09.02.2014

Trzydzieści cztery

Layla
Od Marco bił chłód – dosłownie i w przenośni. Layla miała gęsią skórkę, ale sama nie była pewna czy to bardziej zasługa panującego w korytarzach zimna, czy może bliskości lodowatej skóry wampira. Co prawda ojciec zachowywał pomiędzy nimi względnie bezpieczną odległość, którą była w stanie znieść, ale wciąż znajdował się zdecydowanie zbyt blisko. Korytarz był ciasny, więc łatwiej byłoby im iść gęsiego, ale wampir najwyraźniej wolał mieć ją u swojego boku, być może na wypadek, gdyby zdecydowała się uciec. Nie zapytała go o to wprost, ale wszystko wskazywało na to, że nie do końca jej ufał, podobnie jak i ona nie ufała jemu.
Obecność Carlisle’a miała w sobie coś uspokajającego, chociaż i tak czuła się dziwnie ze świadomością tego, że doktor jest gotów o nią walczyć, gdyby tylko to okazało się konieczne. Dla pewności wolała iść pomiędzy nim a Marco, chociaż przez to czuła się otoczona. Spodziewała się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że kiedykolwiek będzie musiała pilnować nie tylko bezpieczeństwa założyciela rodziny Cullenów, ale również tego, żeby ten przypadkiem nie zrobił niczego głupiego. Brawo, tato, przeszło jej przez myśl; o Marco nie potrafiła myśleć w inny sposób, a jedynie z nutką ironii. Isabeau niejednokrotnie próbowała sprawić, żeby Carlisle zachował się jak prawdziwy, nieprzewidywalny wampir. Postaraj się jeszcze trochę, a coś czuję, że tobie się to uda…
– Mówiłaś coś? – zapytał ni stąd, ni z owąd Marco, odwracając się w jej stronę.
Layla zesztywniała i zmarszczyła brwi. Czy to możliwe, żeby wypowiadała swoje myśli na głos? Nie sądziła, żeby była aż do tego stopnia zdezorientowana, wtedy na pewno wiedziałaby. Dla pewności sprawdziła mury, którymi starała się chronić swój umysł i myśli, ale słona wydawała się być nienaruszona. Co prawda zdawała sobie sprawę z tego, że wampir prawdopodobnie był w stanie ominąć wszystkie jej zabezpieczenia, ale na pewno nie zrobiłby tego tak, żeby się nie zorientowała.
– Nie. – Starała się zrobić wszystko, żeby brzmieć obojętnie, ale głos i tak jej zadrżał. – A dlaczego pytasz?
– Wydawało mi się, że coś… – Marco pokręcił głową. – Zresztą nieważne. Skoro nic nie mówiłaś… – mruknął, wzrok wbijając w jakiś punkt w przestrzeni.
– Ja niczego nie słyszałem – wtrącił Carlisle, odrobinę zaniepokojony. Po Marco widać było, że coś zdecydowanie jest na rzeczy.
– Możliwe – zgodził się tamten, przeczesując palcami ciemne włosy. To był jeden z gestów, który Layla niejednokrotnie widywała u Gabriela i który sprawił, że nagle poczuła się bardzo nieswojo. – A ty, Laylo?
Jedynie wzruszyła ramionami, chcąc w ten sposób podkreślić swoje wcześniejsze słowa. Co miała mu powiedzieć? Przyznać się do tego, że była zamyślona i złorzeczyła na niego w myślach? Nie, to zdecydowanie nie było najlepsze rozwiązanie.
Marco zacmokał z dezaprobatą, spoglądając na nią jak wzorowy ojciec, który zamierza pouczyć dziecko.
– No, no… Wydawało mi się, że trochę lepiej uczyłem ciebie i Gabriela – stwierdził, wzdychając z rozczarowaniem. Lekko zmarszczył brwi i na moment zasłuchał się, chociaż w korytarzu panowała niemal idealna cisza. – Wysil się trochę, Laylo. Skoro nic nie mówiłaś… W takim razie odbieram czyjeś myśli. Albo zaledwie ich cień, ale to w tym momencie nie ma żadnego znaczenia. Tak czy inaczej, to i tak ostatecznie sprowadza się do tego, że nie jesteśmy sami.
Layla – w której aż się zagotowało, kiedy usłyszała krytykę z jego ust – zamrugała pośpiesznie, po czym posłusznie skierowała moc do uszu i oczu, żeby wyostrzyć zmysły. Dopiero kiedy ostrożnie sięgnęła umysłem na tyle daleko, na ile mogła sobie w obecnej sytuacji pozwolić, nie ryzykując wpadnięcia na wypełnione srebrem ściany, przekonała się, że Marco w istocie miał rację. Ktoś musiał być niedaleko, może nawet na wyciągnięcie ręki. Co więcej, mógł znajdować się w tym samym tunelu albo po prostu trafili do części korytarzy, która pozwalała im w pełni korzystać z telepatii – coś z tych dwóch możliwości, chociaż Layla bardziej skłaniała się do tej pierwszej możliwości.
Zerknęła na Marco, ale nie odezwała się ani słowem, chociaż miała na to ochotę. Pragnęła zapytać go o to, jak mógł tak bardzo ryzykować i patrolować okolicę z pomocą mocy, skoro w każdej chwili jego zdolności mogły obrócić się przeciwko nim, ale zdecydowała się tego nie robić. Nie chciała wampira denerwować, poza tym teraz sama skoncentrowała się na tym, żeby spróbować zorientować się z kim albo z czym mają do czynienia. Starając się zachować neutralny wyraz twarzy, ostrożnie sięgnęła umysłem dalej, koncentrując się na słabej obecności, którą wyczuwała. Dopiero po chwili nabrała pewności, że znajdująca się w pobliżu osoba jest kimś dobrze jej znajomym…
I że zdecydowanie nie powinna ich odnaleźć.
Udało jej się nie okazać emocji, ale Marco i tak musiał wyczuć zmianę w jej postawie, bo błyskawicznie odwrócił się w jej stronę. Jego rubinowe oczy zabłysły podejrzliwe, kiedy uważnie zlustrował jej twarz. Layla omal nie jęknęła, kiedy jej zdradzieckie serce przyśpieszyło biegu, ukazując jej stan emocjonalny w pełnej okazałości.
– Co jest? – zapytał Marco, mrużąc oczy. – Ktoś tam jest, prawda? – Zatrzymał się i chwyciwszy Laylę za ramię, zmusił ją do tego samego. – Kto?
– Nie mam pojęcia – skłamała machinalnie, chociaż podświadomie zdawała sobie sprawę z tego, że to nie ma żadnego sensu.
Tęczówki wampira pociemniały, zdradzając gniew.
– Kogo ty próbujesz okłamać, Laylo Grace Licavoli? – Pełna wersja jej imion i nazwiska nigdy nie wróżyła dobrze. Lay nie pamiętała, kiedy ostatnim razem słyszała taki ton, ale pewnie było to jeszcze wtedy, gdy była dzieckiem. – Zapominasz, kto was uczył – ciebie i Gabriela. A ty nie potrafisz kłamać, kochanieńka – dodał, machinalnie wzmacniając uścisk, którym otaczał jej ramię. Layla skrzywiła się, kiedy lodowate, marmurowe palce zaczęły wżynać się w jej skórę. – Kto tam jest?
– Ja nie…
Głos ugrzązł jej w gardle, stłumiony przez narastającą panikę. Spróbowała się szarpnąć i jakoś uspokoić, ale w odpowiedzi palce jedynie mocniej zacisnęły się na jej ramieniu, omal nie miażdżąc jej kości. Wyrwał jej się jęk i to na moment musiało otrzeźwić wampira, bo natychmiast rozluźnił uścisk, ale palce nie zniknęły, najwyraźniej nie zamierzając jej puścić.
– Zostaw ją – zaoponował natychmiast, doskakując do jej ojca i chwytając go za nadgarstek. Marco warknął ostrzegawczo i nie poruszył się ani o krok. – Zrobisz jej krzywdę. Po raz kolejny – dodał z naciskiem.
– Jak ty śmiesz… – Marco wzdrygnął się tak, jakby poraził go prąd. Layla również zadrżała, w odpowiedzi na słowa doktora po raz kolejny musząc walczyć z nieprzyjemnymi wspomnieniami z przeszłości, ale nie miała czasu na to, żeby koncentrować się na tym, co było. – Jak ty…
– Przestańcie oboje! – jęknęła Layla, energicznie potrząsając głową. Raz jeszcze szarpnęła ramieniem, tym razem wykorzystując chwilę nieuwagi wampira i będąc w stanie się oswobodzić.
Ramię pulsowało bólem, ale nie zwracała na to uwagi, nieprzyjemne wrażenie zresztą zniknęło równie nagle, co się pojawiło. Rzuciła wystraszone spojrzenie w stronę dwójki nieśmiertelnych, żeby z niedowierzaniem przekonać się, że na jej widok nie tylko Carlisle złagodniał, ale również Marco. Z wahaniem skoncentrowała się na tym drugim, ale chociaż wampir zdawał się już panować nad własnymi emocjami, dla pewności i tak cofnęła się o kilka kroków, pod plecami wyczuwając litą ścianę. W odpowiedzi na obecność srebra, Layla wzdrygnęła się i odsunęła, jednocześnie starając się nie musieć znów zbytnio zbliżać do wpatrzonego w nią Marco. Czuła się jak w pułapce, a uczucie pogrzebania żywcem zaczynało przybierać coraz nowszy wymiar i dłużej już nie była w stanie go ignorować.
Serce wciąż waliło jej jak oszalałe, chociaż starała się jakoś wyrównać oddech i doprowadzić je do normalnego rytmu. Była na siebie zła za to, że nerwy raz po raz wymykały jej się spod kontroli, ale co mogła poradzić na to, że obecność ojca wpływała na nią w taki sposób? Starała się zrobić wszystko, byleby nie okazywać przy wampirze słabości, ale to było trudne, a ona czułą się tak bardzo zmęczona i wytrącona z równowagi…
I jeszcze ta obecność. Coraz wyraźniej czuła myśli i bliskość postaci, którą jako pierwszy Marco. To sprawiało, że czuła się bliska paniki, a w duchu wciąż modliła się o to, żeby jej ojciec po prostu odpuścił o nic więcej nie pytał.
Skarbie, błagam…, przeszło jej przez myśl, chociaż nie odważyła się wykorzystać mocy do tego, żeby przekazać te słowa dalej. Tutaj jest niebezpiecznie. Po prostu stąd odejdź, bo tutaj…
– Przepraszam cię – zreflektował się Marco, w końcu decydując się odezwać. – Ale teraz mi odpowiedz, Laylo. Nie prowokuj mnie, tylko…
Layla uciekła wzrokiem gdzieś w bok, zatrzymując spojrzenie na przyczajonym w pogotowiu Carlisle’u. Doktor spojrzał na nią pytająco. Jego złociste tęczówki błyszczały intensywnie, w oczach zaś dostrzegła niezadane pytanie, które zamierzał zadać, ale powstrzymywał się przez wzgląd na obecność Marco. Kto? Och, gdyby mogła mu bezpiecznie powiedzieć…
Ojciec wciąż taksował ją wzrokiem, czekając na wyjaśnienia. Layla zaczęła przygotowywać się do tego, żeby znaleźć jakąś wymówkę, ale w głowie miała kompletną pustkę. Nie miała pojęcia, co powinna zrobić i to doprowadzało ją do szaleństwa.
Kochanie, proszę…
Z tym, że jej prośby po raz kolejny nie zostały wysłuchane. Zanim zdążyła się odezwać albo zastanowić, postać znalazła się na tyle blisko, żeby wszyscy poczuli nie tylko jej bliskość, ale również słodki zapach pół-wampirzej krwi. Zarówno w oczach Marco, jak i Carlisle’a pojawiło się zrozumienie, Layla zaś poczuła, jak jej zdenerwowanie sięga zenitu.
– Ali… – szepnął cicho Carlisle. Ojciec Layli już i tak zrozumiał, więc jakiekolwiek środki ostrożności były zbędne.
Na moment zapanowała cisza, przerywana jedynie biciem serca Layli oraz jej przyśpieszonym oddechem. Kroki ucichły, przynajmniej na moment, ale w zamian po chwili dobiegł ich niepewny głos Alessi:
– Dziadku? Ciociu Laylo? To wy? – upewniła się dziewczyna. Znów ruszyła się z miejsca, a jej kroki stały się mniej ostrożne, jakby starała się mimo ciemności zacząć biec. – Och, tak bardzo się cieszę, że was w końcu znalazłam. Ja…
– Alessia, uciekaj!
W jednej chwili Layla poczuła, że coś w niej pękło. Ostrzegawczy okrzyk sam wyrwał się z jej gardła, spanikowany i dodatkowo zwielokrotniony przez echo. Layla bez zastanowienia rzuciła się przed siebie, kiedy niewiele myśląc skoczyła na zastygłego w bezruchu Marco. Wampir zareagował machinalnie i odepchnął ją od siebie, tak, że znów uderzyła plecami o ścianę. Przed oczami zatańczyły jej ciemne plamy i na moment ją zmroczyło, ale nie na tyle, żeby nie zdołała zerwać się na równe nogi i przygotować do tego, żeby obronić się przed kolejnym ewentualnym atakiem.
Kiedy rozejrzała się dookoła, jej wzrok powędrował natychmiast w stronę Marco. Wampir stał kilka metrów od niej, zaciskając dłonie w pięści. Jego oczy lśniły, chociaż tym razem nie dostrzegła w nich gniewu, ale coś na kształt poirytowania. Layla nigdzie nie widziała Carlisle’a, ale to jej nie obchodziło, bo nie sądziła, żeby doktor jakkolwiek był w stanie jej pomóc. Lepiej było, żeby spróbował dostać się do Alessi i zabrał ją, zanim dziewczyna wplącze się w coś, czego wszyscy będą później żałować. Layla w pamięci wciąż miała wyraz twarzy bratanicy, kiedy ta myślała, że Marco jednak mógł ją zgwałcić. Chociaż Lay była pewna, że do najgorszego nie doszło, myśl o Ali sprawiła, że w jednej chwili poczuła gniew. Wściekłość rosła, dodając jej odwagi i popychając ją do przodu, dzięki czemu zdecydowała się na kolejny desperacki atak.
– Layla, przestań! – Marco uskoczył, chociaż równie dobrze mógł raz jeszcze ją odepchnąć. – Co robisz? Chcesz, żeby… – dodał i w tym momencie Layla uwolniła telepatyczną moc, która już od jakiegoś czasu kumulowała się w jej wnętrzu. Fala uderzeniowa wystrzeliła na wszystkie strony, w większości jednak koncentrując się na Marco. Wampir z siłą uderzył plecami o jedną ze ścian korytarza. – Och… – wyrwało mu się; nie dodał niczego więcej, ale nie musiał.
Reszta jego słów została zagłuszona przez głośny, przeszywający trzask. Layla nawet nie miała okazji do tego, żeby się zastanowić albo zrozumieć, co się dzieje. W bladym świetle płomienia, który jakimś cudem nie zgasł, kiedy straciła nad sobą kontrolę, dostrzegła duże, wciąż postępujące pęknięcie.
– Uważaj! – syknął Marco, błyskawicznie odzyskując świadomość i doskakując do niej. Krzyknęła, kiedy chwycił ją wpół i rzucił się biegiem w głąb korytarza, nie zważając na jej protesty i to, że próbowała mu się wyrwać.
Trzask pękających ścian i odbijającej się rykoszetem mocy niósł się echem, przysłaniając wszystkie inne dźwięki. Powietrze po raz kolejny wypełniło się kakofonią najróżniejszych, ogłuszających trzasków i gryzącym, przysłaniającym widoczność pyłem, którego Layla w żaden sposób nie była w stanie przejrzeć. Strop zarwał się, a przynajmniej tak się Layli wydawało, bo wraz z następnym ogłuszającym hukiem, korytarz po raz kolejny pogrążył się z ciemności.
Wrażenie było podobne do lotu. Gdyby nie słodki zapach Marco oraz to, jak raz po raz obijała żebra o ramię wampira, może nawet byłaby w stanie uwierzyć w to, że umarła, a teraz była poruszającą się poza ciałem duszą. Znów jęknęła, czując narastający dyskomfort i zaraz zakrztusiła się pyłem. Zaczęła kaszleć, walcząc o złapanie oddechu i mając wrażenie, że za moment ostatecznie podda się targającym nią mdłością, chociaż sama nie była pewna, czy miałaby wymiotować. Coraz bardziej oszołomiona, spróbowała jakoś nad sobą zapanować, ale to okazało się trudniejsze niż mogłaby przypuszczać.
Marco błyskawicznie pokonał kilka następnych metrów, zanim w końcu postanowił się zatrzymać. Pęd nagle zniknął, a potem Layla po raz kolejny została zmuszona do zmiany pozycji, kiedy ojciec bez ostrzeżenia postawił ją do pionu. Zachwiała się, potknęła o własne nogi i boleśnie wylądowała na ziemi, dodatkowo się obijając. Jęknęła, po czym – wciąż walcząc z mdłościami i zawrotami głowy – spróbowała jakoś się podnieść, ale mięśnie odmówiły jej posłuszeństwa. Bezradnie legła na plecach, ciężko dysząc i nie mogąc pozbyć się wrażenia, że przy okazji pogruchotała sobie kości.
– Laylo? – Marco osunął się na kolana u jej boku. – Layla, słyszysz mnie? – zapytał niespokojnie, z wahaniem dotykając jej ramienia.
Wzdrygnęła się i spróbowała odsunąć, ale nie dała rady. Marco jedynie westchnął, ale na jego twarzy dostrzegła ulgę, kiedy zorientował się, że jest przytomna. Layla szybko usiadła, ignorując pulsowanie żeber. Oddychała płytko, nie tylko z powodu bólu, ale przede wszystkim po to, żeby jakoś zapanować nad oddechem i bijącym z zawrotnym tempem sercem.
Bezradnie oparła się o ścianę, ignorując obecność srebra. Wyczuwała kruszec, ale uparcie starała się znosić jego obecność. Potrzebowała jakiegoś podparcia, żeby móc swobodnie siedzieć, a ściana była jedynym na co mogła liczyć.
– O dobra bogini… – westchnęła, kręcąc z niedowierzaniem głową. Wciąż oszołomiona, spróbowała dostrzec coś w ciemności, ale obrazy rozmazywały jej się przed oczami, zamieniając się w bezkształtną, ciemną plamę. – O bogini… – powtórzyła, coraz bardziej oszołomiona. Adrenalina, która do tej pory dodawała jej siły, teraz powoli zaczynała znikać, w zamian zaś docierało do niej to, co zrobiła.
– Modlić się będziemy później – mruknął Marco, zaskakującą ją tym, że wciąż znajdował się tak blisko niej. – Pozwolisz teraz sobie pomóc, czy mam się szykować na to, że znowu mnie odepchniesz? – dodał, nie szczędząc sobie uszczypliwych uwag.
Layla nie odpowiedziała i raz jeszcze spróbowała się podnieść. Zaciskając zęby, wsparła się na rękach i ignorując dobre intencje Marco, w końcu zdołała stanąć na równe nogi. Wciąż asekuracyjnie przytrzymując się ściany, wyprostowała się i rozejrzała dookoła, spanikowana i oszołomiona jednocześnie.
Usłyszała ciche westchnienie, a potem cichy szelest, kiedy Marco się wyprostował. Machinalnie spróbowała przywołać do siebie ogień, żeby stworzyć kolejny płomień, który dawałby chociaż odrobinę światła, ale zanim zdążyła się skoncentrować, w głębi tunelu zamajaczyło inne światło, tym razem srebrne i anemiczne. W pierwszej chwili pomyślała, że to zasługa Marco, ale kiedy przyjrzała się uważniej, dostrzegła zmierzających w ich stronę Carlisle’a i Alessię.
– Laylo, nic ci nie jest? – zapytał natychmiast doktor, jednocześnie starając się zasłonić lekko zdezorientowaną Alessię. Oczy dziewczyny rozszerzyły się, kiedy dostrzegła Marco, a w czarnych tęczówkach pojawił się błysk niedowierzania i panika.
Layla jedynie potrząsnęła głową, nawet głębiej nie zastanawiając się nad tym, co powinna odpowiedzieć. Oddychała swobodniej, ból w żebrach zaś zaczynał powoli zanikać, więc zakładała, że musiała jedynie się poobijać. Co prawda wciąż czuła każdy mięsień, a ruch wydawał się katorgą, ale taki dyskomfort był całkiem znośny. Zdecydowanie gorzej było podczas walki z dziećmi księżyca i Drake’m, kiedy jeden z wilkołaków złamał jej nogę i to w tak niefortunny sposób, że za sprawą otwartego złamania dosłownie wykrwawiała się na wszystko i wszystkich dookoła.
– Jakoś przeżyję – stwierdziła cicho. Wiedziała, że Carlisle raczej nie ma na myśli tego, jak czuła się w sensie psychicznym, bo oczywiste było, że coś jej dolegało. Była na granicy szaleństwa, a przynajmniej takie miała wrażenie. Kolejny raz nie była w stanie się od Marco uwolnić, a teraz omal ich nie pozabijała… A przynajmniej siebie i Alessi. Nie o to chodziło. – Ja nie chciałam, żeby… Och, Ali… – dodała, zwracając się bezpośrednio do bratanicy.
Alessia wyglądała na przestraszoną, ale poza tym była cała, pomijając kilka zadrapań i licznych siniaków, których musiała dorobić się już wcześniej. Mocno zaciskała palce na ramieniu Carlisle’a, kryjąc się za jego plecami i najwyraźniej czując się dzięki obecności doktora bezpieczniej. Layla żałowała, że doktor nie zabrał dziewczyny i nie uciekli, ale z drugiej strony poczuła swego rodzaju ulgę. To może i było samolubne, tak, ale nade wszystko nie chciała zostać sam na sam z ojcem. Poza tym… Cóż, chyba lepiej dla wszystkich było, żeby wampir nie zaczął próbować ich gonić, bo to mogłoby się skończyć różnie. Layla wciąż nie miała pojęcia, czego powinna się po Marco spodziewać, ale miała złe przeczucia, które w każdej chwili mogły się sprawdzić.
Kiedy spojrzała na Marco, zauważyła, że stojący za nią wampir uważnie wpatruje się w Alessię. Również dziewczyna spoglądała niespokojnie na swojego dziadka. Jej oczy rozszerzyły się i nie było najmniejszych wątpliwości co do tego, że go rozpoznała, chociaż jej wspomnienia z lasu były zagmatwane i wcześniej nie była w stanie swojego napastnika opisać.
Marco – nie zważając na to, że Carlisle drgnął i bardziej stanowczo wepchnął prawnuczkę za siebie – zrobił pewny krok w stronę skulonej dziewczyny. Jego krwiste tęczówki zalśniły, a Layla z zaskoczeniem uświadomiła sobie, że do spojrzenia wampira wkradła się nie tyle fascynacja, co wręcz… czułość?
– Alessia… – powiedział ostrożnie, jakby smakując nowe imię na języku. – Och, powiedz mi, Ali, czy wiesz kim jestem? – zapytał, wciąż uważnie się dziewczynie przypatrując.
Alessia drgnęła, ale powoli skinęła głową, rozszerzonymi do granic możliwości tęczówkami lustrując wzrokiem całą postać swojego dziadka. Kiedy spojrzała mu w oczy, było w tym wzroku coś wyzywającego, jakby nawet mimo strachu Ali była gotowa do tego, żeby z wampirem polemizować. Była pod tym względem podobna do Isabeau, chociaż Layla nie sądziła, żeby jakakolwiek kłótnia była w tej sytuacji najlepszym pomysłem.
– Oczywiście, że wiem – powiedziała, jednak decydując się odezwać. – Rodzice nie mają przed nami tajemnic, dziadku. A ja wiem, że ty jesteś zły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa