27 lipca 2014

Sto sześćdziesiąt osiem

Grace
– Ty nie żartujesz – stwierdziła cicho Zoe, wpatrując się w Grace z mieszaniną niedowierzania, znajomej już nadziei i czegoś, czego ta druga nie była w stanie rozpoznać.
– No coś ty! Co ja bym bez ciebie zrobiła? – zadrwiła, po czym westchnęła w odpowiedzi na minę dziewczyny. – Słuchaj, nie robię tego z wielkiej miłości do Quinna, ciebie albo jakiegoś innego kretyńskiego powodu, jasne? Jeśli mam być szczera, nie mam pojęcia co robię, a tym bardziej jakie będą tego skutki.
Tłumaczyła się, choć coś podpowiadało jej, że Zoe jej powody są całkowicie obojętne. Nie żeby spodziewała się czegokolwiek innego, a jeśli miała być szczera, sama w pełni nie potrafiła opisać tego, co czuła i myślała. W ogóle nie rozumiała tego, dlaczego ostatecznie wylądowała w tym miejscu, choć początkowo próbowała koncentrować się na kilku pozornie istotniejszych posunięciach. Chciała pójść do Niebiańskiej Rezydencji albo przynajmniej poszukać doktora Cullena, ale…
No właśnie, jak zwykle było jakieś „ale”.
Grace westchnęła i nie patrząc ani nie odzywając się więcej ani słowem, spojrzała na nieruchomą twarz Quinna. Czy w takim razie mogła to uznać jako jakieś pieprzone przeznaczenie albo jakąś inną brednię, która bynajmniej nie napawała ją jakimś szczególnym entuzjazmem? Nie potrafiła tego opisać, ale jakaś jej część czuła, że to bardziej złożone i niepojęte niż mogłaby sobie wyobrazić. Od początku czuła się tak, jakby do szpitala przywiodła ją jakaś wyższa siła, choć i taka możliwość wydawała się równie nieprawdopodobna, co i na swój sposób… przerażająca? Grace nigdy nie wierzyła albo raczej nie chciała przyjąć do wiadomości tego, że na jej decyzje mogłoby mieć wpływ cokolwiek innego niż ona sama.
Albo ktoś. Ta myśl miała w sobie coś oszałamiającego, więc szybko spróbowała ją od siebie odrzucić, to jednak okazało się niemożliwe. Kolejny raz nabrała niemal oszałamiającej pewności, że postępuje dobrze, chociaż nie potrafiła stwierdzić skąd to wie. Ledwo powstrzymując się od zaciśnięcia dłoni w pięści, raz jeszcze dotknęła bezwładnej dłoni Quinna, w pełni koncentrując na nim uwagę. Ledwo tylko spróbowała się skoncentrować na tym dotyku, całym jej ciałem wstrząsnął nagły dreszcz, zupełnie jakby przeszył ją jakiś elektryczny impuls, którego źródło było właśnie gdzieś w ciele nieprzytomnego chłopaka.
Więc tego ode mnie oczekujesz?, pomyślała bezwiednie. Po raz kolejny tego dnia zwracała się do Selene, koncentrując się na bogini w tak gorliwy sposób jak nigdy dotąd jej się nie zdarzyło. Nie rozumiała tej nagłej potrzeby, bo modlitwa była jej równie obca, co i docenianie otaczających ją istot i chęć niesienia pomocy komukolwiek, zwłaszcza jeśli miała jakikolwiek powód do tego, by nie darzyć tej osoby sympatią. To dar czy przekleństwo? Przyprowadziłaś mnie tutaj, bo tak trzeba, czy po to bym odwdzięczyła się za pomoc albo spróbowała odpokutować tych kilka razów, kiedy zachowywałam się… mniej miło?, sparafrazowała i niemal nie parsknęła śmiechem.
Och, to wciąż było takie dziwne! Mimo wszystko spodziewała się tego, że za tę poufałość i niezdolność znalezienia odpowiednich słów, które chyba były wskazane, kiedy próbowało zwracać się do kogoś tak ważnego jak jakakolwiek bogini, prędzej czy później trafi ją grom z jasnego nieba. No cóż, jak na razie nic podobnego nie nastąpiło, a jednak nie naszły jej wątpliwości. Wrażenie, że jest w odpowiednim miejscu i czasie jedynie się nasiliło, sprawiając, że Grace poczuła się jeszcze bardziej nieswojo niż do tej pory.
– Grace? – usłyszała dochodzący jakby z oddali, cichutki szept wciąż wpatrzonej w nią Zoe. Lekko oszołomiona zatrzepotała powiekami i spojrzała na dziewczynę. – Dziękuję.
– Nic jeszcze nie zrobiłam – wymamrotała, unosząc brwi ku górze.
Zoe przekrzywiła lekko głowę.
– Ale próbujesz, a przynajmniej wciąż mam wrażenie, że nie robisz sobie ze mnie jaj – stwierdziła tamta z przekonaniem.
– Na coś takiego nie wpadłby nawet ten kretyn Aldero, więc co dopiero ja – prychnęła, odrzucając jasne włosy. – Czy teraz mogłabyś się w końcu zamknąć, z łaski swojej? Niektórzy próbują się skoncentrować i mam tutaj na myśli siebie – dodała z naciskiem.
– Wybacz. – Zoe powróciła do jakże praktycznego trzymania Quinna za wolną rękę.
Grace wypuściła powietrze ze świstem, po czym ponownie zamknęła oczy i pozwoliła swoim myślą krążyć swobodnie. Zamarła w oczekiwaniu, podświadomie przygotowując się na to samo oszołomienie, które ogarnęło ją na kilka dni po zakończeniu szkoły. Do tej pory pamiętała ten pierwszy raz, kiedy dotarło do niej, że coś jest z nią nie tak; że wcale nie jest taka normalna i potrafi… to coś.
To był jeden z tych niemożliwe upalnych dni, które ciągnęły się już od początku lata, stanowiąc swoistą zmorę dla każdego, kto nie był kawałkiem ożywionego marmuru albo coś w tym rodzaju – innymi słowy, wampirem. Do tej pory pamiętała minę Ethana, kiedy spotkali się w jego mieszkaniu, a ona stanęła przed nim zaledwie w króciutkiej spódniczce oraz koronkowym staniku. Zawsze podobało jej się w nim to, że łatwo można było go kontrolować, poza tym nie był skomplikowany, nawet jeśli jego głupota czasami bywała naprawdę irytująca. Wtedy też mogłaby przyjść do niego ubrana jakkolwiek, byleby tylko miał dobry widok na jej piersi, choć podejrzewałaby, że w innym wypadku pewnie odnalazłby jakieś dawno zapomniane pokłady zdrowego rozsądku, by rozpracować jej ubrania i dostać się do tego, co interesowało ją najbardziej.
No dobrze, tak czy inaczej, nie miała nic przeciwko obściskiwaniu się z Ethanem. Kretyn czy nie, miał pewne talenty, a już na pewno potrafił zadowolić kobietę, co przynajmniej częściowo rekompensowało wyraźne braki inteligencji. Wtedy jak zwykle łatwo przyszło im zatracić się w sobie, a ona nawet nie potrafiła przypomnieć sobie, kiedy wylądowali w jego sypialni, spleceni ze sobą tak ciasno, że postronny obserwator z pewnością miałby trudności ze stwierdzeniem, które części ciała należą do kogo. Pewnie źle to o niej świadczyło, ale wspomnienia tego, co robili ze sobą wzajemnie zlewały się w jej pamięci w bliżej nieokreśloną mieszankę emocji, urywanych obrazów oraz instynktownych reakcji. Nie była z Ethanem po raz pierwszy, więc przebywanie z nim wydawało się równie swojskie, co i oddychanie. Tak było właściwie.
Z tego właśnie powodu nie potrafiła opisać, kiedy właściwie coś się zmieniło. Być może wydarzyło się już wcześniej, ale podniecona i zatracona we własnych pragnieniach nie zorientowała się, że coś jest nie tak. Chyba pojęła dopiero wtedy, kiedy Ethan zaczął pojękiwać w zupełnie inny sposób niż do tej pory, a potem wydarł się w tak rozdzierający sposób, że dźwięk ten aż do tej pory znajdował się gdzieś w jej pamięci i wcale nie tak łatwo miał dać się z niej wyrzucić. Dopiero wtedy opamiętała się na tyle, by w ogóle uprzytomnić sobie, że cokolwiek jest nie tak. Pamiętała oszałamiającą wręcz siłę, która wypełniła ją całą, dodając siły i wyostrzając zmysły do tego stopnia, że na samo wspomnienie przechodziły ją dreszcze. Obejmowała Ethana, a on wił się w jej ramionach i dopiero ten niepokój zwrócił jej uwagę na to, że to, co odczuwała, brało się… od niego.
Wysysała z niego energię, tak jak i Alessia zrobiła to w tamtym korytarzu na krótko przed pojawieniem się przeistoczonego Barta. Nie od razu to zrozumiała, tamtego dnia zdolna wyłącznie do panicznego odskoczenia od Ethana. Wszystko ustało równie nagle, co się zaczęło, a jednak nic nie wróciło do normy, nawet jeśli podświadomie tego się spodziewała.
Wspomnienie zszokowanego spojrzenia Ethana i to, jak on oraz pozostali jej „przyjaciele” zaczęli traktować ją od tamtego momentu, prześladowało ją do tej pory.
Grace energicznie potrząsnęła głową. To już było przeszłość, poza tym teraz lepiej rozumiała swoje zdolności. Tamto popołudnie, kiedy wpadła na Damiena, przesądziło o wszystkim – przede wszystkim o tym, by zorientowała się, że w jej przypadku zdolności mogą działać również w drugą stronę. Skoro mogła odbierać, była w stanie równie dawać. Budowanie i niszczenie. Zabijanie i… dawanie życia.
Perspektywa bycia zmanipulowaną wydawała jej się przerażająca.
A jednak teraz stała, trzymając Quinna za rękę i bijąc się z myślami, w głowie mając kompletną pustkę. Nie wydarzyło się nic, chociaż powinno. Czuła jedynie nienaturalny chłód ciała chłopaka, własną konsternację oraz… pustkę.
Oraz poczucie rozczarowania – bo właśnie zawodziła.
Zacisnęła mocniej powieki, ogarnięta nieopisanym wręcz strachem i gniewem. Dlaczego właśnie teraz wszystko musiało się spieprzyć? Przecież do tej pory wykorzystanie tej mocy przychodziło jej tak łatwo! Dopiero co zrobiła to, by skontaktować się z Damienem, a wcześniej niejednokrotnie uczyła się rozumieć krążącą w jej żyłach energię, dzięki czemu (oraz bratu Alessi, oczywiście) udało jej się zrozumieć czym się różniła od Ali. Wiedziała o jej problemie, a konkretnie o głodzie telepatycznym, który dziewczyna odziedziczyła po ojcu. Damien z kolei zauważył, że choć zdolności Grace pozornie są podobne, opierają się na czymś innym – bo ona nie miała pożytku z odebranej energii; wręcz przeciwnie: podobnie jak i w przypadku uzdrowiciela, tworzyła jej zbyt wiele. Mogła odbierać i dawać, zależnie od preferencji i…
Właśnie wtedy zrozumiała. Z wrażenia omal się nie roześmiała, ledwo walcząc z pragnieniem, by uderzyć się rozprostowaną dłonią w czoło. No oczywiście! Przecież tutaj cały czas chodziło o jedną – a konkretnie od wolność wyboru.
Do tej pory cały czas myślała o sobie. Wykorzystywała tę moc dla siebie, bo mogła i to było jej na rękę. A przecież to od niej od zawsze zależało w jaki sposób postąpi i co zrobi – zachowa się jak egoistka, jak do tej pory postępowała, czy otworzy się nie tylko na innych, ale przede wszystkim na Selene. Miała wybór, choć wcześniej nie tyle go nie dostrzegała, co nie chciała widzieć.
A więc dobrze, pomyślała z mocą. Wierzę, że już raz mnie wysłuchałaś. Teraz również oddaję się tobie, Selene, bogini księżyca. Oddaję się tobie i ufam ci w pełni, nawet jeśli nie zawsze jestem w stanie to okazać. Chcę by... Och, nie tak, zreflektowała, uprzytomniając sobie, że zaczyna pleść od rzeczy. Jestem twoją córką, a teraz pragnę stać się narzędziem, które wykorzystasz. Proszę, poprowadź mnie raz jeszcze, tak jak wcześniej przeprowadziłaś mnie przez miasto, pozwalając mi ujść z życiem…
Jeszcze zanim skończyła układać w głowie słowa modlitwy, wiedziała, że trafiła w sedno. Całe jej ciało zapłonęło, ale nie tak, jakby wkroczyła w ogień; to było coś łagodniejszego i przyjemniejszego, jak muśnięcie ciepłej bryzy na skórze. Grace rozluźniła się, zachwycona tym, czego właśnie doświadczała. Czuła, jak tajemnicze ciepło ją wypełnia, sprawiając, że mięśnie rozluźniły się jeszcze bardziej, a ona poczuła się nagle bardzo lekka i pewna siebie. Choć nadal nie była pewna, co takiego powinna zrobić, przestała się przejmować, poddając się ogarniającemu ją uczuciu, czując jak ciepło wnika coraz głębiej w jej ciało, zupełnie jakby chciało sięgnąć duszy i…
I właśnie wtedy została wyrzucona ze swojego ciała.
To zdarzyło się tak szybko, że aż zaparło jej dech w piersiach. W jednej chwili stała w bezruchu, trzymając Quinna za rękę i czując się jak kompletna, mówiąca w myślach do siebie idiotka, a w następnej coś cisnęło ją w ciemność. Czerń naparła na nią ze wszystkich stron, sprawiając, że całkiem straciła orientację, a jednak podświadomie wiedziała, że przemieszcza się bardzo szybko, szybciej niż powinno być to możliwe w przypadku wampira, hybrydy czy jakiegokolwiek innego nieśmiertelnego. Obracała się, pędziła przed siebie, pragnąć krzyczeć, a jednak głos uwiązł jej w gardle, tak bardzo oszołomiona i przytłoczona się czuła. Coś przyciągało ją, sprawiając, że wciąż parła przed siebie, czując się tak, jakby podążała za jakimś bliżej nieokreślonym tropem. Kiedy się skoncentrowała, odniosła wrażenie, że w mroku widzi cienką, migocącą łagodnie linię, która przywiodła jej na myśl światło księżyca.
Światło księżyca. Selene – bogini księżyca…
Dobra bogini…, pomyślała, ale nim zdążyła się głębiej nad tym zastanowić, zatrzymała się równie nagle, co i zaczęła przemieszczać. Mrugając pośpiesznie, by dostrzec cokolwiek w panujących dookoła ciemnościach, rozejrzała się nieprzytomnie dookoła. Nadal otaczała ją ta sama nieprzenikniona ciemność, a ona jakby unosiła się zawisła w powietrzu i zawieszona w tej wszechogarniającej pustce. Gdyby sytuacja była inna, bez wątpienia byłaby przerażona, ale z jakiegoś powodu odczuwała pewność siebie i mając absolutną pewność, że nic złego nie jest w stanie ją spotkać. Była bezpieczna i nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie takiemu stanowi rzeczy zaprzeczyć.
Świetnie. Zawsze wiedziałam, że chłopaki są beznadziejne, ale to już przechodzi wszelakie pojęcie, prychnęła w duchu, wywracając oczami. Jeśli to jest twoje wnętrze, Quinn, to już nie zaznasz spokoju. I to podobno ja jestem płytka? W tym chłopaku nie ma niczego!
Prawie natychmiast uświadomiła sobie ironię własnych słów. Przecież właśnie z tego powodu tutaj była – bo Quinn był pusty albo raczej jego ciało nie stanowiłoby pozbawionej duszy skorupy, zawieszonej pomiędzy życiem a śmiercią.
Bogini…?
Tok jej myśli przerwał cichy, bliżej nieokreślony szept, który jednak rozpoznała i usłyszała w zaskakujący wyraźny sposób. Znów rozejrzała się dookoła, jednak nie potrafiła określić z której strony doszedł ją głos, dlatego nie od razu dostrzegła skrytą w ciemnościach postać. Zastygła w bezruchu, wysilając wzrok, by lepiej widzieć zarys wyraźnie męskiej sylwetki, którą momentalnie rozpoznała. Kąciki jej ust nieznacznie drgnęły; cokolwiek mogłaby powiedzieć o Quinnie, nie mogła mu zarzucić, że nie jest umięśniony albo przystojny. Och, w zasadzie to był idealny, gdyby oczywiście przymknąć oko na to, że przy pierwszej lepszej okazji ją rzucił – smutne, ale prawdziwe, nawet jeśli przy każdej możliwej okazji próbowała utrzymywać, że to ona jako pierwsza z nim zerwała.
Quinn – bo teraz już nie miała wątpliwości co do tego, że to on – podpłynął bliżej, wpatrzony w nią tak uważnie, że zmieszana opuściła wzrok, w zamian koncentrując uwagę na sobie. Nie od raz przyjęła do wiadomości to, co widzi, a kiedy w końcu to do niej dotarło, omal nie krzyknęła z wrażenia. Nawet jeśli to było nieskromne, wiedziała przecież doskonale, że jak na pół-wampirzycę nie była przeciętna. Niejedna dziewczyna zazdrościła jej sylwetki oraz urody, Grace zaś od dziecka zdawała sobie sprawę ze swoich atutów, co – znów mówiąc nieskromnie – zawsze namiętnie wykorzystywała.
A jednak widok siebie w tym dziwnym, nadnaturalnym świecie, mimo wszystko wprawił ją w osłupienie.
Jej ciało wydawało się jeszcze smuklejsze niż do tej pory, choć to akurat musiała zawdzięczać temu, co miała na sobie. Przypominało to zwiewną szatę albo całun, mimo brak światła lśniący w bajeczny, oszałamiający sposób. Nie potrafiła opisać materiału, tak lekkiego i eterycznego, że równie dobrze mógłby nie istnieć wcale. Okalał całą jej postać, muskając skórę i sprawiając wrażenie zmaterializowanych promieni księżycowych, będąc czymś więcej niż srebrna poświata, ale mimo wszystko czymś mniej niż doskonała biel. Poruszał się delikatnie na nieistniejącym wierze, podobnie jak i jej długie włosy, które – jak dostrzegła kątem oka – również przybrały jakąś dziwną, srebrzystą barwę.
Grace przeszedł nagły dreszcz podniecenia. Miała wrażenie, że świeci jakimś wewnętrznym blaskiem, nabrzmiała mocą, eteryczna i piękna.
Jak gwiazda…
Och, znów te skojarzenia. Znów nocne niebo, atramentowe niczym najczarniejsza noc, ale mimo wszystko ozdobione gwiazdami – a więc i księżycem.
To musiała być bogini. Jeśli nie Selene, komu innemu mogłaby to zawdzięczać i…
Selene?, usłyszała raz jeszcze ten bezcielesny głos, będący bez wątpienia głosem Quinna. Instynktownie podniosła głowę, a potem omal nie krzyknęła, uprzytamniając sobie, że kiedy ona biła się z myślami, chłopak (albo to, co z niego zostało, uwięzione pośród tej pustki) podpełzł w jej stronę, zatrzymując się tak blisko, dzieliło ich co najwyżej pół metra.
Ona nie krzyknęła, ale Quinn tak. Gwałtownie zaczerpnął powietrza, kiedy w końcu zobaczył jej twarz, po czym odskoczył od niej tak szybko, że gdyby to było możliwe, pewnie padłby jak długi na ziemię – o ile oczywiście pod ich stopami byłoby cokolwiek więcej niż tylko nieprzenikniona pustka.
Jego zachowanie sprawiło, że Grace w pierwszym odruchu poczuła się urażona, a może nawet zraniona, szybko jednak uczucie to przeistoczyło się w irytację.
A niech cię, do diabła!, odezwał się ponownie Quinn, jakby już teraz nie zaczynał działać jej na nerwy.
Wpadasz ze skrajności w skrajność, Quinn, odpowiedziała mu, również z pomocą myśli. Zaskoczyło ją to trochę, ale nie tak bardzo, skoro już doświadczyła czegoś podobnego w rozmowie z Alessią. No cóż, telepatia na pewno bywała w niektórych sytuacjach przydatna. Ani bogini, ani diabeł. To po prostu ja, palancie, dodała i – mogłaby przysiąc – doprowadziła do tego, że chłopak prychnął.
Skrajności? Na litość bogini, wiedziałem, że może być już tylko gorzej!, jęknął, a potem jakby dostał słowotoku, bo kontynuował: Cudownie. Ja jednak umarłem, prawda? I to jak nic jest piekło, na dodatek jakiś najgorszy rodzaj. To jakaś kara czy jak? Bo jeśli teraz mam spędzić resztę wieczności w towarzystwie twojej kopii, to naprawdę…
Grace poczuła, że zaczyna tracić cierpliwość.
Quinn, pomyślała twardo, wbijając w niego rozdrażnione spojrzenie.
Chyba nadal musiała go mimo wszystko szokować urodą, bo natychmiast urwał i spojrzał na nią z równą bystrością, co i przysłowiowe ciele na malowane wrota.
No?, mruknął w końcu, trzepocąc powiekami.
Wyświadcz nam obojgu przysługę i po prostu się zamknij, oznajmiła z przesadną wręcz słodyczą. Lekko zmarszczyła brwi, napawając się przyjemnością płynącą z tego, że tak szybko usłuchał. Serio, zaczynam lubić tę nową wersję a’la warzywo…, przyznała i uśmiechnęła się z nutką goryczy.
Nada się w nią wpatrywał.
Zaczynam wierzyć w to, że ty naprawdę tutaj jesteś, stwierdził w końcu, a ona wydała z siebie dźwięk będący ni to jękiem, ni parsknięciem śmiechem.
Geniusz!, zadrwiła.
Dobra, ty naprawdę tutaj jesteś, sprostował, ale wcale nie wydawał się tym faktem zachwycony. Mogłabyś przynajmniej stać się bardziej miła po śmierci, Grace.
Wiadomość z ostatniej chwili: i ty żyjesz, i ja. Różnica raczej leży w tym, że jedno z nas jest całkowicie otępiałe, a gdybyś nadal miał jakiekolwiek wątpliwości, mam w tym momencie na myśli ciebie, oznajmiła, obrzucając go niemal litościwym spojrzeniem. Ja tutaj jestem, bo najwyraźniej ktoś cię tam na górze lubi. Albo po prostu potrzebujesz porządnego kopniaka, aczkolwiek nie zmienia to faktu, że brudna robota jak zawsze spadła na mnie.
Zapadła kolejna przeciągająca się chwila milczenia, podczas gdy to Quinn bezmyślnie patrzył na nią.
Więc co? Mam cię uznać za jakieś moje wybawienie czy jak?, zapytał w końcu, ostrożnie dobierając słowa.
Tym razem omal się nie uśmiechnęła.
Chyba raczej za łaskę, oznajmiła i z satysfakcją zauważyła, że pierwszy raz podczas rozmowy na ustach chłopaka pojawił się cień uśmiechu. Grace znaczy „łaska”, prawda? Tak więc czuj się zaszczycony, bo właśnie zamierzam cię nią obdarzyć.
Nie odpowiedział, przynajmniej nie od razu, choć wychwyciła cień jego myśli – coś brzmiącego jak „Dobrze, że tylko tym, bo już i tak dostałem od ciebie zdecydowanie zbyt wiele”. Miała ochotę znów prychnąć i przypomnieć mu, że jeszcze kilkanaście miesięcy temu wcale nie miał nic przeciwko temu, co mógł od niej otrzymać, ale powstrzymała się, dochodząc do wniosku, że na rzucanie się sobie do gardeł jeszcze przyjdzie czas.
No dobrze, usłyszała znów głos Quinna. Więc czy mogłabyś teraz użyczyć tej swojej „łaski” i w końcu nas stąd wyciągnąć… cokolwiek to znaczy?
Grace jedynie na niego spojrzała. Czy ona naprawdę wyglądała na kogoś, kto robi takie rzeczy na co dzień i ma choć mgliste pojęcie tego, co teraz powinna zrobić?

2 komentarze:

  1. Jezus, jak ja Grace nie lubię. x_x Mimo, że ratuje Quinna i w ogóle stara się być taka "dobra" to za nią nie przepadam. -.- Może to wina tego, że otaczają mnie dosłownie takie pustaki jak Grace, ale... Ech, no nie lubię jej i tyle.
    Cokolwiek ona zrobiła w jakiś sposób działa, prawda? Nie sądziłam, że Grace będzie miała taki dar. ;_; Potrafisz zaskakiwać. Myślałam, że to będzie coś bardziej podobnego do daru Damiena, ale się pomyliłam. Ciekawe czy uda się jej sprowadzić Quinna z powrotem do żywych i czy ona też wróci. Nie, żeby mi przeszkadzał fakt, że ona w pewien sposób zniknęła.Niech sprowadzi go z powrotem i potem niech zostanie w... W tym czymś na tak długo, aż przestanie przeszkadzać. xD
    Tak jestem okropna i dobrze mi z tym.
    Chyba nie muszę mówić, że rozdział był genialny? ;)
    Pozdrawiam,

    Gabi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Na wstępie przepraszam, że ten i
    moje kometarze do końca tygodnia będą takie krótkie albo w ogóle się nie
    pojawią, ale jestem poza domem i mogę mieć problemy z dostępem do
    Internetu
    Może i Grace chce pomóc Quinnowi, ale powinna mieć trochę serca i być
    choć trochę wyrozumiała dla Zoe czy Hayley, a nie wyskakuje z takimi
    tekstami -.- Ale ona już taka jest i nic na to nie poradzimy...
    A że kiedy Quinn (a raczej jego dusza) zobaczyła (też ducha) Grace, to
    nawet się nie dziwię, że mógł, iż znalazł się w piekle... Biorąc pod
    uwagę ich wcześniejsze relacje, to nic dziwnego... Ale pomimo wszystko
    mam nadzieję, że uda się jej sprowadzić go do świata żywych.
    Czekam na nn :)
    Pozdrawiam i do napisania,
    lilka24

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa