13.04.2014

Dziewięćdziesiąt jeden

Alessia
Kolejne sekundy mijały, nieznośnie wydłużone przez przeciągające się milczenie. Alessia czekała w napięciu, raz po raz spoglądając na bladą twarz Ariela. Chłopak oddychał ciężko, pozornie uspokojony, ale Ali zdawała sobie sprawę z tego, że to wyłącznie pozory. Napięte mięśnie i to, jak kurczowo zaciskał powieki, walcząc o wyrównanie oddechu, zdradzały ból, chociaż trudno było jej określić jego natężenie. Wiedziała jedynie, że cierpiał, ale nie komentowała tego w taki sposób, bo to i tak nie miało pomóc. Jeśli czuł się przynajmniej odrobinę lepiej dzięki temu, że mógł ukryć przed nią słabości, zamierzała mu na to pozwolić.
Uczucie niepokoju nasilało się i w pewnym momencie sama już nie wiedziała czy to aura tego miejsca, czy świadomość czasu, który pozostał do chwili przemiany. Zdrowy rozsądek podpowiadał jej, że powinna odejść, bo raczej nie miała pomóc Arielowi, gdyby pozwoliła mu się zabić. Niewiele wiedziała o wilkołakach, ale o nowonarodzonych wampirach i owszem, i podejrzewała, że jest w tym pewna analogia. Kiedy pełnia czyniła z niego bestię, już nie miały znaczenia wspomnienia i jego ewentualne uczucia do niej. Nie mogła liczyć na jego zdrowy rozsądek albo na jakiekolwiek ludzkie zachowanie; nie zapytała o to, ale podświadomie czuła, że wtedy nie zostanie z niego nic, co mogłaby przyrównać do człowieka. Przed nią miało pojawić się zwierze, nie mające żadnego związku z Arielem i właśnie to było najbardziej przerażające.
Obejmując go, czuła jego napięte do granic możliwości mięśnie. Czasami miała wrażenie, że coś pod jego skóra faluje, jakby znajdowało się tam coś, co chciało wydostać się na zewnątrz. Coś przewróciło jej się w żołądku na samą myśl, więc natychmiast odsunęła ją od siebie, ale to przyniosło jedynie chwilową ulgę. Próbowała być silna i podobnie jak on nie okazywać strachu, jednak obawiała się, że idzie jej to dość marnie.
Ariel nagle jęknął i w popłochu odsunął się od niej. Poleciała do tyłu, w ostatniej chwili wspierając się na rękach i odzyskując równowagę. Kiedy spojrzała przed siebie, dostrzegła, że Ariel w popłochu zerwał się na równe nogi, po czym – w miarę możliwości – przeszedł kilka kroków, nim jego ciało po raz kolejny odmówiło mu posłuszeństwa. Opadł na kolana i nachyliwszy się nad ziemią, po prostu zwymiotował. Siedział teraz plecami do niej, targany mdłościami i dziwnymi spazmami, których nie był w stanie opanować. Krztusząc się powietrzem, mocno wbił palce w miękką ziemię, jakby szukając oparcia albo czegoś, co mogłoby mu dać poczucie stabilizacji. Alessia siedziała na ziemi, walcząc z pokusą, żeby do niego podejść, zwłaszcza kiedy był w takim stanie, ale coś podpowiadało jej, że to nie jest najlepszy pomysł. Przecież jasno dał jej do zrozumienia, że nie chcę nawet tego, żeby oglądała go w takim stania – i to nie tylko dlatego, że czuł się wtedy zażenowany i bezradny. Chciał jej bezpieczeństwa, a przecież nie należał do strachliwych, dlatego powinna była go usłuchać.
– Ali…
Zamrugała i skoncentrowała na nim wzrok, porażona słabością jego głosu. Odczołgał się w stronę stołu, po czym odwrócił w jej stronę, plecami opierając o kamień. Znów zamknął oczy, zaledwie na kilka sekund, a jego twarz wykrzywił grymas. Wyglądał na obolałego, wymęczonego i bliskiego omdlenia, chociaż nic nie wskazywało na to, żeby miał stracić przytomność. Swoją drogą, w jego sytuacji brak kontaktu z rzeczywistością byłby swego rodzaju wybawieniem na które najwyraźniej nie mógł liczyć.
Kiedy w końcu udało mu przemóc się do tego, żeby znów na nią spojrzeć, jego oczy wydawały się niemal całkowicie puste. Ciemne tęczówki rozszerzyły się do tego stopnia, że zajmowały niemal cała powierzchnię oka, co wyglądało co najmniej niepokojąco. W spojrzeniu, które jej rzucił, było coś błagalnego, poza tym naprawdę wydawało jej się, że Ariel jest przerażony. Natychmiast spróbowała się podnieść i ruszyć w jego stronę, ale zawahała się, bo nagle wzdrygnął się i znów nachylił tak, jakby miał zwymiotować.
– O bogini… – wyrwało mu się. – O bogini…
Alessia była coraz bardziej zdenerwowana, chociaż pewnie nawet w połowie nie tak jak on.
– To już, prawda? – zapytała, chociaż wydawało się to pozbawione sensu. Przecież tak naprawdę oboje wiedzieli. – Arielu, co mogę zrobić? Powiedz mi, jak powinnam ci pomóc – naciskała, czując się coraz bardziej bezradną.
Jej wzrok machinalnie powędrował w stronę nieba. Siedząc u boku Ariela całkiem straciła poczucie czasu i chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że jest późno, widok atramentowo czarnego nieba całkiem wytrącił ja z równowagi. Widziała błyskawicznie przemykające po nieboskłonie chmury przez które przebijał się srebrzysty blask licznych gwiazd. Miejscami niebo było niemal całkowicie czyste, ale wyjątkowo widok ten nie miał w sobie niczego zachwycającego. Przyglądając się dokładniej, teraz już wyraźnie widziała zarys lśniącego, idealnie okrągłego księżyca. Srebrzył się tuż nad ich głowami, wciąż nie całkiem widoczny, ale to było jedynie kwestią czasu. Wyglądał niczym ogromne, przerażające oko i chociaż widok ten nie był Alessi obcy, to jednak nigdy aż do tego stopnia nie czuła się przerażona. W satelicie naprawdę dostrzegała coś niepokojącego, co przyprawiało ja o dreszcze, wzmagając niepokój, jakby już i tak nie czuła się wystarczająco wystraszona.
Chmury rozstąpiły się jeszcze bardziej, a srebrzysty blask padł wprost na skulonego na ziemi Ariela. Chłopak jęknął i spróbował się odsunąć, zachowując się trochę jak Isabeau, kiedy czasami padły na nią promienie słoneczne. Alessia zamarła, przez ułamek sekundy naprawdę przekonana, że dostrzeże dym, a na bladej cerze Ariela pojawią się ślady oparzeń, ale nic podobnego nie miało miejsca. Gdyby wszystko zależało jedynie od padającego światła, wilkołaki po prostu kryły by się podczas pełni w mroku, tak jak czyniły to wampiry w środku dnia.
– Ali, pomóż mi – poprosił cicho Ariel. – Proszę, pomóż mi wstać. Ja… – Chciał dodać coś jeszcze, ale nie był w stanie.
Nie miała czasu na wątpliwości i pytania. Natychmiast pokonała dzielącą ich odległość i ująwszy go pod ramię, jakoś zdołał dźwignąć go na nogi. Bezradnie wsparł się na jej ramieniu, wciąż się chwiejąc i najwyraźniej nie będąc w stanie uchwycić równowagi. Dla pewności spróbowała objąć go mocniej i bardziej stanowczo, ale zdołała jedynie pomóc mu podejść bliżej kamiennego stołu, zanim jego ciężar zaczął ją przytłaczać.
Ariel westchnął, po czym oparł się plecami o kamień, stojąc jedynie dzięki jego obecności. Mięśnie drżały mu coraz bardziej, co było równie fascynujące, co i przerażające, przynajmniej z perspektywy Alessi.
– Już w porządku – westchnął. – Za chwilę się zacznie, ale i tak… Nie może cię tutaj wtedy być, Ali – odezwał się zaskakująco rzeczowym tonem. Spoglądał na nią w przytomny sposób, chociaż wciąż kurczowo zaciskał dłonie na krawędziach kamiennej płyty.
– Nie wiem, czy powinnam cię teraz zostawić – przyznała, co było jedynie subtelniejszą wersją odmowy. – Źle wyglądasz, Ariel. Może…
– Ali, przechodzę przez to regularnie każdego miesiąca. Nie jesteś w stanie mi pomóc i oboje zdajemy sobie z tego sprawę – przypomniał jej łagodnie. – Kiedyś było ciężej, bo nie miałem kontroli nad sobą i własnym ciałem. Niektórzy potrafią przemieniać się przez pełni, ale wtedy stają się hybrydami, czymś nie do końca ludzkim, ale i nie w pełni zwierzęcym. To… – Urwał, widząc jak ze zrozumieniem kiwa głową. Nigdy nie widziała wilkołaka w takim wydaniu, ale dobrze pamiętała, co bliscy opowiadali jej o walce z Drake’m i dziećmi księżyca, które wtedy go poparły. Te istoty były przerażające i to nawet bez konieczności wyobrażania ich sobie. – Podczas pełni jest inaczej. Wtedy nie możemy uciec, nie możemy… To pełna przemiana, Ali. Rozumiesz to?
Szczerze powiedziawszy, nie rozumiała, ale nie zamierzała mu tego mówić. W ciemnych oczach Ariela dostrzegła powątpienie, jakby podświadomie wiedział, co takiego może od niej usłyszeć, ale przynajmniej nie próbował w żaden sposób jej milczenia komentować. Nadal go podtrzymywała, chociaż już nie musiała, bo odzyskał już równowagę, cały ciężar opierając o blat kamiennego stołu za ich plecami.
Kolejne spojrzenie Ariela miało w sobie coś naglącego, stanowiącego pogranicze strachu i stanowczości. Wyglądał tak, jakby jednocześnie chciał zatrzymać ją przy sobie i kazać jej odejść, bo wtedy mogłaby być najbardziej bezpieczna. Naciskał na nią oczami, próbując zmusić ją do podjęcia jedynej słusznej decyzji, skoro nie był w stanie w żaden sposób jej wyegzekwować. Trwając w tym przerażającym, poprzedzającym przemianę stanie, nie był w pełni sobą; skoro nie panował nad własnym ciałem, jaki wpływ miał na nią?
Damien mnie zabije, pomyślała w oszołomieniu, dobrze wiedząc, że brat wyciągnąłby ją z lasu za włosy, gdyby wiedział, co zamierzała zrobić. Stanowczo odsunęła od siebie wyrzuty sumienia, zwłaszcza kiedy pomyślała kolejno o bracie, a później o wpatrzonym w nią Arielu. Pragnęła go usłuchać, naprawdę powinna, ale…
– Przepraszam cię – powiedziała cicho.
Oczy Ariela rozszerzyły się, kiedy zrozumiał. Natychmiast otworzył usta, żeby zaprotestować – żeby ją od siebie odpędzić, póki jeszcze był czas – ale ona była na to przygotowana. W przypływie desperacji przysunęła się jeszcze bliżej i zarzuciwszy mu obie ręce na szyję, wpiła się wargami wprost w jego lekko rozszerzone usta. Pocałowała go, obojętna na wszystko, również na to, że dopiero co wymiotował, a już na pewno nie był w stanie odwzajemnić pieszczoty tak, jak mogłaby tego oczekiwać. Całowała go łapczywie, ale delikatnie, starając się włożyć w ten pocałunek jak najwięcej czułości, bo właśnie tego najbardziej teraz potrzebował. Wodziła dłońmi po jego plecach, próbując go uspokoić i jednocześnie pokazać, że cały czas jest przy nim, bynajmniej nigdzie się nie wybierając. Ariel zesztywniał, w pełni poddając się jej zabiegom, chociaż podświadomie czuła, że wszystko w nim aż rwie się do tego, żeby zacząć protestować. Nie zamknęła oczu, więc wyraźnie widziała jego czarne, nienaturalnie rozszerzone tęczówki, kiedy tak spoglądał na nią w oszołomieniu, dosłownie przenikając na wskroś.
Doskonale widziała, kiedy coś się zmieniło. Wraz z kolejnym dreszczem, który wstrząsnął całym ciałem wtulonego w nią wilkołaka, Alessia zobaczyła, jak tęczówki chłopaka raptownie się kurczą, zwężając się do wielkości główki od szpilki. Odsunęła się zaniepokojona, czując jak drżące mięśnie wiotczeją, kolejny raz wytrącając Ariela z równowagi. Spróbowała go podtrzymać i przynajmniej spróbować ponownie pchnąć na kamienny stół, ale zareagowała zbyt wolno i chłopak z impetem poleciał na nią. Oboje stracili równowagę, boleśnie lądując na ziemi – Ariel na niej, niezdolny do tego, żeby się z niej zsunąć. Jęknęła cicho, kiedy ucisnął jej klatkę piersiową, odcinając dopływ powietrza, po czym spróbowała go od siebie odepchnąć. Opad na ziemię, skulił się i wciąż drżąc, zaczął walczyć o złapanie oddechu. Tym razem wcale nie wyglądał tak, jakby walczył z bólem i wygrywał; różnica była niewielka, ale Ali dostrzegła ją i już po prostu wiedziała, że właśnie skończył im się czas.
Z wysiłkiem zmusiła swoje ciało do współpracy. Usiadła u boku Ariela, mimo niepokoju wyciągając rękę, żeby móc dotknąć jego ramienia. Wzdrygnął się gwałtownie, jakby z jakiegoś powodu nawet najdelikatniejszy dotyk sprawiał mu niezwykłe cierpienie. Wyraźnie widziała, jak jego skóra faluje i drży, jak się porusza… Ten widok napawał ją obrzydzeniem i strachem, ale zmusiła się do tego, żeby nie ruszyć się nawet o milimetr. Wbrew sobie przysunęła się jeszcze bliżej i klęcząc u boku Ariela, cierpliwie czekała, próbując zrozumieć, to takiego powinna teraz zrobić, żeby przynajmniej spróbować jakoś się przydać.
Nawet jeśli wciąż zdawał sobie sprawę z jej obecności, nie dał niczego po sobie poznać. Kulił się na ziemi, walcząc z czymś, czego nie potrafiła zrozumieć i stopniowo tę walkę przerywając. Chciała odwrócić wzrok, przerażona tym widokiem, ale z jakiegoś powodu nie była do tego zdolna. Czuła się jak w transie, pozbawiona kontroli nad własnym ciałem, chociaż nie w tak brutalny sposób jak Ariel. Mogła co najwyżej na niego patrzeć, cierpiąc mentalne katusze z powodu tego, jak niemożliwie bezradna była – zwłaszcza, że nie mogła zrobić niczego.
Jakimś cudem udało jej się wyrwać z otępienia i unieść głowę, zwracając twarz wprost w stronę atramentowego nieba nad ich głowami. Księżyc już tam był, olbrzymi i lśniący, napęczniały do granic możliwości. Aż otworzyła usta, nagle mając wrażenie, że w satelicie jest coś niezwykłego, czego nie zauważyła nigdy wcześniej, a co teraz wydało jej się oczywiste. Poczuła się tak, jakby tam na górze ktoś ją obserwował i to wrażenie było gorsze niż cokolwiek innego, czego doświadczała w tym momencie – a przynajmniej sądziła tak do chwili, kiedy ciszy nocy nie przerwał dziwny, przyprawiający o dreszcze dźwięk.
W pierwszej chwili rozległ się trzask i chrzęst, przypominający trochę pękające drewno. W pierwszym odruchu Alessia nie była pewna, co powinna o tym myśleć, chociaż i tak poczuła się zaniepokojona. Jej wzrok zupełnie machinalnie powędrował ponownie w stroję Ariela, jakby podświadomie rozumiała coś, przed czym jej umysł starał się ją chronić. Nie rozumiała nadal, nawet kiedy już zdecydowała się spojrzeć na Ariela i zobaczyła, jak kuli i wije się na leśnym podszyciu. Jego ciało wyginało się w dziwny sposób, z ust zaś wyrwało się coś, co przypominało dziwnie zdławiony okrzyk bólu, jakby jednocześnie usiłował pozbyć się czegoś, co zalegało w jego płucach. W jednej chwili nie przypominał już Ariela, a nieokiełzaną mieszaninę wyginających się pod niemożliwym kątem kończyn, drżących mięśni oraz tej bladej skóry, która wyglądała tak, jakby w każdej chwili mogła zostać rozdarta od środka.
Właśnie wtedy znów rozległ się ten nieprzyjemny dźwięk, tym razem zdecydowanie wyraźniejszy i bardziej przerażający. Ariel zawył, a Ali poczuła, jak jej żołądek skręca się, kiedy nareszcie uprzytomniła sobie, co takiego słyszy.
Pękające kości. Przemieszczające się, wypadające ze stawów, zmieniające długość…
Nie, pomyślała i nagle zapragnęła roześmiać się histerycznie. Przełknęła żółć, która napłynęła jej do ust, kiedy jej brzuch jeszcze bardziej zaczął się buntować, grożąc wywróceniem się na drugą stronę. Spróbowała nabrać powietrza do płuc i zacząć oddychać przez usta, ale wtedy na ułamek sekundy ponownie skoncentrowała się na cierpiącym Arielu i doszła do wniosku, że otwieranie ust raczej nie jest najlepszym pomysłem, przynajmniej jeśli nie chciała ponownie przekonać się, co takiego jadła w ostatnim czasie.
Kolejne minuty w zupełności wystarczyły, żeby zaczęła żałować tego, że jednak zdecydowała się zostać. Nigdy nie widziała czegoś takiego, nawet w najgorszych koszmarach, chociaż te zdarzały jej się bardzo rzadko. Sądziła, że zamieszkujące tunele pod miastem oszalałe wampiry są szczytem okropności na które mogłaby się natknąć, ale teraz wiedziała, że się pomyliła. Słuchając o tym, że przemiana w wilkołaka jest bolesna, myślała raczej o cierpieniu, którego doświadczali nieśmiertelni za sprawa jadu, chociaż ten rodzaj bólu został jej jak na razie zaoszczędzony. Teraz, obserwując Ariela, doszła do wniosku, że trzy dni wicia się za sprawą wyimaginowanego ognia mogą okazać się prawdziwym błogosławieństwem.
Nie była pewna, w którym momencie ostatecznie puściły jej nerwy. Widziała, jak ciało Ariela kurczy się i zmienia, jak wygina się pod najdziwniejszymi kątami, co bez wątpienia sprawiało mu nieopisane cierpienie. Trzaski i przyprawiające o mdłości, mokre dźwięki, których nie potrafiła i nie chciała zidentyfikować, powoli zaczynały doprowadzać ją do szaleństwa. Słyszała jakieś krzyki i łkanie, co ją zdezorientowało, przynajmniej do momentu, w którym nie uprzytomniła sobie, że należą do niej. Kiedy to do niej dotarło, ostatecznie się rozszlochała i skuliwszy na ziemi, zaczęła niecierpliwie wyczekiwać końca tego koszmaru.
Przestała patrzeć, ale brak wzroku wcale nie „wyłączył” pozostałych zmysłów. Alessia krzyknęła z frustracji i zakryła dłońmi uszy, niczym rozkapryszona pięciolatka, która próbuje bronić się przed dobrymi radami dorosłych. Krzyknęła ponownie, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo wrzask wydawały się ginąć w kakofonii trzasków i innych przerażających dźwięków.
Cisza zapanował nagle i miała w sobie coś ostatecznego. Alessia leżała twarzą do ziemi, drżąc bardziej niż Ariel przed przemianą i czując, że za moment z nerwów straci przytomności. W ustach zaległo jej trochę ziemi, więc ją wypluła, ale poza tym bała się poruszyć nawet o milimetr. Miała wrażenie, że jeśli tylko pozwoli sobie na odrobinę luzu, koszmar rozpocznie się na nowo, a tego już by nie zniosła.
Kolejne sekundy mijały, przesycone ciszą, która po całym tym chaosie wydawała się wręcz ogłuszająca. Chociaż z trudem, Ali zaryzykowała i powoli odjęła dłonie od uszu, jedynie odrobinę, gotowa ponownie je zatkać, gdyby coś było nie tak. Cisza przestała być aż tak bardzo przejmująca i teraz wyraźnie słyszała swój urywany, płytki oddech oraz trzepocące się serce, poza tym jednak było… spokojnie.
A potem doszedł ją jeszcze jeden dźwięk, przypominający ciche dyszenie, i serce omal jej nie stanęło.
Wciąż leżała na ziemi, świadoma tego, że nie jest sama. Czuła na sobie czyjeś spojrzenie, tak intensywnie, że przypominało wręcz dotyk ciepłych palców, chociaż wcale nie poczuła się z tego powodu pewniej. Zadrżała mimowolnie, czując delikatnie mrowienie pod skórą, w miejscu, gdzie padło na nią spojrzenie oczu, które…
Pod wpływem impulsu zdecydowała się unieść głowę. W pierwszej chwili dostrzegła parę ciemnych, jednocześnie znajomych i obcych oczu, dokładnie tak, jak mogła się tego spodziewać. Chociaż próbowała przywyknąć do myśli o tym, czego powinna teraz oczekiwać, aż do samego końca miała naiwną nadzieję na to, że z jakiegoś powodu tuż przed sobą zauważy wymęczonego, skulonego, ale wciąż jak najbardziej ludzkiego Ariela. Chciała wpaść mu w ramiona, przekonać się, że jest cały, a na koniec zabrać do jego małego mieszkanka w mieście, żeby mógł odpocząć po wszystkim, co się wydarzyło. Wręcz potrafiła wyobrazić sobie, jak leżą skuleni na jego wąskim łóżku, a on gładzi jej ciemne włosy, w ten sposób zapewniając, że wszystko wróciło do normy. Kto wie, może nawet powiedziałby jej, że nie cierpiał tak bardzo, jak mogłoby jej się wydawać. Nie uwierzyłaby mu i tak, ale miło by usłyszeć takie kłamstwo; chociaż na moment poczuć się znów bezpieczną…
Naprawdę tego pragnęła i choć zdawała sobie sprawę z tego, że nie ma na co liczyć, rozczarowanie wręcz pozbawiło ją tchu. Jeszcze przez kilka sekund wpatrywała się w parę tych ciemnych oczu, po czym nagle cała zesztywniała, w końcu zwracając uwagę na całą sylwetkę przyczajonej tuż przed nią istoty. Usłyszała cichy jęk, ale w oszołomieniu sama nie potrafiła stwierdzić czy to oszołomienie, czy być może zachwyt. Najprawdopodobniej oba, nawet jeśli to drugie mogłoby wydawać się całkowicie nie na miejscu, zwłaszcza po wszystkim tym, czego zmuszona była doświadczyć chwilę wcześniej.
– Ariel? – zaryzykowała. Jej głos zabrzmiał dziwnie obco, cichy i zachrypnięty od licznych krzyków. Gardło ją bolało, ale prawie nie zwracała na to uwagi, zbyt zdekoncentrowana.
Poczuła się trochę idiotycznie, uczucie to jednak prawie natychmiast zostało wyparte przez uczucie niepokoju. W którymś momencie – prawdopodobnie wtedy, kiedy Ariel wił się w męczarniach, a ona kuliła się ze strachu na ziemi, drąc w niebogłosy – księżyc po raz kolejny przysłoniły chmury, spowijając świat w ciemnościach. W efekcie widziała teraz zaledwie zarys sylwetki majaczącej przed nią postaci, to jednak wystarczyło, żeby nie tylko ją zaskoczyć, ale dodatkowo przyprawić o dreszcze.
Słuchając tych przerażających dźwięków, których już pewnie nigdy nie miała być w stanie wyrzucić z pamięci, nie była w stanie sobie wyobrazić tego, co może zobaczyć, kiedy już otworzy oczy. Wiedziała… Cóż, przynajmniej wydawało jej się, że prawie na pewno będzie to coś przerażającego, krwiożercza bestia, jak te, o których słyszała od rodziców i o których wspominał sam Ariel. Myślała o na wpół ludzkich hybrydach, które…
Och, nie chciała i nie potrafiła dokończyć tej myśli.
Teraz jednak, wpatrując się w tę istotę, która jednocześnie była i nie była Arielem, Alessia w oszołomieniu pomyślała, że się pomyliła. Cokolwiek przeżywał podczas przemiany, nie miało żadnego związku z jego wyglądem, kiedy już przestawał był człowiekiem – bo z pewnością nie było już w nim niczego, co można by określić mianem ludzkiego.
A potem przyjrzała mu się dokładniej i z niedowierzaniem pojęła, że był piękny.

2 komentarze:

  1. O rany.
    Biedny Ariel, tak Go boli.
    To takie słodkie było jak Alessia Go pocałowała i nie zostawiła.
    Jestem ciekawa czy Ariel zaatakuje Ali.

    Rozdział bardzo mi się podobał, życzę weny :)
    Pozdrowienia

    Lila

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurde, oglądałam dużo scen, gdzie wilkołaki się przemieniały i mogę stwierdzić, że to boli. No i bardzo jest mi szkoda Ariela, bo jakoś nie wyobrażam sobie tego, aby zasługiwał na taki okropny ból ;c
    Podobało mi się, kiedy Ali go pocałowała i zdecydowała się zostać (chociaż to było okropne jak się dowiedziałam, że wcześniej wymiotował, a ona i tak go pocałowała :D), ale miłość nie zna granic xD
    Hm, ciekawi mnie to co powiedział o hybrydach ;D no i zdecydowanie czekam na następny rozdział <3
    Pozdrawiam i weny życzę^^
    Gabrysia ;** ♥

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa