05.08.2016

Dwieście sześćdziesiąt cztery

William
Cholera jasna… A niech to szlag, czy ona za każdym razem musi mi to robić?!
Przystanął, nasłuchując. Wiedział, że ciche kroki, które słyszał chwilę wcześniej, również ucichły, chociaż to nie wystarczało, by pozbawić go świadomości tego, iż nie był sam. Czuł, że ona podąża tuż za nim, nie zamierzając tak po prostu dać się zgubić w labiryncie bocznych uliczek Miasta Nocy. Zdążył już przekonać się, że była uparta i z jakiegoś sobie tylko znanego powodu w uciążliwy sposób dręczyła właśnie niego, co stopniowo zaczynało doprowadzać go do szału.
Och, okej, księżniczko. Jak sobie wolisz…
Zwolnił, chociaż nie był zadowolony z tego, że w ogóle musiał to zrobić. W ostatnim czasie miejsce nie było przychylne takich jak on, a William sam nie miał pewności, dlaczego do tej pory nie wycofał się, uciekając tak jak wszyscy, którzy teraz mogli stać się ofiarami polowań na nowe wampiry. Nie wyobrażał sobie, że ktokolwiek albo cokolwiek mogłoby go zmusić do podjęcia takiej decyzji, tym bardziej, że dotychczas brał pod uwagę tylko i wyłącznie to, czego sam sobie życzył. Jego życie należało do niego, Will zresztą od zawsze był osobą, która postępowała według własnego uznania – i to niezależnie od tego, co inni mogliby o tym sądzić.
Tak czy inaczej, wytracanie prędkości w jego sytuacji nie było szczytem zdrowego rozsądku. Instynkt wampira wydawał się wręcz krzyczeć, żądając tego, by ten przestał się wygłupiać i od razu poszukał jakiegoś bezpiecznego miejsca. Chciał dotrzeć do banku krwi, zabrać to, co trzeba (Theo może i zabrał Kristin, ale przynajmniej nie zostawił mieszkańców samych sobie; kilka pań było na tyle miłych, by wciąż rozporządzać woreczkami, zamiast każdego nieśmiertelnego nowego rodzaju od razu przebić kołkiem i wydać dworowi), a potem wrócić tam, gdzie przez większość czasu miał spokój. Miał małe déjà vu, kiedy myślał o domu Devile’ów w taki sposób – jak o azylu, gdzie nic złego nie powinno się wydarzyć – ale tym razem sytuacja była inna… Chyba. Tak czy inaczej, Bliss zdecydowała się ich gościć, niemniej skuteczna, co i Allegra, a może nawet bardziej, jeśli wziąć pod uwagę to, że za wszelką cenę próbowała chronić córkę.
Jakkolwiek by nie było, wychodzenia na zewnątrz nie dawało się uniknąć przez cały czas. Zwłaszcza William miał z tym problem w sytuacjach, kiedy do głosu dochodził palący głód. Nie zamierzał tak po prostu ignorować palenia w gardle, nie wspominając o tym, że zmuszony kryć się po kątach, czuł się prawie jak zwierzę w klatce. Nie od dziś wiadomo było, że ograniczanie drapieżcy nie wchodzi w grę, w przez lata życia nieśmiertelnego Will zdążył zrozumieć swoją naturę w stopniu wystarczającym, by rozpoznawać poszczególne potrzeby ciała. Wiedział na co go stać, kiedy zaczyna robić się niebezpieczny i jak daleko mógłby posunąć się w przypływie frustracji…
Albo wtedy, gdy pewna niedomyślna panienka po raz kolejny spróbuje za nim chodzić, chociaż od dłuższego czasu dawał jej do zrozumienia, że ma siedzieć na tyłku w bezpiecznym miejscu i nie próbować wystawiać jego nerwów na próbę. Problem polegał na tym, że jak zwykle go nie posłuchała.
Skręcił, wpadając w kolejną opustoszałą uliczkę, po czym gwałtownie wytracił prędkość, chcąc nie chcąc decydując się zatrzymać. Plecami przywarł do ściany najbliższego budynku, kryjąc się w cieniu i wykorzystując panujący dookoła półmrok do tego, żeby móc się ukryć. Usłyszał delikatne kroki, a chwilę później w zasięgu jego wzroku zmaterializowała się drobna postać. Zareagował w najzupełniej machinalny sposób, błyskawicznie doskakując do niej i pomimo tego, że dziewczyna krzyknęła się spróbowała się wyrywać, pochwycił zaskoczoną pół-wampirzycę w pasie. Pośpiesznie wciągnął ją w cień, dla pewności zakrywając jej usta dłonią i dla lepszego efektu wysuwając kły, którymi delikatnie podrażnił odsłonięte gardło.
– To tylko ja – wysyczał, chociaż wcale nie był pewien, czy „tylko” jest w tej sytuacji odpowiednim słowem. – Zamknij buzię, a wtedy cię puszczę, chociaż…
– Will…
Westchnął cicho, słysząc piskliwy, zdławiony przez obecność jego dłoni głos Irys. Kiedy poluzował uścisk, dziewczyna natychmiast wykorzystała okazję, by błyskawicznie odwrócić się w jego stronę. Stanęli naprzeciwko siebie, ona praktycznie w niego wtulona, chociaż za wszelką cenę próbował trzymać ją na dystans.
– Nie willuj mi tutaj! – jęknął, na moment tracąc do niej cierpliwość. Dlaczego ona musiała być taka uparta…? – Co tutaj robisz? – zapytał wprost, decydując się postawić sprawę jasno.
– A ty? – wyrzuciła z siebie na wydechu.
Mniej więcej w tamtej chwili doszedł do wniosku, że jednak za moment coś go trafi. Świetnie, w ten sposób na pewno mieli daleko zabrnąć w tej rozmowie – nie ma co!
– Ja – oznajmił z naciskiem – robię to, co uznam za słuszne. Z kolei ty nie powinnaś wpychać noska w cudze sprawy – dodał, jednak na Irys nie zrobiło to najmniejszego nawet wrażenia. Otworzyła usta, najwyraźniej zamierzając coś powiedzieć, ale nie dał jej po temu okazji: – Rozmawialiśmy o tym!
– O niebezpieczeństwie też – przypomniała mu spiętym tonem. – A jednak po raz kolejny ryzykujesz. Skoro tak, dlaczego ja mam tego nie robić?
– Nie będę cię niańczyć! – zastrzegł, chociaż prawda była taka, że nawet on nie potrafiłby puścić dziewczyny samej sobie… Nie tej konkretnej.
Irys wzruszyła ramionami.
– Nie musisz – stwierdziła takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
Otworzył i prawie natychmiast zamknął usta, tylko i wyłącznie dlatego, że jedynym, co przychodził mu do głowy, była kolejna wiązanka przekleństw. Rzadko się powstrzymywał, ale nie sądził, żeby to była najlepsza pora na to, żeby okazywać frustrację i załamywać ręce nad irytującą go dziewczyną. Cholera, była dorosła, tak? Co tak naprawdę go obchodziło to, co robiła w wolnych chwilach, nie wspominając o tym, że nie powinna być zagrożona, skoro nie należała do wampirów. Irysy była… neutralna, a przynajmniej tak z logiczne punktu widzenia należałoby sądzić – o ile wcześniej założyć, że incydent z walki z Claudią tak naprawdę nie miał znaczenia.
Cholera, trudno było mu tak po prostu zignorować to, że wampirzyca zamierzyła się właśnie na nią, żeby… dotrzeć do niego. Nie miał pojęcia, co takiego był w Irys, ale zdarzało mu się robić przy niej głupoty, zwłaszcza kiedy zachowywała się w taki sposób, biegając za nim i chyba naprawdę się troszcząc. Nie rozumiał tego dziwnego, delikatnego stworzenia, które pewnego dnia przyczepiła się go jak rzep psiego ogona i najwyraźniej nie zamierzało odpuścić.
Jęknął, po czym nerwowym ruchem przeczesał włosy palcami. Kiedy spojrzał na dziewczynę, przekonał się, że wciąż obserwowała go z uwagą, uśmiechając się przy tym pod nosem tak, jakby wiedziała coś, czego on sam mógł się co najwyżej domyślał.
– Czego ty chcesz, co? – westchnął, opierając się plecami o ścianę budynku. W dość gwałtowny, wcale nie tak delikatny sposób uderzył głową w lity mur, chociaż nawet w ten sposób nie potrafił zrobić sobie krzywdy. – Ja pierdolę…
– Jesteś wulgarny – zarzuciła mu urażonym tonem.
Niech to szlag, kiedyś naprawdę miał nie wytrzymać. Nie, jeśli ona wciąż zamierzała zachowywać się w taki sposób, jakby obchodziło ją to, co mogła sobie myśleć i…
A nie obchodzi?
Odrzucił od siebie tę myśl, zdecydowanie nie zamierzając odpowiadać – i to nawet przed samym sobą.
– W takim razie grzecznie wróć sobie do domu i pobaw się lalkami. Tak to już ze mną jest, że mówię to, co akurat chcę – oznajmił z powagą. – Serio, nie musisz za mną chodzić. Nie zamierzam zrobić niczego, głupiego.
– Och, wiem. Twoje kolory są prawie normalne – wypaliła, kolejny raz wytrącając go z równowagi tą chorą gadką z cyklu „Pokaż mi swoje barwy, a powiem ci, kim jesteś”. – Ale chodzenie po mieście i tak jest głupie, skoro już mówimy o takich rzeczach. Razem zawsze jest bezpieczniej – zauważyła przytomnie.
Tym razem na nią warknął, nawet nie próbując zastanawiać się nad tym, co i dlaczego robi. Zauważył, że Irys nieznacznie się wzdrygnęła, ale nawet kiedy wysunął kły i spojrzał na nią z gniewem w oczach, dziewczyna nie poruszyła się nawet o milimetr, wciąż tuląc się do jego tors. Była miła, ciepła i niemniej znajoma, co i w ostatnim czasie, kiedy odzyskawszy nad sobą kontrolę, zastawał przy sobie właśnie nią, ufnie tulącą się do niego i zachowującą w taki sposób, jakby wcale nie miała przed sobą niebezpiecznego drapieżcy. Will już dawno doszedł do wniosku, że instynkt samozachowawczy tej konkretnej kobiety już dawno wyjechał na wakacje i najpewniej miał nie zdążyć z powrotem… O ile, oczywiście, kiedykolwiek go posiadała. Tak czy inaczej, jej zachowanie z punktu widzenia wampira było nielogiczne, zresztą jak i znamienita większość rzeczy, które się z nią wiązały.
Nigdy nie powiedział tego na głos, niemniej zachowanie dziewczyny sprawiało, że czuł się lepiej. Jej obecność, ten słodki sopran, zapach… Nigdy i przy nikim nie doświadczył czegoś takiego, chociaż naturalnie nie zamierzał się przed Irys tego przyznać. Nie pojmował tych emocji, a już zwłaszcza tego, czego mogłaby chcieć sama zainteresowana, tak uciążliwie dbając o to, żeby nie zostawał sam. Naruszała jego prywatność, nie pojmując, że mógłby sobie tego nie życzyć i że aż prosi się o to, żeby kiedyś w przypływie frustracji zakończył jej życie. W zasadzie to gdyby miał zgadywać, powiedziałby, że tak naprawdę Irys było wszystko jedno – i że takie igranie z ogniem sprawiało dziewczynie dziką przyjemność. Problem polegał na tym, że on sam nie czuł się szczególnie chętny do tego, żeby przelać krew tego… dziecka, bo wciąż pamiętał, jak kilka lat temu biegała po tunelach, ledwo zauważalna przez kogokolwiek. Już wtedy bywała energiczna i bezpośrednia, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo William stanowił jedną z ostatnich osób, które interesowały się dziećmi.
Nie zmieniało to jednak faktu, że od tamtego czasu Irys się zmieniła. Dorosła, co było naturalne i teoretycznie nie powinno dziwić, ale coś w jej wyglądzie i tak wydało mu się fascynujące. Była ładna – byłby idiotą, gdyby okazało się, że sprawy mają się jakkolwiek inaczej, tym bardziej, że należała do istot nieśmiertelnych. Szlag, wszystkie nasze kobiety są ładne, pomyślał z irytacją, próbując włożyć w to jedno stwierdzenie jak największą dawkę obojętności. Był przyzwyczajony do ładnych dziewcząt… Chyba. Irys stanowiła kolejną urodziwą panienkę, która stanęła na jego drodze i stanowiła jakąś przypadkową duszyczkę, która nie powinna mieć dla niego znaczenia. Wodził wzrokiem po jej twarzy, chłonąc delikatne rysy i mimowolnie dochodząc do wniosku, że do niej pasują; była delikatna jak kwiatuszek, więc i jej wygląd wydał mu się uroczy i filigranowy. Cała taka była, niczym porcelanowa laleczka, która z łatwością można było zranić albo uszkodzić. Stanowiła jego całkowite przeciwieństwo, pod każdym względem bardziej niewinna, krucha i wyjątkowa w sposób, który nawet jemu wydawał się fascynujący. Jej dar również taki był, a sama świadomość tego, że mogłaby widzieć jego aurę…
Och, to było na swój sposób przerażające – i to nie tylko dlatego, że wtedy kłamstwo byłoby czymś niemożliwym.
Poczuł jej zapach, przyjemnie słodki, ale nie mdły, dzięki czemu odebrał go w bardzo atrakcyjny, przyjemny sposób. Poruszając się trochę jak w transie, położył obie dłonie na jej ramionach, po czym zdecydowanym ruchem przyciągnął bliżej siebie. Wzrokiem wciąż wodził po twarzy dziewczyny, jakby chcąc doszukać się w niej czegoś, czego nawet nie potrafił sprecyzować. Nie miał pojęcia, jak naprawdę się czuł i skąd brały się te wszystkie pragnienia, ale bliskość Irys niezmiennie wzbudzała w nim emocje, których nie rozumiał, a które zaczynały być problematyczne – i to zwłaszcza dla kogoś, kto dotychczas przekonywał samego siebie, że nie potrzebuje nikogo, by normalnie funkcjonować. Jak więc miał wytłumaczyć to, że przy niej wszystko wydawało się łatwiejsze, a on sam czuł się… przynajmniej odrobinę pewniej i…?
Nie miał pojęcia, które z nich i dlaczego zareagowało jako pierwsze. Liczyło się tylko i wyłącznie to, że w którymś momencie stracił nad sobą panowanie, a Irys wylądowała w jego ramionach, drżąca i rozkosznie ciepła. Zaraz po tym – zamiast ugryźć ją i wykorzystać, jak pewnie zrobiłby z każdym innym, kto odważyłby się zakłócić jego polowanie – najzwyczajniej w świecie wpił się wargami w jej usta.
To było gwałtowne, o wiele bardziej, aniżeli powinno być, kiedy miało się do czynienia z kimś tak delikatnym. Wyczuł, że drgnęła i zrobiła taki ruch, jakby zamierzała go odepchnąć, ale ostatecznie nie ruszyła się nawet o milimetr. Wyczuł, że zamarła, poddając się wszystkiemu, co robił i lekko odchylając się do tyłu, kiedy naparł na nią całym ciałem, po chwili przekręcając w taki sposób, że to ona została wciśnięta w ścianę budynku. Przesunął się jeszcze bliżej, chcąc zlikwidować wszelakie szczeliny pomiędzy sobą a nią. Pragnął pełnej swobody w tym, co robi, nagle spragniony jej całej, chociaż w tym wszystkim zdecydowanie nie chodziło o krew.
Irys jęknęła, gwałtownie nabierając powietrza, ledwo tylko dał jej po temu okazję. Twarz miała zaczerwienioną, a jej oczy błyszczały w niezdrowy, zdradzający całą mieszankę skrajnych emocji sposób. Widział, że jest podekscytowana i to zaskoczyło go najbardziej, zwłaszcza, że wcale nie wyglądała na urażoną tym, jak z nią postąpił. Wręcz przeciwnie – William odniósł wrażenie, że podobała jej się perspektywa tego, że mógłby nią być zainteresowany… w taki sposób.
Tak? W jaki niby, kretynie? Ona jest…
Cokolwiek miała mu do powiedzenia jego własna podświadomość, wszystko zniknęło z chwilą, w której wyczuł, że nie są sami. Mimowolnie zesztywniał, po czym błyskawicznie przemieścił się, przybierając pozycję obronną i stając tak, żeby osłonić zaskoczoną jego reakcją dziewczynę. Wzrok wbił w ciemność przed sobą, uważnie obserwując i usiłując wypatrzeć potencjalne zagrożenie. Wyczuł, że serce Irys zabiło szybciej, być może jeszcze pod wpływem silnych emocji, a może zdenerwowania, które poczuła, gdy i do niej dotarło, iż cokolwiek mogłoby być nie tak, ale doszedł do wniosku, że przyczyna jest najmniej istotna. Próbował pojąć, co takiego się działo, ale szło mu to dość opornie, zrozumienie zaś nie przyszło nawet w chwili, w której zauważył spokojnie spacerująca sobie ulicą miasta postać.
Pierwszym, co zwróciło jego uwagę, było to, że w ich stronę zmierzała ni mniej, ni więcej, ale bez wątpienia kobieta. Dookoła panował półmrok, ale to nie przeszkadzało obdarzonemu wyostrzonemu zmysłami Williamowi w rozróżnieniu kształtów smukłej sylwetki. Również w sposobie poruszania się intruza było coś o wiele zbyt lekkiego, by uwierzył w to, że ma do czynienia z mężczyzną. W gruncie rzeczy to nie miało znaczenia, ale z drugiej strony…
A potem dostrzegł długie, ciemne włosy, które kaskadami opadały na ramiona kobiety oraz parę lśniących, błękitnych oczu i to wystarczyło, żeby skutecznie wytrącić go z równowagi.
– Isabeau…? – wyrwało mu się.
To było głupie, a przynajmniej byłoby takie, gdyby nie miał racji. Usłyszał, że ktoś gwałtownie zaczerpnął powietrza do płuc; kobieta przystanęła w miejscu, dzięki czemu miał okazję przyjrzeć się jej dokładniej. To bez wątpienia była kapłanka, co wydało mu się dziwne, skoro był gotów przysiąc, że Licavoli uciekła z miasta, nie zamierzając już nigdy do niego wracać. Cóż, nie interesował się tym, co robiła wampirzyca, chociaż sam fakt tego, że była królową i siostrą Layli sprawiał, że chcąc nie chcąc nie potrafił przejść obok niej obojętnie. Zwłaszcza w ostatnim czasie, biorąc pod uwagę całe szaleństwo, które miało miejsce od chwili zniknięcia kobiety, jej powrót wszystkim byłby na rękę, chociaż…
– Ach… – Isabeau drgnęła niespokojnie. Zaraz po tym wyprostowała się i odrzuciwszy ciemne włosy na plecy, zdecydowała się podejść bliżej. Jej oczy lśniły łagodnie w ciemnościach, jarząc się w dziwny, niepokojący sposób. – To wy – stwierdziła krótko.
Przez jej twarz przemknął cień, chociaż to równie dobrze mogło być wyłącznie wrażeniem. William wyczuł, że stojąca za jego plecami Irys drgnęła, po czym przesunęła się, przywierając do niego całym ciałem, jakby czegoś się obawiając. Miał ochotę odwrócić się w jej stronę i o coś zapytać, ale ostatecznie tego nie zrobił, dochodząc do wniosku, że jest mu wszystko jedno. Z drugiej strony… miało to jakiś związek z instynktem, tym bardziej, że czuł, iż coś jest zdecydowanie nie tak.
Sama Isabeau wyglądała na mocno zdezorientowaną i spiętą, chociaż to akurat nie wydało mu się najbardziej dziwne. Skoro z jakiegoś powodu zdecydowała się wrócić, coś było na rzeczy, a to…
– Wszystko gra? – zapytał z powątpiewaniem. To mogłoby brzmieć nawet troskliwie, gdyby nie samolubny podtekst tego, dlaczego w ogóle chciał poznać prawdę. – Wyglądasz marnie.
– Dziękuję bardzo! – To już brzmiało bardziej jak stara Isabeau.
Will wywrócił oczami.
– Po prostu jestem zdziwiony, że wróciłaś, ale… – Urwał, po czym wzruszył ramionami. Zdecydowanie wolał nie wchodzić w szczegóły, tym bardziej, że zdecydowanie nie zamierzał spowiadać się z tego, co on i Irys robili na środku jednej z ulic Miasta Nocy, na dodatek po zmroku. Licavoli zawsze mieli w zwyczaju wpychać się tam, gdzie nikt ich nie chciał, więc wolał nie ryzykować. – Rany, weź zrób tutaj porządek! Zostawiłaś nas z tym burdelem, a Claudia panoszy się jak jakaś pani na zamku. Sorry, ale jak jeszcze raz ktoś rzuci się na mnie z kołkiem, nie ręczę za siebie.
Spojrzała na niego dziwnie, aż zwątpił w to, czy w ogóle słuchała jego słów. Wciąż niespokojnie wodziła wzrokiem na prawo i lewo, jakby zniecierpliwiona, myślami wydając się być gdzieś daleko. Drżała w znaczący, chociaż ledwie zauważalny sposób, który nie uszedł jego uwadze i sprawił, że nawet William doszedł do wniosku, że coś jest zdecydowanie nie takie jak powinno.
– Nie masz co się przejmować – powiedziała w końcu Isabeau; coś w jej tonie sprawiło, że poczuł się trochę tak, jakby go zbywała. – Załatwię wszystko, ale… W zasadzie to właśnie szłam do Niebiańskiej Rezydencji – oznajmiła oschłym tonem, który wydawał się dawać do zrozumienia tylko jedno: a więc to, że dla jej przyjemności powinien odpuścić sobie przesłuchanie i zejść wampirzycy z oczu.
Otworzył i prawie natychmiast zamknął usta, decydując się na milczenie. Nawet nie drgnął, kiedy kapłanka pośpiesznie przeszła tuż obok niego i kulącej się za jego plecami Irys, kierując się w sobie tylko znanym kierunku.
– A co z Claudią? – zapytał w ostatniej chwili, zanim zdecydował się na to, by jednak tego nie robić.
Isabeau gwałtownie się zatrzymała, na moment zastygając w miejscu; nawet nie obejrzała się w jego stronę, przez ułamek sekundy wyglądając tak, jakby zamierzała odejść bez wyjaśnienia.
– Claudii już nie ma – powiedziała w końcu.
A potem w końcu ruszyła przed siebie, zostawiając co najmniej oszołomionego Williama i drżącą Irys w cieniu.
Wampir wypuścił powietrze ze świstem, po czym spojrzał na swoją towarzyszkę. Wydała mu się blada, zresztą to, że tak po prostu milczała i z przerażeniem w oczach spoglądała w ślad za Isabeau, również wydało mu się czymś co najmniej nietypowym.
– Irys…?
Potrząsnęła głowa.
– Jej kolory… – wyszeptała drżącym głosem. Coś ścisnęło ją w gardle, przez co musiała odchrząknąć, zanim znalazła w sobie dość siły, żeby mówić dalej: – Nie… nie wiem, co to, ale… to zdecydowanie nie była kapłanka – oznajmiła, samej sobie wydając się nie wierzyć w to, co mówiła.
William zastygł w bezruchu, co najmniej wytrącony z równowagi wydźwiękiem jej słów – a już zwłaszcza wtedy, gdy dotarło do niego, co dziewczyna mu sugerowała.
Że co, do jasnej cholery…?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa