06.12.2013

Sto trzydzieści cztery

Layla
– Jesteś pewna, że to jest dobry pomysł?
Rufus zadawał jej to pytanie cyklicznie przez całą drogę. Zaczynał być coraz bliżej tego, żeby doprowadzić ją do szału, ale w momentach, kiedy zamierzała na niego warknąć, jego palce – niby to przypadkowo – zaciskały się mocniej wokół jej dłoni. Trzymał ją za rękę i to już było dużo, chociaż i tak nie mogła się z tym oswoić. Wszystko, co wydarzyło się w laboratorium od momentu jej pierwszego przebudzenia, teraz wydawało się pięknym, ale przy tym i prawdziwym snem.
Z tym, że była najwyższa pora, żeby wrócili do rzeczywistości.  Layla zdawała sobie sprawę z tego, że jej zniknięcie zostanie natychmiast zauważone, zwłaszcza po tym, jak potraktowała Gabriela. Być może wiedzieli, że jak zwykle w takich przypadkach, będzie chciała pobyć sama, ale obawiała się, że jej rodzeństwu to nie wystarczy. Wystarczyło zresztą pomyśleć o wrażliwej Esme, która traktowała ją jak własną córkę, żeby dojść do wniosku, że nawet jedna doba wystarczyła, żeby wszystkich porządnie nastraszyć. Dopiero teraz dotarło do niej, że w ten sposób mogła nieświadomie zepsuć noc Isabeau, zwracając całą uwagę na siebie i to ostatecznie przekonało ją do tego, że powinni przynajmniej pokazać się, żeby jej rodzina wiedziała, że wszystko jakoś się ułożyło.
Rufus nie był chętny, żeby gdziekolwiek wychodzić. W zasadzie miała wrażenie, że najchętniej zamknąłby się z nią w podziemiach i w ogóle przestał zwracać uwagę na świat zewnętrzny. Czyjakolwiek obecność była mu zbędna i jedynie Layla stanowiła wyjątek od reguły. Nawet jej to odpowiadało, chociaż nie sądziła, żeby potrafiła na dłuższą metę wytrzymać w samotności. Zdawała sobie zresztą sprawę z tego, że największy problem leży właśnie w perspektywie spotkania z Gabrielem. Ich ostatnie spotkanie – pomijając to, kiedy chłopak pojawił się, żeby pomóc Renesmee – nie skończyło się zbyt dobrze, zresztą relacje tej dwójki nigdy nie wyglądały najlepiej. Najkrócej mówiąc, Gabriel i Rufus co najwyżej się tolerowali, a i to przychodziło im z trudem. Layla nie była pewna, czy będzie w stanie to zmienić, ale pocieszała ją świadomość tego, że obu nieśmiertelnym zbyt mocno na jej szczęściu zależało, żeby być w stanie nawzajem się skrzywdzić. W ten sposób sprawiliby jej ból, a wiedziała, że tego żaden z nich nie chciał.
To jednak wciąż nie zmieniali faktu, że Rufus miał dość sceptyczne podejście do pojawienia się w domu Isabeau.
– Rufus, na litość bogini! – jęknęła i omal nie zaczęła krzyczeć z frustracji, kiedy ją przytulił. Och, czy naprawdę tak łatwo było ją udobruchać?! – Chcesz to mogę iść sama. Ale wtedy nie licz, że tak szybko wrócę – zagroziła; miała wrażenie, że w ten sposób jedynie go bawi.
– Pierwsza cześć propozycji jest zachęcająca – stwierdził i westchnął, kiedy wywróciła oczami. – Po prostu uważam, że równie dobrze mogłabyś skorzystać z telepatii i byłoby po problemie.
– Ach, więc uważasz, że przynajmniej mój brat natychmiast by się nie pofatygował do laboratorium? – zapytała prowokującym tonem. – Poza tym jestem głodna – dodała z niewinnym uśmiechem.
Przez twarz wampira przeszedł cień.
– Tu mnie masz. Nie lubię tłumów w laboratorium… Moim tajnym laboratorium – dodał z naciskiem, skutecznie ją rozbrajając. Roześmiała się, ale postanowiła mu nie mówić, że ciężko określić jakiekolwiek miejsce „tajnym”, skoro już kilka osób o nim wiedziało. – Nie śmieje się! No i jedzenie też mogłoby okazać się problematyczne, jeśli nie masz na myśl krwi.
– Mam przez to rozumieć, że właśnie przyznajesz mi się do tego, że nie potrafisz gotować? – zapytała, szczerząc się w uśmiechu. – To byłby chyba pierwszy raz, kiedy okazałoby się, że czymś się nie zajmujesz.
– Do niczego ci się nie przyznaję – żachnął się. – Powiedz mi, złociutka, czy widziałaś gdzieś tam na dole kuchnię? Gdyby tam była, chętnie bym ci coś ugotował, ale w obecnej sytuacji…
Skinęła głową, bo w istocie nie miała na myśli krwi. Ludzkie jedzenie wciąż jej smakowało, poza tym wygonienie Gabriela do kuchni zawsze było dobrym rozwiązaniem, jeśli chciało się go uspokoić. Liczyła zresztą na obecność i apetyty bliźniąt, bo ich ojciec raczej nie posunąłby się do rzucania nożami, gdyby dzieci były w pobliżu.
Znów się roześmiała, dobrze wiedzieć, że pod wpływem Rufusa jedynie wszystko wyolbrzymia – w końcu Gabriel poszedł z nią szukać Rufusa i wyraźnie przejął się tym, jak zareagowała na jego nieobecność – uśmiech jednak przygasł na jej twarzy, kiedy raz jeszcze pomyślała o nożach. Momentalnie przypomniała sobie srebro i ranę na brzuchu wampira, i chociaż wiedziała, że raczej nie ma się o co martwić, nie mogła tak po prostu wyrzucić tej kwestii z pamięci. Nie przyznała się do tego Rufusowi, ale kiedy spał, pokusiła się o sprawdzenie, jak wiele z tego, co jej mówił, było prawdą i omal nie dostała ataku paniki, kiedy obejrzała ranę. Teoretycznie wyglądała normalnie – o ile można było powiedzieć tak o jakiejkolwiek ranie po nożu – ale skóra wokół rozcięcie wyglądała tak, jakby została poparzona. Layla aż nazbyt dobrze znała się na poparzeniach, więc nie trudno było jej dojść do wniosku, że srebro faktycznie jest dla nich równie szkodliwe, co słońce.
Dom Isabeau i jej matki pojawił się w zasięgu ich wzroku. Rezydencja wyglądała niezwykle; w srebrzystym blasku księżyca  zwłaszcza ogród wydawał się bardziej dziki niż do tej pory. Srebrzyste światło odbijało się od okien, a kiedy Layla przyjrzała się dokładniej, dostrzegła, że światło pali się jedynie w salonie. Było dość późno, ale nie na tyle, żeby Gabriel czy Renesmee spali… O ile oczywiście nie zmienili planów i jednak zdecydowali się zanocować u reszt rodziny, dokładnie tak, jak planowali przed ceremonią.
Nie musiała zastanawia się nad stawianiem kolejnych kroków. Skradanie przychodziło jej zupełnie automatycznie i praktycznie nie miała na nie żadnego wpływu. Instynkt nakazywał jej iść ostrożnie, nawet jeśli nie miała po temu żadnego powodu, bo nic jej nie zagrażało. Z Rufusem było podobnie, chociaż w jego przypadku wcale nie zdziwiłaby się, kiedy jednak zdecydował się postawić na swoim i uciec. Jedynie ciepło bijące od jego ciała i ciche bicie serca dawały jej do zrozumienia, że wciąż jest u jej boku. Odpowiadało jej to, chociaż poczuła się trochę zdenerwowana, bo nie miała pojęcia, czego konkretnie mogła spodziewać się po swoim rodzeństwie. Wolała nagle nie przekonać się, że Isabeau ma do niej żal o ceremonię, ale z drugiej strony, przypomniała sobie, że Beau nie miała ochoty na znajdowanie się w środku zainteresowania, zwłaszcza po tym, jak spotkała się z Lilianne. Niektórzy wciąż traktowali te „nowe wampiry” niewłaściwie i chyba jedynie pozycja matki oraz Dimitra pozwoliła Isabeau przejść przez to łagodniej.
Layla prawie bezwiednie poprawiła koszulkę i włosy. Wciąż miała na sobie koszulę Rufusa, bo nie znalazła niczego innego – w końcu swoją bluzkę pożyczyła Renesmee – ale przynajmniej odnalazła swoje jeansy. Uznała, że efekt jest całkiem ciekawy, poza tym na pewno wyglądała lepiej niż w poszarpanej sukience, której równie dobrze mogłaby wcale na sobie nie mieć – efekt byłby podobny, a pewnie nawet nago mniej szokowałaby swoim wyglądem.
Poczuła, że Rufus zesztywniał, kiedy tylko przekroczyli bramę do ogrodu. Lekko pociągnął ją za rękę, dlatego zdecydowała się obejrzeć, żeby na niego spojrzeć.
– Co znowu? – niemalże warknęła i miała coś dodać, kiedy zauważyła jego niepokojąco poważny wyraz twarzy.
– Ktoś nas obserwuje – oznajmił ją z przekonaniem.
Layli na moment zrobiło się zimno, zwłaszcza kiedy dotarło do niej, że Rufus w istocie ma rację. Instynktownie rozejrzała się dookoła, dopiero po chwili coś pojmując. Czując, że Rufus patrzy na nią tak, jakby postradała zmysły, roześmiała się i odsunąwszy od wampira, zrobiła kilka pewnych kroków do przodu.
– Bardzo zabawne, Cammy – stwierdziła pogodnie. – Wyjdź już… Aldero też. Wiem, że gdzieś tam jesteście. Doprawdy, Isabeau powinna was lepiej pilnować, zwłaszcza nocą – dodała, kręcąc z niedowierzaniem głową.
– Przecież my nic takiego nie robimy, ciociu. – Niewinny głos Camerona rozległ się w ciemnościach, tak blisko, że mimowolnie się wzdrygnęła. Obaj chłopcy zmaterializowali się, nagle wyłaniając się z cienia i mroku, zupełnie jakby od samego początku stali w tamtym miejscu. – Wróciłaś. Baliśmy się, że nie wrócisz.
Uniosła brwi, zaskoczona jego słowami, ale nie miała okazji, żeby odpowiedzieć albo w ogóle się zastanowić, bo młodszy z synów Isabeau podbiegł do niej i skoczył jej w ramiona. Złapała go z wprawą, po czym przygarnęła do siebie, machinalnie układając ręce tak, żeby było mu jak najwygodniej. Aldero zawahał się, ale po chwili również do niej podszedł, nie aż tak uczuciowy i delikatny jak brat, ale również usatysfakcjonowany jej widokiem. Layla wyciągnęła rękę, a Al – wywracając oczami w sposób bardzo podobny do matki – ostatecznie podszedł do niej i pozwolił, żeby wzięła go za rękę.
– No dobrze, gdzie jest mama, co? – zapytała go, nie powstrzymując się od uśmiechu. – Chyba mamy do porozmawiania. Aha, Gabriel jest tutaj? – dodała, udając, że nie dostrzega lekko zdezorientowanego wzroku Rufusa.
– Wszyscy są w salonie – odezwał się natychmiast Aldero. – Ali i Damien jeszcze nie śpią… Z nimi też chcesz się zobaczyć? – zapytał i chociaż zabrzmiało to niewinnie, po jego głosie poznała, że ma do niej jakąś prośbę.
– Oczywiście. – Co innego mogła mu powiedzieć. – Hej, Al, co ty wymyśliłeś? – dodała z rezerwą, ale to nie Aldero postanowił udzielić jej odpowiedzi.
Cammy jak gdyby nigdy nic zarzucił jej obie ręce na szyję, bez trudu ściągając na siebie uwagę. Layla zmierzyła go wzrokiem, zatrzymując wzrok na jasnych, pogodnych oczach, jakże podobnych do jej własnych.
– Pokażesz nam sztuczki z ogniem? – zapytał z tak rozbrajającym uśmiechem, że po prostu nie dało mu się odmówić. – Mama i reszta zajmują się jakimiś listami albo rozmawiają. Nie mamy co robić – wyjaśnił i wydawał się tym faktycznie pokrzywdzony.
Layla jedynie skinęła głową, po czym spojrzała pytająco na Rufusa. Wzruszył ramionami, po czym jak gdyby nigdy nic wyprzedził ją i ruszył przodem, lekko tylko zażenowany tym, że mogły zaniepokoić go dzieci. Kiedy ruszyła za nim, z Aldero u boku i wciąż trzymając Camerona na rękach, zorientowała się, że wampir raz po raz rzuca jej zaciekawione spojrzenie, wydając się chłonąć widok jej z dzieckiem na ręku. Layla zarumieniła się, chociaż ciemności i przy wiecznej gorączce nie było tego widać; była za to losowi wdzięczna, bo nie przepadała za momentami, kiedy ktokolwiek był w stanie czytać z jej twarzy, zupełnie jakby ta była przysłowiową „otwartą księgą”.
Aldero puścił jej rękę, kiedy byli już blisko werandy. Wystrzelił do przodu i wyminąwszy Rufusa, jednym susem przeskoczył nad stopniami, po czym podskoczył, żeby dosięgnąć klamki. Nie zdążył nawet jej dotknąć, kiedy drzwi otworzyły się same z siebie, a w progu stanęła rozbawiona Allegra.
– Przecież mówiłam, że nie ma się o co martwić – odezwała się pół-wampirzyca, nie zwracając się do nikogo konkretnego. Nawet nie wydawała się zaskoczona tym, że widziała ich razem. – Ale twój brat oczywiście wie lepiej, Laylo.
– Wścieka się? – Westchnęła zrezygnowana, ale podeszła bliżej. – Szczerze powiedziawszy, chyba nawet mu się nie dziwię – stwierdziła, przekraczając próg.
Chciała dodać coś jeszcze, ale wtedy w korytarzu dostrzegła nonszalancko opartego o ścianę Gabriela, więc zamilkła – tym bardziej, że dostrzegła ulgę w ciemnych oczach brata. Co więcej, kiedy przyjrzała się uważniej, zorientowała się, że chłopak wcale nie wygląda na rozeźlonego, ale przede wszystkim…
– Nie wściekam, tylko martwię – poprawił ją spokojnie Gabriel, po czym podszedł bliżej. – Nienawidzę, kiedy mnie tak straszycie, sis. A tym bardziej nienawidzę myśleć, że wszystko jest moją winą.
– Nic nie jest twoją winą – zapewniła go natychmiast. Wyciągnęła rękę, żeby dotknąć jego policzka; ujął ją za dłoń, a Layla poczuła znajome ciepło, które zawsze towarzyszyło jej, kiedy przypominała sobie o więzi, która łączyła ją z bliźniakiem. – Ty po prostu masz masochistyczne skłonności do zamartwiania się – skomentowała, celowo przeciągając sylaby.
– Popieram! – dorzuciła z salonu Renesmee.
Gabriel roześmiał się, wywracając oczami, po czym bez ostrzeżenia przyciągnął siostrę do siebie. Layla zesztywniała w pierwszym momencie, ale posłusznie odwróciła się, stając do chłopaka plecami, kiedy delikatnie ją obrócił. Chciała zapytać, co się dzieje, ale Gabriel już zdążył odgarnąć jej włosy z pleców. Uniosła brwi, ty, bardziej, że coś chłodnego musnęło jej skórę. Cienki łańcuszek zawisł na jej szyi, utrzymując na sobie ciężar niewielkiego, wysadzanego cekinami serduszka, które wpasowało się idealnie w zgłębienie pomiędzy jej piersiami.
– Gabrielu… – Odwróciła się błyskawicznie, ledwo tylko uporał się z zapięciem. – Co ty robisz, braciszku? – zapytała zaskoczona.
Gabriel jedynie się uśmiechnął.
– Na przeprosiny – odparł jak gdyby nigdy nic. – Naprawdę nie rozumiem, dlaczego z Beau nigdy nie chciałyście nosić biżuterii po mamie…
Layla jedynie westchnęła i wpadła mu w ramiona. Przygarnął ją do siebie, zupełnie jak wtedy, kiedy jeszcze byli dziećmi i szukali pocieszenia w swoich objęciach. Rozluźniła się, tym bardziej, że Gabriel nawet słowem nie skomentował jej wcześniejszego zachowania ani obecności Rufusa, który niepostrzeżenie przemknął do salonu, decydując się dać im chwilę czasu. Layla zdawała sobie sprawę z tego, że musiał czuć się co najmniej nieswojo w obecności jej bliskich, ale przynajmniej nie uciekł, a to już mogła uznać za plus.
Kiedy wraz z Gabrielem weszli do salonu, Layla przekonała się, że Aldero i Cameron niczego nie przekręcili. Isabeau faktycznie siedziała w fotelu, otoczona dziesiątkami białych kopert i zamykała w nich starannie poskładane kartki papieru. Każdą z nich pokrywało ładne, dość charakterystyczne pismo, które mogło należeć wyłącznie do Dimitra, chociaż samego zainteresowanego nie było w pokoju. Byli za to Cullenowie oraz Renesmee, którzy natychmiast przenieśli wzrok na nią i na Gabriela, chociaż ich spojrzenia mimochodem kierowały się w stronę przyczajonego w cieniu Rufusa.
– Hm, planujesz otworzyć pocztę, kapłanko? – skomentował wampir, uśmiechając się nieco pobłażliwie, kiedy zbyt wiele spojrzeń powędrowało w jego stronę.
– Bardzo śmieszne, doktorku – nachmurzyła się Isabeau. – Nie, to coś zupełnie innego. Wiedzielibyście, gdybyście pojawili się w Niebiańskiej Rezydencji – stwierdziła, rzucając naukowcowi wymowne spojrzenie. – A przecież prosiłam, prawda? Doprawdy, wręcz nie mogę uwierzyć, że to dziewczyna musiała za tobą biegać! – dodała poirytowana, dając upust już od jakiegoś czasu tłumionej frustracji.
Layla poczuła, że się znów się rumieni, ale nie dała niczego po sobie poznać. Nawet jeśli ktoś zorientował się ze zmiany, która zaszła w ich relacjach, jak na razie nie musiała niczego precyzować na głos i wolała, żeby tak pozostało.
– To nie jego wina, Isabeau – zaoponowała, machinalnie stając w jego obronie. – Zresztą po to tutaj jesteśmy. Zaraz ci wszystko opowiem, ale najpierw powiedz, co to za listy – zaproponowała.
Isabeau mruknęła coś w odpowiedzi, ale po tonie siostry musiała wywnioskować, że stało się coś istotnego, bo skinęła głową. Szybko nakreśliła kilka słów na wierzchu listu, którym się zajmowała, po czym rzuciła gotowy na dość sporą kupkę, która piętrzyła się na stoliku. Layla instynktownie nachyliła się, żeby móc odczytać słowa, ale imię i nazwisko jakiegoś mężczyzny niewiele jej powiedziało. Wiedziała jedynie, że chyba był francuzem, ale nie mogła mieć pewności, tym bardziej, że pełne zawijasów pismo Isabeau było dość trudne do rozszyfrowania.
Rufus wciąż stał w cieniu, unikając zwracana na siebie uwagi. Layla zdecydowała się podejść bliżej, wchodząc w krąg światła rzucanego przez nocną lampkę, która stała na stoliku przed fotelem Isabeau. Mebel był dość szeroki, dlatego przysiadła na skraju, bez trudu wsuwając się w szczelinę między siostrą a podłokietnikiem. Beau wywróciła oczami i udała, że zamierza ją zrzucić, ale Layla odsunęła się nieznacznie, nie zamierzając jej na to pozwolić.
– Więc? – zapytała naglącym tonem. – Co takiego nas ominęło, kiedy byliśmy… nieosiągalni? – dodała po chwili wahania.
Rufus parsknął, porażony sposobem w jaki lakonicznie opisała wszystko, co wydarzyło się w ostatnim czasie. Powstrzymała dziecinny odruch, żeby pokazać mu język, po czym skoncentrowała się na Isabeau.
– No wiesz, Dimitr oczywiście znowu zaczął przemawiać… A tak swoją drogą, to była całkiem udana impreza, wiesz? Muzyka, tańce i w ogóle…
– Layla chyba niekoniecznie ma na myśli to, jak randkowałaś z królem – wtrącił Gabriel, siadając u boku Renesmee i biorąc ją w ramiona. Nie zważając na obecność innych, posadził sobie żonę na kolanach, a Layla mimowolnie pomyślała o tym, że instynktownie robił wszystko, żeby osłonić ją przed Rufusem. Nie skomentowała tego, bo i tak wątpiła, żeby była w stanie jakkolwiek na relacje tej dwójki wpłynąć.
– Staram się opowiadać wszystko po kolei – przypomniała Isabeau, ale z westchnieniem przeszła do rzeczy. – No dobrze, więc w pewnym momencie Dimitra znowu wzięło na to, żeby zacząć przemawiać, chociaż tym razem przynajmniej mi się nie oświadczył. – Zaśmiała się nerwowo. – Powiedział coś o tym, że powrót Allegry i to, że w końcu stałam się prawdziwą kapłanką, jest niczym nowy porządek dla Miasta Nocy. Wiecie, wiele się w tym miejscu zmieniło przez ostatnie lata. Kiedyś to miejsce wręcz tętniło życiem, a teraz… Bardzo wielu odeszło, mniej więcej w okresie, kiedy największe rody nieśmiertelnych zaczęły się rozpadać. Wiele z nich przeminęło, tak jak w przypadków Glassów czy… Devile’ów – zawahała się jedynie na moment, ale poza tym głos nawet jej nie zadrżał, kiedy wspomniała o rodzinie Drake’a – kiedy pozostało zaledwie kilku potomków. To dotyczyło również Licavolich, zwłaszcza po tym, jak umarł mój brat… Ale to w tym momencie najmniej istotne. Najważniejsze jest to, że skoro zaczęliśmy od nowa po pożarze, Dimitr chciałby wprowadzić dawną politykę. Chcemy, żeby Lilly i Michael poszukali tych, którzy wciąż błąkają się po świecie i zawiadomili ich o nowym początku. Już teraz wielu wróciło, bo wieść o powrocie mamy szybko się rozeszła, ale to wciąż nie wszyscy. Dimitr uważa, że wielu jego wpływowych znajomych mogłoby nam pomóc doprowadzić do tego, żeby Miasto Nocy wróciło do dawnej świetności.
– Miasto Nocy, Miasto Selene... O tak, kiedyś byliśmy potęgą… – wtrącił się Rufus, rzucając Isabeau intensywne spojrzenie. – Zwłaszcza Akademia była miejscem, które cieszyło się dużą popularnością. Teraz nie ma tutaj aż tak wielu dzieci, a te, które żyją poza naszym światem, są rzucone same sobie. O tym też pomyśleliście, prawda?
Isabeau spojrzała na niego z wyższością.
– Oczywiście, że tak. – Odrzuciła na plecy ciemne włosy. – Tak Rufusie, ciebie jak najbardziej też Dimitr wziął pod uwagę. Będzie tak jak kiedyś, a przynajmniej mam nadzieję, że to nam się uda. Oczywiście pod warunkiem, że zgodzisz się dla nas zrobić kilka rzeczy – dodała z wymownym uśmiechem, który jednak wampir musiał doskonale zrozumieć.
– Mam taki zamiar.
Layla westchnęła, ale nie skomentowała tego ani słowem. Wiedziała, że Rufus praktycznie cały czas nad czymś pracował, ale nie miała pojęcia, czego mógł oczekiwać od niego Dimitr. A tym bardziej nie była pewna, czy w tej akurat kwestii mogli mu zaufać. Tak czy inaczej, wolała go przypilnować, żeby nie ryzykować, że coś pójdzie nie tak. Teraz i ona była częścią jego życia, dlatego musiał pogodzić się z tym, że po ich wcześniejszych wspólnych działaniach, raczej tak łatwo nie wyprosi jej z laboratorium.
– No dobrze, ale co z wami? – odezwał się po raz pierwszy Edward, przypominając o swojej obecności. Siedział na kanapie, trzymając na kolanach przysypiającą Alessię, która uparcie walczyła z zamknięciem oczu. Damien siedział pomiędzy Carlisle’m a Esme, wyraźnie zaintrygowany jedną z grubych książek, którą do tej pory przeglądał doktor. – Nie chcę nic mówić, ale jego wspomnienia są dość niepokojące – wymownie zerknął na Rufusa – dlatego…
Dziewczyna pokiwała głową, po czym niechętnie sama zaczęła opowiadać. Teraz mogła liczyć tylko na jedno – że nie popłacze się, kiedy kolejny raz będzie musiała zmierzyć się ze wspomnieniem śmierci Dylana.
Nie udało się.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa