła, by poczuła się jeszcze bardziej nieswojo.
– To prawda – przyznała, ale bez większego przekonania. – Chyba. Dziwnie jest po prostu słuchać, że ona tutaj jest. To takie…
Ze mną rozmawiasz!
Prawie udało jej się uśmiechnąć.
– Ciebie czuję. I przysięgam, że wyściskam cię równie mocno, co ty mnie, kiedy już do nas wrócisz.
Z łatwością mogła sobie wyobrazić, jak Renesmee zareagowała na te słowa. Z nią było inaczej, zwłaszcza że Layla dobrze ją znała. W efekcie bez większego problemu mogła przywołać w pamięci nieco nieśmiały uśmiech przyjaciółki. To wystarczyło, by momentalnie zapragnęła wziąć Nessie w ramiona – tak po prostu, bo poczuć się choć odrobinę pewnej.
Przez chwilę trwały w ciszy. Layla w milczeniu wpatrywała się w unoszący się samoistnie telefon, mimochodem zauważając, że przesuwanie przedmiotów wychodziło Renesmee coraz lepiej. Już nie rozpraszała się tak łatwo jak na początku, kiedy nawet utrzymanie ołówka czy długopisu okazywało się dla niej wyzwaniem.
Potrzebowała chwili, by pojąć, że na ekranie komórki pojawiła się kolejna wiadomość.
Jesteś zazdrosna?
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. To pytanie na moment wytrąciło ją z równowagi, nie tyle zaskakując, o przede wszystkim wzbudzając wątpliwości. Prawda była taka, że nie miała pojęcia, choć zawsze sądziła, że kwestia przeszłości Rufusa była czymś, co już zdążyła sobie uporządkować. To przynajmniej wydawało się sensowne, póki martwa była pozostawała co najwyżej wspomnieniem kogoś, kogo kiedyś kochał.
– Nie wiem – przyznała zgodnie z prawdą. – Nie powinnam, prawda? Ale… myślę o Claudii i się martwię. Nie żebym uważała, że Rufus mógłby zrobić coś głupiego, zwłaszcza że to… hm, duch, ale…
Urwała, próbując zebrać myśli. Wspominanie o Claudii nie ułatwiało, wręcz wprawiając wampirzycę w jeszcze silniejsze przygnębienie. Po tym jak opowiedziała wszystko Claire, dalsze milczenie na temat tego, jak tak naprawdę wyglądał wyjazd do Lille, zaczynało być męczące.
Spuściła głowę, pozwalając by jasne włosy opadły jej na twarz. Chwilę jeszcze walczyła ze sobą, zanim ostatecznie doszła do wniosku, że ma dość. Jeśli nie Renesmee, komu tak naprawdę mogła się zwierzyć?
– Mogę ci o czym powiedzieć?
Oczywiście nie usłyszała odpowiedzi, ale szturchnięcie w ramię okazało się dość wymowną wskazówką. Jakby tego było mało, Layla momentalnie poczuła się jeszcze dziwniej, nagle czując się jak zagubione dziecko, niepewne tego, co powinno ze sobą zrobić.
Ekran telefonu znów się rozjaśnił, kiedy Nessie jednak zdecydowała się na bardziej konkretną odpowiedź. Tym razem wiadomości było kilka, jedna za drugą, jakby dziewczyna chciała jak najszybciej wyrzucić z siebie wszystko to, co ją dręczyło.
Od kiedy pytasz?
Jasne, że tak, ale
najpierw to ja mam ci
coś do powiedzenia
Layla uniosła brwi. Zabrzmiało poważnie, a to zdecydowanie nie zdarzało się często. Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem Nessie musiała ją pocieszać, zwłaszcza że zwykle sprawy miały się zupełnie inaczej. Tak naprawdę to Layla przywykła do tego, by być pocieszycielką – tak jak wtedy, gdy siedziała z bratową, próbując jakkolwiek poprawić jej nastrój, gdy ta zadręczała się tym, co działo się z Jocelyne. Albo jeszcze wcześniej, gdy dziewczyna właściwie szlochała jej w ramię, dostając szału przez niepamięć Gabriela.
Tym razem role się odwróciły, a Layla nie była pewna jak się z tym czuła. Wiedziała jedynie, że nagle zapragnęła uściskać Nessie mocniej niż do tej pory.
Mimo wszystko była gotowa przysiąc, że minęła cała wieczność, zanim na ekranie telefonu pojawiła się kolejna wiadomość.

Rozmawiałam z Rosą.
I wierzę, że chroni Joce,
chociaż wcale nie musi.
Mnie też obiecała pomoc,
chociaż nie powinna.
Twierdzi, że nie zawsze
może ingerować.
Chwilę wpatrywała się w poszczególne słowa, próbując się uspokoić i sensownie wszystko uporządkować. Ufała Nessie, oczywiście, ale… to wcale nie było takie proste. I to niezależnie od tego, czego tak naprawdę chciała.
– Brzmi trochę jak Michael, nie? – zauważyła, decydując się skupić na najbardziej neutralnej części wypowiedzi bratowej. Nie miała pewności, co o tym myśleć.
Też o tym pomyślałam
Ale jest miła. I nie sądzę,
byś miała powody do obaw.
Coś w tych słowach sprawiło, że Layli prawie udało się uśmiechnąć.
– Nie obawiam się – zaoponowała machinalnie. Zaraz po tym z westchnieniem wywróciła oczami. – Okej, tak. Ale próbuję tego nie robić. No i to duch, prawda?
Mimo wszystko czuła się dziwnie. Jak długo Rufus tak naprawdę wiedział, że Joce regularnie widywała Rosę? Musiał, a przynajmniej tyle zrozumiała Layla. Nie była jakoś szczególnie zaskoczona, że jej o tym nie powiedział, ale…
Tyle że sama nie wspomniała o Dylanie. Pamiętała, że Joce wypowiedziała jego imię, chociaż do tej pory nie miała odwagi dziewczyny o to zapytać. Temat nie powrócił i to niejako wszystko ułatwiało, ale Layla nie mogła pozbyć się wrażenia, że to niczego nie zmieniało.
O czym chciałaś mi powiedzieć?
W roztargnieniu spojrzała na telefon, kiedy na ekranie pojawiła się kolejna wiadomość od Renesmee. Wampirzyca westchnęła i nerwowym gestem przeczesała włosy palcami, próbując zająć czymś ręce. Sama zaczęła, chociaż nagle zwątpiła w to, czy ciągnięcie tej rozmowy akurat teraz było dobrym pomysłem. Co prawda mogła zaufać Nessie, ale zadręczanie jej bardziej niż do tej pory nie wchodziło w grę.
A może po prostu się obawiała, choć sama nie była pewna czego. Nie miała pojęcia jak zacząć, choć przecież już raz przeprowadziła tę rozmowę.
– Claudia jest siostrą Rufusa – wypaliła, zanim zdążyła się zastanowić.
Zdążyła tylko zauważyć, że unosząca się dotychczas komórka nagle spadła, tylko cudem nie lądując na podłodze. Layla w ostatniej chwili pochwyciła telefon, nerwowo zaciskając na nim palce. Mimowolnie rozejrzała się po korytarzu, choć i tak nie była w stanie dostrzec Nessie. Teraz dodatkowo nie miała żadnego punku zaczepienia, który pozwoliłby jej wywnioskować, gdzie znajdowała się bratowa.
Bez słowa oparła się o ścianę, wciąż nerwowo obracając telefon. Mówienie w pustkę było dziwne, ale powoli zaczynała się do tego przyzwyczajać.
– Pewnie mnie zabije, zwłaszcza że dopiero co powiedziałam o tym Claire i… Cóż. – Wzruszyła ramionami. – Dowiedzieliśmy się w Lille. Wybacz, że nie wspomniałam wcześniej, ale sama rozumiesz… – Zawahała się na moment. Nie musiała tłumaczyć Renesmee jaki był Rufus, ale i tak zrobiło jej się głupio. – Charon najwyraźniej szuka Claudii. Alessia o tym wspomniała, a teraz Claire wspomniała  o czymś podobnym i… Boję się, wiesz? Nie mam pojęcia, co to znaczy, ale nie podoba mi się to.
Cisza, która zapanowała po jej słowach, jedynie podsyciła odczuwane przez Laylę wątpliwości. Żałowała, że nie mogła dostrzec Renesmee, a tym bardziej normalnie z nią porozmawiać. Przez chwilę nawet zwątpiła w to, czy dziewczyna wciąż znajdowała się gdzieś obok, choć myśl o tym, że ta po prostu miałaby się obrazić i odejść, wydawała się irracjonalna.
Mimo wszystko Layla poczuła ulgę, kiedy coś otarło się o jej ramię, kiedy bratowa jednak zdecydowała się dać znać o swojej obecności. Minęła dłuższa chwila, zanim Nessie zapanowała nad sobą na tyle, by znów skupić się na telefonie. Tym razem wystukanie zaledwie kilku słów zajęło jej dużo więcej czasu niż wcześniej.
I co on na to?
Layla z trudem powstrzymała nieco nerwowy, histeryczny śmiech. To było jedno z tych pytań, na które tak naprawdę nie musiała odpowiadać. A przynajmniej nie Renesmee, która mimo wszystko zdążyła wampira poznać.
– Udaje, że nic się nie stało.
Nie doczekała się kolejnej odpowiedzi. Renesmee po prostu tkwiła obok, wciąż tuląc się do jej boku i najwyraźniej nie będąc w stanie zdobyć się na nic więcej. Tak naprawdę nie musiała – ta bliskość znaczyła więcej niż cokolwiek innego.
Zamknęła oczy. Chociaż nie sądziła, że to możliwe, w końcu udało jej się rozluźnić.
– Dziękuję, kochanie – mruknęła z bladym uśmiechem.
Miriam
Przesiadywanie w apartamentowcu zaczynało być męczące. Bierność również, choć wszystko wydawało się lepsze od świadomości, że Rafael jej nie ufał. Podpadnięcie bratu było ostatnim, czego tak naprawdę chciała, więc z dwojga złego wolała go słuchać, nawet jeśli wciąż miała wątpliwości.
Ostatnia rozmowa była dziwna – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Nie chodziło nawet o to, że Rafa próbował ją zabić, bo tego tak naprawdę się spodziewała. Jasne, że zareagował w ten sposób. Znała go wystarczająco dobrze, by wiedzieć jak postępował z osobami, którym nie ufał – a już zwłaszcza takimi, które uważał za zdrajców. Nie zawiniła mu niczym, ale to nie miało znaczenia, a jakby tego było mało…
Tyle że zawahał się, a to już nie było do niego podobne. To, że koniec końców pomógł jej dojść do siebie, tym bardziej. Nie dzielił się krwią bez powodu i doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
Tym bardziej zadziwiało ją to, że mogłaby zawdzięczać cokolwiek Elenie.
Wszystko było inne i dostrzegała to od dłuższego czasu. Świat się zmienił i to w stopniu wystarczającym, by Mira poczuła się skołowana. Pierwszy raz od wieków nie miała pewności na czym stoi, w gruncie rzeczy zdając sobie sprawę z tylko jednej rzeczy: mieli przejebane. Czego innego miała spodziewać się po tym, jak sprzeciwiła się ojcu?
Z powątpiewaniem spojrzała wprost w atramentowe, zasnute chmurami niebo. Lubiła przesiadywać na tarasie, zresztą tak jak i Rafa. To był jeden z plusów apartamentowca, nawet jeśli konieczność dzielenia mieszkania z kimkolwiek innym ją drażniła. Było dużo łatwiej odkąd Beatrycze i Lawrence się wynieśli, ale kobieta wciąż liczyła się z tym, że w każdej chwili mógł  pojawić się kolejny niechciany gość. Zwykle tyczyło się to Sage’a, ale nieśmiertelny okazał się na tyle praktyczny, by przez większość czasu nie zwracać na nią uwagi. No i wydawał się do bólu uprzejmy, co chyba nawet jej się podobało, przynajmniej tak długo, jak nie próbował zawracać jej głowy.
Współegzystencja z niektórymi istotami bywała naprawdę prosta.
Demonica rozłożyła skrzydła, wciąż z uwagą przypatrując się niebu. Bierność ją męczyła, niezależnie od tego, co rozkazał Rafael. Siedzenie z założonymi rękami zdecydowanie nie było czymś, do czego przywykła, nawet jeśli brat czasami faktycznie działał zachowawczo. Tak było w przypadku Eleny, kiedy po prostu obserwowali, czekając na rozwój wypadków, ale tym razem…
Zaklęła, po czym po prostu wzbiła się ku górze. Czekała wystarczająco długo, by mieć dość. Potrzebowała ruchu i celu, choć w przypadku tego drugiego sprawy bywały problematyczne. Tak naprawdę zamierzała krążyć, byleby tylko dłużej nie siedzieć na tyłku w mieszkaniu. Kto wie, może przy odrobinie szczęścia miała wypatrzeć Renesmee albo to, co kontrolowało jej ciałem. W obecnej sytuacji zbliżanie się do tej istoty brzmiało jak szaleństwo, ale… przecież od razu nie musiała próbować dziewczyny złapać, prawda?
Lot miał w sobie coś kojącego, zresztą tak jak i możliwość ruchu. Mira rozluźniła się, pierwszy raz od kilku dni czując naprawdę swobodnie. To było coś, czego jej brakowało – poczucie lekkości, unoszenie i bliskość nieba, które tak bardzo ceniła. Skrzydła stanowiły największe błogosławieństwo, jakie mogła sobie wyobrazić, nawet jeśli w przypadku demona takie stwierdzenie wydawało się co najmniej ironiczne.
Co jak co, ale to powinieneś rozumieć, pomyślała, choć nie zwracała się do nikogo konkretnego. Nie czuła Rafaela i nic nie wskazywało na to, by brat akurat dzisiaj zamierzał jej szukać. Jak go znała, pewnie znów wzdychał do Eleny, nie odstępując dziewczyny nawet na krok. To wciąż Mirę bawiło, chociaż coraz częściej przyłapywała się na tym, że spoglądała na tę dwójkę tak, jakby ich związek stanowił coś naturalnego. I to nawet mimo tego, że regularnie miała ochotę postukać się przez nich w głowę.
Zeszła niżej, wciąż obserwując. Starała trzymać się na bezpiecznej wysokości, by niepotrzebnie nie zwrócić na siebie uwagi ludzi, choć ich spojrzenia były dla kobiety najmniejszym problemem. Tak naprawdę wystarczyła odrobina skupienia, by zakrzywić rzeczywistość i z nabytą przez wieki wprawą całkiem ukryć swoją odległość. W efekcie Mira mogłaby nawet stanąć na cudzym parapecie i zapukać w szybę, a i tak nie zostałaby zauważona.
Śmiertelnicy bywali wręcz żałośnie ślepi i to nawet wtedy, gdy niektóre zjawiska mieli dosłownie na wyciągnięcie ręki.
To też ją bawiło.
Masz wyjątkowo dobry nastrój, siostro.
Z wrażenia omal nie zderzyła się ze ścianą mijanego budynku. Zawisła w powietrze, prostując się niczym struna i z bijącym sercem nasłuchując. Natychmiast spróbowała zlokalizować intruza, nagle aż nazbyt świadoma jego obecności, zwłaszcza że ten nawet nie próbował się ukryć.
A ona doskonale znała głos, który rozbrzmiewał w jej głowie.
– Hunter…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa