17.11.2013

Sto piętnaście

Dimitr
Melodyjny śmiech Isabeau miał w sobie coś, co za każdym razem przyprawiało Dimitra o dreszcze. Bawiło ją to, bo nie wyobrażała sobie, że jakikolwiek mężczyzna – wampir na dodatek – mógłby reagować w taki sposób na jej bliskość i dotyk. Fakt, że sama dostawała palpitacji, kiedy król przytulał ją albo dotykał, to była zupełnie inna sprawa, poza tym już dawno do reakcji własnego ciała się przyzwyczaiła. Za to obserwowanie Dimitra… To było zupełnie coś innego i musiała przyznać, że czuła się zafascynowana i przeszczęśliwa, kiedy znajdowała się w sytuacji podobnej do tej.
Dimitr wsparł się na łokciu i spojrzał na nią z uśmiechem. Leżała naga, okryta zaledwie cienkim skrawkiem materiału, który zaściełał łóżko w zajmowanej przez wampira komnacie. Uwielbiała miękkość pościeli i materaca, podobnie jak i czuła się wspaniale, mogąc wracać pamięcią do wcześniejszych momentów, kiedy byli razem, ale i tak czuła się trochę winna. Nie sądziła, że po weselu i ceremonii trafi właśnie do Niebiańskiej Rezydencji, i to u boku Dimitra, poza tym nie była pewna, czy to najrozsądniejsza decyzja, skoro kilka godzin wcześniej odrzuciła jego zaręczyny.
Ale jeśli spojrzeć na to z drugiej strony, uśmiech wampira był tego warty.
– Z czego się śmiejesz, moja ty Nemezis? – zapytał ją, a ona nie powstrzymała się od promiennego uśmiechu; zawsze czuła przyjemne ciepło, które rozchodziło się po jej ciele, kiedy nazywał ją w ten sposób, w dość specyficzny sposób przeciągając sylaby, dzięki czemu jego słowa brzmiały niczym fragment piosenki albo melodyjnego wiersza.
– Absolutnie z niczego – odparła z niewinnym uśmiechem, przysuwając się tak blisko, że czuła chłód bijący od jego marmurowego ciała. Wciąż rozbawiona, wyciągnęła dłoń, muskając palcami jego odsłonięte ramię i starannie zakreślając kształt mięśni. – Powiedz mi, mój królu, co my właściwie robimy? – dodała i odrobinę spoważniała, próbując zmusić się do zachowania zdrowego rozsądku.
Wampir wywrócił oczami, jakby w ten sposób chciał przekazać jej, że ma już serdecznie dość zachowywania się tak, jak wydawało się to właściwe. Bacząc na to, jak nieznośnie poważny zwykle był, wydawało się to przyjemną odmianą; chyba jedynie Isabeau znała tę jego twarz, bo i wyłącznie przy niej był sobą, zdolny do okazywania słabości, gdyby naszła go taka potrzeba. Przy niej nie musiał starać się zachowywać tak, jak mogliby oczekiwać tego mieszkańcy miasta, bo i Beau nie zamierzała go oceniać.
Nie zauważyła, kiedy się poruszył, ale nagle przewrócił się tak, że wylądowała na nim. Jego dłonie znalazły się na jej biodrach, kiedy pociągnął ją tak, że wylądowała na jego umięśnionym brzuchu. Usiadła na nim okrakiem, jednocześnie zaciskając palce na krawędzi miękkiej kołdry i podciągając ją aż po samą szyję, żeby okryć swoje nagie ciało. Ciemne włosy opadły jej na twarz, ale nawet wtedy była w stanie dostrzec błysk w rubinowych tęczówkach zapatrzonego w nią Dimitra.
– Hej! – zaoponowała, kiedy wampir stanowczym szarpnięciem odebrał jej kołdrę, odrzucając ją na tyle daleko, żeby nie mogła jej sięgnąć. Objęła się ramionami, usiłując się zasłonić, chociaż nie czuła wstydu; przecież już niejednokrotnie widział jej ciało i wiedziała, że nie ma powodów, żeby się go wstydzić. – Chcesz, żeby ktoś tutaj wszedł?
– Niech patrzą – stwierdził z entuzjazmem, ujmując ją za nadgarstki i rozplatając jej ramiona. Pozwoliła mu na to, jednocześnie obserwując z jaką fascynacją wodził wzrokiem po całej jej sylwetce, dosłownie ją pochłaniając. Jego spojrzenie było tak intensywne, że sama dziwiła się tego, że udało jej się nie zawstydzić. – Dlaczego miałbym wstydzić się piękna mojej królowej? – dodał, a Isabeau poczuła, że coś ściska ją w gardle.
– Dimitrze…
Uśmiechnął się łagodnie, tym samym jakoś ją uspokajając. Isabeau z westchnieniem nachyliła się i pod wpływem impulsu musnęła jego wargi, jednocześnie cały czas patrząc mu w oczy. Wampir zacisnął powieki i lekko odchylił głowę, rozkoszując się jej pocałunkami i dotykiem, i najwyraźniej wciąż nie mając jej obecności dość.
– Nie martw się. Nie to miałem na myśli – zapewnił cicho, wodząc palcami po jej nagich plecach. Czułym gestem zakreślił krzywiznę jej kręgosłupa, a ona wzdrygnęła się, nie mogąc się powstrzymać. – Nie potrzebujemy ślubu, skoro ta perspektywa cię przeraża. I tak jesteś moja – stwierdził z przekonaniem; zaskoczyła go władcza nuta w jego zwykle opanowanym głosie.
– Jestem – zgodziła się, nie zamierzając zaprzeczać. Pragnęła oddać mu się w pełni, chociaż jednocześnie ślub był czymś na co jak na razie nie potrafiła się zdobyć. – Przynajmniej po części, jeśli oczywiście nie masz nic przeciwko temu, żeby się mną dzielić – dodała.
Reakcja była natychmiastowa – Dimitr cały zesztywniał i usiadł tak gwałtownie, że omal nie zrzucił jej na ziemię. W ostatniej chwili zreflektował się, a jego ramiona owinęły się w jej pasie, przyciągając ją bliżej i pozwalając utrzymać równowagę. Machinalnie objęła go za szyję, a ich usta znalazły się tak blisko siebie, że lodowaty, słodki oddech wampira raz po raz muskał jej policzek.
– Dzielić? – powtórzył wyraźnie wstrząśnięty. Czuła, że jego mięśnie napięte się do granic możliwości i przez moment szczerze zaczęła się obawiać, że w afekcie wampir zrobi coś, czego będzie żałował. – O czym ty do mnie mówisz, Isabeau? – zapytał gniewnie, a ona zapragnęła roześmiać się, chociaż to wydawało się szalone.
– Dobra bogini, ty naprawdę jesteś o mnie chorobliwie zazdrosny! – stwierdziła z rozbawieniem, które w obecnej sytuacji czyniło z niej niemal okrutną istotę. Dimitr popatrzył na nią w taki sposób, jakby widział ją po raz pierwszy i zupełnie nie poznawał. – Dimitrze, przecież ja żartowałam. Mam na myśli Aldero i Cammy’ego – wyjaśniła mu litościwie, nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu.
Dimitr zamrugał i przez kilka sekund patrzył na nią tępo. Minęła dłuższa chwila, zanim pełen sens jej słów dotarł do jego świadomości, kiedy zaś do tego doszło, wampir opadł na łóżko, wbijając wzrok w sufit. Wylądowała na nim i uniosła głowę, spoglądając wprost w jego krwiste tęczówki i czekając na jego reakcję.
– Masz pojęcie, że jesteś najokrutniejszą i najbardziej bezczelną kobietą, która kiedykolwiek stanęła na mojej drodze? – zapytał, starając się sprawiać wrażenie rozgoryczonego, ale łagodny uśmiech, który pojawił się na jego ustach, skutecznie psuł zamierzony efekt.
– Doskonale zdaję sobie z tego sprawę – zapewniła go spokojnie. – A teraz będę jeszcze bardziej okrutna, bo odważę się zasugerować, że najwyższa pora wstawać – dodała, wymownie zerkając na zaciągnięte zasłony; grube kotary nie przepuszczały szkodliwego dla niej światła, ale Isabeau czuła, że na dworze już od dawna panuje dzień.
Usłyszała przeciągłe westchnienie, ale zignorowała je. Zsunęła się z brzucha Dimitra i usiadła na krawędzi łóżka, zamierzając wstać, jednak powstrzymały ją lodowate palce, które zacisnęły się na jej nadgarstku. Z błyskiem w oczach obejrzała się na Dimitra, a ten z uśmiechem wzmocnił uścisk i przyciągnął jej dłoń do swoich ust, wargami muskając to miejsce, w którym można było wyczuć słaby puls.
– Nawet nie wiesz ja bardzo błogosławię to, że twoje serce wciąż bije – westchnął z rozmarzeniem, chociaż oboje zdawali sobie sprawę z tego, że w jej przypadku jakiekolwiek oznaki życia to jedynie pozory. W rzeczywistości była niewiele żywsza od zwykłego wampira. – Dlaczego tak upierasz się, żeby mnie zostawić? Przecież do zapadnięcia zmroku i tak nigdzie nie pójdziesz, więc równie dobrze możemy jeszcze trochę nacieszyć się sobą – zaproponował, szczerząc się w uśmiechu.
– Kusząca propozycja – zgodziła się, odwzajemniając uśmiech – ale problem leży właśnie w tym, że jestem matką. Co więcej, jako taka powinnam przynajmniej wiedzieć, gdzie są moje dzieci, a jednak…
– Uważasz, że jestem aż do tego stopnia nieodpowiedzialny, żeby o to nie zadbać? – Dimitr rzucił jej urażone spojrzenie, ale zaraz po tym jego twarz rozjaśnił uśmiech. – Dzieci są z Lucasem i Matt’em. Poprosiłem ich, żeby mieli na nie oko, zanim zacząłem cię szukać – wyjaśnił, a Beau zamrugała zdezorientowana.
– Poprosiłeś ich żeby… – Pokręciła z niedowierzaniem głową. – Dziękuję. Nie popisałam się ostatni, prawda?
– To nie jest twoja wina – przerwał jej niemal gniewnie. – Poza tym nie widzę niczego nadzwyczajnego w tym, że przejmuję się Aldero i Cameronem. Może to nie są moi synowie, ale tak ich traktuję, jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś.
Nie odpowiedziała, ale pokiwała głową w zamyśleniu. Oczywiście, zauważyła, że Dimitr stara się zastąpić jej dzieciom ojca, ale do tej pory nigdy wprost jej tego nie powiedział. Taka deklaracja zresztą wcale jej nie pomagała, chociaż starała się nie myśleć o tym oraz o odrzuconych oświadczynach. Przecież to niczego między nimi nie zmieniało, a przynajmniej starała się w to uwierzyć.
– Dziękuję ci – powtórzyła raz jeszcze, po czym podniosła się w pośpiechu, nie zamierzając dać mu okazji do tego, żeby ponownie ją powstrzymał. – Ale to nie zmienia faktu, że muszę do nich pójść. Nie żebym nie ufała Pavarottim, ale obawiam się, że opieka nad dziećmi to nienajlepszy pomysł – wyjaśniła, wysilając się na uśmiech.
Dimitr jedynie parsknął śmiechem, po czym teatralnym gestem zakrył twarz poduszką, stanowczo protestując przed wstawaniem. Rozbawiona Isabeau odszukała kołdrę i ponownie otuliła się nią jak ręcznikiem. Wciąż podtrzymując pościel, zaczęła rozglądać się po komnacie w poszukiwaniu swojej sukienki, ale to okazało się trudniejsze niż mogła przypuszczać. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że rozemocjonowani zupełnie nie panowali nad sobą i własnymi decyzjami, przez co jej piękna, czarna suknia już dawno nie nadawała się do ponownego użytku.
Wydęła usta i z niedowierzaniem pokręciła głową. Chciała się za to na Dimitra zdenerwować, ale nie potrafiła; prawda była taka, że nie mogła zmusić się do żałowania żadnej z decyzji, którą podjęła ostatniej nocy, a to, co wydarzyło się między nią a ciemnowłosym wampirem było piękne.
Czując, że Dimitr dyskretnie ją obserwuje, znalazła swoją bieliznę (przynajmniej ona okazała się nienaruszona). W pośpiechu wciągnęła ją na siebie, celowo zasłaniając się przy tym pościelą, zupełnie jakby znajdowała się za prowizorycznym parawanem. Zaraz po tym doskoczyła do szafy i ignorując zaintrygowane spojrzenie króla, w pośpiechu przetrząsnęła jej zawartość, decydując się na długą, flanelową koszulę, która oczywiście okazała się zbyt szeroka, ale przynajmniej sięgała jej do połowy ud. Zarzuciwszy ją na siebie, przewiązała ją w pasie skórzanym paskiem, który również znalazła w rzeczach Dimitra, tym samym tworząc coś na kształt króciutkiej sukienki. To jak na razie musiało jej wystarczyć, poza tym na pewno było zdecydowanie lepsze od turbanu z kołdry, który tak intrygował zakochanego w niej nieśmiertelnego.
– Wisisz mi nową sukienkę – oznajmiła obojętnym tonem, przechodząc przez komnatę i w ruchu wsuwając stopy w szpilki. Wysoki obcas zastukał o drewnianą podłogę, kiedy Beau ruszyła w stronę drzwi. – A teraz wstawaj. Musisz mi pomóc – dodała nieznoszącym sprzeciwu tonem.
– Pomóc w czym? – zapytał z powątpiewaniem Dimitr, ale przynajmniej zaczął podnosić się z łóżka. Beau pomyślała, że całkiem wprawnie udawał, że jest zmęczony i rozleniwiony, chociaż w przypadku wampira było to niemożliwe. – Tak swoją drogą, powinnaś częściej chodzić w moich koszulach – stwierdził, ukazując w uśmiechu komplet białych, równych zębów.
– Może na początek w śniadaniu – zasugerowała, ignorując jego prowokacyjny komentarz. – A później byłabym wdzięczna za coś, co skutecznie osłoni mnie i dzieci przed słońcem. Pewnie uznasz, że zwariowałam, ale zamierzam wyjść w środku dnia z domu – oznajmiła, dobrze wiedząc jaka będzie reakcja.
Tym razem nawet nie musiała czekać na to, żeby Dimitr ruszył się z miejsca. W jednej sekundzie leżał na łóżku, a już w następnej znalazł się u jej boku, zaciskając obie dłonie na jej ramionach. Isabeau skrzywiła się, ale nie próbowała się z nim szarpać, w zamian decydując się spojrzeć mu w oczy.
– Isabeau, o czym ty mówisz? – zapytał ją natychmiast, lustrując jej twarz w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak tego, że sobie z niego żartowała. – Jak to: zamierzasz wyjść na zewnątrz w środku dnia? Chcesz się zabić, czy…?
– Nie marzę o śmierci – przerwała mu natychmiast, odrobinę tylko zniecierpliwiona. – Dimitrze, posłuchaj mnie. Myślałam o tym, kiedy jeszcze byliśmy na cmentarzu i… Och, po prostu mam serdecznie dość tego, że muszę się ukrywać! Chcę sprawdzić, czy istnieje jakikolwiek sposób na to, żebym mogła przemieszczać się przed zachodem słońca. To dla mnie ważne, tym bardziej, że jeszcze dzisiaj pragnę coś zrobić – oznajmiła, chociaż na samą myśl robiło jej się gorąco.
Dimitr zmarszczył brwi.
– Co takiego jest warte tego, żeby do tego stopnia ryzykować? – zapytał, wciąż jej decyzji nie rozumiejąc.
– Powiem ci po drodze – zaproponowała, nie chcąc tracić czasu. Ujęła go za rękę, po czym przyłożyła sobie jego dłoń do policzka. – Ufasz mi, prawda? A więc wiesz, że nic złego się  nam nie stanie. Najwyższy czas, żeby przestać żyć w mroku… To dotyczy się również uciekania przed przeszłością, dlatego sądzę, że najwyższa pora, żeby moje dzieci dowiedziały się o wszystkim.
Isabeau
Dom Devile’ów wyglądał dokładnie tak, jak Isabeau go zapamiętała. Nie musiała patrzeć na Aldero i Camerona, żeby wyczuć ich zwątpienie i strach. Obaj zastygli w bezruchu, przez co omal na nich nie wpadła, zatrzymując się dosłownie w ostatniej chwili. Czuła się nieswojo, nie tylko przez miejsce w którym się znajdowali, ale również przez instynkt, który powoli doprowadzał ją do szaleństwa, raz za razem przypominając jej o tym, że ze wszystkich stron otacza ich śmierć.
Isabeau poprawiła poły czarnej peleryny, która chroniła ją przed zabójczymi promieniami. Poczuła ulgę, kiedy odkryła, że materiał powstrzymuje słońce, chroniąc jej skórę przed poparzeniami, ale przebywanie na zewnątrz wciąż pozostawało katorgą. Cały czas pilnowała dzieci, instynktownie prowadząc je tak, żeby przez cały czas przebywać w rzucanym przez drzewa cieniu, jednak nawet to nie wystarczyło. Pocieszając był fakt, że powoli zbliżała się burza i niebo częściowo przysłaniały deszczowe chmury, ale wciąż było wystarczająco jasno, żeby czuła się zagrożona.
– Mamo – usłyszała podenerwowany głos Aldero. Chłopiec przeniósł na nią spojrzenie swoich szokująco niebieskich oczu, równie zimnych co jej własne. – Dlaczego tutaj wracamy? Nie lubię miejsca, gdzie Aqua…
– Wiem, że Aqua was tutaj zabrała – przerwała mu uspokajającym tonem – ale to nie dlatego tutaj jesteśmy. Chodźcie, w środku wam wszystko wyjaśnię – odparła lakonicznie, wyciągając zachęcająco ręce w ich stronę.
Milczący do tej pory Cameron bez wahania chwycił jej dłoń, ale Aldero nie od razu zareagował. Przez kilka sekund patrzył na matkę, po czym obejrzał się na wyróżniający się na tle lasu budynek. Isabeau czuła, że stara się nie okazywać strachu, ale doskonale widziała, że drży lekko, jakby spodziewał się, że w momencie, kiedy przekroczy próg rezydencji, już nigdy więcej z niej nie wyjdzie.
Isabeau westchnęła w duchu. Pragnęła jakoś go pocieszyć, zapewnić, że jest bezpieczny, ale powstrzymała się. Aldero pod tym akurat względem był podobny do niej… i do Drake’a – nie lubił okazywać strachu, nawet jeśli miał do niego prawo. Właśnie z tego powodu Beau zdecydowała się nie reagować, nie chcąc dawać mu powodów do tego, żeby niepotrzebnie się zawstydził.
Milczenie się przeciągało, ale ostatnie się opłacił. Aldero jęknął cicho, po czym z ociąganiem ponownie zwrócił się w stronę matki, ujmując ją za rękę. Beau mocno ścisnęła jego dłoń i stanowczo pociągnęła obu swoich synów za ręce, niemal biegiem kierując się w stronę domu. W pośpiechu pokonali otwartą przestrzeń, wpadając na werandę, a Isabeau od razu wyciągnęła dłoń w stronę klamki, modląc się, żeby drzwi nie były zamknięte. Zamek kliknął, a ciężkie wrota otworzyły się z przerażającym wręcz skrzypnięciem, umożliwiając wejście do środka. Tym razem żadne z nich nie pozwoliło sobie na chwilę zwątpienia, dlatego już po chwili cała trójka znalazła się w zacienionym przedsionku.
Korytarz wyglądał dokładnie tak, jak Isabeau go zapamiętała. Powoli zamknęła za sobą ciężkie drzwi, opierając się o nie plecami i z melancholią rozglądając się dookoła. Wspomnienie wędrówki przez las i tego, jak Drake zmusił ją, żeby wróciła do tego domu, pojawiło się – niemożliwie wręcz wyraźne i żywe – ale Isabeau nie czuła się z tego powodu przygnębiona. Nic co dotyczyło Drake’a już nie sprawiało jej bólu, chociaż nie sądziła, że kiedykolwiek mogłaby być w stanie wybaczyć błędy, które oboje popełnili w przeszłości.
Aldero i Cammy przez kilka sekund stali w bezruchu, rozglądając się z rezerwą, ale w końcu ciekawość wzięła nad nimi górę i ruszyli przed siebie. Beau odprowadziła ich, kiedy powoli skierowali się w stronę salonu, ale dopiero po dłuższej chwili zdecydowała się ruszyć za nimi. Zniszczony dywan tłumił jej kroki, kiedy skierowała się przed siebie, palcami muskając zniszczoną, ciemną tapetę ze złotymi zdobieniami. Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu, kiedy przypomniała sobie pocałunek, którego jeszcze jako niedoświadczony dzieciak doświadczyła w tym właśnie miejscu.
Salon również wyglądał tak, jak go zapamiętała, chociaż ostatnim razem, kiedy była w tym miejscu, meble były poodsuwane, a na podłodzie jarzył się ognisty krąg ze świec oraz kotłujące się na jego krawędzi postacie telepatów. Pamiętała aż nazbyt dobrze moment, kiedy zdecydowała się oszukać Drake’a i zadeklarowała mu posłuszeństwo, a on wepchnął ją w ramiona Jaquesa, zmuszając ją do napicia się jego krwi. Teraz wiedziała, że tamtej nocy najprawdopodobniej uratował jej życie i ta świadomość przyprawiła ją o dreszcze oraz poczucie winy. Być może nieświadomie pomógł jej, ale jakie to miało znaczenie, skoro sam pozostawał martwy?
– Mamo? – Cammy pociągnął ją za skraj płaszcza, tym samym wyrywając ją z zamyślenia. Spojrzała na niego mało przytomnie, bo nie zauważyła, kiedy właściwie znalazł się u jej boku. – Mamo, czy ty płaczesz? – zapytał wyraźnie zdezorientowany; nigdy nie pozwalała sobie na słabość przy nim i jego bracie.
– Ja… – Zamrugała pośpiesznie, całkowicie zdezorientowana. Nie przypominała sobie, żeby do oczu napływały jej łzy, ale teraz faktycznie czuła wilgoć na policzkach. – Nie, to nic takiego. Po prostu kurz… – odparła wymijająco, zrzucając z głowy kaptur i skrajem rękawa ocierając oczy.
Cameron rzucił nieodgadnione spojrzenie; Isabeau nie musiała długo się zastanawiać, żeby zorientować się, że nawet kilkumiesięczny pół-wampir jej nie wierzy.
– Dalej nie rozumiem, dlaczego musieliśmy tutaj przyjść – poskarżył się Aldero, rozglądając się dookoła. Powoli wycofał się w kierunki jej i Cammy’ego, dla bezpieczeństwa trzymając się z daleka od pozasłanianych okien. – Ten dom mnie przeraża – przyznał, chociaż jednocześnie z zaciekawieniem obserwował meble.
Isabeau powoli wypuściła powietrze z płuc, ale nawet to nie pomogło się jej uspokoić. Ostatecznie dała za wygraną i bez ostrzeżenia osunęła się na kolana, przygarniając do siebie dzieci. Obaj bracia spojrzeli na nią niespokojnie, dobrze interpretując jej emocje i będąc z tego powodu coraz bardziej zdenerwowanymi. Znali ją aż nazbyt dobrze, więc jej zachowanie ich niepokoiło.
– Posłuchajcie mnie przez chwilę, dobrze? – poprosiła cicho, kołysząc się miarowo, żeby się uspokoić. – Opowiem wam historię i… I mam nadzieję, że żaden z was mnie po tym nie znienawidzi – wyszeptała.
Popatrzyli na nią z niedowierzaniem, ale przynajmniej pokiwali głowami. Isabeau nabrała powietrza do płuc, zamierzając zmusić się do mówienia, kiedy zdekoncentrował ją cichy szelest, który dobiegł ją ze strony znajdujących się w przedsionku, prowadzących na piętro kroków. Zesztywniała cała, po czym obejrzała się w tamtą stronę, akurat w momencie, kiedy drobna postać stanęła w progu pokoju.
Intruz zesztywniał, a z jego ust wyrwał się pełen niedowierzania okrzyk.
– To niemożliwe…

1 komentarz:

  1. Isabeau! Tak długo czekałem na rozdział z jej perspektywy i sie doczekałam. Nie zawiodłam się co mnie bardzo cieszy. Ona i Dimitr są tacy cudowni we dwoje, ale chyba nadal bede obstawiam, ze ona i Drake to lepsze połączenie, mi się wydaje czy bracia Pavarotti - znowu chyba źle napisałam nazwisko xD - chcą się bawić w wujków.? :D oczywiście nie mam nic przeciwko, bo to nawet zabawne xD
    Kurde, końcówka jest po prostu zajebista *-* czyżby Bills chyba tak sie pisze jej imię nadal mieszkała w zniszczonej willi? O.o liczę, ze to będzie ona, a nie ktoś kto namieszalas jeszcze bardziej. Jestem zadowolona z tego rozdziału, a najbardziej podoba mi sie taka duża ilośc Beau <3 scenki jej i Króla były naprawdę urocze. Cieszę sie, ze sie na nią nie gniewa za odrzucenie oświadczyn ^^ na nią nie da sie gniewnych ;**
    A, więc weny kochana ;** i kolorowych snów <3
    Gabi

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa