05.02.2013

Dziesięć

Isabeau
Dlaczego właściwie to zawsze ja muszę być tą rozsądną?, pomyślała Isabeau, mocno zaciskając powieki i starając się ignorować poruszenie, które zapanowało, kiedy tylko osunęła się na ziemię. Edward i Esme panikowali, jakby właśnie stało się coś naprawdę okropnego, a przecież nawet nie straciła przytomności.
No tak, ale oni nie wiedzieli, że symulowała – na tym właśnie polegał cały wybieg, czyż nie?
– Isabeau? Isabeau?! – Esme była najbardziej zaniepokojona. Beau poczuła, że wampirzyca zaraz uklękła przy niej i delikatnie pogładziła ją po policzku. – Kochanie, co się dzieje? Otwórz oczy... – nalegała, coraz bardziej zaniepokojona. – Edwardzie... – zwróciła się do przybranego syna, szukając jakiegoś wsparcia, chociaż oczywiste było, że oboje zdecydowanie pewniej czuliby się, gdyby na miejscu obecny był Carlisle.
A niby przez kogo ta cała szopka?, westchnęła w duchu, mając nadzieję, że wkrótce będzie mogła przestać się poniżać. Poza tym zwodzenie tego kruchego, naiwnego stworzenia, którym była wiecznie zatroskana Esme, było niemal okrutne i nawet ona miała z tego powodu wyrzuty sumienia. Ale przecież miała swoje powody, jak zwykle zresztą.
Dlatego leżała w bezruchu, całkiem dobrze radząc sobie z ignorowaniem głosów Cullenów. Co prawda ciężko było jej zachować nieprzenikniony wyraz twarzy, kiedy ktoś – Edward, o ile się nie pomyliła – porwał ją na ręce, żeby móc ułożyć na miękkiej kanapie w salonie. Isabeau nienawidziła noszenia na rękach, dlatego doszła do wniosku, że tym bardziej będą jej wszyscy wiele winni, kiedy już sytuacja się unormuje i będzie mogła im wszystko wyjaśnić.
No dobrze, z drugiej strony niepotrzebnie pozwoliła, żeby wizja naszła ją przy tej dwójce, a potem im ją opowiedziała, ale skąd mogła wiedzieć, że zazwyczaj spokojna Esme...
– Co się stało?
Pojawił się nowy głos, który natychmiast rozpoznała, bo należał do jej brata. No, proszę, braciszku. Więc jednak pamiętacie, że macie dom, podesłała Gabrielowi nieco złośliwą myśl, chcąc dać mu jednocześnie do zrozumienia, że nic jej nie jest i powinien jej pomóc w oszukiwaniu pozostałych, chociażby milcząc.
W odpowiedzi naturalnie otrzymała jego dezorientacje i wyczuła, że próbuje przejrzeć jej wspomnienia, dlatego zdecydowanie zamknęła mu dostęp do swojego umysłu. Uraziła go tym, oczywiście, ale przecież miała prawdo do prywatności. Jeśli chciała udawać nieprzytomną i straszyć wszystkich dookoła, miała prawdo to robić, czyż nie? Jakby nie patrzeć, była dorosła i starsza od znamienitej większości nieśmiertelnych z którymi mieszkała.
– Nic jej nie jest – uciął niemal oschłym tonem Gabriel, tym samym uspokajając wszystkich obecnych w salonie, zwłaszcza Esme. – Isabeau nieźle bawi się waszym kosztem – dodał i mogłaby przysiąc, że w tym momencie musiał uśmiechnąć się złośliwie.
Zdrajca!, pomyślała urażona, dosłownie bombardując go myślami na ten temat. Tym razem to on zdecydowanie odciął się od jej telepatycznych zdolności, co zirytowało ją niemal do tego stopnia, że ledwo powstrzymała się od otwarcia oczu i warknięcia na brata.
Być może wkrótce i tak miała być do tego zmuszona.
– Jak to: bawi się naszym kosztem? – zapytał Edward, wyraźnie rozeźlony. No cóż, akurat jego się nie obawiała. – Zresztą nieważne. Gdzie się w takim pośpiechu wybierasz, młoda damo? – zwrócił się do kogoś innego, najprawdopodobniej Renesmee.
Isabeau uśmiechnęła się pod nosem. Uwielbiała obserwować tę dwójkę, zwłaszcza kiedy Edward zaczynał ojcować Nessie, a ta próbowała się przed tym bronić. To było takie zabawne, bo oboje wyglądali na rówieśników, a w rzeczywistości łączyła ich relacja ojciec-córka. Gdyby ktoś niewtajemniczony obserwowałby ich z boku, pomyślałby, że oszaleli.
– Do kuchni. Nakarmić twoje wnuki – odpowiedziała spokojnie Renesmee, drażniąc się z nim, bo wszyscy doskonale wiedzieli, że nie potrafił odnaleźć się w roli dziadka i wolał, żeby dzieci mówiły do niego po imieniu. Dlatego też Isabeau uczyła je czegoś odwrotnego, jasno dając Alessi i Damienowi do zrozumienia jaką rolę spełnia Edward w ich życiu. – Świeże powietrze wzmaga apetyt – dodała i Isabeau usłyszała, że faktycznie kieruje się w stronę kuchni.
– Ach, i to przez świeże powietrze szczerzysz się od ucha do ucha? – zapytał Edward podejrzliwym tonem, wychodząc zaraz za córką.
No tak, teraz już nie miał powodów, żeby przejmować się Isabeau. Poza tym bardziej martwił się nieobecnością córki i jej rodziny, kiedy więc wróciła, skupił się na niej. To dobrze, bo przynajmniej zapomniał o wizji, której właśnie doświadczyła Isabeau.
Niestety, jako jedyny.
– Isabeau? – zapytała cicho Esme, próbując zwrócić na siebie uwagę. Isabeau nie zareagowała i wampirzyca jedynie westchnęła. Wciąż była zmartwiona, ale to obawa o kogoś innego ostatecznie wzięła nad nią górę. – Gabrielu, dobrze, że jesteście. Isabeau dopiero co... – zaczęła, chcąc prawdopodobnie wszystko wyjaśnić.
Na całe szczęście los był dla Isabeau łaskawy, bo doszedł ją znajomy zapach i kierujące się w stronę domu kroki. Powoli wypuściła powietrze z płuc, po czym otworzyła oczy i usiadła, uspokojona. Skoro Carlisle w końcu wrócił, mogła założyć, że dopięła swego – jej wizja nie miała się spełnić, przynajmniej w tej chwili.
Esme również wyczuła obecność swojego przyszłego męża i nerwy najwyraźniej jej puściły, bo rzuciła mu się w objęcia, kiedy tylko się pojawił. Jej spontaniczne zachowanie tak go zaskoczyło, że machinalnie mocno ją do siebie przytulił, zanim oboje zorientowali się, co robią i odsunęli się od siebie, speszeni. Isabeau uniosła brwi, zastanawiając się chyba po raz setny z kolei, czy ci dwoje przestaną w końcu zachowywać się jak para nastolatków i w końcu spojrzą prawdzie w oczy – byli zakochani, mieli być małżeństwem. Dlaczego wciąż ich ten stan rzeczy peszył?
– Jesteś – odetchnęła Esme, nerwowo przygładzając opadające jej na ramiona loki. – Miałam iść cię szukać, ale Isabeau... Miała wizje. A potem zemdlała... Znaczy, podobno udawała, ale i tak mnie wystraszyła, i... – Plątała się, wyraźnie nie wiedząc, co powiedzieć. Doktor obserwował ją pytająco, nie mając pojęcia, jak zinterpretować jej słowa. W końcu wypuściła powietrze z płuc, odrobinkę się uspokajając. – No, ale najważniejsze, że jesteś.
Chwilowo nikt nic nie mówił, co Isabeau wykorzystała, żeby wstać z kanapy i lekko się rozprostować. Teraz już nie musiała niczego się obawiać – jej wizja zdecydowanie nie miała się w tym momencie spełnić. Ale mogła, jak uświadomiła sobie nagle, kiedy nie mogąc się powstrzymać, delikatnie sięgnęła do umysłu doktora i bezwstydnie przeglądając jego myśli. Wydał jej się zdenerwowany, kiedy wrócił, dlatego musiała się upewnić.
W salonie pojawili się Edward oraz Renesmee z Alessią na rękach. Damien szedł obok, stawiając na samodzielność, w przeciwieństwie do drzemiącej w ramionach matki siostry. Mały ostatecznie zatrzymał się gdzieś na uboczu, milczący, ale czujny – jego czekoladowe oczy bystrze rozglądały się po pokoju, zdradzając drzemiący w małym ciałku potencjał.
– Nessie... – Carlisle'owi wyraźnie ulżyło na widok wnuczki. Isabeau zaczynała dochodzić do wniosku, że w tej rodzinie zbyt wiele osób martwi się bez powodu. – Szukałem was. To nie było rozsądne znikać na tak długo, skoro telepaci... – zaczął, ale Gabriel nie dał mu skończyć.
– Moja wina – zreflektował się, unosząc dłonie ku górze w poddańczym geście. – Celowo zatarłem nasze ślady. Chciałem pobyć trochę z Nessie i dzieciakami, i chyba troszkę straciliśmy poczucie czasu – wyjaśnił nieco skruszony, po czym uśmiechnął się olśniewająco.
Carlisle skinął powoli głową, a Isabeau prychnęła.
– Troszkę – mruknęła pod nosem, spoglądając w ciemność za oknem. – Cóż za urocze niedociągnięcie, braciszku.
Być może popełniła błąd, decydując się odezwać, wszystkie spojrzenia bowiem momentalnie spoczęły na niej. Nie tylko Esme i Edward wydawali się mieć do niej pretensje – dzięki Gabrielowi, wszyscy już wiedzieli, że symulowała omdlenie. Nikt tylko nie rozumiał, jak istotnym było to krokiem. Gdyby wiedzieli, teraz jak nic by jej dziękowali.
– A ty masz nam coś do powiedzenia, siostrzyczko? – zapytał Gabriel, kładąc wyraźny nacisk na ostatnie słowo.
Uniosła brwi, po czym zrobiła minę niewiniątka. Nie wydawało jej się, żeby zrobiła coś złego. A i to złośliwe „siostrzyczko” ją nie denerwowało, nawet jeśli Gabriela takie zdrobnienia doprowadzały do szewskiej pasji.
– Nie ja spotkałam Laylę w lesie – odparła spokojnie, postanawiając tymczasowo zrzucić na Carlisle'a pierwszeństwo tłumaczenia się.
Machinalnie wszyscy przenieśli wzrok na doktora, nawet nie mając do niej pretensji o to, że siedziała komukolwiek w głowie. Jedynie Gabriel jeszcze dłuższą chwilę się w nią wpatrywał, zanim w końcu dał za wygraną, zbyt przejęty tym, że ktokolwiek mógł wiedzieć coś na temat jego bliźniaczki. Isabeau zresztą też chciała usłyszeć wszystko, nawet jeśli wspomnienia dostarczały większej ilości informacji, dodatkowo wzbogaconej o obrazy, emocje i zapachy.
Esme znów wyglądała na poruszoną. Nie mieli pojęcia, czego mogą się po telepatach spodziewać, dlatego oczywiste było, że wampirzyca niepokoiła się, że ktokolwiek z jej rodziny wpadł na nich w pojedynkę. Zwłaszcza mężczyzna, w którym była zakochana.
Isabeau tym bardziej bała się zakochać – to uczucie zbytnio zniewalało.
– Widziałeś moją siostrę? – zapytał natychmiast Gabriel i chyba jedynie palce ściskającej go za ramię Renesmee powstrzymały chłopaka od pójścia w ślady Isabeau i dokładnego prześledzenia odpowiednich wspomnień.
Carlisle skinął głową.
– Ją i jeszcze kilka osób – potwierdził, po czym na moment się zawahał. – I mogę wręcz stwierdzić, że zawdzięczam twojej siostrze życie – przyznał.
Zdecydowanie nigdy nie powinnam się zakochać, pomyślała stanowczo Isabeau, widząc, jak Esme jakimś cudem pobladła, chociaż przy odcieniu jej skóry powinno być to niemożliwe. Jedynym plusem całej sytuacji zdawało się być to, że stała tak blisko doktora, że praktycznie ocierała się o jego ramię, a wampir – wychwyciwszy jej zdenerwowanie – w roztargnieniu wziął ją za rękę. Doprawdy, a przecież już dawno mogło między nimi zaiskrzyć...
Kilka razy zainscenizowała parę sytuacji, dzięki której Carlisle i Esme pozwalali sobie na więcej, wychodząc gdzieś razem i znacznie się do siebie zbliżając. I chociaż oczywiste było, że są w sobie zakochani, Isabeau miała wrażenie takie, jakby próbowała zbliżyć do siebie jednoimienne magnesy. Kiedy się starała, coś zaskakiwało, a potem znów od siebie odskakiwali, speszeni. Oczywiście, wszystko faktycznie mogło dziać się zbyt szybko, ale na litość bogini...
Hm, może musiała spróbować doprowadzić do tego, żeby się pocałowali? To byłby zdecydowany przełom, była tego absolutnie pewna...
A to znaczyło, że musi się pośpieszyć, bo wkrótce mogło jej już nie być...
Pośpiesznie odsunęła od siebie tę myśl i skupiła się na relacji doktora, który próbował wyjaśnić reszcie cały przebieg spotkania, starannie łagodząc niektóre fakty – chociażby to, jak bliscy podjęcia decyzji o zabiciu go byli telepaci, zanim pojawiła się Layla. No i – niestety, zdaniem Isabeau – wampir przemilczał co ciekawsze fragmenty wypowiedzi, które w złości wyrzucała z siebie dziewczyna. Beau mogła zrozumieć, że Carlisle miał awersję do przeklinania, ale cenzury mimo wszystko nie uznawała.
Kiedy skończył, zapanowała pełna napięcia cisza. Gabriel zaczął nerwowo krążyć, wyraźnie zaniepokojony. Martwił się o Laylę i Isabeau doskonale to rozumiała – sama również próbowała zrozumieć, co działo się z jej siostrą, ale wciąż nie potrafiła tego stwierdzić. Layla była chora, takie było najprostsze wyjaśnienie sytuacji.
Poza tym istotniejsza była inna rzecz.
– Kiedy pojawiła się Layla, wszędzie były płomienie, prawda? – zapytała Carlisle'a, chociaż doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
– Twoja siostra dosłownie kipiała ze złości – potwierdził doktor. Kiwnęła głową. – Z tego, co się zorientowałem, miała spore problemy z panowaniem nad żywiołem. Udawało jej się chyba tylko dzięki temu chłopakowi, który...
– Dylan – podpowiedziała machinalnie Renesmee, odzywając się pierwszy raz od usłyszenia relacji z lasu. – Ma na imię Dylan. Jest w porządku, zdążyłam go polubić, kiedy... – Nie dokończyła, bo wszyscy skrzywili się na wspomnienie jej porwania. – Właśnie, całkowicie o tym zapomniałam, ale oni chyba już od dawna się ku sobie mieli. Nie rozumiałam tylko, dlaczego Layla za każdym razem była bliska płaczu i uciekała na jego widok – przyznała.
– Lay boi się mężczyzn. Chyba cię to nie dziwi. – Isabeau znacząco uniosła obie brwi ku górze. – Zresztą to nieistotne w tym momencie – dodała pośpiesznie, bo atmosfera stała się jeszcze bardziej napięta, kiedy pojawił się temat tego, co spotkało Laylę w dzieciństwie. – Skoro Layla tam była i ledwo nad sobą panowała, nie mam więcej pytań. Za to czekam na podziękowania – oświadczyła, zupełnie obojętna na to, że znalazła się pod obstrzałem zaskoczonych spojrzeń.
Zwłaszcza Esme spoglądała na nią z niedowierzaniem, ale nic nie mówiła. Edward za to prychnął i spojrzał na nią tak, jakby właśnie postradała zmysły.
– Podziękować? – powtórzył z niedowierzaniem. – Za co? Za ten numer, który nam wywinęłaś? – zapytał z urazą.
Otworzyła usta, ale wtedy odezwała się przybrana matka miedzianowłosego:
– Dlaczego to zrobiłaś, Isabeau? – zapytała cicho. Wciąż była pod działaniem skrajnych emocji. – Przecież przewidziałaś, że będą jakieś kłopoty. Powiedziałaś, że widziałaś Carlisle'a i ogień, więc powinniśmy byli... Przecież coś mogło się stać! – nie wytrzymała. Isabeau chyba pierwszy raz słyszała, żeby Esme podniosła głos.
A jednak nie zrobiło to na niej wrażenia. Uśmiechnęła się słodko.
– Nie, nie. Śmierć doktorka dośpiewałaś sobie sama do tego, co zobaczyłam – oznajmiła chłodnym tonem, co zdecydowanie kłóciło się z uśmiechem na jej ustach. – Widziałam go, owszem. I widziałam ogień. Ale w mojej wizji to nie Carlisle zginął – powiedziała z naciskiem. – Wyjątkowo widziałam wszystko oczami sprawcy i chwała bogini! Widziałam śmierć, owszem, ale to ty byłaś ofiarą – oznajmiła, chociaż dobrze wiedziała, że być może mówi zbyt prostolinijnie i kogoś tym przerazi. Nie obchodziło jej to. – Widziałam ogień i płomienie. I widziałam ciebie, jak wyskakujesz przed Carlisle'a, chociaż nie było takiej potrzeby, tym samym prowokując kogoś do ataku. Laylę najprawdopodobniej. Przez twoje pojawienie się puściłyby jej nerwy i zaatakowałaby, zanim zastanowiłaby się nad tym, co robi. Patrząc na to, co dopiero usłyszeliśmy, byłaby do tego zdolna – ucięła Isabeau, patrząc z wyższością na każdą z zastygłych twarzy z osobna. – A teraz, jeśli już nie macie dla mnie dodatkowych zarzutów, pozwólcie, że się oddalę. Wasza wredna symulantka musi odpocząć.
Jeszcze raz spojrzała na każdego z osobna, po czym odrzuciła włosy do tyłu i szybkim krokiem ruszyła w stronę schodów. Miała tego wszystkiego zdecydowanie dość – obojętnie jak się starała, zawsze i tak mieli do niej pretensje.
No cóż, może powinna była pozwolić Esme tam wyjść – i zginąć. Może wtedy zrozumieliby, że prawdziwym cudem było to, że udało jej się powstrzymać swoją wizję, chociaż do tej pory takie rzeczy nigdy się nie zdarzały.
I właśnie to, że tym razem się udało, niepokoiło ją w tej sytuacji najbardziej.
Esme
Sis, zaczekaj – zawołał natychmiast Gabriel, po czym zniknął na prowadzących na piętro schodach, kierując się tuż za siostrą.
Esme odprowadziła go wzrokiem, ale prawie nie widziała jego sylwetki. Tak po prawdzie to bardziej wpatrywała się w przestrzeń, niż w jakieś konkretne miejsce czy osobę. W tym momencie i tak nie mogła się na niczym skupić.
Nie była pewna, czy to możliwe, ale miała wrażenie, że wiruje jej w głowie. Wampiry doznawały zawrotów? Jeśli nie, stanowiła swoisty ewenement, bo miała wrażenie, że cały pokój wiruje. Myśli plątały jej się w głowie, właściwie sprowadzając się do kilku podstawowych wniosków.
Isabeau ją uratowała.
Mogła zginąć.
Carlisle jednak żyje...
Ostatecznie skupiła się na tej ostatniej myśli, co było o tyle łatwe, że wampir wciąż trzymał ją za rękę. Hm, chyba podobnie jak ona o tym zapomniał – ten gest nagle wydał się tak naturalny, jakby na co dzień sobie na to pozwalali. Poza tym nie mogła zmusić się do tego, żeby się osunąć... Poza tym ta bliskość była naprawdę przyjemna.
Z opóźnieniem zorientowała się, że Nessie spogląda na nich błyszczącymi oczami. Kiedy podchwyciła wzrok wnuczki, tamta szybko odwróciła głowę; Esme też chciała jakoś zareagować i się odsunąć, ale ostatecznie jej to nie wyszło.
– No, tak... – powiedziała w końcu Renesmee, wyraźnie speszona. – To była Isabeau – dodała, jakby to miało wszystko wyjaśnić. Isabeau to Isabeau – koniec dyskusji. – Idę położyć Ali – dodała pośpiesznie, po czym skierowała się w stronę schodów. – Tato, weźmiesz Damiena? – zapytała, chociaż mały nie spał i ruszył za niosącą jego siostrę matką, kiedy tylko ta ruszyła się z miejsca.
Edward uniósł brwi.
– Przecież on sam... – zaczął.
Nessie rzuciła mu poirytowane spojrzenie.
– Wynocha – przetłumaczyła szeptem tak cichym, że słowa można było wyczytać jedynie z ruchu warg dziewczyny. A może po prostu Esme coś się przywidziało.
Wszyscy w końcu wyszli i uświadomiła sobie, że celowo zostawili ją samą z Carlisle'm. To odkrycie jednocześnie ją zdezorientowało i sprawiło, że poczuła dziwną euforię – uczucie niemal dorównujące temu, co poczuła, kiedy okazało się, że nic mu nie jest, a potem chwycił ją za rękę...
Spojrzał na nią nieco zmęczonym wzrokiem, co chyba znaczyło, że nie zauważył znaczących spojrzeń pomiędzy Renesmee a Edwardem. Pomyślała, że to nawet lepiej – wystarczyło, że sama czuła się speszona sytuacją.
– Wszystko się komplikuje – zauważył i nagle jakby z opóźnieniem uświadomił sobie, że ją trzyma, bo spróbował cofnąć dłoń. Machinalnie ścisnęła ją mocniej, co zaowocowało jego zdziwionym spojrzeniem i tym, że ostatecznie jej nie puścił. – Isabeau niepotrzebnie cię wystraszyła – stwierdził i spojrzał na nią jakoś tak dziwnie. Miała wrażenie, że wiadomość o tym, co stałoby się, gdyby poszła go szukać, poruszyła go bardziej niż ją.
– Niepotrzebnie wychodziłeś – poprawiła.
Renesmee i Gabriel byli cali, co można było przewidzieć – radzili sobie z sytuacją znacznie lepiej niż pozostali. Oczywiście, sama też martwiła się o wnuczkę, ale ta przynajmniej nie wyszła sama. Być może powinni zacząć chodzić parami?
– Esme? – Drgnęła, kiedy wypowiedział jej imię. Zamyśliła się. – Słuchasz mnie? – zapytał i uśmiechnął się łagodnie, bo jej mina jasno zdradzała, że niekoniecznie. – Mówiłem, że nie chciałem, żebyś się aż tak niepokoiła – powtórzył.
W roztargnieniu pokiwała głową. Dobry Boże, dlatego musiał tak na nią patrzeć...? Albo inaczej: dlaczego ona czuła się tak nieswojo pod jego spojrzeniem? I dlaczego sama nie potrafiła oderwać od niego wzroku, chociaż powinna była. Gdyby wciąż była człowiekiem, Charles uderzyłby ją, gdyby spojrzała na kogoś w taki sposób...
Charles denerwował się za wszystko, od jej zachowania zaczynając, na własnych urojeniach kończąc. Nie potrafiła już nawet zliczyć tych wszystkich razy, kiedy musiała się przed nim chować, bo podnosił na nią rękę jedynie dlatego, że stała. A co na to mówiła jej matka? „Nie wychylaj się i bądź dobrą żoną”. Nie była „dobrą żoną”, skoro ostatecznie się tutaj znalazła.
Teraz nie była niczyją żoną, ale...
Kiedy znaleźli się tak blisko? Czuła się jak dziecko, niedoświadczone na dodatek. Patrzyli na siebie i było w tym coś hipnotyzującego, chociaż nie rozumiała, skąd bierze się to uczucie. Carlisle już nie trzymał jej za rękę – teraz dla odmiany delikatnie dotykał jej policzka, chociaż sam wydawał się nie wiedzieć, co właściwie robi.
Ale ona wiedziała, czego chce. Patrzył na nią i miała wrażenie, że chciałby ją pocałować, ale nie jest pewien tego, jak mogłaby zareagować. Być może sobie to wyobraziła, ale byłam niemal pewna, że on naprawdę ją pocałuje. Nawet jeśli sam się tego boi.
Tak, pomyślała, żałując trochę, że nie ma zdolności Licavolich albo Nessie i nie może przekazać mu swojej zgody. Ale nie musiała być telepatką, żeby się zorientować – miała wrażenie, że wszystko w niej wręcz krzyczało, że tego chce.
I w końcu się doczekała.
Kiedy jego wargi musnęły jej usta, składając na nich delikatny i niewinny pocałunek – dokładnie taki, jaki mogła się po nim spodziewać – w końcu poczuła, że znalazła się we właściwym miejscu, przy właściwej osobie.
Poddała się temu uczuciu i już po prostu wiedziała, że nie musi się o nic martwić, skoro miała go przy sobie.

1 komentarz:

  1. Esme i Carlisle są niesamowicie uroczy - uwielbiam rozdziały, kiedy tak gubią się w swoich uczuciach :) Widzę, że idzie Ci szybko, tempo dodawania rozdziałów jest zawrotne! Życzę weny!

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa