18.05.2016

Dwieście jeden

Jocelyne
Na korytarzu panowała nieprzenikniona wręcz cisza. Światła już dawno pogasły, jednak i to nie stanowiło przeszkody dla kogoś, kto dysponował wyostrzonymi zmysłami. Z wolna ruszyła przed siebie, zważając na każdy kolejny krok i w duchu niemalże modląc się o to, żeby przynajmniej ten jeden raz całkowity brak koordynacji ruchowej nie okazał się problematyczny. Co prawda nie wyobrażała sobie jakichkolwiek przykrych konsekwencji tego, że mogłaby w środku nocy wyjść z pokoju, tym bardziej, że już pierwszego dnia Julie zapewniała ją, że wycieczka do łazienki to żadna zbrodnia, ale mimo wszystko była zdenerwowana. Być może miało to jakiś związek z tym miejscem oraz wątpliwościami, które w niej wzbudzało, jednak i o tym starała się nie myśleć, raz po raz powtarzając sobie, że to najmniej istotne – i że czas pokaże, czy faktycznie istniały jakiekolwiek powody do niepokoju.
Nie miała pojęcia, co takiego działo się z Vicki, ale z tego, co usłyszało, wynikało, że dziewczyna się rozchorowała – i to najwyraźniej dość poważnie, skoro nie wróciła do swojego pokoju. To jedynie utwierdziło Jocelyne w przekonaniu, że powinna coś zrobić, nawet jeśli nie miała pojęcia, czego tak naprawdę powinna się spodziewać. Wciąż myślała o tych wszystkich niepokojących rzeczach, które powiedział jej Jeremi, to z kolei sprawiało, że nade wszystko pragnęła dowiedzieć się czegoś więcej. Chłopak mógłby udzielić jej odpowiedzi, o ile tylko wzięłaby go w krzyżowy ogień pytań, ale szczerze wątpiła w to, by tak po prostu się na to zgodził. Skoro do tego wszystkiego nie ufała sobie na tyle, by spróbować wykorzystać telepatię, pozostawało jej tylko i wyłącznie to, co w pierwszej kolejności przyszło jej do głowy: a więc dostanie się do gabinetu Rona.
Chyba już od dłuższego czasu podświadomie pragnęła tego, żeby zapoznać się z trzymanymi tam dokumentami. Interesowały ją zwłaszcza jej własne akta, tym bardziej, że wciąż nie była w stanie zapomnieć o tym, że najpewniej istniała mniej i bardziej oficjalna wersja. Cokolwiek było z nią nie tak, miała prawo o tym wiedzieć, a przynajmniej tak właśnie sądziła. Z drugiej strony, może to był ten słynny talent Licavolich, którzy mieli w zwyczaju na własne życzenie pakować się w kłopoty. Nigdy dotąd świadomie nie sprawiała kłopotów, ale skoro nikt nie kwapił się do tego, żeby wyjaśnić jej, co takiego było nie tak…
Była spięta, nawet pomimo świadomości tego, że jako istota w połowie nieśmiertelna, nie miała żadnego powodu do tego, żeby się czegokolwiek obawiać. Czuła, że wszystko jest w porządku i że w razie potrzeby bez większego wysiłku poradzi sobie z każdym zagrożeniem, o ile to faktycznie istniało. Największym problem było swobodne poruszanie się po korytarzu, skoro ten pozostawał pod obstrzałem kamer, ale zanim zdecydowała się na nocne wyjście, w świetle dnia starannie sprawdziła, gdzie znajdowały się poszczególne urządzenia. To pozwoliło jej na postawienie dość ryzykownego założenia, jakim było wyznaczenie tak zwanych „martwych punktów”, a więc względnie bezpiecznych miejsc, gdzie urządzenia nie powinny rejestrować obrazu. Wciąż istniało ryzyko, że się pomyliła i sprawa wcale nie jest taka oczywista, jak mogłoby się wydawać, ale wciąż pozostawała jej telepatia i podświadoma modlitwa o to, by wszystko jednak ułożyło się w taki sposób, jak mogłaby tego oczekiwać.
Będzie dobrze…
Ta myśl była pocieszająca, ale i tak nie była w stanie ot tak samej sobie uwierzyć. Z „talentem”, którym dysponowała, wciąż mogła z łatwością wpaść i to w tak banalny sposób, jak chociażby potykając się o fałdkę na dywanie. Co prawda ciemność i nerwy sprawiały, że tym więcej wysiłku wkładała w to, żeby odpowiednio się poruszać, ale to wciąż niczego nie gwarantowało. Byłaby naiwna, gdyby tak po prostu założyła, że beznadziejna koordynacja pozostaje pod jej kontrolą, zresztą gdyby to faktycznie działało w ten sposób, już w przeszłości uniknęłaby bardzo wielu kłopotów.
Nerwowo rozejrzała się dookoła, zamierając w bezruchu i przez dłuższą chwilę będąc w stanie tylko i wyłącznie nasłuchiwać. Nie słyszała niczego, co mogłoby wzbudzić jej niepokój, ale i tak nie była w stanie tak po prostu się rozluźnić. Miała wrażenie, że nawet jej oddech i puls są o wiele za groźne, zdradziecko dając wszystkim wokół znać, że właśnie wybrała się na zakazany spacer. Jakby tego było mało, czuła się trochę tak, jakby tuż nad jej głową wisiał olbrzymi neon, który oznajmiał wszem i wobec, jakie były jej faktyczne zamiary. Wszystkie wymówki, które przed wyjściem starannie przygotowała sobie w głowie, na wypadek, gdyby coś jednak poszło nie tak, nagle zaczęły jawić jej się jako żałośnie sztuczne historyjki, które nie miały żadnego związku z rzeczywistością, a jakby tego było mało…
Weź się w garść!
Łatwo było powiedzieć, trudniej zrobić. Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, przez dłuższą chwilę walcząc ze sobą i skupiając się na metodycznym stawianiu kolejnych kroków. Plecami przywarła do ściany korytarza, czując się trochę jak szpieg w tych idiotycznych, niemających żadnego związku z rzeczywistością filmach. Starała się trzymać na wodzy zarówno nerwy, jak i – przede wszystkim! – własne umiejętności. Rodzice i rodzeństwo uczyli ją tego i owego, między innymi bezszelestnego poruszania się i ukrywania swojej obecności, jednak to wciąż przychodziło jej ze sporym utrudnieniem. Moc lubiła wymykać się Joce spod kontroli, choć paradoksalnie jako jedyna stanowiła ten czynnik jej osobowości, który sprawiał, że czuła się dokładnie taka sama, jak reszta jej najbliższych.
Przez myśl przeszło jej, że mogłaby spróbować wykorzystać inny aspekt swojej wyjątkowości, chociażby rzucając się do biegu. Gdyby się postarała, mogłaby rozwinąć naprawdę imponująca prędkość i w kilka chwil dotrzeć pod gabinet Rona, być może poruszając się wystarczająco szybko, by kamery nie były w stanie wychwycić jej osoby. Ta perspektywa miała w sobie coś kuszącego, jednak dziewczyna prawie natychmiast odrzuciła od siebie taką możliwość, zbytnio zaniepokojona perspektywą tego, co miałoby miejsce, gdyby jednak się pomyliła. Nie znała się na elektronice, ale to akurat nie było trudne – dobre kamery mogłyby zarejestrować jej sylwetkę, gdyby zaś ktoś wnikliwy pokusił się o zwolnione tempo, mógłby zaobserwować o wiele więcej, aniżeli mogłaby sobie tego życzyć.
Och, nie, zdecydowanie nie wolno było jej aż do tego stopnia ryzykować. Gdyby chodziło przynajmniej o nią, wtedy być może znalazłaby w sobie dość odwagi, by próbować, jednak w tamtej chwili pozostawała odpowiedzialna zarówno za siebie, jak i wszystkich innych, więc nadmierne ujawnianie się zdecydowanie nie wchodziło w grę. Musiała poradzić sobie zgoła inaczej, nawet jeśli ludzkie tempo powoli zaczynało doprowadzać ją do szału, jedynie podsycając odczuwane przez dziewczynę podenerwowanie.
Wszystko będzie w porządku…
Cóż, zwracanie się do siebie – i to nawet w myślach – niekoniecznie świadczyło o niej dobrze, ale przynajmniej poczuła się odrobinę lepiej. Swoją drogą, może gdyby powtórzyła to jeszcze kilka razy, wtedy ostatecznie uwierzyłaby w to, że ma szansę sobie poradzić, nawet jeśli w rzeczywistości miałoby się to okazać wyłącznie oszukiwaniem samej siebie.
Jeszcze wielokrotnie zatrzymywała się, czy to chcąc sprawdzić korytarz, czy też znów zaczynając obawiać się tego, czy przypadkiem nie poruszała się gdzieś na widoku. W każdej chwili mogła coś pomylić, a ze swoim szczęściem była niemalże całkowicie pewna tego, że to zrobi. W efekcie przez myśl przeszło jej, że być może jednak powinna zawrócić, pewność ta zaś cyklicznie powracała aż do momentu, w którym niemalże dotarła do celu…
Prawie.
Wrażenie tego, że nie jest sama, pojawiło się nagle, całkowicie wytrącając Joce z równowagi. W pierwszym odruchu instynktownie przywarła do ściany, zamierając i nasłuchując, w miarę jak zaczęła szukać potencjalnego wroga. Z pewnym opóźnieniem dotarło do niej przyśpieszone bicie serca i oddech, te jednak wydały jej się odległe, przez co nie miała pewności, czy intruz znajdował się w tym samym korytarzu. Zawahała się na dłuższą chwilę, bojąc się chociażby wychylić zza zakrętu i obejrzeć korytarz, w którym mieścił się gabinet Rona. W zamian niespokojnie wodziła wzrokiem po przeciwległej ścianie, wciąż nie mogąc pozbyć się wrażenia, że otaczające są cienie są żywe i raz po raz się przemieszczają. Fakt, że w okolicy pojawiły się demony, a ona słyszała dość, by zdawać sobie sprawę z tego, że w ich przypadku takie zachowanie było możliwe, również nie poprawił jej nastroju, choć podświadomie przeczuwała, iż to mało prawdopodobne, by te istoty pojawiły się akurat tutaj.
Aż wzdrygnęła się, kiedy jej uszu doszedł jakiś dziwny trzask – coś, co przypominało dźwięk, który mógłby towarzyszyć spięciu albo innej awarii sprzętu elektrycznego. Chwilę później usłyszała kroki, te jednak prawie natychmiast ucichły; w zamian wyraźnie wychwyciła chrzest, który skojarzył jej się z przekręcanym kluczem albo…
Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, ostrożnie wychyliła się ze swojej dotychczasowej kryjówki. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie, kiedy zauważyła ciemną postać, skoncentrowaną na gmeraniu w zamku drzwi, które od samego początku były jej celem. W ciemnościach widziała wystarczająco wyraźnie, by zorientować się, że to najpewniej chłopak – szczupły, znacznie wyższy od niej i wyraźnie zdeterminowany. Nie widziała jego twarzy przez kaptur czarnej bluzy, ale podświadomie od samego początku wiedziała, kogo ma przed sobą.
Dallas.
Ledwo powstrzymała się przed niekontrolowanym wypuszczeniem powietrza z płuc. Co on tutaj robił i to na dodatek o tej godzinie? Samo pytanie wydało jej się dość ironiczne, skoro z równym powodzeniem mogło paść pod jej adresem, ale nie dbała o to, przynajmniej w tamtej chwili. Wiedziała jedynie, że obecność chłopaka mocno komplikowała jej plany, a jakby tego było mało…
Bezwiednie nachyliła się do przodu, chcąc lepiej widzieć. Dłoń ześlizgnęła jej się ze ściany, o którą się opierała, a zaskoczona Jocelyne jak długa poleciała na ziemię. Spróbowała jeszcze uchwycić równowagę i jakkolwiek zdusić cisnący jej się na usta okrzyk, jednak ani jedno, ani drugie wyszło jej dobrze nawet w teorii. Oszołomiona i zła, przez dłuższą chwilę po prostu leżała, walcząc z cisnącymi jej się do oczu łzami i narastającym z każdą kolejną sekundą niepokojem, który pojawił się, ledwo tylko dotarło do niej, że intruz jak na zawołanie spojrzał w jej stronę.
– Co do…? – wyrwało mu się, jednak prawie natychmiast urwał. Dalszy ciąg jego wypowiedzi stanowiły liczne przekleństwa, ale i nad tym nawet nie próbowała się zastanawiać.
Chciała się podnieść, w pojedynkę siadając i starając się stanąć na nogi, ale nie dał jej po temu okazji. Nagle znalazł się przy niej, bezceremonialnie stawiając zaskoczoną dziewczynę do pionu. Wylądowała w jego ramionach, początkowo wytrącona z równowagi zarówno wzajemną bliskością, jak i słodkim zapachem jego krwi. Gardło jak na zawołanie zaczęło ją piec, ale zignorowała to uczucie, nie wyobrażając sobie tego, że tak po prostu miałaby rzucić mu się do gardła. Bardziej przejmowała się tym, że ktokolwiek mógłby wzbudzić w niej aż tak silne emocje, nie wspominając o narastającej z każdą kolejną sekundą mieszankę strachu i gniewu. To nie miało wyglądać w ten sposób i to pomimo tego, że od samego początku podświadomie przeczuwała, że coś pójdzie nie tak.
Spróbowała się odezwać, jednak i to okazało się niemożliwe. W głowie miała pustkę, zresztą ledwo tylko otworzyła usta, Dallas bez jakiegokolwiek ostrzeżenia pociągnął ją w głąb korytarza. Chcąc nie chcąc ruszyła za nim, co najmniej porażona tym, że najwyraźniej nie przejmował się obecnością kamer i tym, że ktokolwiek mógłby ją zauważyć. Z pewnym opóźnieniem doszły do niej przyśpieszone kroki, co prawda o wiele lżejsze od tych, które należały do trzymającego ją chłopaka, ale jednak wyraźne – i to na tyle, że bez trudu zorientowała się, że ktoś zmierza w ich stronę. Serce jak na zawołanie zabiło jej szybciej, a krążąca w żyłach adrenalina sprawiła, że jak na zawołanie zapragnęła rzucić się do biegu, obojętna na przezucia, środki bezpieczeństwa i czyjąkolwiek obecność.
– Świetnie – rzucił z niedowierzaniem Dallas i zrozumiała, że on również wyczuł, że mają kłopoty.
Nie dodał niczego więcej, w zamian bardziej stanowczo popychając ją w sobie tylko znanym kierunku. Początkowo zaskakująco dobrze przychodziło jej dotrzymanie mu kroku, dzięki czemu znacznie oddalili się od tej najbardziej podejrzliwej, niebezpiecznej strefy, jaką był korytarz w którym mieścił się gabinet Rona. To sprawiło, że przynajmniej teoretycznie zdołała się rozluźnić, chociaż i tak była przerażona, mając ochotę naskoczyć na swojego towarzysza i przypomnieć mu o tym, że uciekanie najpewniej i tak nie ma sensu, skoro kamery i tak musiały ich nagrać.
Wciąż o tym myślała, zbytnio wytrącona z równowagi, by zdołać skoncentrować się na czymkolwiek innym. Z tego powodu sama nie była pewna, o co tak naprawdę się potknęła, ciągnąc w dół nie tylko siebie, ale również zdecydowanie niespodziewającego się takiego obrotu spraw Dallasa. Oboje wylądowali na podłodze, co skutecznie powstrzymało ich przed dalszą ucieczką, chociaż chłopak już przy pierwszej okazji zdołał poderwać się na równe nogi. Z pewnym wysiłkiem zdołała się podnieść, nim jednak podjęła decyzję o tym, gdzie i dlaczego powinna iść dalej, po raz kolejny doszły ich kroki kogoś trzeciego – tym razem zdecydowanie zbyt blisko, by w porę zdołali zejść intruzowi z oczu.
W przerażeniu spojrzała na Dallasa, ten jednak wydawał się być myślami zbyt daleko, by skupić się na czymkolwiek innym. Przez chwilę niemalże w panice wodził wzrokiem na prawo i lewo, ostatecznie koncentrując niespokojne spojrzenie na niej. Zamarła, dostrzegając w jego oczach coś, czego nie potrafiła zinterpretować i jednoznacznie ocenić, a co wzbudziło w niej silny niepokój.
Zaraz po tym – bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, pytania albo słowa wyjaśnienia – Dallas bezceremonialnie przycisnął ją do ściany, by w następnej sekundzie wpić się wargami w jej usta. Spodziewała się naprawdę wielu rzeczy, ale nie pocałunku i to na dodatek z kimś, kogo widziała raptem kilka razy, a rozmawiała raz. Zamarła w bezruchu, oszołomiona i dziwnie roztrzęsiona, będąc w stanie co najwyżej na niego patrzeć, zamiast choć spróbować odwzajemnić pieszczotę. Jej myśli wirowały, ciało trzęsło się, a umysł nie potrafił właściwie zinterpretować tego, co działo się wokół niej. Jedynym, co wiedziała, było to, że pewne rzeczy nie powinny mieć miejsca – a już na pewno coś takiego, skoro ona i Dallas…
Przymknęła oczy, coraz bardziej wytrącona z równowagi. Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś takiego, zaś bliskość chłopaka sprawiła, że sama nie była już pewna, jak zareagować albo gdzie ręce podziać. Stała w bezruchu, pozwalając żeby przyciskał ją do ściany, całował, a wraz z upływem kolejnych sekund zapomniała nawet o tym, że powinna oddychać. Od nadmiaru emocji aż zakręciło jej się w głowie, choć dzięki podparciu ściany za plecami nie ryzykowała tego, że mogłaby ponownie upaść. Co ty robisz?!, tłukło jej się w głowie, ale nawet nie próbowała go odsuwać, w pełni poddając się temu, co robił. Wiedziała, że wszystko jest nie tak, ale nie dbała o to, zbytnio porażona nadmiarem różnorodnych bodźców, by zdobyć się na jakąkolwiek sensowną reakcję.
Dallas przesunął się bliżej, zamykając ją w swoich objęciach. Wrażenie było takie, jakby poraził ją prąd i to sprawiło, że przynajmniej po części się otrząsnęła – z tym, że nawet wtedy nie przerwała pieszczoty. W zamian przywarła do niego mocniej, bardziej łapczywie wpijając się w jego usta i w końcu będąc wstanie zrobić cokolwiek, chociaż zdecydowanie nie czegoś takiego się spodziewała. Nie dbała już nawet o to, że właśnie całowała się z całkowicie obcym chłopakiem i to na dodatek po raz pierwszy w całym swoim życiu. Wiedziała jedynie, że to jej się podobało, a Dallas wzbudzał w niej emocje, których nigdy wcześniej nie doznała i które z każdą kolejną sekundą przybierały na sile. Miała wrażenie, że powietrze wokół nich łagodnie podryguje, jakby naelektryzowane, co skojarzyło jej się z obecnością mocy, chociaż jednocześnie czuła, że to niemożliwe – i że ma do czynienia z czymś zgoła innym. Nie wiedziała, co o tym myśleć, dlatego ostatecznie odrzuciła od siebie niechciane myśli, nie zamierzając zadręczać się czymś, co i tak nie miało znaczenia – nie dla niej i nie w tej sytuacji, tak bardzo dziwnej i irracjonalnej zarazem.
– Co tutaj się dzieje?
Początkowo nie rozpoznała głos wyraźnie zaskoczonej Julie, mając problem z rozróżnieniem jakichkolwiek z odbieranych przez jej ciało bodźców. Dallas wciąż trzymał ją w ramionach, chyba niemniej skonsternowany, co i ona sama, jednak to nie powstrzymało go przed właściwą reakcją na pojawienie się kobiety. W pośpiechu oderwał wargi od jej ust i – dysząc ciężko – odwrócił się w stronę Julie, spoglądając na nią w roztargnieniu.
– Ups… – wyrwało mu się i zabrzmiało to bardzo przekonywująco, a przynajmniej takie wrażenie odniosła wciąż roztrzęsiona Jocelyne. – Dobry wieczór.
– Dobry wieczór? – powtórzyła z niedowierzaniem kobieta. – Jest druga w nocy! Całkiem już poszaleliście czy…? – Urwała, po czym spojrzała na nich podejrzliwie. – I co ja powinnam o tym myśleć?
Dallas zdołał uśmiechnąć się olśniewająco. Co najmniej nieprawdopodobnym wydawało się to, że mógł zachowywać się tak, jakby nic godnego uwagi nie miało miejsca, a to, co wydarzyło się pomiędzy nimi zaledwie chwilę wcześniej, było najnormalniejszą rzeczą na świecie.
– Oj, Julie… Wiesz, jak to bywa – powiedział i mrugnął do kobiety porozumiewawczo. – My tylko tak… No – rzucił nieskładnie, całkiem wprawnie udając kogoś skruszonego tym, że mógłby zostać przyłapany na gorącym uczynku.
On zrobił to specjalnie, uświadomiła sobie Jocelyne i chociaż w końcu zachowanie Dallasa zaczęło nabierać dla niej sensu, to i tak poczuła się tak, jakby ktoś uderzył ją w twarz. Usta wciąż miała spuchnięte od pocałunków, poza tym bliskość chłopaka sprawiała, że drżała delikatnie, mając wrażenie, że jej ciało przenika dziwne, ale niezwykle przyjemne ciepło. Niczego już nie była pewna i chociaż nie miała po temu najmniejszych powodów, nagle zapragnęła zejść wszystkim z oczu i po prostu się popłakać, całkowicie wytrącona z równowagi i bezradna.
– My tylko tak… – wymamrotała nerwowo, bezwiednie powtarzając to, co powiedział Dallas.
– Właśnie widzę. – Julie rzuciła im jeszcze jedno podejrzliwe spojrzenie, po czym założyła ramiona na piersiach. – Mogłabym o coś zapytać, ale…
– Ale nam darujesz, nie? – przerwał jej pośpiesznie chłopak. – Serio, to moja wina. Może to nienajlepsza pora, ale tak sobie pomyślałem, że wspólny spacer to fajna sprawa – oznajmił, chociaż z perspektywy kobiety to zdecydowanie nie wyglądało tak, jakby zwiedzali. – Potem samo poszło.
Julie wyglądała na chętną, żeby odpowiedzieć, jednak Jocelyne nie czuła się na silach, by czekać na jakąkolwiek decyzję. W pośpiechu oswobodziła się z objęć Dallasa, przy okazji skutecznie ściągając na siebie jego uwagę, bo spojrzał na nią w co najmniej skoncentrowany sposób, najpewniej cudownie nieświadomy tego, jak okropnie się czuła. Samej sobie nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego przy pierwszej okazji nie dała mu w twarz, bo chyba tak zachowałaby się każda normalna dziewczyna, którą ktoś pocałował z zaskoczenia, ale to w tamtej chwili wydało jej się najmniej istotne.
Jeśli miała być ze sobą szczera, chciała zejść mu z oczu – teraz, zaraz, niezależne od konsekwencji. Skoro chciał się tłumaczyć, to była jego sprawa, ale zdecydowanie nie zamierzała tego słuchać.
– Przepraszam – wymamrotała nerwowo, przeciskając się obok obecnej w korytarzu dwójki i na tyle szybko, na ile to było możliwe bez ryzyka upadku, popędziła w swoją stronę.
Rozsądne czy nie, w tamtej chwili ucieczka wydała jej się najbezpieczniejsza – i to po raz kolejny odkąd trafiła do tego miejsca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa