07.08.2016

Dwieście sześćdziesiąt sześć

Isabeau
To wydawało się znajome.
Szaleńcza ucieczka w ciemności, dźwięk uderzających o posadzkę obcasów… I panika – zwłaszcza to, stanowiące nieodzowny element otaczającej ją rzeczywistości. Biegła przed siebie, raz po raz potykając się o własne nogi i będąc do tego stopnia zdenerwowaną, że nawet złapanie oddechu czy zebranie myśli wydawało się czymś niemożliwym; to było gdzieś poza jej kontrolą, odległe i pozbawione większego znaczenia, przynajmniej w zestawieniu z tym, co chciała albo raczej musiała zrobić.
Czas nie był jej sprzymierzeńcem i z tego również zdawała sobie sprawę. Podążała przed siebie, pędząc obcym korytarzem, ale w nerwach nie będąc w stanie zwrócić większej uwagi na szczegóły. Mimo wszystko miała wrażenie, że znajduje się w jakimś ważnym, bogato urządzonym miejscu – o tym wydawały się świadczyć ozdobne obrazy, które od czasu do czasu dostrzegała na ścianach. Gdzieś po drodze mignęło jej lustro, a w nim odbicie złocistych loków, chociaż to ostatnie mogło być równie dobrze tylko i wyłącznie jej wrażeniem. Czuła się w taki sposób, że już niczego nie była pewna, zbyt oszołomiona i skoncentrowana na nieznanym sobie celu, by zawracać sobie głowę czymkolwiek innym.
Proszę… Muszę go ocalić. Po prostu muszę go ocalić…
Niespójne myśli rozpraszały ją, sprawiając, że z wrażenia aż zaczynało jej wirować w głowie. Czuła, że nie jest sobą, chociaż zarazem nie miała pewności, skąd brało się to przekonanie – to, że niewiele brakowało, żeby popełniła błąd, zapominając o czymś naprawdę ważnym. Nienawidziła tych ze swoich wizji, kiedy spoglądała na świat oczami kogoś obcego, zwłaszcza kiedy tej osobie mogła stać się krzywda. Wolała obserwować, będąc niczym materialne wcielenie siebie samej – zawieszona gdzieś w boku, odcięta od tego wszystkiego i skupiona tylko i wyłącznie na tym, co działo się na jej oczach. Wtedy nic ją nie rozpraszało, a już na pewno nie sprawiało, że miała jakiekolwiek wątpliwości co do tego, co działo się wokół niej.
Ta wizja nie była ani prosta, ani przyjemna. Sama Isabeau poczuła się niemalże osaczona, doświadczając całej mieszanki skrajnych emocji, jakże odmiennych od tego, co w ostatnim czasie przywykła czuć. Zdążyła zapomnieć o tym, co to oznacza być podatną na uczucia, martwić się i odczuwać niemalże fizyczny ból z powodu tego, co w każdej chwili mogło się wydarzyć – tym bardziej, że serce osoby, którą było, wydawało się w pełni oddane komuś, kogo tożsamości Beau mogła co najwyżej się domyślać. Z drugiej strony te włosy dawały jej do myślenia, ale mimo wszystko…
Najistotniejsze było to, że wcale nie znajdowała się w tym korytarzu sama.
To odkrycie ją zaskoczyło, na dłuższą chwilę wytrącając kapłankę z równowagi. Niemniejszym zaskoczeniem było dla dziewczyny, że nagle usłyszała tuż za plecami dziwny, przypominający trzepot dźwięk. Z jakiegoś powodu serce Isabeau – czy też raczej tej, której oczami spoglądała na świat – zabiło szybciej, zdradzając narastające z każdą kolejną sekundą podenerwowanie.
Nad życie…, rozbrzmiało w myślach wampirzycy, chociaż te dwa słowa zdecydowanie nie należały do niej. Miłość, która ją wypełniała, również taka nie była, bo kapłanka zabiła ją w chwili, w której została świadkiem tamtej sceny w bibliotece, tym samym decydując się przekreślić wszystko i wszystkich wokół. Ona już nie rozumiała, co to znaczy chcieć oddać za kochaną osobę wszystko, co miała – bo w jej przypadku taki gest nigdy nie został należycie doceniony.
Z tym, że to widzenie nie dotyczyło jej.
– Mira, och Mira… Błagam, powiedz mi, że nic się nie stanie!
Dlaczego tak nagle doświadczyła czegoś, co miało jakikolwiek związek z Eleną?! Nie miała pewności z jakiego powodu poczuła się aż do tego stopnia oszołomiona samą myślą Cullenównie, ale chyba prędzej spodziewałaby się patrzeć na świat oczami kogoś w Mieście Nocy, aniżeli zapatrzonej w siebie dziewczyny, której całym światem wydawały się być zakupy i ładne paznokcie. Te emocje – tak silne, tak niemożliwie szczere… – w najmniejszym nawet stopniu nie pasowały do Eleny, a przynajmniej nie tej, którą Isabeau zdążyła przez ostatnie lata poznać. Córka Carlisle’a i Esme w niczym nie przypominała swoich rodziców, z czego zresztą wielokrotnie zdarzało jej się żartować, kiedy w przypływie frustracji rzucała dość złośliwe komentarze na temat tego, że pół-wampirzyca musiała zostać kiedyś przez kogoś podmieniona.
Nie zmieniało to jednak faktu, że teraz widziała właśnie ją – a to nigdy nie wróżyło dobrze. Wciąż nie miała pewności, co i dlaczego widziała, ale zarówno sceny, jak i gwałtowność emocji czy szybkość z jaką zmieniał się obraz, wydały się Beau znajome, ale przy tym tak odległe, że w żaden sposób nie potrafiła sobie przypomnieć, czy i dlaczego doświadczyła czegoś podobnego. Istniało mnóstwo wizji, których nie pamiętała, zwłaszcza w ostatnim stuleciu, więc to mogła być jedna z nich. Teraz przynajmniej rozumiała, kogo obserwuje, ale wcale nie poczuła się dzięki temu pewniej, niemniej zdezorientowana, co i chwilę wcześniej.
Poza tym… Mira? Co, do jasnej cholery, ta roztrzepana dziewczyna mogłaby mieć do…?
– Biegnij.
Głos, który wypowiedział to jedno słowo, a który również wydał się Isabeau znajomy, jednoznacznie zakończył scenę w korytarzu. Dookoła zapanowała ciemność, ale ta wcale nie przyniosła Beau ukojenia, a tym bardziej nie pozwoliła wrócić do siebie.
Nie, bo wraz z tym jednym słowem coś się zmieniło i zapanował prawdziwy chaos.
Wciąż nic nie widziało, ale nie miało to najmniejszego nawet znaczenia. Zamiast wzroku pozostały jej inne zmysły, łącznie z możliwością czucia – i nagle to właśnie ta umiejętność wysunęła się na pierwszy plan, przysłaniając wszystkie inne. Wszelakie myśli uleciały z głowy Isabeau w chwili, w której poczuła przeszywający wręcz ból; przypominający galę gorąca spazm cierpienia, który wypełnił całe jej ciało, sprawiając, że miała wrażenie, iż coś za moment rozerwie ją od środka. Wrażenie było takie, jakby ktoś wetknął jej pomiędzy trzewia rozpalony do białości pręt, co samo w sobie wydawało się przerażające. Bolało i to do tego stopnia, że nawet nie była w stanie krzyczeć, chociaż jakaś jej cząstka wydawała się wić z rozpaczy, jednak nie z powodu doświadczanego cierpienia.
Elena najbardziej martwiła się tym, że zawiodła.
Wciąż oszołomiona, ledwo była w stanie nadążyć za tym, co działo się wokół niej. Zanim zapadła się w ciemność, usłyszała jeszcze rozdzierający, pełen bólu kobiecy szloch i… coś jeszcze. Coś jak pełne gniewu i odczuwanego cierpienia gniewne warknięcie, które przeraziło ją bardziej niż cokolwiek innego.
Oraz imię… To jedno, jedyne imię, które…
Elena!
Nawet nie zorientowała się, kiedy sama również zaczęła krzyczeć.

Przebudzenie przyszło gwałtownie, tak nieprzyjemne i oszałamiające, że początkowo sama nie miała pewności, co takiego właśnie miało miejsca. Uświadomiła sobie, że krzyczy i natychmiast spróbowała nad sobą zapanować, bardziej przejęta kilkoma innymi kwestiami, jak chociażby to, że ktoś ją trzyma, wypowiada jej imię i że po raz kolejny ledwo była w stanie coś zobaczyć. Piekły ją oczy, poza tym czuła słodki zapach własnej krwi – słodkie, rubinowe łzy, które po raz wtóry musiały spływać po bladych policzkach, barwiąc delikatną skórę na czerwono. Miała ochotę otrzeć twarz, ale nie zdobyła się na to, tym bardziej, że jej ciało trwało w ciągłym napięciu, jakby bojąc się kolejnej dawki bólu, chociaż ten nigdy nie był prawdziwy – stanowił zaledwie echo tego, co w widzeniu doświadczyła Elena.
Isabeau jęknęła, sfrustrowana odczuwany przez cały ten czas przerażeniem. W każdej innej sytuacji byłaby faktycznie wystraszona, jednak tym razem emocje wydały jej się przytłumione i niemniej obce, co i troska o kogokolwiek, a zwłaszcza najmłodszą Cullenównę. Nie czuła powodu, by rzucić wszystko i popędzić z ostrzeżeniem, nie wspominając o tym, że sama nie miała pewności, jak powinna interpretować wszystko to, co miało miejsce na jej oczach. Echo bólu wciąż było żywe w jej głowie, zresztą jak i jej własny krzyk, zawodzenie Esme (Kto mógłby do tego stopnia cierpieć, jeśli nie matka po stracie córki?) oraz ten wrzask…
Do kogo miałby należeć ten zwierzęcy okrzyk, który słyszała, a który z jakiegoś powodu do tego stopnia ranił Elenę?
Nic już nie rozumiała, ale to nie było istotne. Pod wpływem impulsu otworzyła oczy, obojętna na to, że ledwo jest w stanie coś zobaczyć i że najpewniej wciąż krwawi. Spróbowała usiąść, wcześniej stanowczo odpychając trzymające ją dłonie, ale to okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli mogłaby sobie tego życzyć. Z jej gardła wyrwał się ostrzegawczy charkot, ale i to nie zaskutkowało, a Beau była gotowa przysiąc, że gdzieś jakby z oddali doszło jej pełne frustracji westchnienie.
– Może się od niej po prostu odsuńcie – rzucił cierpkim tonem Rufus i to przypomniało jej, że był blisko, kiedy nadeszła wizja. Zabawne, że jednak się przejął, zamiast uznać, że symulowała, by w końcu wymusić na kimś otwarcie drzwi.
Do kogokolwiek mówił, ta osoba najwyraźniej nie zamierzała jej posłuchać. Wręcz przeciwnie – Isabeau usłyszała znajomy głos tuż przy uchu, kiedy obejmujący ją Cammy jednak zdecydował się odezwać:
– Mamo, proszę. – Chłopak zawahał się na moment. To, że właśnie on mógłby siedzieć przy nim po tym, jak doświadczyła wizji, nie stanowiło niczego nowego, zwłaszcza po tym, jak wraz z synami oraz rodzicami przez blisko wiek panowania Isobel przemieszczała się z miejsca na miejsce. – Słyszysz mnie?
– Nie ogłuchłam – odparowała chłodno. Chociaż to wydało jej się nienaturalne, poczuła się źle z tym, że mogłaby odnosić się do niego w taki sposób. – Powiedz swojemu kochanemu wujkowi, żeby stąd wyszedł, zanim zorientuję się, gdzie stoi – dodała przesadnie słodkim tonem, nie mogąc się powstrzymać.
Chociaż to była groźba, zwłaszcza w jej stanie, naukowiec jedynie prychnął, najwyraźniej wciąż upierając się na to, żeby traktować ją nieszkodliwego bachora, któremu zdarzało się co najwyżej trochę za głośno pokrzyczeć. Świetnie, właśnie o tym marzyła – by ten maniak zachowywał się względem niej w taki sposób, jakby mało było tego, że już i tak zdążyła się upokorzyć, pozwalając, by ktokolwiek zamknął ją w piwnicy.
Z rodziną to tylko na zdjęciach, aha…
Jakby w ogóle obchodziło ją to, czy jeszcze ma rodzinę.
– Jak na moje oko, wszystko wróciło do normy – odezwał się ponownie Rufus, najwyraźniej za punkt honoru biorąc sobie to, żeby doprowadzić ją do szału. Miała ochotę mu przyłożyć, prędzej czy później, byleby tylko zemścić się za te wszystkie złośliwe docinki, zamknięcie i… Cóż, samo to, że w ogóle był. – Płaczesz krwią, ale to pewnie wiesz. Sama powiesz, co takiego widziałaś, czy prócz zamknięcia zmusisz nas do tego, żebyśmy musieli rozmawiać z tobą w… hm, inny sposób? – zapytał, wyjątkowo ostrożnie jak na niego dobierając słowa.
Znów pomyślała o wizji i o tym, jakie ta wzbudzała w niej emocję. Na ułamek sekundy wszystko wróciło – wspomnienie pędzącej przez tajemniczy korytarz Eleny, jej przerażenie i błagania, które dziewczyna kierowała do Miry. Drgnęła, ledwo powstrzymując się przed zapleceniem rąk na brzuchu, żeby upewnić się, że nic nagle nie spróbuje przebić jej na wylot i nie sprawi bólu porównywalnego do tego, którego doświadczyła w związku ze swoim przeklętym darem. Tym razem przynajmniej pamiętała, ale trudno jej było się z tego cieszyć, skoro wcale nie miała ochoty na współpracę z kimkolwiek… A już zwłaszcza nie z osobami, które okazały się zdolne do tego, żeby ją więzić.
Ale Esme… Esme nic nie zrobiła, a jeśli coś stanie się Elenie, to ją zniszczy, pomyślała mimochodem i prawie natychmiast się skrzywiła. Jakie właściwie to miało znaczenie, co czuła tamta wampirzyca? Isabeau odcięła się od wszystkiego i za wszelką cenę zamierzała się tego trzymać. Jeśli z kolei chodziło o żonę doktora, w razie czego mogła doradzić jej to, co sobie samej – rzucenie się w jakże łaskawą ciemność, w stan pozbawiony jakichkolwiek emocji, a już zwłaszcza bólu, smutku i jakichkolwiek trosk.
Problem w tym, że skoro to działało w ten sposób, nie powinna była zwracać najmniejszej uwagi na bliskość Camerona. Mogła z łatwością wykorzystać okazję, by rzucić się chłopakowi do gardła, poważnie go zranić albo zabić, a potem liczyć na to, że taka reakcja choć trochę rozproszy Rufusa, dając jej szansę na ucieczkę. Co prawda naukowiec był ograniczony, kiedy w grę wchodziły uczucia, ale chyba nawet on nie spoglądałby aż tak obojętnie na to, jak ktoś atakuje chłopaka, który traktował go jak wujka. Cammy był słodki, czasem wręcz rozkosznie niewinny, a Beau doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że do głowy by mu nie przyszło, że jego własna matka…
Z tym, że nie potrafiła tego zrobić. Najzwyczajniej w świecie nie była w stanie, tak jak i nie zaatakowała żadnego z synów, kiedy ci pojawili się w tamtej uliczce. Zawahała się, nie potrafiąc zmusić się do tego, żeby zrobić to, co podpowiadał jej instynkt drapieżcy – chwycić chłopaka za gardło, przyciągnąć do siebie i albo skręcić kark, albo wykorzystać okazję do tego, żeby się posilić.
Doszły ją ciche, ledwo słyszalne kroki, to jednak wystarczyło, żeby jeszcze bardziej się spięła. Rufus, jeśli to ty…, pomyślała gniewnie, jeszcze mocniej zaciskając dłonie w pięści. Gdyby znalazł się za blisko, wtedy jak nic wszystko by popsuł, a na to zdecydowanie nie mogła mu pozwolić. Chciała rzucić się do ucieczki, a przy tym wampirze to mogłoby okazać się nieco zbyt problematyczne i doskonale zdawała sobie z tego sprawę; musiałaby być całkowitą ignorantką, by szwagra nie doceniać, niezależnie od tego, jak bardzo irytujący by się przy tym nie wydawał. Ten wampir potrafił walczyć, a ona wciąż ledwo widziała na oczy, co dodatkowo pogarszało sytuację.
– Mamo? – usłyszała i wszelakie wątpliwością zniknęły, kiedy rozpoznała głos Aldero. Rozluźniła się, przynajmniej do momentu, w którym coś zimnego nie musnęło jej twarzy. – Mam ręcznik namoczony wodą… Teraz raczej bym nie znalazł tych roślin, których zawsze używa Allegra.
– I tak zbytnio się przejmujecie – stwierdziła cierpko, ale nie mogła zaprzeczyć, że to było… na swój sposób przyjemne. I znajome.
Zapadła cisza, ale nie próbowała jej przerywać, podświadomie czekając na to, aż pieczenie tęczówek ustanie. Udało jej się unieść ręce, dzięki czemu zdołała samodzielnie przytrzymać wilgotny ręcznik, jednak nawet to nie sprawiło, że Al się odsunął. Byli obaj – i on, i Cameron, nie po raz pierwszy zresztą, ale i tak poczuła się z tym dziwnie. To nie powinno mieć miejsca, przynajmniej teraz, po tych wszystkich decyzjach, które podjęła. Co takiego musiała zrobić, żeby do jej synów i wszystkich innych w końcu dotarło to, że ona…?
– Więc? – odezwał się Rufus, wyrywając ją z zamyślenia. – Co widziałaś, Isabeau?
Dlaczego musiał być do tego stopnia upierdliwy i…?
Ach, no tak. Bo to Rufus.
W jakiś pokrętny sposób ta jedna myśl wyrażała o wiele więcej, aniżeli mogłaby się spodziewać.
– A mógłbyś dać sobie spokój? – obruszył się Aldero. – Jak będzie czuła się lepiej, to nam powie – niemalże warknął.
Zawsze był butny, poza tym nigdy nie obawiał się Rufusa, ale jego reakcja i tak ją zaskoczyła. Bronił ją, niemniej zatroskany, co i Cammy, a to samo w sobie nie było dla tego z jej synów normalne. Al nie bez powodu przypominał jej Drake’a – ten sam upór, poczucie humoru, ta charyzma, która ujęła ją w przypadku ojca chłopców… To mogłoby być nawet bolesne i cudowne zarazem, gdyby nadal potrafiła cokolwiek poczuć.
A może potrafiła…?
– Jak sobie chcesz – odezwał się zaskakująco spokojnym tonem Rufus. – Mała Cullenówna naprawdę średnio mnie interesuje.
Wyczuła, że Aldero zesztywniał, tym bardziej, że wciąż siedział na tyle blisko, by była w stanie poczuć bijące od jego ciała ciepło. Oddech nieznacznie mu przyśpieszył, chociaż ostatecznie chłopak zapanował na sobą tyle, by zdobyć się na względnie spokojny, zrównoważony ton głosu:
– Elena?
Coś w sposobie, w jaki wypowiedział imię dziewczyny, ostateczne sprawiło, że Isabeau westchnęła.
– Chyba krzyczałam jej imię – przyznała, pocierając twarz dłońmi. Chłód ręcznika przynosił ukojenie, a może to po prostu jej ciało jak zwykle błyskawicznie się regenerowało. – Pamiętam wszystko, ale to i tak niczego nie wyjaśnia. Chyba… byłam nią – przyznała i zawahała się na moment. – Eleną… I umierałam – dodała z powagą, chociaż sama nie miała pewności, dlaczego ostatecznie zdecydowała się im to powiedzieć.
Cóż, prawdę mówiąc, było jej już wszystko jedno, a już na pewno nie chodziło o to, że Rufus stanowił jedną z na tyle szalonych, impulsywnych osób, by być może pokusić się o próbę torturowania jej. Swoją drogą, Isabeau była gotowa przysiąc, że ten wampir dokonałby tego z nieopisaną wręcz przyjemnością, co zresztą wcale jej nie dziwiło – w końcu od zawsze zdawała sobie sprawę z tego, że nigdy w szczególnością za nią nie przepadał.
– Co takiego? – Głos Aldero zabrzmiał dziwnie, wyższy niż dotychczas i w zabawny sposób piskliwy. – Elena jest…
– Nie wiem – przerwała mu obojętnym tonem. – To było zawiłe, a ja… pamiętam ból.
– Ból? – Poczuła na sobie bliżej nieokreślone spojrzenie któregoś ze swoich synów. Al wciąż wydawał się wytrącony z równowagi, co zresztą wcale jej nie zaskoczyło; jego relacje z Cullenówną od zawsze były dość zażyłe, a przynajmniej tyle zaobserwowała, zanim cała rodzinka wegetarian zdecydowała wynieść się z Miasta Nocy. – Co tak naprawdę…?
– Pomóż mi wstać, Aldero – weszła mu w słowo.
Nie zaprotestował, co przyjęła z ulgą. Poczuła się pewniej, kiedy otoczył ją ramieniem, pomagając uchwycić równowagę i stanąć na nogach. Ręcznik zsunął się z jej twarzy, więc pośpiesznie zamrugała, chociaż wcale nie była pewna, czy oby na pewno chce sprawdzać, w jakim stanie są jej oczy. Piekły, a obraz wciąż się zamazywał, ale powoli zaczynała do tego przywykać. Koleje sceny powoli zaczynały się wyostrzać, dzięki czemu była w stanie dostrzec zarówno Camerona, jak i blokującego drzwi Rufusa.
– I co planujecie? – zapytał z powątpiewaniem naukowiec, wciąż podejrzliwie ją obserwując. Natychmiast odrzuciła od siebie pomysł, żeby spróbować rzucić mu się do gardła, odepchnąć na bok albo jednak próbować uciekać; to i tak nic by nie dało, przynajmniej na tę chwilę.
– Zabrać mamę na górę i poczekać na resztę? – odpowiedział Cammy takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Mogła się tego po nim spodziewać, zresztą jaki i łagodności w ocenie jej zachowania. Jeśli był ktoś, kogo dość łatwo mogłaby zmanipulować i owinąć sobie wokół palca, to zdecydowanie ten z jej synów. – Miała wizję i jest zmęczona.
– A czy ja zabraniam jej odpoczywać? – obruszył się Rufus. – Nie rób ze mnie potwora większego niż w rzeczywistości jestem, dobrze Cameron?
Cammy nie odpowiedział, a może po prostu zbytnio się rozproszyła, by zwrócić uwagę na jego słowa. Wciąż była świadoma bliskości obejmującego ją Aldero, chociaż podświadomie czuła, że byłaby w stanie ustać na nogach samodzielnie. To była dobra wiadomość, bo nigdy nie przepadała ze bezruchem, który czasami gwarantowały jej wyjątkowo trudne widzenia. Psychiczni była wyczerpana, ale nie na tyle, żeby zapomnieć o tym, że próbowali trzymać ją w zamknięciu. Wykończona czy nie, miała niepowtarzalną wręcz okazję do tego, żeby spróbować się wyzwolić.
Wciąż o tym myślała, kiedy jej uszu dobiegł dziwny dźwięk – coś, co po chwili rozpoznała jako silnik parkującego przed domem auta. Usłyszała westchnienie, a potem Rufus w końcu popełnił błąd, krótko oglądając się przez ramię na schody.
W tamtej chwili ostatecznie podjęła decyzję.
W pośpiechu wyrwała się Aldero i błyskawicznie przemknąwszy koło blokującego drzwi wampira, popędziła na górę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa