15 lipca 2014

Sto pięćdziesiąt siedem

Layla
– Zdajecie sobie sprawę z tego, że to nie brzmi zbyt zachęcająco? – zapytała Layla, ostrożnie dobierając słowa.
Pavarotti popatrzyli kolejno po sobie, a potem na nią. Cokolwiek sobie myśleli, cieszyła się, że nie zdecydowała się podsłuchać ich myśli. Za tą dwójką trudno było nadążyć – zdążyła się już o tym przekonać, nie tylko wielokrotnie zamieszkując kątem w Niebiańskiej Rezydencji.
– Mogę cię zapewnić, że to dopiero szczyt tego, co mogłabyś nazwać „niezbyt zachęcającym” – przyznał niechętnie Matthew, ale nie zabrzmiało to zbytnio optymistycznie.
– Mam wrażenie, że za moment się wkurzę – wtrąciła się Kristin, wraz z Theo pojawiając się w korytarzu. – Nie lubię zagadek. I zgadnijcie, kto właśnie doprowadza mnie do szaleństwa.
Matt westchnął, Lucas z kolei z zaciekawieniem obejrzał się na dziewczynę. Kąciki jego ust drgnęły, kiedy zauważył towarzyszącego dziewczynie Theo.
– Ani słowa – zastrzegł wampir pozornie spokojnym tonem, ale Lucas musiał wyczuć zawartą w jego głosie groźbę.
– Nie mam pojęcia, co masz na myśli – oznajmił tonem niewiniątka, po czym wzruszył ramionami. – Cześć, Kristin. Mówiłem ci, że…
– Do rzeczy – ponagliła go Layla, bardziej jednak liczyła na Matt’a, kiedy w grę wchodziły jakiekolwiek wyjaśnienia.
Wcześniej odczuwane nerwy wróciły, ale tym razem z zupełnie innego powodu. Cokolwiek się działo, nie prezentowało się najlepiej, a obecność Pavarottich była tego doskonałym dowodem. Jej dłoń zupełnie machinalnie powędrowała do brzucha, który przykryła jednoznacznym gestem, jakby w ten sposób miała być w stanie uchronić rozwijające się pod warstwą skóry życie. W zasadzie to tak bardzo nie mijało się od prawdy, bo jeśli istniał jakikolwiek problem albo niebezpieczeństwo, gotowa była zrobić wszystko, byleby tylko dziecko nie ucierpiało.
– Isabeau chciała, żebyśmy cię znaleźli. Miło, że ułatwiłaś nam sprawę, Lay, bo wizyta w laboratorium raczej nie jest naszym szczytem marzeń – przyznał Matt.
– Teraz ty zaczynasz gadać od rzeczy – zauważył Lucas. – Chodzi o to, że mamy problem. Właściwie wszystko sprowadza się do jednego słowa: wilki.
– W takim razie Alessia – zaniepokoił się Carlisle.
Pavarotti znowu spojrzeli po sobie i jasnym stało się, że to wcale nie jest takie proste.
– W zasadzie też – zgodził się Matthew, nerwowo przeczesując palcami ciemne włosy. – Tak mówiąc najprościej, Ali gdzieś nam zniknęła.
– A żeby było ciekawej, Yves’a i części straży też nigdzie nie ma. Z kolei drugie pół… i to jest ta gorsza wiadomość – zastrzegł Lucas – ostatnio stała się nieco nieprzewidywalna.
– Co rozumiemy przez „nieprzewidywalna”? – wtrącił niecierpliwie Theo. Layla podejrzewała do czego zmierzał.
– Obawiam się, że dokładnie to, co myślicie. – Matt się skrzywił. – Jeśli wierzyć Allegrze i Marco, mieli mały konflikt. Isabeau udało się z nimi skontaktować, ale kiedy spróbowali dostać się do Niebiańskiej Rezydencji, dosłownie wpadli na dwoje członków straży, którzy z założenia powinni kręcić się w okolicy Piekielnej Bramy. Nie słyszeli o czym rozmawiali, ale pojawienie się kogokolwiek, a zwłaszcza kogoś tak bliskiego Dworowi jak Allegra, chyba trochę ich wytrąciło z równowagi. Jeśli dodacie do tego włoski temperament Marco…
Layla niecierpliwie machnęła ręką. Jakoś nie trudno było wyobrazić sobie spotkanie jej ojca z dziećmi księżyca.
– Och, nie kończ – westchnęła, po chwili jednak zawahała się. – Ale nic się nie stało, prawda?
– A pytasz o wilki czy twojego ojca? – wymamrotał Lucas z nieco gorzkim uśmiechem. – Mniej więcej po tym dowiedzieliśmy się, że nie ma Alessi. Oczywiście nikt nic nie widział, a najdziwniejsze jest to, że jej trop zanika w ogrodzie… Tam z kolei pojawia się jakiś inny, bardziej słodki.
– Czyli wampir – dodał Matthew, chociaż to wydawało się oczywiste.
– Tak. No i ten też się urywa, zaraz za murami rezydencji – podjął Lucas. – Dlaczego mam wrażenie, że to nadal wilkołaki?
Matt mruknął coś w odpowiedzi. Chyba z założenia miało być to zabawne, a przynajmniej próbować rozluźnić atmosferę, ale Layla wcale nie poczuła się lepiej. Jeśli już, była świadoma wyłącznie narastającego niepokoju, co bynajmniej nie było dobre w jej stanie. W zasadnie wątpiła żeby jakiekolwiek emocje były dobre, ale jak mogłaby odpuścić, kiedy chodziło o jej bratanicę?
Coś było nie tak. Czuła to, tak jak i wcześniej odczuwała pewność, że nie jest świadoma wszystkich zmian, które zaszły w jej ciele. Miała wrażenie, że wszystkim im umyka coś istotnego, ale – no oczywiście! – nie była w stanie stwierdzić o co może chodzić.
– Chwileczkę… – Zamrugała nieprzytomnie, słysząc podenerwowany głos Carlisle’a. Rzadko tracił panowanie nad emocjami, więc nie była w stanie zignorować tego, że tym razem był co najmniej zaniepokojony. – Więc Allegry i Marco nie było w domu?
– Nie. – Matt lekko uniósł brwi ku górze. – A co?
Doktor jedynie potrząsnął głową.
– Esme tam poszła. Powinna już dawno wrócić – wyjaśnił. – Powinienem to sprawdzić.
– Cóż, to chyba będzie musiało zaczekać, bo Dimitr liczył na to, że zbierzemy się w rezydencji i omówimy kilka kwestii – przypomniał Lucas. Westchnął i uniósł obie ręce ku górze w obronnym geście, słusznie wyczuwając protest. – Nie ja to wymyśliłem.
– Ale…
– Ale wychodzi na to – wtrąciła się Kristin – że po raz kolejny obowiązki spadają na kobietę – oznajmiła, marszcząc brwi.
Carlisle przeniósł na nią wzrok.
– Nie mogę cię prosić, żebyś tam poszła. Las nie jest teraz bezpieczny – zauważył przytomnie.
Kristin prychnęła.
– Nigdzie się nie wybieram – powiedziała z wyższością, wzruszając ramionami. – Już skontaktowałam się z Williamem. Zwykle i tak nie ma nic do roboty, a jeśli się nie pomyliłam, jest gdzieś w pobliżu. Poza tym… – Urwała, po czym gwałtownie zaczerpnęła powietrza. – O-o…
Natychmiast skupiła na sobie całą uwagę, choć nie wydawała się być z takiego stanu rzeczy jakoś szczególnie zadowolona. Theo, który od jakiegoś czasu ją obejmował, spróbował nakłonić ją do tego, by na niego spojrzała, ale jedynie potrząsnęła głową i wyplątała się z jego objęć, odchodząc na kilka kroków. Lekko potarła skronie, żeby lepiej się skoncentrować albo po prostu chcąc łatwiej zapanować nad emocjami i wyrazem twarzy – tak czy inaczej, szło jej to marnie.
– Kris? – mruknął nerwowo Theo.
Machnęła ręką, gestem dając wszystkim znać, żeby dali jej chwilę.
Layla ledwo powstrzymała grymas. Nie musiała się wysilać, żeby wychwycić częstotliwość na której ona i William wymieniali się myślami. Umysł chłopaka był silny i o tyle charakterystyczny, że był nie tylko telepatą, ale również jednym z tych nietypowych wampirów.
Will, co jest?, wtrąciła się.
A może by tak: dzień dobry?, zaproponował od niechcenia. Serio, Lay. Przez tyle czasu nas umoralniałaś, a teraz…
Nie denerwuj mnie, zirytowała się, mając ochotę wywrócić oczami w odpowiedzi na jego charakterystyczny, nieco znudzony, a już na pewno cyniczny ton głosu. Ciężarnej się nie denerwuje, dodała.
Wyczuła jego konsternacje, szok, a ostatecznie coś na pograniczu zaskoczenia i zadowolenia.
W takim razie tym bardziej zasłużyłem na coś miłego, zauważył i bez trudu mogła wyobrazić sobie, że się uśmiecha. ”Dziękuję, William. Jesteś cudowny, William. Dam mojemu dziecku na imię William…”, zaproponował, całkiem wprawnie markując jej mentalny głos.
Wezmę udział w twoim pogrzebie, William, warknęła, bez trudu dopasowując się do jego lekkiego, pełnego uwielbienia tonu, który próbował na niej wymóc. Chłopak prychnął, ale przynajmniej się wycofał. A teraz, jeśli łaska, powiedz mi, co takiego się stało. Wierz mi, wolałbyś nie dowiedzieć się, co zdolna jest zrobić kobieta, która żyje pod presją.
Znów prychnął i przez ułamek sekundy była przekonana, że uda obrażonego i po prostu się wycofa. Niestety, w przypadku dzieci nocy, którymi wszyscy byli, niektóre emocje i sposób spoglądania na świat, bywały odbierane w dość zróżnicowany sposób, zwłaszcza jeśli przez większość czasu żyło się w oddaleniu od bliskich oraz jakichkolwiek ludzkich zachowań czy uczuć. Innymi słowy, wampiry bywały być nieczułymi egoistami, a Layla z doświadczenia już wiedziała, że Will był na dobrej drodze, żeby stać się dupkiem, zwłaszcza odkąd rozluźnił kontakt z nią czy Kristin.
Dobra, westchnął, a ona dyskretnie odetchnęła. Ale to i tak nie zmienia faktu, że bywasz wredniejsza od samej Kristin.
Ej, ja wciąż tutaj jestem!, wtrącił się sama zainteresowana.
A teraz do rzeczy, idioto.
Cofam: obie jesteście równie wredne, żachnął się. No więc, moje najlepsze przyjaciółki, podjął z nutką złośliwości, dom wygląda całkiem dobrze, poza tym, że jest opustoszały.
– Więc nikogo nie ma? – mruknęła pod nosem Layla, jednocześnie w myślach i na głos.
– Nic nie znalazł? – zareagował natychmiast Carlisle, spoglądając na nią niespokojnie.
Potrząsnęła głową.
– William uważa, że nie – wyjaśniła cicho, siląc się na spokój, ale była zbytnio zdenerwowana, żeby tak po prostu się rozluźnić. Coś było nie tak.
Jest pusto. Powiedziałbym ci, jak długo, ale tutaj mieszka zbyt wiele wampirów, żebym odróżnił jeden zapach od drugiego. Ech, a to podobno nasza krew bywa bardzo słodka, skrzywił się William. Tak czy inaczej… A nie, czekaj! Chyba coś mam, oznajmił i Layla pierwszy raz wyczuła w jego tonie i zachowaniu napięcie.
Will…?
Odpowiedziało jej jego zniecierpliwienie i zrozumiała, że ma chwilę poczekać. Layla zmarszczyła brwi, po czym spojrzała na Kristin, ta jednak jedynie wzruszyła ramionami. Obie zmartwiały, nasłuchując, co tak bardzo skojarzyło jej się z okresem, kiedy razem musieli współpracować i to nie tylko na zlecenie Lawrence’a, i aż się wzdrygnęła.
Minęła dłuższa chwila, zanim William ponownie zdecydował się odezwać. Jego niepokój odrobinę zelżał, chociaż i tak wydawał się spięty.
Okej, jest w porządku, zawyrokował. Myślałem, że ktoś jednak jest, ale to fałszywy alarm.
Ale?, podsunęła Kristin, sceptycznie podchodząc do jego wyjaśnień.
Ale, podjął ponownie William, prawie na pewno ktoś był. I, cholera, to zdecydowanie nie był wampir, dodał takim tonem, że żadna z nich nie miała wątpliwości, co takiego miał na myśli. Poza tym kuchnia z lekka jest wywrócona do góry nogami, chyba, że wasi znajomi mają w zwyczaju zostawiać noże na ziemi… Swoją drogą, jeden sobie chyba zapożyczę. Bardzo ładna robota, rozmarzył się, a Layla wychwyciła w jego pamięci obraz dość wyszukanego, bez wątpienia starego ostrza, zdobionego misternymi wzorami. Nie była pewna, ale czymś takim chyba otwierało się listy.
Bezceremonialnie zerwała połączenie, dochodząc do wniosku, że już i tak nie dowie się niczego praktycznego. William od zawsze miał dość specyficzny talent do wytrącania jej z równowagi, czasami nieświadomie, co jednak nie zmieniało faktu, że miała do niego słabość. Kristin miała rację: tamte miesiące, które spędzili razem, zobowiązywały, a ona nie mogła wyzbyć się wrażenia, że jest za zmieniające się dzieciaki odpowiedzialna, nawet jeśli sama wciąż nie była wampirzycą. Zastanawiała się, czy Isabeau czuła się podobnie, zwłaszcza, że jako pierwsza dopełniła przemiany – bo jakby nie patrzeć, bycie pierwszym zawsze niosło ze sobą odpowiedzialność.
– Idziemy do Niebiańskiej Rezydencji – oznajmiła stanowczo, ledwo tylko doszła do siebie. Była świadoma, że wszyscy wpatrują się w nią i Kristin, ale nie sądziła, żeby wyjaśnienie im wszystkiego od razu było najlepszym pomysłem. – Wyjaśnię wam po drodze – obiecała, bo wiedziała, że i tak nie ma innego wyboru.
Westchnęła. No tak, odpowiedzialność – i to jak zwykle spoczywająca na niej. Zapowiadało się naprawdę interesująco.
Renesmee
Powiedzieć, że byłam zdenerwowana, byłoby kłamstwem. Nie potrafiłam się rozluźnić, nawet mimo obecności Gabriela i ciepła bijącego od jego ciała. Może byłoby prościej, gdyby chociaż mój mąż był w istocie rozluźniony, ale znałam go już na tyle dobrze, żeby zorientować się, że wcale nie jest tak opanowany, jak starał się sprawiać wrażenie. To była jedynie gra, a ja – niestety – już dawno przestałam być na tyle naiwna, żeby się na jego maskę nabrać.
Isabeau krążyła nerwowo, myślami jednak była gdzieś daleko. Czułam charakterystyczny powiew świeżości i zapach ozonu w powietrzu, jak zwykle kiedy którykolwiek z telepatów wykorzystywał moc. Wiedziałam, że moja szwagierka przez cały czas wykorzystuje zdolności, by skontaktować się z tymi, których miała pod sobą, a którzy na bieżąco dostarczali jej informacje na temat tego, co działo się w mieście. Teoretycznie mogłam podsłuchiwać, bo w obliczu moich zdolności, nawet najbardziej złożona osłona ostatecznie okazywała się bezskuteczna, ale czułam się zbyt zdenerwowana, by zdobyć się na wysiłek wniknięcia do umysłu Beau. Mnie zresztą zależało na tylko jednej informacji, a doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że również Isabeau sprawiał tę sprawę na pierwszym miejscu i powiedziałaby mi, gdyby tylko wychwyciła cokolwiek na temat Alessi.
Jak to w ogóle mogło się stać? Nie wyobrażałam sobie, że Ali mogłaby tak po prostu wyjść poza Niebiańską Rezydencję. Gdyby sytuacja była trochę inna, a my nie znalibyśmy prawdy, mogłabym uznać, że po raz kolejny uciekła, ale to nie miało dla mnie sensu.
Chyba, pomyślałam przygnębiona, że to moja wina. Jakby nie patrzeć, niekoniecznie dobrze mogłam postąpić, kiedy zdecydowałam się powiedzieć o wszystkim Damienowi, wcześniej nie konsultując swojej decyzji z córką. Do diabła, naprawdę chciałam dobrze zarówno dla niej, jak i dla niego, poza tym syn wydawał mi się naprawdę skruszony po wszystkim, co się wydarzyło, ale mimo wszystko…
– To nie jest twoja wina – przerwał mi nerwowo Edward, a ja aż wzdrygnęłam i spojrzałam na niego zaskoczona. Ja i Gabriel zajmowaliśmy wspólnie jeden z foteli w gabinecie Dimitra, tata z kolei obserwował poczynania Isabeau z kąta pokoju, wręcz nienaturalnie spokojny. – Tak, coś do mnie dochodzi. Jesteś zdenerwowana, Nessie – wyjaśnił, machnięciem ręki zbywając to, że wyjątkowo miał dostęp do moich myśli.
– Ale Damiena też nie ma, a ja niepotrzebnie zostawiłam ich samych – zaoponowałam, zaciskając dłonie w pięści tak mocno, że paznokcie wbiły mi się w skórę niemal do krwi.
Chciałam dodać coś jeszcze, ale wtedy drzwi otworzyły się, a do środka wślizgnęli się Aldero i Cameron, obaj w czarnych pelerynach, które chroniły ich przed promieniami słonecznymi, a które bezustannie kojarzyły mi się z członkami straży Volturi. Nawet mimo takiej ochrony, ich blada zazwyczaj cera wydawała się zarumieniona bardziej niż zwykle, jakby panujący zaduch nie stanowił wystarczającego utrudnienia dla wampirów takich jak oni.
Zaraz za nimi do gabinetu wślizgnął się Damien, a mnie dosłownie kamień spadł z serca na widok przynajmniej jednego z moich dzieci. Nie byłam pewna, co takiego wyrażała moja twarz, ale chłopak momentalnie spojrzał w moją stronę. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja w tych jakże znajomych czekoladowych tęczówkach nareszcie odnalazłam spokój, przynajmniej chwilowo. Nie, cokolwiek było między nim a Alessią, żadne z nich nie chciał krzywdy drugiego – byłam tego absolutnie pewna.
Ale to wciąż nie miało faktu, że świat stanął na głowie, a wszystko było nie tak.
– To prawda? – zapytał mnie natychmiast. Nie musiał dodawać, co takiego miał na myśli.
– Nie ma jej – potwierdziłam cicho. – Myślałam, że jesteśmy razem, ale…
Damien westchnął i pokręcił głową. Nawet jeśli podejrzewał, co takiego musiało chodzić mi po głowie, postanowił to zignorować – i całe szczęście, bo naprawdę nie chciałam go zranić podejrzeniami.
– Musiałem wyjść – wyjaśnił mi nerwowo. – Ali nie była zachwycona, bo chodziło o Grace. Potrzebowała mnie, a teraz i ona zniknęła. Nie jestem w stanie wyczuć żadnej z nich – wyznał, a ja wyczułam, że Gabriel sztywnieje.
– Jesteś połączony z Grace? – zapytał. Sama powinnam była to zrobić, ale miałam problemy ze skoncentrowaniem się na czymkolwiek.
– To bardziej skomplikowane – przyznał niechętnie Damien. – Poniekąd tak.
Sądziłam, że Gabriel będzie drążył temat, ale ten jedynie skinął głową. Był spięty, co mnie nie dziwiło, zwłaszcza, że w tym samym pomieszczeniu przebywał Marco. Już i tak postępem było to, że ta dwójka nie rzucała się sobie wzajemnie do gardła, ale zwykle kiedy przebywali razem, atmosfera gęstniała do tego stopnia, że można by ją kroić nożem.
– Ariel też wciąż nie wrócił – wtrącił się Edward. – Tylko mnie wydaje się to podejrzane?
– Co ty sugerujesz? – zapytałam, czując jak coś przewraca mi się w żołądku. Znałam Ariela krótko, ale wydawał się zaangażowany w to, co działo się z Ali. – Tato…
– Ja jedynie głośno myślę – uspokoił mnie. – Tak czy inaczej, to mi się nie podoba.
Cóż, z tym akurat się zgadzała. Co więcej, miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie – już raz wszyscy siedzieliśmy jak na szpilkach, właśnie z powodu wilkołaków. Z tym, że wtedy mojej córce nie groziła śmierć, a Yves był po naszej stronie.
– Obawiam się, że dobrze myślisz – odezwał się Aldero. Skoncentrowana na Damienie, prawie zapomniałam o nim i Cammy’m, więc jego głos mnie zaskoczył. – Wybraliśmy się na małe zwiady – oznajmił.
– Bez mojej zgody – zgodziła się oschle Isabeau. Sprawiała wrażenie rozeźlonej, ale ja wiedziałam, że to jej sposób na ukrycie zmartwienia.
– Nikt nas nie widział, mamuś – przypomniał jej tonem niewiniątka Cameron.
Wiedziałam, że miała słabość do obu swoich synów, nie tylko dlatego, że była ich matką. Tak czy inaczej, kiedy westchnęła i wywróciła oczami, wiedziałam, że przynajmniej na ten moment zdecydowała się odpuścić.
– Mów… – zaczęła.
Właśnie wtedy urwała, po czym cofnęła się o krok, prawie niezauważalnie. To trwało zaledwie chwilę, poza tym natychmiast zatrzepotała powiekami, więc nie widziałam jak oczy uciekają jej w tył głowy, szybko zresztą wróciła do siebie. Kiedy się otrząsnęła i znowu na nas pojrzała, wyglądała jak zwykle, a pewnie gdybym jej uważnie nie obserwowała, nie zorientowałabym się, że miała wizję.
– Isabeau? – zapytałam niepewnie, zastanawiając się, czy tylko ja widziałam, co się wydarzyło. Wszystko wskazywało na to, że tak.
– Srebrne ostrze – oznajmiła bezceremonialnie, przenosząc swoje oczy barwy zamarzającej wody wprost na Damiena. Jej tęczówki jarzyły się prawie niezauważalnie, zupełnie jak u kotki. – Tak pomyślałam, że powinnam ci to powiedzieć: uważaj na srebrne ostrze – powtórzyła, chyba sama zaskoczona tym, co mówiła.
– Ech… Dziękuję, ciociu? – Damien spojrzał na nią niepewnie, jakby podejrzewał, że postradała zmysły albo za moment zaśmieje mu się w twarz.
Isabeau zmarszczyła brwi. Raz jeszcze zatrzepotała powiekami, a jej oczy wróciły do swojej naturalnej barwy. Teraz już nie tylko ja i Damien spoglądaliśmy na nich pytająco, dziewczyna jednak musiała dojść do wniosku, że cokolwiek się stało, właściwie nie ma to znaczenia.
Nie pamiętała? Wiedziałam, że Beau miała kilka takich wizji, ale zwykle były bardzo gwałtowne, czasami nawet dla niej bolesne, poza tym zwykle traciła wtedy przytomność. Tym razem wszystko wydarzyło się tak szybko, że sama nie byłam pewna, co właściwie się wydarzyło.
– Co się tak patrzycie? – żachnęła się poirytowana Beau. – Al, Cammy – mówcie. Co takiego ustaliliście? – zapytała nagląco, zachowując się jak zwykle, co jedynie spotęgowało moją niepewność.
Wciąż korciło mnie, żeby o coś zapytać, zacząć drążyć, ale zachowanie Isabeau ostatecznie sprawiło, że z tego zrezygnowała. Gdyby coś zobaczyła – albo pamiętała, że zobaczyła – powiedziałaby, prawda? To nic nie musiało znaczyć, a jednak kiedy przypominałam sobie jej słowa i sposób w jaki patrzyła wtedy na Damiena, momentalnie robiło mi się zimno.
Musiałam zadrżeć albo jakoś inaczej okazać niepokój, bo Gabriel mocniej przygarnął mnie do siebie, niby od niechcenia przesuwając palcami po moim odsłoniętym ramieniu. Spróbowałam się rozluźnić i skoncentrować na Cammym i Aldero, ale to wcale nie było takie proste.
– Wilkołaki… – zaczął Aldero, ale i tym razem ani on, ani jego brat nie mieli okazji skończyć, wraz z przybyciem większej ilości osób.
Drzwi do gabinetu otworzyły się po raz kolejny.

2 komentarze:

  1. Pozwól,
    że nadrobię zaległości z wczoraj. Przepraszam, że dopiero teraz, ale
    wczoraj, kiedy pisałam komentarz, było już dosyć późno, a ja wróciłam z
    ogniska i potwornie piekły mnie oczy, bo dym leciał na mnie :/ Szablon
    jest po prostu cudowny- kolory świetnie komponują się ze sobą i mega
    świetnie czyta się treść :)
    Ach, robi się niezaciekawie... Skoro wszyscy zorientowali się o
    zniknięciu Ali, Esme i Grace i podejrzewają, że stoją za tym wilkołaki
    (chyba nie wiedzą, jak bardzo są blisko prawdy) to może zaczną coś
    robić. Już sobie wyobrażam szok wszystkich, a szczególnie Carlisle'a,
    kiedy dowiedzą się o udziale Amuna w tym wszystkim. Doskonale rozumiem
    zdenerwowanie Nessie, a ten niby spokój Edwarda to zapewne tylko maska.
    On nigdy nie okazuje swoich uczuć w takich sytuacjach...
    A potyczki Willa i Layli... Taki trochę zabawny akcent w obliczu tego,
    co się dzieje.
    Ja nadal czekam na rozdział z Rufusem, aż on pozna prawdę =)
    Czekam już na nn :)
    Pozdrawiam i do napisania ;*
    PS. Przepraszam, że tutaj, ale chciałabym zaprosić Cię serdecznie na
    bloga, którego prowadzę wraz z #Aleksandre : hybryd-diaries.blogspot.com
    , gdzie ukazał się prolog w jej wykonaniu. Jeszcze raz przepraszam, że
    tutaj

    OdpowiedzUsuń
  2. Gabriel *-* Isabeau *-* Isabeau *-* mimo, że pojawiła się tylko na chwilę to ja i tak jestem zachwycona ^^ długo każesz czekać na jej pojawienie się ;] juz zapomniałam nawet jak jej dar może uprzykrzać życie. Nie ogarniam juz o co chodziło jej z tym ostrzem - a może po prostu ją powinnam o jedenastej w nocy spać? Nie ważne - niech Damien uważa na ostrza .-.
    Rozmowa Layli z Williamem mnie powaliła xD śmiałam się jak to czytałam i musiałam, aż mamie pokazać z czego się śmieje xD tak jej też się to podobało. Juz zapomniałam jaki William jest. Nigdy jakoś szczególnie nie przywiązywałam się do tej postaci, ale cieszę się, że żyje. Musisz dla niego stworzyć jakąś fajną dziewczynę, aby nie był taki samotny :D
    Bracia P. Jak zwykle mówią zagadkami i ciężko się połapać o co im chodzi. I zazwyczaj trzeba ich opieprzyć zanim odpowiedzą ^^ rozdział był świetny, a ja przepraszam, że dopiero komentuje. Jestem leniem. Przyznam się :3
    pozdrawiam i kolorowych snów :*

    Gabrysia. ♡

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa