28.02.2014

Pięćdziesiąt jeden

Layla
Layla biegła przed siebie, nie zastanawiając się nad tym, co właściwie robi. Gdzieś za sobą słyszała zbliżające się, nieustające kroki. Czuła, że podążający za nią wampir jest coraz bliżej, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Wręcz czuła jego zapach, obezwładniający i słodki, chociaż wyczuwała w nim również znajomą już nutę stęchlizny, jakby miała do czynienia z czymś, co przez bardzo długi czas przetrzymywano w zamknięciu. Sama również pachniała podobnie, wiedział zresztą, jak można określić ten rodzaj zapachu.
Tak pachniała śmierć.
Biegła przed siebie, ale tak naprawdę zdawała sobie sprawę z tego, że nie powinna tego robić. Nie chodziło już nawet o to, że zostawiła Marco, bo to zrobiłaby bez wahania, gdyby tylko miała po temu okazję. Wmawiała sobie, że ucieczka i zostawienie ojca z rozszalałymi wampirami, jest najlepszym, co tylko mogłaby zrobić i że nie powinna się czuć z tą myślą źle. W końcu kilkanaście godzin wcześniej (tak przynajmniej sądziła, chociaż miała wrażenie, że błąka się tunelami już całą wieczność) była gotowa zrobić wszystko, byleby uwolnić się od najgorszego koszmaru swojej przeszłości. Gdyby to było możliwe, zabiłaby Marco nawet bez mrugnięcia okiem, a potem jeszcze odtańczyłaby taniec zwycięstwa wokół jego doszczętnie zwęglonych szczątków. Tak przynajmniej sądziła do tej pory, a może sądziłaby nadal, gdyby wszystko nie skomplikowało się wraz z pojawieniem Carlisle’a, a później Alessi, którzy…
Alessia. Carlisle. Mogła nie martwić się o Marco, ale na pewno nie powinna była ich zostawiać, zwłaszcza wtedy, kiedy byli praktycznie bezbronni, otoczeni przez płomienie. Teraz wydawało jej się, że takie zachowanie nawet wobec ojca było świństwem, chociaż sama nie rozumiała, dlaczego czuła się z tym źle. Przecież gdyby umarł, wszyscy by odetchnęli – nie tylko ona, ale również Gabriel. Przecież tak naprawdę pewne sprawy już dawno powinny były zostać uregulowane i zamknięte, zwłaszcza, że Marco tak naprawdę był z jej punktu widzenia martwy przez te wszystkie lata. Łatwiej było o nim myśleć jako o trupie, zwłaszcza, że dzięki temu może jednak miała szansę na to, żeby uwolnić się od wspomnień i żyć przynajmniej względnie normalnie, jeśli oczywiście w przypadku kogoś takiego jak ona można było jeszcze mówić o „normalności”. Chciała przynajmniej wierzyć, że to możliwe… Jeśli by się jej to udało, może nawet mogłaby uwierzyć w to, że ktoś, kto krzywdzi swoje dzieci, naprawdę zasługuje na śmierć.
Teraz zresztą jej uczucia względem Marco czy rodziny nie miały najmniejszego znaczenia. Nie ważne było już to, jak powinna się zachować albo czy zostawianie kogoś jest dobre, czy może raczej złe. Z punktu widzenia kogoś niewtajemniczonego, fakt, że uciekła, zostawiając całą trójkę samych sobie, mógłby się wydawać bardzo egoistyczny, ale Layli to nie obchodziło. Ona chciała po prostu biec, bez względu na konsekwencje i to, co mogło się z nimi wiązać. Chciała biec, żeby uciec od przeszłości, tej złej przeszłości, nie mającej jednak żadnego związku z ojcem. Już i tak miała wrażenie, że wylądowała w piekle, gdzie te najgorsze wspomnienia i uczucia będą ją przez cały czas dręczyć, doprowadzając do szaleństwa, więc może nawet nie powinna być zdziwiona, że powrót ojca nie był jedynym koszmarem, który czekał na nią w tych tunelach.
Było coś jeszcze, a raczej ktoś, chociaż nie przypuszczała, że jeszcze kiedykolwiek zobaczy go na oczy.
Layla miała wrażenie, że wszystko to, co działo się wokół niej, zaczyna ją przerastać, grożąc nadejściem szaleństwa. Czuła, że traci kontrolę i to nie tylko nad sobą, ale również nad własnymi wspomnieniami – tymi bliższymi, dalszymi, najbardziej odległymi. Gdyby jeszcze miała pewność, że właśnie postradała zmysły, wtedy pewnie nawet przyjęłaby takie rozwiązanie z wdzięcznością. To mogło wydawać się przerażające, ale perspektywa bycia szaloną wydawała jej się lepsza niż konieczność pogodzenia się, że kolejny raz przeszłość wyciągnęła po nią ramiona.
Kiedy jeszcze chodziło o jej ojca, czuła się okropnie, ale nie była aż tak oszołomiona, bo podświadomie wiedziała, że kiedyś jeszcze Marco Licavoli stanie na jej drodze. Świat był mały, a w obliczu wieczności, istniało aż nazbyt wielkie prawdopodobieństwo tego, że kiedyś ich żywoty ponownie się skrzyżują. Co prawda miała nadzieję, że to jeszcze przez długi czas nie nastąpi, ale mogła przynajmniej wstępnie stwierdzić, że była na takie spotkanie gotowa…
Nigdy jednak nie sądziłaby, że doświadczy tego, co właśnie działo się w korytarzach. Nie dlatego, że te wspomnienia – w gruncie rzeczy bardzo świeże wspomnienia, bo siedem lat to zaledwie kropla w oceanie, jeśli wziąć pod uwagę wieczność, którą mieli przed sobą. W pamięci wciąż aż nazbyt wyraźnie pamiętała to, co wydarzyło się w jaskini, która na swój sposób również była częścią tuneli, którymi teraz błądziła. W zasadzie była gotowa nawet stwierdzić, że wszystko co najgorsze, ostatecznie miało związek z tymi tunelami – tymi wysysającymi energię, nadzieję i ograniczającymi zdolności tunelami, stanowiącymi w rzeczywistości śmiertelną pułapkę, stworzoną z myślą o nieśmiertelnych.
W tych tunelach czaiło się zło. Wiedziała o tym od momentu, kiedy po raz pierwszy znalazła się w tym miejscu i ogarnęło ją klaustrofobiczne uczucie bycia pogrzebaną żywcem. Rufus później tłumaczył jej to jako reakcję na obecność srebra i żelaza w ścianach, ale teraz takie wyjaśnienie wydawało jej się dziwnie abstrakcyjne i banalne, żeby mogło być odpowiednie. Być może była naiwna, ale czuła, że za tym stoi coś zdecydowanie więcej, chociaż nie miała pojęcia, co takiego.
To zresztą nie było ważne. Istotne raczej było to, że Marco nie był jedynym cieniem przeszłości, który zdecydował się kolejny raz namieszać w jej życiu. Nie wiedziała, jak to w ogóle możliwe, ale był tutaj ktoś jeszcze, a jego obecność całkiem wytrącała ją z równowagi, przecząc wszystkiemu, w co Layla do tej pory wierzyła.
Bo w końcu umarli nie wracają, prawda? Śmierć była ostateczna (przemiana w wampira albo inną niezwykłą istotę się nie liczyła), a przecież ona doskonale pamiętała, jak przyszła po niego. Widziała, jak umierał i pogodziła się z tym.
A jednak Dylan tutaj był – i teraz próbował ją dopaść.
Layla machinalnie przyśpieszyła, chociaż w ciemnościach było to dość marnym pomysłem. Miała wrażenie, że śni albo raczej trwa w jednym z nocnych koszmarów, tego z rodzaju tych, kiedy to nie była w stanie się obudzić, nawet jeśli nade wszystko tego pragnęła. Marzyła o tym, żeby otworzyć oczy i przekonać się, że wszystko jest w porządku, że to po prostu kolejny zły sen, ale…
Coś błyskawicznie przemieściło się za nią, a potem z impetem uderzyło ją w plecy. Krzyknęła, a przynajmniej spróbowała krzyknąć, uderzenie jednak wydarło powietrze z jej płuc, uniemożliwiając wydanie z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Grunt uciekł jej spod nóg i zanim się obejrzała, wylądowała boleśnie na ziemi, obdzierając sobie dłonie i obijając kolana. Natychmiast spróbowała się podnieść, ale zanim w ogóle podjęła jakąkolwiek decyzję, wyczuła kolejne poruszenie w mroku, a potem jakaś postać zmaterializowała się tuż przed nią, tak blisko, że gdyby tylko chciała, mogłaby jej dotknąć.
Drżąc na całym ciele, Layla powoli uniosła głowę – a potem odkryła, że jednak jest w stanie krzyczeć. Oczy Dylana błyszczały czerwienią, jarząc się w mroku i jednoznacznie zdradzając jego pozycję. Był niebezpiecznie blisko niej, bez ostrzeżenia zresztą nachylił się tak, że ich twarze nagle znalazły się na jednej wysokości. Layla w popłochu spróbowała się odsunąć, ale zdołała jedynie przemieścić się o kilka centymetrów, zanim wpadła na ścianę. Czując pod plecami jej chropowatą powierzchnię, poczuła się jeszcze bardziej osaczona, zwłaszcza, że uprzytomniła sobie, iż nie ma żadnego drogi ucieczki z której mogłaby skorzystać… I co gorsza, że właśnie pozwoliła na to, żeby Dylan zapędził ją w pułapkę.
Dylan powoli osunął się na kolana, tak, że jego roziskrzone oczy znalazły się na wysokości jej własnych – jasnoniebieskich. Serce omal nie wyskoczyło Layli z piersi, kiedy chłopak powoli zaczął się do niej przysuwać, milczący i dziwnie poważny. Chociaż było ciemno, dzięki wyostrzonym zmysłom doskonale widziała niemal przeźroczystą, mocno naciągniętą skórę i wyostrzone rysy twarzy. Dylan wyglądał niczym żywy trup, co zwłaszcza w tym miejscu wydawało się ironiczne. Gdyby go nie znała, pomyślałaby nawet, że jest chory w taki sam sposób jak Gabriel, kiedy zaczynał potrzebować energii do tego, żeby normalnie funkcjonować. Z tym, że prócz swojego brata i Alessi, nie znała żadnego telepatycznego wampira, a Dylan na pewno nie był do nich podobny.
W milczeniu obserwowała, jak Dylan podpełza jeszcze bliżej. Strach jednie wyostrzał jej zmysły, sprawiając, że miała wrażenie, iż wszystko jest jeszcze wyraźniejsze niż zazwyczaj. Uważnie obserwowała wychudzone ciało chłopaka, który kiedyś był jej naprawdę bliski, przynajmniej do czasu, kiedy miłość do niej ostatecznie go nie zniszczyła. Mogła wręcz stwierdzić, że w jakimś stopniu doprowadziła do jego śmierci, wcale przy tym nie przesadzając – w końcu Dylan na jej oczach się zabił, a przynajmniej tak do tej pory sądziła. Z drugiej strony, patrząc na niego teraz, uświadomiła sobie, że chłopak i tak na swój sposób jest martwy. Kiedy widziała go po raz ostatni, coś w nim umarło, chociaż równie dobrze mogło się to stać dużo wcześniej.
Teraz miała przed sobą… Sama nie była pewna, ale czuła się przerażona tym, kim się stał. Widziała jego długie, poplątane i brudne włosy, wciąż w intensywnie rudnym kolorze, który trochę przypominał jej ukochane płomienie. Gdzieś w pamięci wciąż żyło wspomnienie jednej z ostatnich, normalnych rozmów, kiedy po prostu przekomarzali się, a ona bawiła się jego włosami, twierdząc, że najwyższa pora zrobić z nimi porządek. Teraz wydawało jej się to bardzo odległe, jakby wydarzyło się w innym życiu, na dodatek należącym do kogoś innego.
Widziała, jak mięśnie Dylana napinając się przy każdym ruchu chłopaka. W którymś momencie uprzytomniła sobie, że Dylan jest prawdziwy i że najprawdopodobniej stał się wampirem, dokładnie takim samym jak te, które zaatakowały ją i pozostałych przed jego pojawieniem się. Pewnie nawet musiałaby z jednym z nich walczyć, gdyby Dylan nie zaatakował, stanowczo odpędzając spragnionego jej krwi nieśmiertelnego, zanim ten zdążyłby posunąć się zbyt daleko. W momencie, kiedy usłyszała jego zniekształcony, dziwnie bezbarwny głos, myślała, że coś sobie uroiła albo to miejsce miało na nią taki wpływ, ale…
A potem go zobaczyła i poczuła, że natychmiast musi uciekać.
Teraz wiedziała, że to i tak było bez sensu. Miała już kilka okazji, żeby przekonać się, że ucieczka przed przeszłością jest z góry skazana na niepowodzenie, była zresztą tutaj, a Dylan ostatecznie ją dopadł. Teraz zbliżał się do niej, balansując gdzieś na granicy szaleństwa i zachowując się jak dzikie zwierzę, które właśnie dopadło swoją ofiarę. Kiedy spojrzała w jego oczy, nie ujrzała w nich niczego, prócz nienawiści i głodu, który zdawał się przysłaniać wszystko inne, zwłaszcza zdrowy rozsądek. Miała przed sobą prawdziwego wampira, bezdusznego łowcę, dla którego nie liczyło się nic innego, prócz tego, żeby móc zaspokoić pragnienie, a może i najmroczniejsze żądze. Głód był zaledwie wierzchołkiem góry lodowej, ale Layla nie potrafiła sobie wyobrazić, co innego jeszcze mogło chodzić wampirami po głowie – i jak wiele z tego ona sama miała być w stanie znieść.
To nie był Dylan. Może w momencie, w którym ją zobaczył i jej pomógł, jeszcze nim był, ale podczas gonitwy za nią coś się zmieniło. Uciekała, a więc była zwierzyną; bezbronną ofiarą, która nie ma żadnych szans na to, żeby stawiać opór – a na taką zwierzynę się poluje.
– Dylan… – wyszeptała, kiedy nieśmiertelny przysunął się jeszcze bliżej. Na oślep obmacywał dłońmi ziemię wokół siebie, przypadkiem natrafiając palcami na jej udo. Natychmiast całym jej ciałem wstrząsnął dreszcz, ale zmusiła się do tego, żeby nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, chociaż wszystko w niej aż rwało się do tego, żeby zacząć uciekać. – Dylanie, proszę… – powtórzyła, ale choć słysząc swoje imię na moment się zawahał, nic nie wskazywało na to, żeby udało mu się ją rozpoznać.
Dylan wciąż się czaił, zbliżając się do niej z ostrożnością i gracją polującej pantery. Czuła, że ją obserwuje, uważnie analizując każdy jej płytki oddech, jęk czy sposób, w jaki jej serce trzepotało się w piersi. Layla miała wrażenie, że nawet krążąca z zawrotną prędkością krew jest zbyt głośna, że jedynie niepotrzebnie ją obnaża, sprawiając, iż wyłącznie idiota nie zorientowałby się, jak bardzo czuła się przerażona. Nie chciała się bać, niezależnie od tego, czy miała po temu uzasadniony powód. Nie tylko dlatego, że Dylan (ten inny, nieswój Dylan) wydawał się aż do tego stopnia nieprzewidywalny. Ważniejsze było to, żeby chociaż raz przestać się bać…
Nienaturalnie zimne, obce palce Dylana nagle wylądowały na jej brzuchu. Layla zesztywniała, ale to był dopiero początek. Dłoń powędrowała dalej, powoli przesuwając się po jej klatce piersiowej i pnąc się coraz wyżej. Dylan krótko musnął jej piersi, ale to nie one były jego celem. W jego dotyku czuć było pożądanie, ale innego rodzaju niż to, którego czasami doznawała, kiedy kochała się z Rufusem. To raczej był głód, nie mający nic wspólnego z pragnieniem jej ciała – tutaj wciąż chodziło wyłącznie o krew.
Kiedy dłoń Dylana w końcu dotarła do jej gardła, Layla poczuła, że dłużej już nie wytrzyma. W napięciu obserwowała, jak wampir nachyla się w jej stronę, ostrożny, ale przy tym i zdecydowany. Może fakt, że nie zaatakował jej z furią i po prostu nie spróbował rozszarpać jej gardła, świadczył o tym, że jednak podświadomie wiedział, kim ta naprawdę była, ale to wciąż nie zmieniało tego, że był szalony – i bardzo, bardzo głodny. Kiedy rozchylił wargi, dostrzegła parę wydłużonych, ostrych jak brzytwa kłów.
Już w następnej sekundzie wampir ostrożnie uniósł jej głowę – niemal z czułością, chociaż w obecnej sytuacji wydawało się to czymś abstrakcyjnym – po czym…
– Dylan, nie! Błagam cię! – zawołała, bez zastanowienia odpychając go do tyłu. Nie spodziewał się ataku, więc udało jej się go z siebie zrzucić, ale wiedziała, że w ten sposób co najwyżej niepotrzebnie go rozjuszyła. – Proszę! To ja, Layla! – powtórzyła, instynktownie zakrywając twarz ramionami i w napięciu czekając na wybuch szału albo atak.
W ułamku sekundy dłonie wampira zacisnęły się na jej nadgarstkach, zamykając je w silnym, żelaznym uścisku. Dylan szarpnięciem odciągnął jej ręce, zmuszając do spojrzenia sobie w twarz. Layla napięła mięśnie, przygotowując się do walki i tego, żeby zacząć krzyczeć, ale…
Kiedy spojrzała w jego oczy – przerażone, zielone oczy – nie zrobiła niczego. Oszołomiona i zesztywniała, zdolna była jedynie do tego, żeby w milczeniu wpatrywać się w nieruchomą twarz chłopaka przed nią. Czerwony błysk zniknął, chociaż niecałkowicie i widziała krwiste plamki wokół jego szmaragdowych tęczówek. Doskonale znała ten stan, bo sama już nie potrafiła zliczyć, jak wiele razy czuwała przy Rufusie, czekając aż nagły atak szału minie, a naukowiec będzie w stanie dojść do siebie. W przypadku Dylana było podobnie, z tą tylko różnicą, że Layla czuła, iż w przypadku Dylana stan świadomości jest krótkotrwały, a wampir nie ma żadnej motywacji do tego, żeby próbować o zachowanie przytomności walczyć. Miała wręcz wrażenie, że czuł się lepiej jako krwiożercza, bezduszna bestia, chociaż nie dlatego, że był zły.
Nie. Szaleństwo stanowiło jedyną szansę na to, żeby był w stanie uciec – i to nie przed sobą, ale przed nią.
– O bogini… – wyszeptała. Spróbowała oswobodzić ręce i zdziwiła się, kiedy Dylan jej na to pozwolił. Ostrożnie wysunęła nadgarstki z jego uścisku, po czym mocno przycisnęła je do piersi, naiwnie wierząc w to, że może w taki sposób zapanuje nad trzepocącym się rozpaczliwie w jej piersi sercem. – Już dobrze. Już wszystko jest dobrze – zapewniła, ale przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to wierutne kłamstwo.
Patrzyła na Dylana – jej Dylana, tego samego, który był przy niej i którego w którymś momencie naprawdę obdarzyła jakimś ciepłym uczuciem, może nawet miłością – i czuła się okropnie, zwłaszcza, że miała świadomość tego, że sama uczyniła go takim. Na usta cisnęło jej się pytania o to, co mu się stało i jak powinna mu pomóc, ale przecież znała odpowiedzi na oba te pytania. Podświadomie chyba nawet wiedziała, jakim cudem Dylan wylądował w tym miejscu i dlaczego żył (przynajmniej teoretycznie), ale nie czuła złości czy goryczy, kiedy pomyślała o tym, że Rufus mógł ją w taki sposób oszukać. Przecież wszystko ostatecznie sprowadzało się do niej i do tego, jak bardzo bezużyteczna była.
Bez strachu wyciągnęła dłoń, żeby móc dotknąć bladej twarzy wpatrzonego w nią wampira. Poczuła, że Dylan zesztywniał, ale poza tym w żaden sposób nie zareagował na jej dotyk. Był niczym dzikie zwierzę, które właśnie próbowała oswoić i które w każdej chwili mogło ją zaatakować, gdyby poczuło się zagrożone. Czy to właśnie tym miał uczynić ich mrok i brak uczuć, których potrzebowali do zachowania człowieczeństwa? Bezdusznymi potworami, złaknionymi krwi i nauczonymi do życia w wiecznej ciemności?
To również jej nie zdziwiło. Pomyślała o tym, jak zaczęło się w jej przypadku, kiedy przez długie tygodnie błąkała się po świecie, nie mając pojęcia, co się z nią działo. Pamiętała nieskładne urywki, jakieś obrazy i skrajne emocje – a już na pewno pamiętała gniew i głód. Pamiętała ten strach i uczucia, które targały nią, kiedy nagle budziła się w obcym sobie miejscu, zdezorientowana i umazana krwią – na dodatek ze świadomością tego, że najprawdopodobniej zrobiła coś bardzo, bardzo złego, chociaż tego nie pamiętała. Nie sądziła, żeby istniało cokolwiek gorszego, zwłaszcza po tym, jak na domiar złego opuścił ją ogień, ale to teraz nie miało znaczenia.
Kolejnym jej świadomym wspomnieniem był Dylan i jego ciągła obecność, która równie mocno ją irytowała, co i dodawała nadziei. To Dylan pomagał jej przez to przejść, będąc niczym najlepszy i jedyny przyjaciel, który wspierał ja, zapewniając, że koszmar wkrótce się skoczy. Layla nie wiedziała, czy pokochał ją już wtedy, czy może miłość do niej przyszła mu z czasem, ale to niczego nie zmieniało – a na pewno nie zmieniało tego, że to dzięki Dylanowi nie skończyła tak jak dzieciaki, którymi później razem się zajmowali, a z których pozostali jedynie William i Kristin. Ona i Dylan od początku się od pozostałych różnili, właśnie dzięki temu, że zaznali uczucia, która chroniło ich przed tym, co było najgorsze – przed mrokiem, który w każdej chwili mógł spowić ich dusze, odpierając człowieczeństwo.
Dylan jej pomógł, a ona tak po prostu go zostawiła.
Oboje drżeli, kiedy czule przesunęła dłonią po jego bladej twarzy. Ostrożnie wplotła palce w jego włosy i chociaż czuła pod palcami liczne kołtuny, to nie powstrzymało jej przed tym, żeby zaczęła je przeczesywać.
– Dylan… – powiedziała prawie bezwiednie, w milczeniu obserwując, jak powoli opuszcza powieki. Czuła, że walczy ze sobą i z tym, żeby nie zrobić jej krzywdy.
Kiedy otworzył oczy, kolejny raz oszołomiła go szmaragdowa zieleń jego dużych, okrągłych oczu, czuła jednak, że mają coraz mniej czasu. Te lata go zmieniły; podjął decyzję, a ona nie była już w stanie zrobić niczego, żeby go uratować.
– Czy teraz rozumiesz? – zapytał ją łagodnie. – Czy teraz rozumiesz, dlaczego tak wiele razy…? Dlaczego tak wiele raz cię raniłem?
Layla zamknęła oczy, czując pieczenie pod powiekami. Kiedy zaczęła płakać, jakiekolwiek słowa okazały się zbędne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa