09.08.2016

Dwieście sześćdziesiąt osiem

Renesmee
Atmosfera w aucie zaczynała być nie do zniesienia, ale byłam na to przygotowana. Raz po raz odwracałam się w stronę Allegry, nie mogąc powstrzymać się przed tym, by ponownie spojrzeć na jej brzuch. Za każdym razem czułam przyjemne ciepło, które rozchodziło się po całym moim ciele, skutecznie poprawiając humor i sprawiając, że czułam się chociaż odrobinę lepiej. Euforia wydawała mi się czymś w zupełności zrozumiałym, nawet w takich warunkach, tym bardziej, że sama dobrze wiedziałam, jak niezwykłym doświadczeniem była możliwość noszenia pod sercem dziecka. Z mojej perspektywy tylko to jedno miało jakiekolwiek znaczenie, a kwestia ojcostwa Marco, obaw Gabriela i wszystko inne momentalnie schodziły na dalszy plan.
Nie rozmawialiśmy, co z dwojga złego wydało mi się lepsze od ciągnięcia tematu Isabeau. Co prawda miałam wrażenie, że kwestia uświadomienia Allegrze tego, że jej córka ma się nie najlepiej, jest dość istotna, ale skoro ani Gabriel, ani Layla się do tego nie garnęli, sama również zdecydowałam się na milczenie. Musiałam zastanowić się nad tym, co i jak powinniśmy zrobić, tym bardziej, że kwestia obecności ciotki i ojca mojego męża z nami pod jednym dachem, mogła okazać się dość… problematyczna. Nie miałam pojęcia, czego powinnam się spodziewać, a to, że kobieta była w ciąży, wcale mi tego nie ułatwiało.
– Dlaczego właściwie wyjechaliście z Miasta Nocy? – zapytałam pod wpływem impulsu, po czym mimowolnie skrzywiłam się, kiedy cała uwaga jak na zawołanie skupiła się na mnie.
– Bo Allegra spodziewa się dziecka – wyjaśnił uprzejmym tonem Marco – a wszyscy zaufani lekarze nam gdzieś wybyli. Poza tym tam ostatnio jest za dużo stresu.
To miało sens, przynajmniej do momentu, w którym nie zdecydowali się przyjechać do Seattle. Wątpiłam, żeby Gabriel albo kwestia Isabeau były bardziej korzystne dla dziecka od wariactw Dimitra, ale zdecydowałam się tego nie komentować.
– Więc pojechaliście zobaczyć się z Theo – dopowiedziałam, bo to akurat stanowiło dla mnie dość oczywistą kwestię. – Rosalee miała z wami jakiś problem czy jak?
– Ależ skąd – obruszyła się Allegra. – Jakby mogła, toby cały czas wokół mnie skakała. Teoretycznie to żaden problem, tylko… Pomyślałam po prostu, że będzie dobrze was uświadomić – wyjaśniła ze spokojem, przeczesując palcami jasne włosy. – A to nie była rozmowa na telefon, chociaż Layla akurat zbytnio się niecierpliwiła, żeby poczekać. Uznałam po prostu, że lepiej zobaczyć z wami teraz niż któregoś razu pojawić się w progu z nosidełkiem.
W tamtej chwili lewo powstrzymałam się od nieco histerycznego śmiechu, chcąc nie chcąc musząc przyznać jej rację. Wolałam nie zastanawiać się nad tym, jak wielkim zaskoczeniem dla któregokolwiek z nas byłby widok Allegry i Marco, którzy jak gdyby nigdy nic pojawiliby się z gaworzącym niemowlęciem, by móc przedstawić Gabrielowi i Layli ich brata albo siostrę.
No cóż, jakkolwiek by nie było, czułam przede wszystkim nieco przytłumioną, ale jednak wciąż obecną radość. Dzieci miały to do siebie, że niezmiennie poprawiały nastrój, a nowe życie zawsze stanowiło powód do tego, żeby odczuwać satysfakcję. Co więcej po cichu liczyłam na to, że w ten sposób Marco będzie miał okazję choć trochę zapunktować w oczach Gabriela; nie chodziło mi o wybaczenie, ale o sam fakt chociaż względnego porozumienia. Co prawda podejrzewałam, że w tamtej chwili marzyłam o czymś nie do końca możliwym, ale to jeszcze nie znaczyło, że nie mogłam mieć nadziei na to, że ta dwójka kiedyś w końcu się ze sobą porozumie. Layli jakoś to wychodziło, bo chociaż od ojca oddzielała dziewczynę Allegra, dziewczyna wydawała się wyjątkowo spokojna, nawet pomimo obecności wampira. Wiedziałam, że nie zapomniała o przeszłości, ale w jakiś sposób udawało jej się żyć dalej, nie panikując przy tym na widok Licavoliego i wcale nie sprawiając wrażenia śmiertelnie przerażonej. Miałam wrażenie, że to dość istotne, choć zarazem dawałam sobie sprawę z tego, że mój teść nie był święty, a jak nigdy nie zamierzałam na niego spojrzeć w ten sposób.
Cholera, to było skomplikowane. Chyba wszystko to, co dotyczyło egzystencji nieśmiertelnych, jawiło się w ten sposób.
– Problem jest też taki, że Allegra uparła się na Rufusa, czego ni cholery nie rozumiem – odezwał się ponownie Marco, a ja wymownie uniosłam brwi ku górze. – Zachcianki ciężarnej i te sprawy – mruknął, po czym uniósł obie ręce w poddańczym geście, bo kobieta spojrzała na niego w co najmniej poirytowany sposób.
– Tłumaczyłam ci to, mój drogi – oznajmiła z niewinnym uśmieszkiem. – Rufus pomógł mi przy pierwszej ciąży. Wierz mi lub nie, ale pod tym względem ufam najbardziej właśnie jemu.
Marco wzniósł oczy ku górze, wyraźnie tego nie rozumiejąc. Zauważyłam, że Gabriel dyskretnie zrobił to samo, najpewniej nawet nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo w tamtej chwili przypominał własnego ojca.
– Jasne, niech ci będzie – rzucił na odczepnego mój teść. – Taka pomoc przy rozwiązaniu ciąży, to świetna sprawa – dodał, a po jego tonie bez trudu dało się stwierdzić, że ironizował.
Nie dziwiłam mu się, chociaż sama miałam okazję się przekonać, że Rufus zwykle wiedział, co zrobi – w mniejszym lub większym stopniu. Allegra znała go lepiej ode mnie, poza tym dobrze wiedziałam, że pomógł jej, kiedy na świat przychodzili Aldero i Isabeau. Sama zainteresowana pozostawała niewiele subtelniejsza od naukowca, co zresztą mogłam zaobserwować, gdy podczas porodu Joce to właśnie matka Beau znalazła mnie w środku lasu. Nigdy jej o to nie zapytałam, ale byłam pewna, że gdyby tego wymagała sytuacja, a ja nie zaczęłabym się dostosowywać do jej poleceń, pewnie posłużyłaby się nawet nożem, żeby tylko zapewnić maleństwu bezpieczeństwo. Kto jak kto, ale kapłanka na pewno nie podjęłaby impulsywnej, nieprzemyślanej decyzji, więc skoro upierała się na Rufusa, musiała być go pewna – i to może nawet w większym stopniu niż Theo czy Carlisle’a.
Spojrzałam na Gabriela, ten jednak z uporem milczał, udając przesadnie wręcz skoncentrowanego na paśmie drogi przed nami. Przez porę ulice były zakorkowane bardziej niż zazwyczaj, a może to po prostu my mieliśmy to nieszczęście, by trafić w najbardziej zapchane ulice, tym samym dodatkowo wydłużając konieczność wspólnej podróży. Cudownie, właśnie o tym marzyłam – żeby jak najdłużej musieć trwać w ciszy, napięciu i niejako czekać na moment, aż jednak wydarzy się coś, w wyniku czego dojdzie do jakiejś kłótni. Powiedzieć, że byłam z tego powodu po prostu niezadowolona, byłoby kłamstwem, a to przecież wciąż pozostawało zaledwie początkiem.
Wciąż miałam pełno pytań, po części związanych z Dimitrem i tym, co działo się w Mieście Nocy, ale zdecydowałam się ich nie zadawać, nagle mając wątpliwości co do tego, czy w ogóle chciałam cokolwiek wiedzieć. Już i tak wydarzyło się dość i chociaż traktowałam tamto miejsce jak dom, w naturalny sposób bardziej przejmowałam się tym, co działo się tu i teraz, dosłownie na wyciągnięcie ręki. To Jocelyne, Alessia czy Allegra były priorytetem, z kolei kwestia szaleństwa w Mieście Nocy wydawała mi się zbytnio odległa i przygnębiająca, bym mogła dobrowolnie się na niej koncentrować.
Nie byłam pewna, ile czasu tak naprawdę zajęła nam podróż do domu. Mimo wszystko rozluźniłam się, kiedy samochód zatrzymał się tuż przed domem. Bez chwili wahania wysiadłam, czując swego rodzaju ulgę, kiedy w końcu znaleźliśmy się na zewnątrz. Spojrzałam na budynek, dłuższą chwilę nasłuchując i próbując zebrać myśli. Byłam świadoma przede wszystkim panującej dookoła ciszy, co okazało się miłą odmianą, przynajmniej w tym miejscu, bo wydawało mi się, że nie ma gorszej możliwości, aniżeli krzyki Isabeau w sytuacji, w której dopiero co przyprowadziliśmy jej ciężarną matkę. W tamtej chwili zaczęłam poważnie żałować tego, że nawet słowem nie poruszyliśmy tematu tego, w jaki sposób udało nam się zatrzymać wampirzycę w jednym miejscu, skoro zachowywała się w taki sposób, ale już nie było czasu na jakiekolwiek wątpliwości. Mimo wszystko Allegra nie była krucha, poza tym musiała zdawać sobie sprawę z tego, jak zachowywała się jej córka, skoro podobno odrzuciła emocje. Jak długo nie mieliśmy być w stanie do niej dotrzeć…
– Damiena chyba nie ma – odezwałam się cicho. – Czasami znika z… Liz – dodałam po chwili zastanowienia.
– Liz. – Marco rzucił mi wymowne spojrzenie.
Wzruszyłam ramionami.
– Tak jakby mam w domu człowieka – przyznałam zgodnie z prawdą. – To dłuższa historia.
– A Damien bawi się w twojego ojca? – rzucił z powątpiewaniem mój teść. – Wielka miłość z ludzką dziewczyną i tak dalej?
– Cudownie, że chociaż z jednego dziadka może brać przykład, prawda? – rzucił przesadnie pogodnym tonem Gabriel.
Marco zacisnął usta, powstrzymując się od jakiegokolwiek złośliwego komentarza. Nie chcąc ryzykować, że ta dwójka jednak na dobry koniec dnia rzuci się sobie do gardeł, pośpiesznie ruszyłam w stronę drzwi. Zapowiadało się kilka wyjątkowo interesujących dni, a miało być jeszcze ciekawiej, chociaż o tym akurat wolałam nie myśleć. Prędzej czy później wszystko miało wrócić do normy, a wtedy…
Nacisnęłam klamkę, bynajmniej nie łudząc się tym, że ktokolwiek pod naszą nieobecność wpadł na to, żeby zamknąć drzwi na klucz. Czułam obecność bliźniaków, Claire i Rufusa, co samo w sobie utwierdziło mnie w przekonaniu, że dom nie jest opustoszały. Był jeszcze dziwny, ale charakterystyczny zapach, który sprawił, że moje ciało mimowolnie się spięło, a którego początkowo nie rozpoznałam. Weszłam do przedsionka, przytrzymując drzwi i czekając na resztę, chociaż wciąż nie czułam się szczególnie pewnie. Coś było nie tak, a przynajmniej ja miałam takie wrażenie i za żadne skarby nie potrafiłam się go pozbyć.
Obejrzałam się za siebie, po czym otworzyłam usta, chcąc pogonić towarzystwo, jednak nie miałam po temu okazji.
Zanim zdążyłam się zastanowić, ciszę przerwał gniewny, zwierzęcy charkot, a potem wszystko potoczyło się błyskawicznie.
Isabeau
Właściwie nie zastanawiała się nad tym, co i dlaczego robi. Popędziła przed siebie, błyskawicznie pokonując schody i nawet nie próbując oglądać się za siebie, żeby sprawdzać reakcję synów albo Rufusa. Czuła się zdeterminowana i skoncentrowana przede wszystkim na ucieczce, bo tylko ta mogła zapewnić jej wolność. Nie zamierzała znowu pozwolić na to, żeby ktokolwiek trzymał ją w zamknięciu, jakby była zwierzęciem, chociaż z ich perspektywy jej zachowanie musiało prezentować się w taki właśnie sposób. Jedynym, co się liczyło był bieg i to, by nie pozwolić ponownie się upokorzyć.
Jakaś jej cząstka podpowiadała, iż postępuje głupio, ale Isabeau z premedytacją ignorowała ten cichy, irytujący głosik w głowie. Biegnij, pomyślała, chociaż zarazem miała ochotę na coś więcej, na przykład odpłacając się Gabrielowi i Rufusowi w sposób, który już zdążyła zapowiedzieć przez minione dni. Jej brata nie było, ale przynajmniej naukowcowi mogłaby przyłożyć, chociaż podejrzewała, że to najgłupsza decyzja, jaką mogłaby podjąć. Wciąż nie czuła się na tyle dobrze, by móc efektywnie walczyć, nie wspominając o tym, że jej wzrok nadal nie wrócił do należytego porządku. Zdawała się przede wszystkim na instynkt, próbując poruszać się po domu, który pozostawał dla niej obcym miejscem, skoro dotychczas nie miała okazji odwiedzić brata w Seattle. Raz po raz krzywiła się, mrugając energicznie i czekając na to, aż poszczególne kształty wyostrzą się i zaczną przywodzić jej na myśl cokolwiek sensownego.
Właściwie po co to wszystko?, zapytała samą siebie, pierwszy raz od dawna zaczynając mieć wątpliwości. W głowie wciąż miała słowa Aldero i Camerona, którzy po tym wszystkim tak po prostu jej bronili, jej ciało zaś wciąż pamiętało dotyk ciepłych ramion. To było przyjemne, a przynajmniej tak jej się wydawało – coś jak wspomnienie ciepła, które dawały promienie słoneczne i które tak bardzo lubiła, gdy jeszcze nie musiała ryzykować, iż zostanie spalona. To było odległe, niemniej jak i poczucie utraconej równowagi, którą porzuciła, kiedy tylko sprawy się skomplikowały, a ona…
Przestała o tym myśleć, w zamian koncentrując się na istotniejszej kwestii: przetrwaniu, o ile tym mianem można było określić perspektywę trzymania się z daleka od własnej rodziny. Nerwowo rozejrzała się dookoła, dla pewności raz jeszcze pocierając twarz i próbując sprawdzić, czy wciąż płacze krwią. Już i tak widziała lepiej, bo przynajmniej nie otaczała jej nieprzenikniona ciemność, ale to wciąż nie było wystarczające. Widziała zaledwie zarysy mebli, a przynajmniej wydawało jej się, że to właśnie to – i że wciąż jest sama. Musiała się pośpieszyć, ale czuła się zdezorientowana, w żaden sposób nie potrafiąc określić tego, gdzie znajdowało się wyjście; to, co widziała, było drzwiami czy oknem, czy też może przejściem do kolejnego pokoju, który…?
Dźwięk otwieranych drzwi wytrącił ją z równowagi, sprawiając, że poczuła się jeszcze bardziej zaniepokojona. Puls momentalnie jej przyśpieszył, a serce zaczęło bić jak szalone, tak mocno, że przez moment ledwo była w stanie oddychać. Z głębi gardła Isabeau wydobył się dziki, zwierzęcy charkot, a ona sama bez chwili zastanowienia poddała się instynktom, skacząc do przodu, ledwo tylko wychwyciła subtelny, aczkolwiek niebędący w stanie umknąć uwadze istoty nieśmiertelnej ruch.
Zaatakowała.
Moc już od dłuższego czasu krążyła po jej ciele, dotychczas przytłumiona przez obecność srebra, przez co telepatka musiała trzymać ją do siebie, jednak w tamtej chwili nic jej nie powstrzymywało. To było niczym impuls, któremu najzwyczajniej w świecie zdecydowała się poddać, pozwalając na to, by uleciała z niej pełnia tego, co tyle czasu w sobie dusiła. Jednocześnie skoczyła na pierwszą osobę, która znalazła się na jej drodze, a która z jękiem uderzyła plecami o ścianę, kiedy Beau naparła na nią całym ciałem. Odsłoniła kły, gotowa zatopić je w gardle ofiary, ta jednak nie zamierzała tak po prostu się poddać.
– Isabeau, nie! – zaoponowała Renesmee, a przynajmniej wydało jej się, że glos należał właśnie do dziewczyny.
Nie zamierzała tego zrobić, niezdolna ot tak zapanować nad instynktami. Aż zabrakło jej tchu, kiedy nagle została odrzucona do tyłu, nie po raz pierwszy mając okazję zaobserwować to, że Nessie najszybciej i najwprawniej działała, kiedy z jakiegoś powodu była zagrożona. Użycie mocy zawsze przychodziło jej szwagierce z zaskakującą wręcz łatwością, niemniej porażające i niebezpieczne, co i w przypadku każdego rozeźlonego telepaty. Rozległ się brzdęk tłuczonego szkła, co uświadomiło Isabeau, że musiała coś rozbić – jakiś wazon albo inną ozdobę. Chyba nawet miała wrażenie, że coś wbiło się w jej skórę, chociaż wciąż nie czuła pełni bólu, a jedynie swego rodzaju niedogodność oraz jeszcze intensywniejszy zapach własnej krwi, który z miejsca wypełnił nozdrza kapłanki.
Jakkolwiek by nie było, zdecydowanie nie zamierzała pozwolić sobie na to, by ktokolwiek traktował ją w ten sposób. Reakcja była natychmiastowa, a Isabeau poderwała się na równe nogi, prostując niczym struna. Czuła gniew, który w ułamku sekundy wypełnił ją całą, intensywniejszy niż kiedykolwiek wcześniej, zwłaszcza gdy usłyszała kroki i uprzytomniła sobie, że nie są z Renesmee same. Rozjuszona i zagubiona, wciąż mając wrażenie, że otacza ją cały kalejdoskop niespójnych plam, skoczyła do przodu z gracją i zawziętością polującego drapieżniki, bardziej niż wcześniej zdecydowana na to, żeby zrobić krzywdę. Znowu przywołała energię, mając ochotę sprawić, by ta rozniosła wszystko i wszystkich wokół na kawałeczki – tak po prostu, tylko po to, żeby zemścić się za wszystko, czego doświadczyła do tej pory.
Coś przemknęło tuż obok niej, skutecznie wytrącając z równowagi. Odskoczyła, chcąc znaleźć się poza zasięgiem rąk intruza; machnięciem ręki spróbowała upewnić się, iż nikt nie spróbuje jej pochwycić, tym bardziej, że właśnie tego się spodziewała – próby powstrzymania, obezwładnienia i ponownego zamknięcia w tej cholernej piwnicy. Czuła się pobudzona, poza tym jakaś jej cząstka naprawdę pragnęła biec – jak najdalej, byleby tylko móc dosięgnąć celu, który…
Co tak naprawdę było jej celem?
Pieprzyć to.
– Isabeau… – usłyszała, jednak tym razem nie próbowała zastanawiać się nad tym, kto i w jakim celu wypowiedział jej imię.
Z jej perspektywy były tylko chaos oraz przybierający na sile gniew, którego już nie potrafiła kontrolować. Gubiła się we własnych emocjach, oszołomiona i przewrażliwiona do tego stopnia, by wszystkich wokół traktować jak potencjalne zagrożenie. Już nic się nie liczyło, a Isabeau nawet nie starała się rozróżniać poszczególnych głosów, zapachów czy też własnych emocji, te bowiem nagle wydały jej się zbyt skomplikowane i uciążliwe. Czuła, że traci kontrolę – poczucie pozornego spokoju, który towarzyszył jej, kiedy w Mieście Nocy odrzuciła człowieczeństwo. Teraz mogła wrócić do tego, co miała wcześniej, a to… było niedopuszczalne.
Warknęła wściekle, po czym przybrała pozycję obronną. Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, tak mocno, że aż poczuła ból i doszła do wniosku, że najpewniej właśnie połamała sobie palce, ale to nie miało dla niej znaczenia. Już i tak doświadczyła dość cierpienia, by fizyczne niedogodności okazały się czymś całkowicie pozbawionym racji bytu, przynajmniej z jej perspektywy. Dla siebie samej była martwa i to już od dłuższego czasu, a tacy przecież nie czuli – ona również nie zamierzała.
Jej ciało reagowało w automatyczny, pozbawiony kontroli sposób. Błyskawicznie przemieściła się, aż nazbyt pewna tego, że właśnie udało jej się znaleźć w bezpiecznej odległości od któregokolwiek ze swoich wrogów. Tym większym zaskoczeniem było dla niej to, że nagle coś jasnego przemknęło tuż przed jej oczami – coś jak płynne złoto, co z jakiegoś powodu skojarzyło jej się z… Eleną?
Nie znowu!, pomyślała w panice, niemalże pewna tego, że za moment wszystko po raz kolejny się skomplikuje. Nie czuła, by w najbliższym czasie miała nadejść kolejna wizja, a jednak… gdyby do tego doszło… Wtedy zwykle bywała bezbronna, a zdecydowanie nie mogła pozwolić sobie na to, żeby ktokolwiek się do niej zbliżył. Nie tym razem… Nie teraz…, tłukło jej się w głowie i poczuła, że byłaby zdolna zrobić wszystko, byleby do tego nie dopuścić.
Później nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy i dlaczego tak naprawdę uderzyła. W pewnym momencie po prostu skoczyła do przodu, wyrzucając przed siebie obie ręce, jakby w ten sposób mogła bronić się przed zalążkami wizji. Tym większym zaskoczeniem było dla niej to, że mogłaby trafić na lite ciało – uderzyć kogoś, kto znajdował się gdzieś w jej zasięgu, a w odpowiedzi na jej cios z jękiem zatoczył się do tyłu. Usłyszała, że ktoś upada, a potem…
Nie, to nie mogła być wizja – bo wtedy nic nie działo się naprawdę.
Z jakiegoś powodu zamarła w bezruchu, dziwnie oszołomiona i jakby pozbawiona energii do czegokolwiek. Serce tłukło się jak szalone, a w uszach dzwoniła dziwna, nieprzenikniona cisza – to oraz jej własny puls, co samo w sobie wydawało się swoistym paradoksem, który w normalnym wypadku nie powinien mieć miejsca. Isabeau zadrżała niekontrolowanie, próbując złapać oddech i zrozumieć, co takiego dział się wokół niej, chociaż to okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli mogłaby tego oczekiwać. Czuła się wyczerpana, zarówno przez wizję jak i… emocje, bo te już od dłuższego czaiły się w jej podświadomości, choć już kilka tygodni temu powinna była przestać je odczuwać. Wszystko było nie tak, a chaos dodatkowo potęgowało wrażenie tego, iż właśnie wydarzyło się coś niedobrego – bardzo, ale to bardzo złego, czego zdecydowanie nie miała w planach.
Zadrżała raz jeszcze, próbując zmusić swoje ciało do współpracy i przynajmniej spróbować zrozumieć. Obrazy wciąż rozmazywały jej się przed oczami, chociaż nie w takim stopniu, jak chwilę wcześniej; czas, adrenalina i wampirze geny robiły swoje, pozwalając na to, żeby doszła do siebie.
Poza tym wciąż pozostawał jej słuch, a to…
Z chwilą, w której pokój wypełniła słodycz krwi, a Isabeau usłyszała cichy okrzyk i szloch, uprzytomniła sobie, że wszystkie jej przypuszczenia były słuszne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa