10.04.2014

Osiemdziesiąt osiem

Gabriel
Gabriel wciąż trząsł się ze złości, w milczeniu wpatrując się w miejsce, gdzie chwilę wcześniej chwycił Marco. To już chyba weszło mu w krew, że za każdym razem, kiedy jego ojciec był w pobliżu, ledwo był w stanie zapanować nad pragnieniem tego, żeby rzucić się wampirowi do gardła. Oczywiście pragnienie było głupie, bo w przypadku ewentualnej walki prawdopodobne było to, że ucierpi ktoś trzeci i całe otoczenie, które miało posłużyć im za pole bitwy, ale Gabriel myślał sobie czasami, że pewne konsekwencje jak najbardziej były do przyjęcia. Tak było chociażby teraz, gdy wszystko w nim aż rwało się do tego, żeby ruszyć za ojcem i rozwiązać pewne problemy raz na zawsze.
Westchnął, po czym uciekł wzrokiem gdzieś w bok, celowo unikając spoglądania na Cullenów i Isabeau. Czuł również obecność Damiena i był przekonany, że gdyby spojrzał w stronę syna, jak nic napotkałby spojrzenie jego czekoladowych tęczówek, ale się na to nie zdecydował. Nie chciał żadnych tych pocieszających spojrzeń, a tym bardziej zapewnień, że jeszcze wszystko się ułoży, skoro wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że to bardzo mało prawdopodobne. Marco był niczym jeden, wielki problem; brakowało mu jedynie wielkiego neonu z napisem „Uwaga! Zawodowe szarpanie cudzych nerwów!”. Gabriel niemal widział ten napis, czerwony i migający. Widział również jeszcze jeden znak, znacznie bardziej kuszący, sprowadzający się do dwóch krótkich słów: zabij mnie.
Och, nie pierwszy raz miał wielką ochotę się do tego posunąć.
– No tak… – Isabeau odchrząknęła, chociaż jako praktycznie martwa raczej nie potrzebowała takich udogodnień, żeby normalnie funkcjonować. – Gramy dalej? – zaproponowała, podrzucając piłeczkę i zwinnie chwytając się w locie, jedynie odrobinkę się przy tym popisując. Starała się zachowywać tak, jakby nic się nie stało, ale Gabriel znał ją aż nazbyt dobrze, żeby uwierzyć, że pojawienie się Marco w żadnym stopniu jej nie obeszło.
– Żartujesz sobie? – mruknął, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Jakoś straciłem ochotę na cokolwiek. A tak swoją droga, tę piłeczkę będzie trzeba spalić, bo na dezynfekcję to już chyba za późno – dodał z przekąsem w głosie.
Isabeau rzuciła mu rozdrażnione spojrzenie, po czym cisnęła piłeczkę w jego stronę. Chwycił ją machinalnie, wzdrygnął się i przekazał piłeczkę dalej, tym razem celując w Edwarda. Wampir uchylił się dosłownie w ostatnim momencie, nie odrywając wzroku od rodzeństwa Licavoli i mrucząc pod nosem coś na temat tego, że wszyscy zachowują się jak dzieci. Gabriel powstrzymał się od komentarza, że w porównaniu z nimi, sam jest młodym i niedoświadczonym dzieciakiem, któremu wydaje się, że wie więcej niż w rzeczywistości. Cóż, raczej wątpił, żeby drażnienie się z teściem, kiedy wszyscy byli pod wpływem tak silnych emocji, przyniosło cokolwiek dobrego.
– W takim razie, wracamy do domu? – zaproponowała z wahaniem Esme, zerkając trochę niespokojnie na dwójkę Licavolich.
Gabriel powstrzymał się od westchnienia; jej przecież nie chciał zniechęcić.
– Jeśli chcecie dalej grać, ja nie mam nic przeciwko – powiedział odrobinę łagodniejszym tonem. – Przepraszam. Poszedł sobie, więc trochę mi lepiej – zapewnił, chociaż było w tych wyjaśnieniach coś naciąganego.
– Tylko trochę? – Carlisle spojrzał na niego z powątpieniem. – Nie chcę niczego sugerować, ale nie podoba mi się to, co powiedział na temat Loreny. Sądzisz, że faktycznie powinniśmy się o nią zatroszczyć?
– Jedyne, co sądzę, to to, że próbuje nas zdenerwować. To jak najbardziej w jego stylu, chociaż miałem nadzieję, że po wszystkim przynajmniej przez jakiś czas będzie się pilnował – mruknął, nie kryjąc niechęci. – Cóż, ale wtedy nie byłby sobą, prawda? Są ojcowie i są idioci, którzy czerpią przyjemność z dręczenia swoich dzieci. I nie, nawet nie próbujcie mi mówić, że przesadzam, bo wiem swoje. Nie mam pojęcia, co takiego ubzdurał sobie Marco, ale ja na pewno nie zamierzam mu zaufać.
– Och, bo my niby zamierzamy? – żachnął się urażony Edward. Jego oczy pociemniały, kiedy w gniewny sposób zmierzył Gabriela wzrokiem, zachowując się tak, jakby nadal miał przed sobą Marco albo kogoś równie nieprzyjemnego.
Gabriel się skrzywił.
– Niech się zastanowię… Faktycznie, skąd mi to w ogóle przyszło do głowy? – stwierdził sarkastycznie. – Aha, już pamiętam! Poprawcie mnie, jeśli się pomyliłem, ale to przecież wy ciągle z nim mieszkacie.
– Mówisz tak, jakby to było takie proste – westchnął Carlisle. – To dom Allegry. Przez wszystkie te lata zachowywała się, jakby to ona była naszym gościem, ale w tej jednej kwestii postanowiła być stanowcza. Marco może zostać, a my…
– Pogadam z nią – uciął stanowczo Gabriel, odrobinę spuszczając z tonu, ale bynajmniej nie poczuł się lepiej. Przecież doskonale wiedział, czego powinien spodziewać się po ewentualnej rozmowie z ciotką.
Westchnął przeciągle, po czym przeciągnął się lekko, aż strzeliły mu kości. Próbował się rozluźnić i uspokoić, ale zapomnienie o Marco było jednym z wymagających wyzwań, których niekoniecznie był w stanie tak po prostu podołać. W stosunku do ojca jak najbardziej żywił coś, co można było określić mianem czystej nienawiści, a przynajmniej starał się wierzyć, że tak jest. Najbardziej irytowało go to, że Isabeau i Layla miały do wampira zdecydowanie zbyt łagodne podejście. Nie miał pewności, co powinien o tym myśleć, ale nie podobało mu się to. Zdecydowanie łatwiej było, kiedy żył w przekonaniu, że siostry podzielają jego stanowisko, jeśli chodzi o Marco – i że nie zawahają się, jeśli ten kiedykolwiek stanie na ich drodze. Pomylił się i chociaż doskonale znał argumenty obu nieśmiertelnych, wcale nie był przekonany. Co więcej, świadomość tego, że być może jest w swojej nienawiści odosobniony, wcale nie dodawała mu pewności siebie.
Poza tym martwił się, zwłaszcza o Laylę. Isabeau miała cięty język i podły charakterek, zwłaszcza kiedy pakowała się w kłopoty. Marco może i był okrutny, ale na pewno nie należał do grona potencjalnych samobójców, a mniej więcej do tego sprowadzałaby się próba zaatakowania kapłanki i wielkiej miłości Dimitra. Inaczej było z drugą z jego sióstr, już i tak zbyt mocno przez ojca skrzywdzoną. Obawiał się, że nieświadomie próbuje odszukać w wampirze czegoś dobrego, co udowodniłoby, że faktycznie się zmienił. Tutaj nie chodziło o miłość, chociaż Lay zawsze pragnęła wierzyć, że ojciec przynajmniej odrobinę ich kocha. Niemniej musiała darzyć go przynajmniej częściowym zaufaniem, a to nie mogło wróżyć nic dobrego, nawet jeśli w jakimś stopniu wydawało się właściwe.
Był zamyślony, ale nie na tyle, żeby nie wyczuć, że ktokolwiek zmierza w ich stronę. W pierwszym odruchu spiął się i poderwał głowę, przez ułamek sekundy pewien, że to Marco, ale wystarczył zaledwie ułamek sekundy, by uświadomił sobie swoją pomyłkę. Kiedy doszedł go znajomy zapach krwi oraz trzepotanie się serca, jakimś cudem udało mu się rozluźnić i nawet się uśmiechnął. Bez chwili zastanowienia zrobił kilka kroków do przodu, wypatrując między drzewami znajomej, smukłej sylwetki, która w końcu pojawiła się w zasięgu jego wzroku. Cullenowie, którzy wciąż dyskutowali na temat ewentualnych intencji Marco, natychmiast zamilkli, również spoglądając w stronę Renesmee.
Mi amore – powiedział z uczuciem, ale i swego rodzaju ulgą.
Właśnie jej teraz potrzebował, ale uprzytomnił to sobie dopiero wtedy, kiedy stanęła przed nim. Gabriel poczuł, jak uchodzi z niego całe napięcie i w końcu udało mu się rozluźnić. Pod wpływem impulsu dosłownie skoczył w przestrzeń, dosłownie materializując się przed ukochaną. Nie czekając na to, żeby cokolwiek powiedziała, ujął obie jej dłonie i nachylił się, żeby musną wargami gładką, alabastrową skórę. Poczuł, że Renesmee zadrżała, zaskoczona i nieco speszona staroświeckością tego gestu. Doprawy, świat zmieniał się na gorsze, skoro pewne tradycje się zacierały, a takie zachowanie wciąż wprawiało ją w zakłopotanie, nawet mimo upływu lat, które spędziła u jego boku.
– Gabrielu… – Spojrzała mu w oczy. Czekoladowe tęczówki błyszczały, a skóra na policzkach była rozkosznie zarumieniona, przez co musiał mocno wysilić się, żeby nie pokusić się o kolejną, tym razem zdecydowanie odważniejszą pieszczotę. – Czy coś się stało?
– A dlaczego miałby się stać? – mruknął, nawet nie próbując udawać, że nie miała racji.
Wzruszyła ramionami, o dziwo decydując się odpuścić. Jej dłonie drgnęły, jakby chciała wyjąć je z jego uścisku, ale ostatecznie tego nie zrobiła – i to nie tylko dlatego, że i tak by jej na to nie pozwolił. Zdawał sobie sprawę z tego, że trochę zbyt kurczowo trzyma ją przy sobie, a w jego zachowaniu brakowało naturalności, ale nie zwracał na to większej uwagi. Odkąd pojawił się Marco, jedynie Renesmee wydawała się być w stanie ukoić jego wzburzone emocje. Nie zamierzał udawać, że nad sobą panuje, skoro tak nie było, a skoro Nessie nawet nieświadomie potrafiła mu pomóc…
Raz jeszcze ucałował kostki jej dłoni, tym razem bardzo powoli, przez cały czas patrząc jej przy tym w oczy. Jej własne zalśniły jeszcze bardziej intensywnie, zdradzając wszystkie targające nią emocje (a przynajmniej większość), dzięki czemu był w stanie czytać w niej jak w tej przysłowiowej otwartej księdze. Teraz chociażby natychmiast zorientował się, że z jakiegoś powodu jest pobudzona i odrobinę spięta. Nie miał pewności, co takiego powinien rozumieć poprzez jej stan emocjonalny – może po prostu udzielały jej się jego uczucia – ale miał wrażenie, że coś jest na rzeczy.
– W takim razie, w porządku – odezwała się Renesmee, zachowując się tak, jakby w istocie tak sądziła. Niestety, aktorką wciąż była marną, ale postanowił jej tego nie wypominać. – Chyba coś mnie ominęło – dodała, zerkając wymownie na przygotowane bazy, kije i piłeczkę baseballową, która ostatecznie zaległa gdzieś na trawie, porzucona. Na jej ustach majaczył lekko wymuszony uśmiech, ale jakoś nie wyglądała na specjalnie zawiedzioną tym, że zjawiła się tak późno.
– Jeszcze nigdzie nie idziemy, więc możesz się dołączyć – zaproponowała Isabeau, w dość brutalny sposób przypominając o tym, że – niestety – nie są sami. – Esme nie chce grać, a ta trójka nie stanowi żadnego wyzwania. Potrzebuję kobiecego wsparcia – stwierdziła pogodnie, odsłaniając w uśmiechu komplet śnieżnobiałych zębów, w tym dwa wydłużone kły.
– Hm… Jakoś nie mam ochoty – przyznała Renesmee. Jej głos zabrzmiał jakoś dziwnie. – Zresztą nie wydaje mi się, żebym powinna – dodała i tym razem wszyscy spojrzeli wprost na nią, zaintrygowani.
Gabriel instynktownie położył dłoń na jej ramieniu, zachęcając, żeby na niego spojrzała. Pod wpływem jego dotyku puls momentalnie jej przyśpieszył, co w pełni pozwoliło Gabrielowi na wyparcie przykrych myśli. Uśmiechnął się z satysfakcją, ale wciąż nie spuszczał z niej wzroku, próbując stwierdzić, czy ma jakiekolwiek powody do tego, żeby poczuć się zaniepokojonym.
– Co masz na myśli?
W jej czekoladowych oczach widział wahanie, ale również iskierki czegoś, czego nie potrafił określić.
– No cóż… Jeśli trzymać się tego, co powiedział mi Theo, raczej nie powinnam pozwalać sobie na zbyt wielki wysiłek – wyjaśniła takim tonem, jakby właśnie spokojnie gawędzili sobie o pogodzie albo czymś równie nieistotnym.
– Z tego, co powiedział ci Theo? – powtórzył, mając wrażenie, że coś źle zrozumiał.
Raz jeszcze zmierzył ją wzrokiem, tym razem uważniej, chociaż w panującym półmroku ciężko było stwierdzić, czy cokolwiek jest z nią nie tak. Być może był przewrażliwiony, ale sama wzmianka o lekarzu wystarczyła, żeby poczuł niepokój. Szlag, czyżby znowu przegapił coś istotnego, zbyt skupiony na Marco i niechęci, którą ten w nim wzbudzał? Czy to możliwe, że przegapił coś istotnego, na dodatek związanego z sensem swojego istnienia?
Ale Renesmee nie wyglądała źle, a tym bardziej nie wydawała mu się chora. Nie był pewien, dlaczego właściwie od razu pomyślał o tym, że cokolwiek mogłoby jej dolegać, ale jej wyjaśnienia były dziwne, a w głosie i reakcjach organizmu zaczynał dostrzegać coś nietypowego. Nie zachowywała się naturalnie, poza tym wyraźnie miała mu coś do powiedzenia, chociaż wciąż się wahała. Znał ją już wystarczająco dobrze, żeby to wyczuć, poza tym wciąż pozostawali ze sobą połączeni w ten najbardziej intymny sposób. Próba okłamywania siebie nawzajem była dość sporym wyzwaniem i Nessie doskonale musiała zdawać sobie z tego sprawę.
– No tak, Theo. – Lekko zmarszczyła brwi, zdezorientowana. – Dlaczego powiedziałeś to tak, jakbyś się dziwił, że mogłabym z nim rozmawiać? – żachnęła się, a Gabriel omal nie wywrócił oczami.
– Nie wiem. A powinienem się jakkolwiek nim niepokoić? – zapytał półżartem, dobrze wiedząc, jak reagowała, kiedy zdarzało mu się okazywać zazdrość. Nie żeby cokolwiek miał do Theo, ale i tak miał pewne trudności z zaakceptowaniem w roli lekarza kogoś, kto mógł poszczycić się parą lśniących czerwienią oczu.
Kątem oka spojrzał na Carlisle’a, ale nic nie wskazywało na to, żeby ten w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, że Nessie kontaktowała się z jego przyjacielem. Doktor zawahał się, po czym zdecydował się podejść do wnuczki, uważnie lustrując wzrokiem jej twarz.
– Nessie, a co takiego powiedział ci Theo? – zapytał wprost, ostrożnie dobierając słowa.
Renesmee westchnęła przeciągle, ale nawet na swojego dziadka nie spojrzała. Wzrok utkwiła w Gabrielu; zaczęła nerwowo przygryzać dolną wargę, zanim ostatecznie podjęła decyzję. Zanim Gabriel w ogóle się zorientował, zrobiła stanowczy krok do przodu, stając tak blisko, że czuł ciepło bijące od jej ciała. Na dworze wciąż było ciepło, więc jej skóra pachniała jeszcze intensywniej. Było w tym coś obezwładniającego, co utrudniało mu koncentracje, chociaż nie było w stanie rozproszyć go na tyle, żeby zapomniał o swoich wątpliwościach – zwłaszcza, że jakby nie patrzeć, wciąż chodziło o Nessie.
– Gabrielu – odezwała się Renesmee, bezceremonialnie zarzucając mu ramiona na szyję – czy ty mi ufasz?
Zamrugał, czując się tak, jakby zdzieliła go czymś ciężkim po głowie. Ramionami oplótł ją w pasie, trzymając obie dłonie na wysokości jej lędźwi. Widział niepewny uśmieszek, który błąkał się na jej idealnych ustach i nagle zapragnął ją pocałować, chociaż coś podpowiadało mu, że wyjątkowo by mu na to nie pozwoliła.
– Czy ja… Że co proszę?
– Słyszałeś. – Jakimś cudem zdołała jeszcze bardziej zmniejszyć dzielącą ich odległość. Była rozkosznie ciepła, miękka i taka… szczęśliwa. Nie miał pewności skąd to wie, ale zwłaszcza tego ostatniego był absolutnie pewien. – Czy ty mi ufasz?
– Czy ten dowcip ma jakąś puentę? – mruknął i teatralnie skrzywił się, bo trzepnęła go ręką w ramię. – Auć. No dobra, tylko mnie nie bij… Tak, moje kochanie, oczywiście, że ci ufam – wyrecytował posłusznie.
– To dobrze… Hm, a czy mógłbyś mi obiecać, że przynajmniej postarasz się zachowywać spokojnie, jeśli coś ci powiem? – dążyła, wciąż lustrując go wzrokiem. Z jakiegoś powodu głos zaczynał jej drżeć, chociaż równie dobrze mogło mieć to związek z tym, że wszyscy ich obserwowali.
Ach, czyli ta noc dopiero zaczynała być naprawdę dziwna. Na początku Isabeau ze swoim meczem, później Marco, a teraz jakaś pozornie pozbawiona gra w zadawanie nietypowych, wręcz irytująco naiwnych i intrygujących jednocześnie pewnie.
Cóż, zapowiadało się wyjątkowo ciekawie.
– Chyba zaczynam się bać – przyznał, po czym raptownie spoważniał. – Nie chciałbym dać ci słowa, którego z jakiegoś powodu mógłbym nie być w stanie dotrzymać.
Pokiwała w zamyśleniu głową, jakby właśnie tego spodziewała się od samego początku. Powoli cofnęła się o krok, więc ją puścił, nagle zagubiony i nienaturalnie wręcz pusty. Renesmee odsunęła się jeszcze trochę, obejmując się ramionami i unikając jego spojrzenia. Wyglądała, jakby było jej zimno i chyba nawet miała na ramionach gęsią skórkę, co wydawało się dziwne, bo przecież noc była ciepła. Raz jeszcze pomyślał o jej dziwnych pytaniach i o tym, że wspomniała akurat o Theo, a to spowodowało, że poważnie zaczął się niepokoić. Coś musiało być na rzeczy; czuł to, podobnie jak i jej sprzeczne ze sobą uczucia, tak intensywnie mieszające się z jego własnymi. Co prawda nie widział aury, ale był w stanie pewne rzeczy wyczuć, a już szczególnie wrażliwy był na wszelakie zmiany, które dotyczyły Renesmee.
Zapadła chwila nieznośnego wręcz milczenia, kiedy to po prostu obserwował ukochaną, coraz bardziej zdezorientowany. Już się nie uśmiechała, poza tym w jednej chwili straciła całą pewność siebie, co już samo w sobie było niepokojące. Gabriel czuł się coraz bardziej nieswojo, nie jako jedyny zresztą, bo nikt z obecnych nie zdecydował się odezwać. Dopiero Carlisle jako pierwszy postanowił przerwać panująca ciszę, najwyraźniej czując się w obowiązku, żeby zachowanie dziewczyny zrozumieć.
– Renesmee, co się stało? – zapytał ją łagodnie. – Czuję, że byłaś w szpitalu. Czy coś się stało? – ciągnął rzeczowym tonem, który ostatecznie zachęcił dziewczynę do tego, żeby uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
– Byłam tam, żeby porozmawiać z Theo. Musiałam coś sprawdzić, a że nie chciałam was wszystkich martwić… – Wzruszyła ramionami, jakby w istocie nie było o czym mówić. – Z nami jest wszystko w porządku Naprawdę.
Jej słowa brzmiały szczerze, ale Gabriel i tak poczuł, że jest w nich coś… dziwnego. Dopiero po kilku sekundach Gabriel pojął pełen sens jej wypowiedzi i machinalnie zaczerpnął powietrza do płuc, przestając oddychać. Wpatrywał się w Renesmee, próbując zwalczyć mętlik w głowie i to, że coraz bardziej dręczyła go ta ciągła niepewność. Cholera, dlaczego tak ciężko przychodziło mu kojarzenie faktów?
– Z nami?
Skinęła głową. W jej oczach po raz kolejny pojawił się ten niezrozumiały błysk, chociaż tym razem Gabrielowi udało się lepiej go zinterpretować. To wyglądało na coś z pogranicza niezwykłej wręcz miłości i czułości; coś bardzo szczerego, co pewnie byłby w stanie zaobserwować, gdyby analizował własny wyraz twarzy, kiedy spoglądał na Renesmee albo którekolwiek ze swoich dzieci. Miał wrażenie, że widział już to spojrzenie u Nessie, ale nie był pewien kiedy i w jakich okolicznościach. Starał się połączyć wszystkie fakty i wyciągnąć wnioski, ale umysł odmawiał mu posłuszeństwa, jakby się z nim drażniąc, co zaczynało być coraz trudniejsze do zniesienia. Cholera, dlaczego Marco aż do tego stopnia musiał wytrącić go z równowagi?!
Usłyszał cichy okrzyk Isabeau, kiedy zrozumiała coś, co pewnie i dla niego powinno być oczywiste. Krótko spojrzał na siostrę, ale ta już zdążyła nad sobą zapanować i jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Jedynie to, jak nerwowo zaczęła podskakiwać, zdradzało, że czuła się jakkolwiek poruszona. Jej błękitne niczym zamarzająca woda oczy dosłownie wwiercały się w Renesmee, jakby Beau chciała w ten sposób jakkolwiek na dziewczynę wpłynąć. Znając niezwykłość i determinację Isabeau, Gabriel nie byłby specjalnie zdziwiony, gdyby faktycznie okazała się zdolna do tego, żeby tego dokonać.
– Powiedz to w końcu – wręcz zażądała. Renesmee spojrzała na nią niepewnie, co jedynie jeszcze bardziej rozdrażniło Beau. Wywróciła oczami, po czym na kilka sekund zapatrzyła się w atramentowe niebo, prosząc opatrzność o odrobinę cierpliwości. – Litości. Przestań ich dręczyć, kobieto!
– Nie wierzę, że się z nią zgadzam – wtrącił się Edward – ale wyjątkowo… Nessie… – dodał, ale urwał, bo Isabeau uciszyła go samym tylko spojrzeniem; widać było, że jest coraz bardziej zniecierpliwiona.
– Wtrącaj się dalej, a wtedy na pewno pozwolisz jej dojść do słowa – zadrwiła. Najwyraźniej wciąż była w tym sarkastycznym nastroju, kiedy to niewiele trzeba było, żeby zaczęła rzucać się na wszystkich w koło.
– Przestańcie oboje! – przerwała im Renesmee, nagle tracąc cierpliwość. – Ja… Och, po prostu dajcie mi chwilę!
Spojrzeli na nią oboje, ale – o dziwo – natychmiast usłuchali. Dziewczyna nerwowo zaczęła nawijać kosmyk włosów na palec, po czym w końcu spojrzała ponownie w oczy wpatrzonego w nią Gabriela. Znów pojawił się w nich ten błysk, tym razem jeszcze intensywniejszy.
Gabriel rozpoznał go, chociaż to okazało się zbędne. Jej kolejne słowa wyjaśniały wszystko.
– Jestem w ciąży.

2 komentarze:

  1. I w tym momencie Gabriel mdleje :D
    Zdziwiłabym się, gdyby zemdlał, ale chyba dobrze przyjął wiadomość o ciąży Nessie. Jestem teraz zbyt podekscytowana końcówką, żeby myśleć o reszcie rozdziału^^ Trochę dziwnie, że nie zorientowali się od razu po tym jak Nessie powiedziała "Zresztą nie wydaje mi się, żebym powinnam...", ze coś jest na rzeczy :D a właściwie duże coś^^ No, ale i tak im powiedziała^^
    Kurde, ten Marco wszystkich wyprowadza z równowagi no.. Czy on może sobie dać spokój? Albo nie, niech nie daje sobie spokoju - jak się wtrąca jest ciekawie :D
    Niecierpliwie czekam na następny rozdział.
    Pozdrawiam, Gabi ;))

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej. przepraszam że nie skomentowałam ostatniego rozdziału ale nie miałam czasu.

    Jak taka jedna osoba może wyprowadzić człowieka ( i pół wampira :) ) z równowagi. Ach ten Marco, wcale się nie dziwię że Gabriel nie umie opanować wobec niego złości w końcu skrzywdził Jego siostrę i to w najgorszy sposób.

    „Uwaga! Zawodowe szarpanie cudzych nerwów!”- te zdanie mnie powala, teraz sobie myślę czy też tak moi znajomi o mnie nie myślą :)
    niestety mam trudny charakter ;)

    Gdy pojawiła się Renesmee to zaczęła czytać bardzo szybko rozdział, bardzo chciałam się dowiedzieć czy jest w tej ciąży i tu proszę!
    Tak!!! Bardzo się cieszę, przynajmniej nie będzie sama chodzić z takim brzuszkiem tylko z Laylą :)

    Jestem mega ciekawa reakcji Gabriela, jak mogłaś skończyć w takim momencie???

    Jestem zachwycona tym rozdziałem, czekam na nn
    Pozdrowionka :)

    Lila

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa