16.11.2013

Sto czternaście

Layla
Layla ustawiła na półce ostatnie książki, po czym cofnęła się o krok, lekko przekrzywiają głowę, żeby lepiej ocenić efekt swoich starań. Czasami dostawała szału, kiedy po raz wtóry powtarzała te same czynności, ale nie mogła się powstrzymać. Być może coś w tym było i kobiety faktycznie miały jakiś wrodzony instynkt, który nie pozwalał im tolerować bałaganu, a może po prostu sama już nie wiedziała, co powinna zrobić z czasem i samą sobą.
Usłyszała westchnienie. Już wcześniej wyczuła, że ktoś ją obserwuje, ale nie zdecydowała się odwrócić, dobrze wiedząc, kogo tam zastanie. Teraz przekonała się, że miała rację, bo Rufus faktycznie stał w progu przypominającej wydrążoną w skale jaskinię bibliotece, spoglądając na nią z lekkim rozdrażnieniem.
– Musisz za każdym razem to robić? – zapytał, raz jeszcze wzdychając. Założył obie ręce na piersi, przez co jego poza wydawała się tym bardziej niedbała i na swój sposób… pociągająca. – Przecież dobrze wiesz, że za chwilę będzie dokładnie tak samo. Tracisz czas, Laylo – dodał, a fakt, że użył przy tym jej imienia, był lepszy niż najcudowniejszy nawet komplement.
– Czy muszę starać się nie zabić o którąś z twoich książek? – powtórzyła z nutką sarkazmu. – Tak, wydaje mi się, że to dobry powód, żeby jednak posprzątać – stwierdziła i ponownie odwróciła się w stronę regału, żeby raz jeszcze przyjrzeć się książkom. – Hej, stoisz dalej. Nie jest krzywo? – zapytała, udając, że nie słyszy jego teatralnego westchnienia.
– To książki, a nie galeria sztuki – mruknął, nagle materializując się tuż za jej plecami. – Doprawdy, cały czas mam wrażenie, że młodsze pokolenia uwielbiają marnować czas na bzdury.
Nie odpowiedziała, tylko powoli odwróciła się w jego stronę, uświadamiając sobie, że Rufus stoi tak blisko, iż dzielą ich zaledwie centymetry. Instynktownie cofnęła się o krok, ale tym tylko sprowokowała go, żeby obie dłonie oparł na krawędzi półki, która znajdowała się na wysokości jej ramion, tym samym zmuszając ją do wciśnięcia się w regał. Czuła ciepło bijące od jego ciała, nawet mimo wiecznej gorączki, która nigdy jej nie opuszczała, zdradzając ciągłą obecność ognia. Teraz zrobiło jej się jeszcze bardziej gorąco, chociaż tym razem nie miało to żadnego związku z temperaturą jej ciała czy powietrza; w podziemiach zwykle panował chłód.
Jej wzrok napotkał spojrzenie czekoladowych tęczówek Rufusa. Nie potrafiła określić w jaki sposób naukowiec na nią patrzy, ale wiedziała, że momentami czuła się pod jego spojrzeniem nieswojo. Co więcej, czasami miała wrażenie, że wampir nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, jak jego bliskość wpływa na nią…
Albo wręcz przeciwnie – wiedział o tym i bezlitośnie to wykorzystywał, fascynują się tym, jak reagowała, kiedy znalazł się zbyt blisko. Jej serce zwykle przyśpieszało, wzrok zaś tracił na ostrości i stawał się niepewny, rozbiegany. Na niczym nie mogła się skoncentrować, cały czas walcząc z dziwnym uczuciem, które obezwładniało całe jej ciało. Wiedziała, że to pożądanie, ale nawet to, że czuła cokolwiek do Rufusa, nie potrafiło umniejszyć paraliżującego strachu, który obezwładniał jej ciało, kiedy pozwalali sobie na zbyt wiele. Czasami zastanawiała się, czy kiedykolwiek będzie w stanie otrząsnąć się po tym, co wieki wcześniej zrobił jej ojciec, ale wszystko wskazywało na to, że przeszłość będzie się ciągnąć za nią aż po kres wieczności.
Rufus musiał dostrzec coś w jej oczach, bo nagle zesztywniał i spróbował się odsunąć. Pozwoliła mu na to, chociaż jednocześnie pragnęła chwycić go za rękę albo w jakikolwiek inny sposób sprawić, żeby się nie przejmował. Zachowywał się inaczej niż Dylan, który – chociaż się starał, robiąc wszystko, byleby postępować z nią tak, jak należy – nie zawsze potrafił w porę nad sobą zapanować, kiedy uczucia do niej stawały się zbyt silne. Paradoksalnie, ale to właśnie zwykle nieprzewidywalny Rufus okazywał się bardziej wyrozumiały i czuły, kiedy najbardziej tego potrzebowała.
Spojrzała na niego zagubionym wzrokiem, pragnąc powiedzieć cokolwiek, co zabrzmi sensownie i będzie właściwą formą przeprosin za to, że kiedy jest tak blisko, nie potrafi mu zaufać, ale wampir już nie patrzył na nią, udając zainteresowanie książkami. Westchnęła w duchu, chociaż jednocześnie była mu wdzięczna za to, że uwolnił ją od odpowiedzialności podjęcia tematu fizycznego kontaktu i jej przeszłości. W pamięci wciąż miała jego zapewnienie, że zawsze może z nią porozmawiać, kiedy będzie tego potrzebowała, ale nie potrafiła się na to zdobyć. Ciężko jej było mówić o tym, kiedy była z własnym rodzeństwem, a co dopiero przemóc się przy nim, kiedy bała się, jak mógłby ją ocenić. Prawdą było, że czasami łatwiej otworzyć się przed kimś obcym, ale Rufusa to nie dotyczyło, skoro darzyła go jakimkolwiek silnym uczuciem. Już wystarczająco trudne było powiedzenie mu prawdy i do tej pory wstydziła się momentu, kiedy szlochała w jego ramionach, zachowując się jak słabe dziecko, którym już od dawna nie była. Zwykle patrzyła przez palce na Isabeau, która nawet w najgorszych momentach ukrywała swoje słabości, ale teraz powoli zaczynała zachowanie siostry rozumieć.
– Tak czy inaczej, byłoby łatwiej, gdybyś zaczął odkładać rzeczy na miejsce – odezwała się, jak gdyby nigdy nic podejmując wcześniejszą rozmowę. Rzucił jej rozdrażnione spojrzenie, ale przynajmniej ani słowem nie dał jej do zrozumienia, że zauważył próbę ucieczki od istotniejszego tematu. – Mówię poważnie! Kiedy tutaj przychodzę, mam wrażenie, że biorę udział w biegu z przeszkodami!
– Jakbyś nie zauważyła, wciąż próbuję doprowadzić to miejsce do porządku. Chyba ważniejsze jest, żeby sufit po raz kolejny nie zwalił się nam na głowy, prawda? – zauważył przytomnie.
Layla jedynie wywróciła oczami, nie zamierzając przyznawać mu racji. Czasami go nie rozumiała, jak na przykład teraz, kiedy przypominała sobie jego upór, kiedy zdecydował się przenieść laboratorium tym, gdzie znajdowało się pierwotnie, zanim zniszczył je, rzucając się na Renesmee. Wiedziała, że naukowiec z natury jest samotnikiem, a obecność kogokolwiek znosi jedynie dlatego, że musi, ale i tak nie sądziła, żeby podziemia były najlepszym miejscem. Czuła się nieswojo, zwłaszcza odkąd wiedziała, że miejsce to połączone jest z tunelami, których magnetycznego przyciągania tak bardzo się obawiała. Nawet jego wyjaśnienia na temat wzmocnionych srebrem ścian, nie były w stanie jej uspokoić; dla niej wciąż było to trudne do zignorowania wołanie, które za każdym razem przyprawiało ją o gęsią skórkę.
Nie można było jednak odmówić Rufusowi tego, że był uparty i na swój sposób genialny. Już pięć dni po tym, jak zdecydował się spróbować doprowadzić swoją wcześniejszą kryjówkę do porządku, mogła przekonać się, że to w istocie możliwe. Nie pytała go o to, ile czasu poświęcił, żeby usunąć odłamki zawalonego stropu i połamanych mebli oraz  w jaki sposób zabezpieczył resztki sufitu, ale najważniejsze było to, że laboratorium wydawało się przynajmniej względnie bezpieczne i powoli wracał do swojego wcześniejszego stanu. Pomagała mu trochę, dobrze wiedząc, że nie ma cierpliwości do takich drobiazgów, jak szukanie rzeczy, które ocalały i segregowanie ich w jakiś sensowny sposób, ale czasami miała wrażenie, że to walka z wiatrakami, bo przy każdej wizycie tak czy inaczej wpadała na coś, co jeszcze dobę wcześniej znajdowało się w zupełnie innym miejscu.
Biblioteka była jednym z tych miejsce, które pozostały prawie nienaruszone. Jedynie laboratorium ucierpiało, tym samym blokując dojście do wypełnionego książkami pokoju oraz okrągłej sali, która prowadziła do czegoś, co kształtem przypominało sypialnie. Wstrząsy sprawiły, że meble i niektóre przedmioty wylądowały na podłodze, ale przynajmniej wystarczyło jedynie posprzątać, zamiast zajmować się wszystkim od podstaw. Layla oddawała się temu niemal z przyjemnością, mając wrażenie, że nawet bezsensowne sprzątanie jest idealną okazją na ucieczką przed światem i myślami o przeszłości. Nie znosiła momentów, kiedy miała dość obecności kogokolwiek i unikała również swoich bliskich, ale w ostatnim czasie taki nastrój nawiedzał ją niemal regularnie i jedynie przy Rufusie czuła się jakkolwiek swobodnie. Sądziła, że brało się to stąd, iż wampir – zwykle pochłonięty własnymi zajęciami – nie próbował wypytywać ją o samopoczucie i próbować dowiedzieć się, co takiego ją dręczy. To było ważne, bo nie miała ochoty na rozmowy, w zamian potrzebując jedynie trochę spokoju i okazji do tego, żeby przestać o czymkolwiek myśleć, zwłaszcza o Dylanie.
Wspomnienie chłopaka momentami doprowadzało ją do szału. Czuła się winna, chociaż nie była pewna dlaczego. Przecież próbowała być z nim szczera i już dawno dała mu do zrozumienia, że nie jest gotowa na związek; nie miała pojęcia, czy kiedykolwiek będzie, ale to już była inna sprawa. Gorsze było to, w jaki sposób zmienił się Dylan, kiedy czekanie na jakiekolwiek trwalsze uczucia z jej strony okazało się bezowocne. Kochał ją i to uczucie bezlitośnie go niszczyło, powoli zamieniając się w coś na kształt obsesji. Zdawała sobie sprawę z tego, że zraniła go, kiedy zdecydowała się odrzucić jego uczucia, ale przecież nie miała wpływu na własne uczucia. Nie wiedziała nawet, czy potrafi naprawdę kochać i zaufać komukolwiek, prócz własnemu rodzeństwu. Sytuacja z Rufusem to było zupełnie coś innego i na to również nie miała wpływu; pewne rzeczy po prostu się działy, a ona nie miała innego wyboru, prócz przyjmowania ich i oczekiwania efektów. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie może robić niczego, żeby wszystkich uszczęśliwić, ale to i tak było trudne, bo Dylan również był jej bliski. Na swój sposób kochała go, ale bardziej jak brata albo opiekuna, bo to on jako pierwszy pomógł jej zrozumieć dziwne zmiany, które zaczęły zachodzić w jej mentalności, kiedy utraciła dar, a objawy przemiany dały o sobie znać. Był przy niej i wspierał ją, i to było fantastyczne, ale najwyraźniej nie wystarczyło, żeby w pełni ocalić jej roztrzaskaną na kawałki duszę. Dylan najwyraźniej tego nie rozumiał, a jej siostrzane uczucie mu nie wystarczył.
A teraz go nie było.
Sama nie potrafiła stwierdzić, co takiego byłoby gorsze – dowiedzieć się, że dawka roztworu srebra, którą obezwładnił go Rufus okazała się zabójcza, czy może odkryć, że chłopak po prostu odszedł. W zasadzie obie te perspektywy wydawały się bardziej znośne od ciągłej niepewności i związanymi z nią wyrzutami sumienia. W jakimś stopniu poczuła ulgę, kiedy po powrocie do podziemi odkryła, że Dylan znikł, ale wraz z upływem kolejnych dni i brakiem jakichkolwiek wiadomości, wszelakie pozytywnie uczucia zniknęły, wyparte przez strach i gniew, który odczuwała względem samej siebie. Nie mogła zwalczyć myśli, że powinna była zostać przy chłopaku po tym, jak stracił przytomność. Srebro bywało zabójcze, zwłaszcza, kiedy zbyt wielka dawka dostawała się do krwiobiegu i chociaż Rufus zapewniał ją, że niczego mu nie będzie, i tak powinni byli się upewnić, że się nie mylił. Wiedziała, że w sytuacji, kiedy w Mieście Nocy toczyła się walka, nie mogli postąpić inaczej, bo czas ich gonił, ale jednocześnie dręczyła ją świadomość, że to z jej winy Dylan doprowadził się do takiego stanu. Może gdyby nie pozwoliła mu się do siebie zbliżyć, zamiast dawać mu nadzieję i przez tak długi okres czasu trwać w ich sztucznym związku, wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej.
Może, może, może…
Co takiego było z nią nie tak?
Szkoda, że cię tutaj nie ma, tato, pomyślała z przekąsem.
Czasami żałowała, że nie może stanąć naprzeciwko ojca i zapytać go wprost, czy jest zadowolony z tego, co jej zrobił. Bywały momenty, kiedy czuła się dość silna i zdesperowana, żeby mieć pewność, że gdyby spotkała Marco, nie zawahałaby się z nim zmierzyć. Kiedy o tym myślała, czuła przyjemne ciepło, związane z krążącym po jej ciele ogniem; żywioł był jej bronią i przyjacielem, a właśnie tego brakło jej, kiedy była dzieckiem zdanym na łaskę i nastroje ojca. Próbowała go zrozumieć, zwłaszcza gdy patrzyła na zakochanego w Renesmee Gabriela, który przypominał młodszą wersję Marco Licavoli; nie była pewna, kim mógłby stać się jej brat, gdyby z jakiegoś powodu stracił tą, która była całym jego życiem i chwilami obawiała, że jej bliźniak mógłby okazać się potworem. Oczywiście starannie ukrywała przed Gabrielem swoje obawy, ale nawet takie myślenie nie potrafiło zmusić ją do tego, żeby w pełni wszystko pojęła i zdołała jakkolwiek Marco wybaczyć albo zapomnieć. Przecież miał wybór, a utracona miłość nie usprawiedliwiała tego, że odebrał jej szansę na to, żeby mogła być szczęśliwa.
Chwilami jednak bywały takie momenty, kiedy czuła nieopisany strach. Nawet teraz zdarzało jej zrywać się w nocy, gdy niespodziewanie wracały koszmary z dzieciństwa, a ona przypominała sobie własny ból i upokorzenie. Bywało, że miała wrażenie, iż wampir nagle ponownie się pojawi, żeby ją skrzywdzić. Takie chwile zdarzały się częściej niż te pewności siebie, a Layla miała wrażenie, że kiedyś postrada zmysły, uwięziona w ciągłej spirali strachu, w którą wpadła jako dziecko. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że kiedykolwiek jeszcze miałaby spotkać Marco Licavoli, chociaż jednocześnie jakaś jej cząstka tego chciała. Pragnęła, żeby ją zobaczył i zrozumiał, że to kim jest teraz, to po części jego za sługa. Zastanawiała się nad tym, czy w ogóle o tym myślał i czy jeszcze żyje – czy też raczej egzystuje, bo w przypadku tego wampira nie można było mówić o niczym więcej.
Z drugiej strony… Może gdyby wiedziała, byłoby jej łatwiej. Ze świadomością, że jej ojciec już nigdy po nią nie wróci, może przynajmniej mogłaby spróbować zwalczyć paraliżujący strach, który do tej pory nie dawał jej spokoju. Pragnęła tego i jednocześnie czuwał niewysłowiony żal oraz pustkę, bo nie była w stanie życzyć komukolwiek śmierci – nawet Marco.
– Laylo? – Rufus pomachał jej ręką przed twarzą, próbując ją ocucić. Zamrugała nieprzytomnie, z opóźnieniem uświadamiając sobie, że już od dłuższej chwili próbował zwrócić na siebie jej uwagę. – Laylo, czy ty w ogóle mnie słuchasz? – zapytał ją odrobinę zagniewanym tonem, ale w jego oczach dostrzegła błysk zaintrygowania, jakby zdawał sobie sprawę z tego, co takiego ją dręczyło.
– Ja… – W pośpiechu wyprostowała się i pokręciła głową. – Nic mi nie jest. I jeśli mam być szczera, nie mam pojęcia, co takiego do mnie mówiłeś – dodała, rzucając mu przepraszające spojrzenie.
– Jakby mnie to dziwiło… – mruknął, ale przynajmniej powstrzymał się od dziesiątek komentarzy na temat tego, jaka bywała nieodpowiedzialna. Chyba faktycznie traktował ją inaczej niż innych, chociaż nie potrafiła stwierdzić, co powinna w związku z tym czuć; Rufusa ciężko było zrozumieć. – Pytałem cię… A zresztą nieważne. Czy twój brat dalej ma ochotę skręcić mi kark, jeśli tylko wejdę mu w paradę? – zapytał ni stąd, ni z owąd, odwracając się do niej plecami i spokojnym krokiem kierując w stronę laboratorium.
Layla zmarszczyła brwi, ale ruszyła za nim. Potrzebowała dłuższej chwili, żeby w pełni otrząsnąć się z zamyślenia i być w stanie odpowiedzieć.
– Nie przepada za tobą, ale nie jest aż tak źle – wyjaśniła spokojnie. – A powinien chcieć cię zabić? – dodała, pozornie lekkim tonem, ale do jej głosu wkradła się nutka zwątpienia.
– Teoretycznie nie wydaje mi się, żebym od ostatniego razu w jakikolwiek sposób mu podpadł, ale zawsze mogę się mylić – stwierdził Rufus niemal pogodnym tonem. – Nie wiem dlaczego wszyscy patrzycie na mnie w taki nieufny sposób, doprawdy. Twoja szwagierka również po części ma mnie za potwora, a przecież przeprosiłem ją za to, że bywam… trochę nieprzewidywalny – dodał, a Layla parsknęła śmiechem.
– Kłóciłabym się o to, czy tylko trochę – powiedziała  przekąsem, czując się odrobinę lepiej, że pozwolił jej skoncentrować się na czymkolwiek innym. – A tak swoją drogą, czego chcesz od Renesmee? – zapytała dla pewności, rzucając mu przenikliwe spojrzenie.
Rufus nie odpowiedział, zachowując się tak, jakby nie usłyszał jej pytania. Zacisnęła wargi w wąską linijkę, poirytowana, ale zdecydowała się w żaden sposób nie komentować jego zachowania, dobrze wiedząc, że w ten sposób niczego nie osiągnie. Irytowało ją to, podobnie jak i brak jakichkolwiek wyjaśnień na temat jego przeszłości, ale nie zamierzała zaczynać tematu, póki sam nie zdecyduje się tego zrobić. Chwilami irytowało ją to w wyjątkowy sposób, zwłaszcza, kiedy przypominała sobie imię tajemniczej Rosy, ale uparcie wmawiała sobie, że nieśmiertelny sam powinien podjąć decyzję o tym, że chce jej o wszystkim powiedzieć. Jej dał szansę i cierpliwe czekał, póki nie osiągnął sukcesu, dlatego Layla czuła, że powinna mu się odwzajemnić w ten sam sposób, ale momentami było to niezwykle irytujące.
– Rufus… – zaczęła niepewnie, wiedziona nagłym impulsem, który popchnął ją do podjęcia decyzji. Wampir odwrócił się niechętnie, rzucając jej naglące spojrzenie. – Pamiętasz, jak byliśmy w laboratorium i ostatni raz straciliśmy nad sobą kontrolę? – zapytała wprost, patrząc na niego wyczekująco; przez jego twarz przebiegł cień, ale wszystko wydarzyło się tak szybko, że równie dobrze mogło być jedynie wyrażeniem.
– Ciężko, żebym nie pamiętał, kiedy próbowałem cię skrzywdzić – odparł, nagle tracąc dobry humor. To trochę ją zniechęciło, ale już nie zamierzała odpuścić. – No dobrze, ale co w związku z tym? – dodał już łagodniejszym tonem, spoglądając na nią wyczekująco.
– Tylko się nie denerwuj, dobrze? Mówiłeś wtedy dziwne rzeczy, zupełnie jakbyś mnie nie poznawał i…
– I…? – podjął, coraz bardziej rozdrażniony. – Przejdź do rzeczy, Laylo. O co chcesz mnie zapytać?
– Mówiłeś wtedy o kimś o imieniu Rosa – wyznała, a on cały zesztywniał, chociaż próbował udawać, że jej słowa nie robią na nim żadnego wrażenia. – Tak samo nazwałeś Renesmee, kiedy zobaczyłeś ją po raz pierwszy. Nie chcę cię do niczego zmuszać, ale… No cóż, powiesz mi kim by… Kim jest Rosa? – wyrzuciła z siebie na wydechu, w ostatniej chwili powstrzymując się przed użyciem słowa „była”.
Zapadła cisza i to było gorsze niż gdyby zaczął na nią z jakieś powodu krzyczeć. Natychmiast pożałowała swoich słów, ale nie zamierzała ich cofnąć, to zresztą nie miało już żadnego znaczenia, skoro za wszelką cenę chciała poznać prawdę. To wydało jej się istotne, nawet jeśli nie miała pojęcia, czego może się spodziewać i ta niepewność na swój sposób ją przerażała.
Rufus powoli odwrócił się w jej stronę, po czym zajrzał jej w oczy. Instynktownie chciała odwrócić wzrok, ale powstrzymała się, kiedy z lekkim zaskoczeniem odkryła, że w oczach naukowca nie dostrzega gniewu, a raczej żal i coś jeszcze, czego nie potrafiła zidentyfikować, ale wiedziała, że tam jest.
– Rosa… Nie pamiętam wszystkiego, co mówiłem podczas tych ataków. Myślałem, że się zorientowałaś – stwierdził, siląc się na obojętny, niemal niedbały ton. – Wiesz, że liczę już sobie kilka wieków. Możliwe, ze wtedy przypomniałem sobie coś, co nie jest dla mnie istotne. Tak czy inaczej, nie powinnaś się przejmować tym, co mówię – dodał, jasno dając jej do zrozumienia, że to koniec tematu.
Kłamał i oboje zdawali sobie z tego sprawę, ale Layla zdecydowała się tego nie komentować. W zamyśleniu pokiwała głową, starając się ukryć żal, który dosłownie poraził ją swoją intensywnością. Myślała, że po tym wszystkim zasłużyła sobie na chociaż odrobinę zaufania, ale najwyraźniej pomyliła się.
– Ach, tak… – Przełknęła z trudem, po czym wzruszyła ramionami, próbując przybrać równie niedbałą pozę, co i on; przecież nie mogła płakać z tak błahego powodu i to przez mężczyznę. – Rozumiem, ale… Przepraszam, ale muszę odetchnąć – wymamrotała, po czym bez słowa wyjaśnień odwróciła się i pobiegła w stronę schodów.
Rufus jej nie zatrzymał.

1 komentarz:

  1. Głupi Rufus :_: czemu nie może jej powiedzieć prawdy? Ech, ma swoje powody i tego na razie się trzymam. Poza tym dziwiło mnie to, że Layla porównuje swojego brata do Marco. Sądzę, że gdyby przypadkiem tak się stało to zadna z ciotek nie pozwoliłaby skrzywdzić bliźniaków. Layla potraktuje Gabriela ogien i zabierze ze sobą dzieciaki, a potem... Nie będzie nic, bo to chyba nie będzie... prawda? Mam rację? Dylan mnie wkurza :_: tak bardzo może ten człek wkurzać, że po prostu irytuje :'D Jeszcze nie wspominałam, ale rozdział był po prostu genialny.Musze znaleźć sobie więcej przymiotników, którymi będę mogła się posługiwać i opisywać jak rozdział mi się podobał. Życzę ci weny, która jak widzę nie ma zamiaru cię opuścić co mnie niezmiernie cieszy ^_^
    Pozdrawiam, życzę miłej nocki, chociaż jeszcze prawie dzień :_: ale tam XD
    Gabi ;**

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa